poniedziałek, 29 grudnia 2008

Sprawa Scarlett

Zaprawdę, żyjemy w najlepszym z możliwych światów, pomyślał 26 września 2007 roku Joe Saxon, przez przyjaciół i wrogów zwany 'Retorem', kiedy próg jego biura w Skid Row przekroczył agent panny Scarlett.

-Nazywam się M. I przychodzę do pana w sprawie wielkiej wagi.

-Wiem, kim pan jest - odparł Joe. - Proszę usiąść.

Elegancko ubrany grubasek spoczął na krześle przed biurkiem.

-Na dole czeka limuzyna - zaczął. - Szczegóły naszej współpracy możemy omówić po drodze.

-Dokąd?

-Do posiadłości mojej klientki, oczywiście.

-Zatem spotkam się z panną Scarlett?

Agent skinął głową.

-Wobec tego - Joe sięgnął po prochowiec i kapelusz - warunki zlecenia omówię z osobą najbardziej zainteresowaną rozwiązaniem trapiącego ją problemu.

-Ależ panny Scarlett nie trapi żaden problem.

-Dlaczego więc pan marnuje czas w moim biurze?

-Panie Saxon, w mojej branży słowo "problem" oznacza coś takiego jak morderstwo, gwałt, porwanie, szantaż, uzależnienie, załamanie nerwowe i depresja. Moja klientka nikogo nie zamordowała, nie zgwałciła, nie porwała, nie szantażuje i nie przeżywa załamania nerwowego.

-Nikt również jej nie zamordował, nie zgwałcił, nie porwał, nie szantażuje i nie wpędził w depresję. Rozumiem. Rozchodzi się o coś nietypowego.

-Sprawa ma związek z pańskim doktoratem.

Joe pobladł; po raz pierwszy od trzech lat - tak mocno i tak autentycznie, że mógłby z marszu wkroczyć na plan filmu o wampirach i odegrać główną rolę.

-Po namyśle zostawię prochowiec i kapelusz - powiedział. - Wystarczy mi marynarka.

***

-Bóg umarł - oznajmiła Scarlett. - Była u mnie policja. Szukali ciebie. Uważają, że zrobił to jakiś egzystencjalista.

-Nie, skarbie. To byłaś ty.

-Co? Nie żartuj, Joe.

Joe wyszczerzył złowieszczo zęby. Wełniany sweter i krótka spódniczka kryły blondwłosą morderczynię. Nie miał już żadnych wątpliwości.

-Ty to zrobiłaś - wypalił tak kategorycznie, że imperatyw kategoryczny spalił się ze wstydu.

-Co ty mówisz?

-Ty, maleńka. Nie Heather Butkiss ani Claire Rosensweig, ale doktor Ellen Shepard.

-Skąd wiesz, jak się nazywam?

-Profesor fizyki w Bryn Mawr. Najmłodszy z szefów instytutów... Zimą poznałaś muzyka jazzowego, mocno zainteresowanego filozofią. Był żonaty, ale to cię nie powstrzymało. Parę nocy na sianie i wydawało ci się, że to miłość. Ale coś się nie kleiło, bo ktoś stał między wami: Bóg. Widzisz, skarbie, on wierzył, a przynajmniej chciał uwierzyć, ale ty w swojej ślicznej naukowej główce musiałaś mieć pewność.

-Nie, Joe... przysięgam!

-Udawałaś, że studiujesz filozofię, bo dzięki temu miałaś szansę usunąć pewne przeszkody. Bez trudu pozbyłaś się Sokratesa, ale potem przyszedł Kartezjusz, więc wykorzystałaś Spinozę, żeby się pozbyć Kartezjusza, a kiedy Kant nie dał rady, jego też musiałaś sprzątnąć.

-Chyba sam nie wiesz, co mówisz...

-Leibniza przerobiłaś na sieczkę, ale to ci nie wystarczyło. Wiedziałaś, że jesteś skończona, jeśli ktoś uwierzy Pascalowi, więc jego także musiałaś się pozbyć. I wtedy właśnie popełniłaś błąd: zaufałaś Martinowi Buberowi. A on okazał się mięczakiem. Wierzył w Boga, więc Boga musiałaś zlikwidować sama.

-Joe, oszalałeś!

-Nie, dziecinko. Udawałaś panteistkę, co dało ci do Niego dostęp... o ile istniał, a istniał. Poszedł z tobą na przyjęcie do Shelby'ego, a ty zabiłaś Go, kiedy Jason nie patrzył.

-Kim, do diabła, są Shelby i Jason?

-A co za różnica? Życie i tak jest absurdalne*.

Scarlett odłożyła książkę Allena na szklany stolik i zawołała służącą.

-Whisky i dwie szklanki - powiedziała do młodej Meksykanki. Następnie zwróciła się do gościa: - Zadowolony?

-Od dawna pragnąłem odegrać z tobą tę scenę.

Joe zdjął marynarkę i usiadł na skórzanej sofie. W bezwstydnie przestronnym salonie, z panoramicznym widokiem na znajdujący się piętro niżej basen i łagodnie opadające zbocze wysokiego wzgórza, czuł się nieswojo - jak nietoperz w blasku reflektorów.

-Do pełni szczęścia brakuje mi tylko jednego.

-Ten dom ma siedem sypialni, ale nie licz na numerek.

Joe pokręcił głową. Poluzował krawat.

-Wiesz, gdzie mieszkam i wiesz, czym się zajmuję. Więc tam, gdzie mieszkam, i robię to, co robię, niekiedy wbrew sobie, nie ma równie pięknej kobiety jak ty. Może to kwestia statystyki. Bo kobiet w mojej okolicy jest mało. Nie wiem. Tak czy inaczej, nie tylko nie ma tam tak pięknej kobiety jak ty, nie ma również tak pięknych stóp jak twoje.

-Chyba rozumiem, do czego zmierzasz.

-Chcę się poczuć jak Bill Murray w Między słowami.

Służąca weszła bezszelestnie do salonu i położyła na stoliku srebrną tackę z dwoma ciężkimi szklankami napełnionymi do połowy whisky rozcieńczoną lodem. Obok postawiła opróżnioną w 1/4 butelkę.

-Dziękuję. To wszystko - powiedziała Scarlett.

Poczekała, aż zostaną sami. Potem usiadła obok Joe'go i położyła swoje nogi na jego udach. Joe przełknął ślinę, spojrzał na drobne, kształtne kostki i zgrabne, tworzące harmonijnie zaokrągloną całość palce.

-Pomożesz mi czy nie?

-Dobiliśmy targu. Pomogę.

Scarlett odgarnęła włosy z szyi ruchem tak kobiecym i powabnym, że Joe odruchowo dotknął jej wypielęgnowanych stóp.

-Zazwyczaj staram się unikać wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z moim doktoratem - wyjaśnił. - Ale dla ciebie postanowiłem zrobić wyjątek. Możesz uznać to za akt oddania ze strony wiernego fana.

-Ponadto przestudiowałaś moje dzieło, a to też się liczy - dodał, sięgnąwszy po paczkę papierosów marki Silk Cut.

-Nie było to łatwe, Joe. Wydaje mi się, że mniej więcej zrozumiałam, jak ten twój dowód działa.

-Nie lubię słowa "dowód". Zanadto cuchnie salą sądową. Wolę mówić o argumentach.

Scarlett rozchyliła usta, ukazując duże, równe i oślepiająco białe hollywoodzkie zęby. Następnie przesunęła wskazującym palcem po dolnej wardze.

-Niesamowite - powiedziała.

-Co?

-Naprawdę straciłeś wtedy wszystko.

Joe wystukał z paczki jednego papierosa.

-Żonę, dziecko, psa. Dobrze płatną pracę. Przyjaciół i wrogów. Zyskałem za to nowych. Niestety, tylko tych ostatnich. Potężniejszych, rozwścieczonych treścią mojego dzieła, zdecydowanych dać mi nauczkę.

-Ale nadal wierzysz, że miałeś rację, prawda?

-Wierzę, że mój argument jest poprawny. Zarówno formalnie, jak i materialnie. Przesłanki są prawdziwe. Wniosek wynika z nich logicznie. Sam zatem musi być prawdziwy. Co więcej, przesłanki są intuicyjnie wiarygodne. Niemalże oczywiste. I mają to do siebie, że przemawiają do większości ludzi. Bez względu na wyznanie, poglądy polityczne czy filozoficzne. Nikomu przede mną nie udało się sformułować takiego argumentu na rzecz tezy o istnieniu Boga. Boga rozumianego jako osoba będąca stwórcą wszechświata.

-Zmieniłeś świat.

-Na pewno zmieniłem pewne pojęcia. Od opublikowania mojej pracy minęło pięć lat. Kiedy trafiła ona do druku, na Ziemi nie było ateisty, który nie odrzucałby wiary w dowolnie rozumianego stwórcę wszechświata. Dzisiaj Ziemia roi się od ateistów, który wierzą, że istnieje ktoś taki, jak osoba odpowiedzialna za stworzenie całego tego bajzlu zwanego szumnie wszechświatem. Ba! Oni nie tylko w to wierzą. Oni to wiedzą. A wiedzą, bo to przecież w oparciu o przesłanki mojego argumentu uznali, że istnieje Bóg. Dzięki mnie spór między ateizmem a teizmem wkroczył na zupełnie nowe terytorium. Współcześni teiści i ateiści spierają się nie o istnienie Boga, lecz o to, jaką ma on naturę. Niestety, a może na szczęście, mój argument nic nie mówi na ten temat.

Joe sięgnął po szklankę. Whisky miała ostry, nieco wiśniowy smak.

-To Suntory Yamazaki - powiedział, oblizawszy usta.

-Osiemnastoletnia. Leżakowała w beczkach wykonanych z trzech różnych gatunków dębu.

-Wyborna.

-To, co zrobiłeś nie spodobało się wielu ludziom - zauważyła Scarlett.

-Och, Scarlett - Joe jednym haustem opróżnił szklankę - gdyby chodziło wyłącznie o ludzi.

-Więc w tych plotkach o tobie i...

-Tak, w tych plotkach tkwi ziarno prawdy. I na tym, proszę, poprzestańmy. Reguły gry są takie, że mogę opuścić Skid Row wtedy i tylko wtedy, gdy poprosi mnie o to ktoś spoza dzielnicy. Nie wiem jednak, i nie chcę wiedzieć, co z niej ucieka, kiedy przekraczam wyznaczoną przez moich wrogów granicę.

-Znam ryzyko spotkania z tobą, Joe. Rozmawiałam z człowiekiem znającym ludzi znających ludzi, którzy bacznie obserwują każdy twój krok. Nawet teraz. Dlatego czuję się bezpieczna.

Joe wsunął papierosa do ust.

-Rozmawiałaś z człowiekiem znającym ludzi znających ludzi - powtórzył, przedrzeźniając ją. - Brawo. Przygotowałaś się, dziecino. W nagrodę proszę o zezwolenie na wymasowanie twoich stóp.

Scarlett zmarszczyła gniewnie brwi, wnet jednak rozchmurzyła się, przywołała kokieteryjny uśmiech i rzekła:

-Słyszałam, że potrafisz być dupkiem.

-Fałsz. Ja jestem dupkiem. Największym na wschód od Edenu. Wróćmy do problemu twojej przyjaciółki.

-Ach, Karen. Więc sprawa wygląda tak: Karen ma być druhną na moim ślubie.

Joe wypluł papierosa.

-Zaraz, wychodzisz za mąż? Tego nie było w umowie.

-W przyszłym roku.

-Zostanę zaproszony?

-Raczej nie. To będzie cicha ceremonia.

-A kto jest szczęśliwym przyszłym panem młodym?

-Pewien aktor i producent filmowy.

-Skurwiel.

-Przeciwnie. Cudowny człowiek.

-Woody Allen wie?

-Jezu, Joe, a co ma do tego Allen?

-Jesteś jego nową muzą. I chyba traktuje cię jak córkę.

-Pomyliłeś film z rzeczywistością. Wracając do Karen. Otóż moja przyjaciółka ma depresję. Od dwóch lat. Nic jej nie pomaga. Pomyślałam więc, że może ty spróbujesz.

Joe podrapał się po brodzie.

-Co konkretnie miałbym zrobić?

-Bez Karen ślub się nie odbędzie. Ułóż więc dla niej jakiś argument za istnieniem Boga. Coś prostszego niż argument z twojego doktoratu. Ale wiarygodnego. Coś, co zdoła pojąć zżerana przez depresję kobieta, która przestała wierzyć, że istnieje będący miłością, dobrocią, sprawiedliwością i prawdą stwórca wszechświata. Słyszałam, że w ten sposób wyciągnąłeś już kogoś z depresji.

-A ty uważasz, że jaki on jest?

-Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Jeszcze nie zdecydowałam. Często rozmawiam o tym z Ryanem.

-Przyszłym mężem?

-Tak, Ryan to mój narzeczony.

-Skurwiel.

-Znam już twoją opinię o Ryanie. Pora, abyś wypowiedział się o Bogu, Joe.

-O Bogu z mojego argumentu czy o Bogu z rozmaitych ziemskich teologii?

-O każdym z nich.

-Cóż, moim zdaniem, Bóg z ziemskich teologii to ktoś, kto ma bardzo popaprane pojęcie o miłości, dobru i sprawiedliwości. Zaś Bóg z mojego argumentu to dla mnie nadal wielka niewiadoma. Nie wykluczam, że może to być ten sam koleś, o którym np. opowiada teologia św. Augustyna, Pascala lub Malebranche'a. Czy też teologia św. Tomasza. Jeśli tak jest, to wszyscy mamy przesrane. Zarówno predestynowani do zbawienia, jak i skazani na potępienie. Mogę zapalić?

-Nie krępuj się.

-Staram się rzucić. Wiesz, co zawsze bawiło mnie w argumentach na rzecz tezy o istnieniu Boga? To, że taki argument, jeśli jest poprawny formalnie i materialnie, a jego przesłanki są wiarygodne lub uzasadnione, upoważnia do uznania wniosku za prawdziwy. Z pewnością nie większą niż pewność, na jaką zezwala wiarygodność przesłanek. Jeśli argument na istnienie Boga spełnia wymienione warunki, to nadaje on tezie o istnieniu Boga status wiedzy. Ten, kto zasadnie wierzy w prawdziwość przesłanek takiego argumentu i uznaje za prawdziwy wynikający logicznie z nich wniosek, zaś owe przesłanki oraz wniosek są prawdziwe, ten wie, że istnieje Bóg. Rozumiesz?

-Spokojnie, Joe, czytałam o tym w twoim doktoracie. Podstawowe sprawy.

-Haczyk, a zawsze jest jakiś haczyk, tkwi w fakcie, że dowód, tfu, przepraszam, argument na istnienie Boga spełniający podane warunki gwarantuje jedynie wiedzę o tym, że Bóg istnieje. Ale już nie wiedzę o tym, że wiemy, iż Bóg istnieje. Aby wiedzieć, że wiesz, iż istnieje Bóg, musisz nie tylko zasadnie wierzyć w prawdziwość przesłanek argumentu na istnienie Boga - musisz również zasadnie wierzyć, że zasadnie wierzysz w prawdziwość owych przesłanek. Aby zasadnie wierzyć, że zasadnie wierzysz w ich prawdziwość musisz zasadnie wierzyć w to, że racje, które przytoczyłeś na rzecz tychże przesłanek, są dobre lub wystarczające. O ile jednak względnie łatwo jest przytoczyć jakieś racje, które są dobre, o tyle zdecydowanie trudniej jest wykazać, że przytoczone racje faktycznie są dobre. To pierwsze wystarczy, aby uwiarygodnić przesłanki, a tym samym upoważnić cię do wiary w ich prawdziwość. To drugie z kolei jest konieczne dla uwiarygodnienia tezy, że zasadnie wierzysz w prawdziwość przesłanek, a tym samym dla upoważnienia ciebie do wiary w jej prawdziwość.

Dziewczyna odchyliła głowę.

-Im wyżej, tym trudniej - skwitowała.

-Dokładnie - Joe zapalił papierosa i podał go Scarlett. Dziewczyna zaciągnęła się, a Joe uznał, że papieros marki Silk Cut bardzo ponętnie wygląda w jej ustach. Następnym razem muszę spróbować z Marlboro, pomyślał. - Posłuchaj. Masz taki oto argument. 2 plus 2 równa się pięć lub istnieje Bóg. I nie jest prawdą, że 2 plus 2 równa się pięć. Zatem istnieje Bóg. Załóżmy, że Bóg to osoba będąca stwórcą wszechświata. Co sądzisz o tym rozumowaniu?

Scarlett oddała papierosa i napiła się whisky.

-Jego schematem jest tautologia - w ustach aktorki słowo "tautologia" nabyło lubieżnej konotacji. - Mówiąc inaczej, wniosek wynika logicznie z przesłanek. Jeśli koniunkcja tych ostatnich jest prawdziwa, to prawdziwy jest również ten pierwszy.

-A jest?

-Tak, Joe.

-Mamy więc do czynienia z argumentem poprawnym tak formalnie, jak i materialnie.

-Jest jednak pewne "ale".

-Mianowicie?

-Ten argument jest kolisty.

-Logicznie? - Joe uniósł brwi.

-Tylko w tym znaczeniu, że prawdziwość pierwszej przesłanki zakłada prawdziwość wniosku. Cały ten argument begs the question. Czyli zawiera przesłankę, której nie uzna osoba nie akceptująca wniosku, a to oznacza, że nie jest możliwe wykazanie ateiście w oparciu o podane przez ciebie przesłanki, iż istnieje Bóg.

-Czy stąd wynika, że w oparciu o przesłanki, których nie podziela ateista, nie da się wykazać, że istnieje Bóg?

-Nie, Joe. Definicja wykazania prawdziwości jakiegoś zdania podaje, że S wykazał, iż p wtedy i tylko wtedy, gdy zostały spełnione łącznie następujące warunki: 1) p jest prawdą, 2) S przytoczył na poparcie p takie zdanie q, że (a) q jest prawdą, (b) p wynika z q i (c) S jest zasadnie przekonany, że q. Jeśli, dajmy na to, podejmę się wykazania, że istnieje Bóg i przedstawię, zgodnie z powyższą definicją, prawdziwe i uzasadnione racje na rzecz tezy o istnieniu Boga, a rzeczona teza będzie ich logicznym wnioskiem, to wykażę, że istnieje Bóg – i to pomimo faktu, że niejedna osoba nie uzna za prawdziwe lub uzasadnione przytoczonych przeze mnie racji.

-Pozostaje pytanie, komu to wykażesz?

-Sobie, rzecz jasna. Abym mogła wykazać ateiście istnienie Boga, musiałabym przytoczyć takie racje, w których prawdziwość oboje zasadnie wierzymy.

-Zatem używając przesłanek omawianego argumentu mogłabyś wykazać sobie, że istnieje Bóg?

Scarlett przygryzła dolną wargę.

-Nie - odparła po namyśle - nie mogłabym. Ponieważ o ile druga przesłanka ma uzasadnienie, o tyle pierwsza może zostać uzasadniona wtedy i tylko wtedy, gdy uzasadni się wniosek. Jeśli istnieje Bóg, to istnieje Bóg lub 2 plus 2 równa się pięć. Tautologiczna implikacja. Jeśli masz uzasadnienie dla jej poprzednika, to masz je również dla następnika.

Joe, uśmiechając się szeroko, podał dziewczynie papierosa. I napełnił obie szklanki japońską whisky.

-Odrobiłaś zadanie domowe. Zasłużyłaś na nagrodę.

Scarlett zerknęła na zegarek.

-Więc nie trać czasu i wymasuj mi stopy. Za godzinę mam kolejne spotkanie.

Zanim mężczyzna zdążył rozprostować palce, w salonie zgasło światło. Pociemniały lampy oświetlające basen.

-Co się dzieje, Joe?

Joe Saxon, zwany "Retorem", obejrzał się przez ramię, a wtedy coś z wielką siłą uderzyło go w twarz. Krzyk Scarlett utonął w mroku. Mężczyzna spróbował się podnieść z podłogi, wtedy jednak coś z wielkim impetem wylądowało mu na plecach, następnie zeskoczyło obok, chwyciło go za kark i podniosło do góry - jak pusty karton. Zobaczył, że Scarlett biegnie w kierunku rozsuwanych drzwi. Sekundę później przemknął nad szklanym stolikiem, ciśnięty przez niewidzialnego napastnika. Krótki lot steranego życiem speca od rozwiązywania cudzych problemów zakończył się za przeszklonymi drzwiami prowadzącymi na taras - w chmurze wirujących i mających ostre krawędzie kawałków rozbitego szkła. Zalany krwią Joe usłyszał kolejny krzyk Scarlett. A potem tupot nóg. Jakiś zgrzyt. Świst. I coś w rodzaju wystrzału poprzedzonego gwizdem tak głośnym, że niemalże rozsadzającym czaszkę. Jasność pochłonęła jego oczy. Zanim dotarła do świadomości i z pozycji "on" przestawiła ją na "off", Joe usłyszał znajomy głos.

-Mówiłem, że to niebezpieczne, panno Scarlett.

***

Przytomność odzyskał w limuzynie. Obok siedział pan M. Za przyciemnionymi szybami przesuwały się neony Los Angeles. Ktoś powinien postawić pomnik człowiekowi, który wynalazł neon, pomyślał Joe, nie wiedząc, że cytuje faceta, według którego Miasto Aniołów pachniało stęchlizną i starością jak długo niewietrzony salon.

-Jedziemy do Skid Row - oznajmił agent panny Scarlett.

Joe był obolały, czuł mdłości i nie mógł pozbyć się wrażenia, że ktoś zastąpił jego mózg wielką, ołowianą kulą z napalmem. Przynajmniej już nie krwawił. Na rękach i nogach miał bandaże. Pan M. podał mu jasnobrązową kopertę formatu A4.

-W środku znajdzie pan wszelkie istotne informacje o pannie Karen razem ze zdjęciami i puklem włosów. Ma pan miesiąc czasu na wywiązanie się z umowy. Efekt pańskiej pracy proszę wysłać na adres podany na kopercie. Jeśli dzięki panu panna Karen wyjdzie z depresji, na pańskie konto wpłynie uzgodniona suma. Na tym zakończymy współpracę.

-Czy Scarlett coś się stało? - przerwał mu Joe.

-Panna Scarlett ma się dobrze. Życzyła panu powodzenia. Uprzedzając pańskie kolejne pytanie, powiem, że dzisiaj widział się z nią pan ostatni raz. Kolejnego nie będzie. Dla jej dobra, oczywiście.

Joe przytaknął mruknięciem.

Czarna limuzyna wjechała do Skid Row. Kolory znikły, zastąpione wszechobecną sepią. Zrobiło się złowieszczo cicho. Tutejsze neony były wyłączone. Ulice puste. Domy mieszkalne wyglądały na opuszczone. Od trzech lat, odkąd tutaj zamieszkał, nad dzielnicą nie wzeszło i nie zaszło słońce.

-Przyznam, że odnalezienie tego miejsca było trudne - powiedział pan M. - Niewiele osób o nim wie. Nie ma go na oficjalnych mapach.

Joe zauważył, że starszy mężczyzna trzyma na kolanach rzecz wyglądającą na skrzyżowanie Magnum 44. z krzyżem.

-To z tego zabił pan to... coś? - zapytał Joe.

-Strasznie hałasuje. I chyba jest skuteczne. Chociaż człowiek, od którego dostałem tę pukawkę, powiedział, że ludzie, których znają znani mu ludzie nie wiedzą, co się dzieje z trafionym... diabelstwem, które czasami wraz z panem opuszcza Skid Row. Dojechaliśmy!

Joe zabrał kopertę i otworzył drzwi. Wysiadając, spojrzał na agenta.

-Dziękuję - powiedział.

Pan M. posłał mu zimny uśmiech.

Samochód odjechał, a Joe poczuł się samotny. Stał przed kamienicą, w której mieściło się jego biuro, i czuł na plecach miarowy oddech czeluści drzemiących pod Skid Row. Ścisnął mocniej kopertę.

Solidny koncept na przesłanki, trochę krwi i potu, zdjęcie i pukiel włosów panny Karen - i powinno być po kłopocie. Zrobi to dla kobiety, którą w innych okolicznościach odważyłby się pokochać.

Ale najpierw, pomyślał, muszę się napić.

***

Rok i jeden dzień później, dokładnie 28 września, Scarlett przestała być panną. Jedną z jej druhen była cudownie ozdrowiała Karen. Tego dnia Joe stwierdził, że świat, w którym żyje, przestał być najlepszym z możliwych. Nadal był więźniem Skid Row.


*Zaznaczony kursywą fragment pochodzi z opowiadania "Pan B." autorstwa Woody'ego Allena, opublikowanego w zbiorze "Obrona szaleństwa" (tłum. Bogdan Baran, Piotr W. Cholewa i Jacek Łaszcz, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008, s. 118-119).

czwartek, 11 grudnia 2008

Motorizer


W Barze Wszystkich Barów, w którym na Stołach Wszystkich Stołów tańczą Dziwki Wszystkich Dziwek słucha się tylko jednej kapeli – Kapeli Wszystkich Kapel.

Wiem, wiem, jesteś tutaj nowy, zmarłeś przedwczoraj, nie zgłosił się po ciebie żaden anioł i diabeł, poczułeś się odrzucony przez niebiosa i piekło, zrozumiałeś, jak podłe jest to uczucie, a potem, po bezsennej nocy spędzonej w cuchnącym szczynami zaułku, trafiłeś do nas – do miejsca, w którym wieczność zabijają nader specyficzne osoby. Nie będę owijał w bawełnę. Z jakiegoś powodu nie załapałeś się przed narodzinami na casting do dramatu zbawienia i potępienia. Bóg nie przewidział dla ciebie żadnej roli. Diabeł również. Z perspektywy bosko-diabelskiej historiozofii jesteś anomalią. Proszę, nie patrz na mnie krowim wzrokiem. Zewrzyj paszczę. Wyprostuj plecy. I usiądź tutaj. Tak, dokładnie przy tym stoliku. Popatrz na rudą dziwkę tańcująca po blacie. Ale ręce trzymaj przy sobie. Jeszcze zdążysz poużywać.

Co to za zespół? To Motorhead, głupcze. Za mikrofonem, pląsając paluchami po strunach basu, stoi 62 letni facet. Perkusję maltretuje czterdziestopięciolatek. A z gitary ostatnie tchnienie wyciska jegomość, któremu do pięćdziesiątki zostały tylko trzy lata. Lemmy, Dee i Campbell. Wpadli na gościnny występ. Nie, oni żyją. Jak to możliwe? Wiem tylko, że Lemmy i spółka mogą koncertować w Barze Wszystkich Barów. Nie, raczej nie zdają sobie sprawy z tego, w jakim miejscu grają. Zadajesz strasznie dużo pytań. Na mój gust, za dużo. Spójrz, chyba się spodobałeś tej rudej lisicy. Po czym poznałem? Cóż, nie przed każdym kręci ona pupą z zapałem godnym lepszej sprawy. Bez obawy! Tutejsze dziwki nie są umarlakami. One nawet nie były ludźmi. To duszyce. Staną się tym, czy zechcesz, aby były. Pod warunkiem, że wiesz, jak to zrobić. Obecny szef Baru Wszystkich Barów wie. Poczekaj, zaraz wrócę.

Co to jest? Kurde, człowieku, umarłeś przedwczoraj, a już nie pamiętasz, jak wygląda drink? Posmakuj. Śmielej, nie bądź mięczakiem. I jak? Jasne, że mocny. Nie może być inny, skoro zwie się ‘Motorizer’. Przyjrzyj się mu. Ma jedenaście warstw. Każdą nazwano inaczej. Dlaczego? Bo każda opowiada inną historię. No, łyknij sobie. Dobrze, duży łyk. Że co? Tak właśnie powinno być. Usłyszałeś muzykę, nic wielkiego. Hałaśliwa perkusja, chroboczący bas, przesterowana gitara, przepity głos? To ‘Runaround Man’. Pewnie, że buja. Ma bujać. Byś się, przepraszam za słowo, ożywił. W porządku, kiepski żart. Nie obrażaj się. Po śmierci nie warto. Kolejny łyk! Siup! Brawo. Teraz to już oni ‘Teach You How To Sing The Blues’. Nóżki podrygują, łepetyna kiwa się miarowo. Gardziel rwie się do śpiewania. You better shake your moneymaker. Mówisz, że ten utwór brzmi jak twoje życie? Niech ci będzie. Łyknij sobie! Słyszysz trzepot orlich skrzydeł. Rześkie powietrze owiewa twój dziób? Pociski rozrywają twą pierś? Wszędzie terkot, wybuchy i ryk potężnych silników? To ‘When The Eagle Screams’. Małe tam i z powrotem pomiędzy pewną śmiercią na bitewnym polu a egzystencjalną peregrynacją na tonący w chmurach szczyt pewnej góry. Brawo! Sążnisty łyk! Here comes the bass, thunder in the guts. Rock ‘til you can’t stand. Now the guitar speaks, gonna drive your nuts. Nie lękaj się, synu, to tylko koncert. XXI-wieczna wariancja na temat ‘Asów Pikowych’. Brud, czad, ciężar i moc. Wystarczy na bluesowe ‘One Short Life’. Tak smakuje nostalgia, prawda? Kolejny łyk i zostajesz ‘Buried Alive’. Czujesz się przygnieciony ścianą dźwięku? To tylko bas Lemmy’ego. I szalona reszta. Nie zwlekaj! Do dna zostało pięć łyków. Mówię ci, że ‘English Rose’ to zdzira nad zdziry. Uważaj na jej uda. Niech cię nie zwiodą chwytliwe refreny. Pilnuj portfela. Ta mała bestia zasysa szmal lepiej niż czarna dziura światło. Zmieniamy scenografię. Nie, to nie ‘Bonnie i Clyde’. To ty i Ona – dowolna ona - uciekający z łupem przed glinami. Nie chcesz znaleźć się ‘Back On The Chain’. Więc krzyczysz do niej: Keep your foot on the gas baby now. Szybka jazda bez pasów bezpieczeństwa opustoszałą międzystanową. Wśród świszczących kul. Wypij sobie! O, tak dobrze. Teraz coś o ‘Heroes’. Balladowo, refleksyjnie, majestatycznie. Mówisz, że to epicki rock n’ roll? Jak najbardziej. Posłuchaj tej solówki! Majstersztyk! I siup! ‘The Time Is Right’. Tematyka podobna. Znów walka. Masz rację – brzmi to bardzo punkowo. I dobrze. Zespół nie zapomniał o swoich korzeniach. Został ci tylko jeden łyk. Pijesz czy poddajesz się? Zuch chłopak. Ech, ta twoja głupia mina. Tak, to są stery bombowca. Tak, to huk jego silników. Tak, dookoła samolotu wybuchają pociski przeciwlotnicze. All of the doomsday birds are flying. Skup się. Namierz cel. Zrzuć trochę bomb. Usłyszysz ‘The Thousands Names Of God’. Zawsze będzie jakaś wojna. Zawsze będą ginąć jacyś ludzie. Widocznie tak ma być. Bo tak jest dobrze. A jest, bo Bóg nie robi nic, by było inaczej. Ta Jego bezczynność dobra jest. Musi być. Gdyż On – czy to działając, czy to dopuszczając się zaniechania – nie postępuje źle. No, ale będąc w Barze Wszystkich Barów nie musisz przejmować się Bogiem. Jesteśmy istotami spoza dramatu potępienia i zbawienia.

Dobra, dość ględzenia, spójrz na tę rudą. Ależ ma pośladki! Pięknie pachną, prawda? Weź ją na górę. I zabaw się. Dobrze wykorzystaj ten czas. Bo potem masz widzenie z szefem tego miejsca. A z nim bywa różnie. Nieprzewidywalny typ. Oczywiście, zawsze możesz zabrać ze sobą butelkę 'Motorizer'. Mamy też inne - 'Inferno', 'Kiss Of Death' oraz coś z klasyki: 'Overkill', 'Bomber', 'Ace Of Spades', 'Iron Fist' i 'Orgasmatron'. Ty wybierasz.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Król Goblinów

W 1986 roku obejrzałam film pt. Labirynt w reżyserii Jima Hensona. Główne role zagrali David Bowie i Jennifer Connelly. Nie oglądałam go sama; dzień przed wypadem do kina wprowadziła się do mnie Luiza, którą poznałam podczas wakacji spędzonych na Majorce. Trzymając się za ręce, w przytulnym mroku kinowej sali śledziłyśmy z zapartym tchem przygody dzielnej Sarah Williams, poszukującej w baśniowej krainie swojego brata, porwanego przez Jaretha, Króla Goblinów. Potem dowiedziałyśmy się, że film poniósł komercyjną porażkę. Zarobił jedynie połowę z budżetu w wysokości 25 milionów dolarów. Z jakiegoś powodu zmartwiło mnie to bardziej niż Luizę. Rok później, dokładnie w rocznicę naszego spotkania, ponownie obejrzałyśmy Labirynt. Między nami wszystko układało się nadzwyczaj dobrze, więc tym razem mocniej trzymałyśmy się za ręce. Dzięki magnetowidowi salę kinową zastąpiłyśmy domowym zaciszem. Mogłyśmy więc spokojnie wymieniać się uwagami na temat filmu. I wymieniałyśmy się, przerywając seans długimi i gorącymi pocałunkami.

W 1992 roku, dwa lata po śmierci Jima Hensona, znajomy poprosił mnie o napisanie recenzji dwóch albumów amerykańskiej grupy Titan Force. Była mroźna zima. Na ulicach miasta zalegała gruba na ponad metr warstwa śniegu. W sobotni ranek leżałam w łóżku, racząc się łykami gorącej kawy o czekoladowym smaku. Ze stojącej na przeciwko komody dochodził trzask winylowej płyty. I wysoki śpiew Conklina. Zanim Luiza wróciła ze sklepu, skończyłam pisać. Odłożyłam długopis obok kubka z kawą i przeczytałam recenzję na głos.

Jest taki film z Jennifer Connelly i Davidem Bowie. W reżyserii Jima Hensona. Nazywa się 'Labirynt' i można o nim powiedzieć z pewnością jedno: KULT!!! I to nie jest jedyna rzecz wspólna dla debiutu Titan Force i baśni twórcy słynnych Muppetów. Braciom Flores, wspomaganym dzielnie przez Harry'ego Conklina z Jag Panzer, udało się nagrać album od początku do końca nie dość, że wypełniony samymi powermetalowymi hymnami, to jeszcze o klimacie równie cudownym, jak ten, który wypełnia każdy kadr 'Labiryntu'. I wcale nie sugeruję, a tym bardziej nie twierdzę, że debiutancki krążek Titan Force jest w jakimkolwiek sensie baśniowy. Po prostu, ilekroć słucham tej płyty, odnoszę wrażenie, że sączące się z głośników dźwięki, przywołujące na myśl wczesną twórczość Queensryche, układają się dookoła mnie w niewidzialną zasłonę, za którą rozpościera się przestwór ogromnego świata. Świata, w którym jedyną walutą jest wyobraźnia.

Czegoś podobnego doznaję oglądając 'Labirynt'. Jakby jedno i drugie, ten album i ten film, były tylko wierzchołkami dwóch gór lodowych, skrytych pod powierzchnią morza codzienności. Oczywiście, nie wymagam od czytelnika, by doświadczył tego samego, co ja podczas obcowania z którymkolwiek z tych dzieł, niemniej, tak czy inaczej, zachęcam każdego, kto gustuje w amerykańskim heavy metalu do sięgnięcia po pierwszą płytę Titan Force, bo, wiadomo, dobrych riffów i chwytliwych melodii upakowanych w porywające kawałki o hymnicznym zadęciu nigdy za wiele. A z takimi utworami mamy do czynienia od pierwszych dźwięków 'Chasing Your Dreams'. Pierwsze cztery numery są utrzymane w średnich tempach, kroczą majestatycznie, momentami leniwie, króluje w nich bezapelacyjnie niezwykle przestrzenny śpiew Conklina. Conklin śpiewa wybornie, z polotem, ogromną wręcz lekkością, współtworząc swoim głosem opisany wyżej klimat. Szybsze kawałki zaczynają się od instrumentalnego 'Will 'O Whisp', po którym zespół nie zwalnia tempa już do końca płyty. Na wyróżnienie zasługują żywiołowy 'Wings Of Rage' z maidenową pracą sekcji oraz cholernie epicki 'New Age Rebels', w którym na zakończenie rozbrzmiewa chóralnie zaśpiewany refren. Z płytami takimi jak ta wiąże się pewien problem. Mianowicie, opisanie ich jest trudne. Zdają się proste, a okazują skomplikowane i głębokie. Po kilku przesłuchaniach konwencję przesłania wyobraźnia pobudzona klimatem i emocjami zaklętymi w poszczególnych dźwiękach. To jest album dla marzycieli. Dla osób mających w sobie coś z Piotrusia Pana. I mam gdzieś fakt, że znaczna część niniejszej recenzji jest subiektywna.

W 2005 roku, poproszona o zgodę na zamieszczenie mojej recenzji w internetowym serwisie, poświęconym w całości muzyce metalowej, dodałam do niej następujący fragment: Od razu zaznaczę, że za twórczością Jag Panzer nie przepadam, a wokalne wyczyny Tyranta na takich krążkach jak 'Age Of Mastery' czy 'Thane To The Throne' znoszę z trudem. Ale tutaj, na debiucie Titan Force, Conklin śpiewa wybornie, z polotem, ogromną wręcz lekkością, współtworząc swoim głosem opisany wyżej klimat. Trochę wcześniej, bo pod koniec lat dziewięćdziesiątych, rozstałam się z Karen. Rudowłosa modelka, z którą przeżyłam trzy lata, wyprowadziła się z dnia na dzień, bez uprzedzenia. Dopiero po tygodniu dostałam od niej list z wyjaśnieniem. Najbanalniejszym z banalnych. Poznałam kogoś innego. Nie sprecyzowała, czy chodzi o kobietę. Pomyślałam, że Luiza nigdy nie zrobiłaby mi czegoś takiego.

*

Tamtego dnia, gdy Luiza wróciła z zakupami, przyrządziłyśmy pyszne śniadanie, które zjadłyśmy w łóżku, słuchając naszych ulubionych płyt. W południe, zmęczone i spocone, wzięłyśmy wspólnie prysznic. Wieczorem pojechałyśmy na koncert jakieś lokalnej grupy. Przed wyjściem z domu, obiecałam sobie, że recenzję drugiej płyty Titan Force, zatytułowanej 'Winner/Looser', napiszę następnego dnia, zaraz po porannym joggingu. Koncert był udany - trzech chłopaków i jedna dziewczyna (wokalistka) o wyglądzie istnych leather rebels grali ostro, energicznie, a nade wszystko w sposób, który wówczas, dzięki modzie na Nirvanę, uchodził za archaiczny. Od machania głową rozbolał mnie kark. Luiza złamała obcas. Wróciłyśmy nad ranem, pijane i zbyt zmęczone, by się kochać.

Siedem minut po siódmej obudził nas świdrujący dźwięk. Odebrała Luiza. Po chwili usłyszałam, jak klnie i wyrzuca z siebie Zaraz tam będę. Do szpitala, do którego wczoraj przywieziono jej matkę, pojechałyśmy taksówką. Lekarz powiedział, że to wylew krwi do mózgu. Jej stan jest na razie stabilny, ale nie ma gwarancji, że nie dojdzie do kolejnego wylewu. Ojciec Luizy miał czekać na oddziale intensywnej terapii. Weszłyśmy do windy. Winda zatrzymała się na 3 piętrze. Jechałyśmy na piąte. Pamiętam, że mruknęłam coś o cholernej awarii. Zaczęłyśmy szukać schodów. Mijając uchylone na oścież drzwi jednej z sal, w której leżeli chorzy, usłyszałyśmy dwa wystrzały. Spojrzałam w prawo - mężczyzna w skórzanym płaszczu stał przy dwóch ciałach trzymając w dłoniach strzelbę. Odwrócił się i ruszył w naszą stronę. Luiza otworzyła usta, jakby chciała krzyknąć, może mnie ostrzec, a wtedy on, co zarejestrowałam bardzo wyraźnie, jakbym oglądała film puszczony w zwolnionym tempie, strzelił ponownie. Odruchowo zasłoniłam twarz. Napastnik wybiegł z sali, popychając mnie na ścianę i wskoczył do windy. Spojrzałam na Luizę. Na Luizę leżącą na podłodze śmierdzącej jakimś środkiem do czyszczenia. Na Luizę leżącą z szeroko rozrzuconymi rękami. Na Luizę z wielką, czerwoną plamą na białym golfie. Na Luizę definitywnie martwą.

Nie zdążyłam odwiedzić matki Luizy. Pani Peterson dostała wieczorem kolejnego wylewu, po którym neurolog stwierdził u niej śmierć mózgową. Byłam wtedy na komisariacie, składając zeznania. Niewiele mogłam powiedzieć dwóm bardzo cierpliwym policjantom. Niewiele bowiem pamiętałam. Właściwie to od nich dowiedziałam się, że ruszyłam w pogoń za mordercą. Dogoniłam go na parkingu, po tym, jak zastrzelił kolejne dwie osoby - tym razem szpitalnych strażników. Wskoczyłam mu na plecy i wbiłam w szyję pilnik do paznokci. Mężczyzna strącił mnie na ziemię, ale wypuścił z dłoni strzelbę. Poniedziałkowe dzienniki nader dokładnie opisały, opierając się na zeznaniach licznych świadków zdarzenia, jak chwyciłam broń, a następnie uderzyłam mordercę kolbą w głowę. Tłukłam go tak długo, dopóki nie znieruchomiał w kałuży krwi i resztek swojego mózgu.

Oczywiście, zostałam uniewinniona. Przecież mieszkałam w USA.

Mężczyzna, którego zabiłam, nazywał się Eliot T. Speckman i był rasistą. Wierzył, że czarne kobiety nie powinny wiązać się z białymi mężczyznami. Wierzył też, że każdy związek czarnej kobiety z białym mężczyzną jest występkiem przeciwko porządkowi natury oraz woli Boga. Przekonany, że tak się właśnie mają rzeczy, udał się w ową niedzielę do szpitala, w którym leżała jego siostra. Zastrzelił ją i jej chłopaka. Chłopak był białoskóry.

W mediach zaczęto trąbić o zbrodni nienawiści oraz o czarnym rasizmie. Biali rasiści, podzielający przekonanie Eliota T. Speckmana, że związek czarnej kobiety z białym mężczyzną jest występkiem przeciwko porządkowi natury oraz woli Boga, uznali mnie za bohaterkę. Gdy w kilku dziennikach napisano, że zamordowana przez Speckmana Luiza Petersona była moją kochanką, biali rasiści poczuli się zakłopotani. Nie mogli przecież uznawać za swoją bohaterkę lesbijki. Więc przestali w ogóle o mnie mówić i pisać. Co innego niektórzy rodzimi antyrasiści. Kilku znanych działaczy organizacji antyrasistowskich stwierdziło, że działałam z pobudek rasowych. Jeden z nich powiedział, że jest oczywiste, iż jeśli biały zabija czarnego, to mamy do czynienia z przejawem rasizmu.

Usłyszawszy to, pomyślałam, że świat jest pełen idiotów.

Odbył się pogrzeb Luizy i jej matki. Obie spoczęły w rodzinnym grobowcu. Informacje o moim procesie trafiały regularnie na pierwsze strony gazet. Ława przysięgłych uznała, że działałam w obronie koniecznej. Oczyszczona z zarzutów, wyjechałam z miasta i zaszyłam się na wsi, w posiadłości mojego brata, który w tym czasie przebywał w Europie. Po upływie sześciu miesięcy medialna wrzawa rychło ucichła; dziennikarzom trafiły się nowe tematy - nowe zbrodnie, afery i tragedie. W czwartą rocznicę śmierci Jima Hensona złożyłam kwiaty w poświęconym jego pamięci muzeum. Ode mnie i od Luizy. Potem spotkałam się z bratem, który wrócił do USA w sprawach biznesowych. Domyślił się, gdzie byłam i bardziej stwierdził niż zapytał:

-Jeszcze ci nie przeszło?

-Przejdzie, gdy umrę - odparłam. - Jak wszystko inne.

-Przykro mi z powodu Luizy - mruknął.

-Już mi to mówiłeś.

-Ale przez telefon. Mogło zabrzmieć sztucznie.

-Nadal brzmi, braciszku.

Nie zmieszał się; nie był w stanie. W milczeniu piliśmy kawę. Zapytałam go o rodzinę - żonę i dwie córki. Odparł, że życie rodzinne układa się mu się znakomicie. Nawet lepiej niż biznesowe. Mówiąc o tym, nie okazał żadnej emocji. Przy mnie nie musiał udawać. Był podręcznikowym psychopatą, kimś niezdolnym do współodczuwania. Więc udawał przed wszystkimi, z wyjątkiem swojej siostry, której, rzecz jasna, nie kochał. Nic dziwnego, że nie zapytał mnie o to, jak poradziłam sobie z faktem, że zabiłam człowieka. Dwa dni później odwiozłam go na lotnisko. Wracał do Europy - do rodziny, do firmy. Zanim się pożegnaliśmy, spytał, co zamierzam robić. Odparłam, że wrócę do pisania.

Wróciłam. Napisałam dwa zaległe opowiadania, tym razem o wróżkach, a po rozmowie z wydawcą, wielce zadowolonym z faktu, że jego najpoczytniejsza autorka bajek dla dzieci oraz opowiadań i powieści fantasy adresowanych raczej do dorosłych czytelników wykaraskała się z depresji, przystąpiłam do pracy nad drugim tomem przygód Ghulka, Szatyra i Koguna - trzech goblinioludzkich mieszańców żyjących na planecie będącej gigantycznym labiryntem. Pisałam szybko, po 3-4 godzinny dziennie, pomiędzy lekkim śniadaniem a sutym obiadem. Popołudniami leniuchowałam przed telewizorem, czasami z książką w ręku. Zanim napisałam ostatni, dziesiąty rozdział powieści, zdążyłam przyzwyczaić się do nieobecności Luizy - do myśli, że kochana przeze mnie kobieta nigdy już nie odwzajemni mojego uśmiechu, pieszczoty i troski. W porównaniu z przywyknięciem do faktu, że zabiło się człowieka, nie było to łatwe. Ale praca wypełniła odczuwaną do niedawna pustkę. Wydawca z zadowoleniem przyjął nową powieść. Po tygodniu zadzwonił do mnie i oznajmił, że prawdopodobnie napisałam bestseller. Podziękowałam mu, a nazajutrz odebrałam czek na sumę, która wywołała na mojej twarzy szeroki uśmiech.

Żyłam. Pisałam. Byłam szczęśliwa. Szczęściem Pirrona.

*

Nadszedł 1995 rok. Zapomniałam o zimie. Zaczęła się wiosna. Za rok miałam poznać Karen, rudowłosą modelkę. Siedząc w znajdującej się nieopodal mojego mieszkania kawiarni, usytuowanej na rogu dwóch ruchliwych ulic, nie wiedziałam, i nie mogłam, rzecz jasna, wiedzieć, że dokładnie za 12 miesięcy w tym samym miejscu przysiądzie się do mnie piękność znana mi jedynie ze zdobiących miasto bilboardów reklamowych i powie, że przeczytała trzy tomy przygód Ghulka, Szatyra i Koguna, że są one wspaniałe, i że chce zjeść ze mną kolację. Nie wiedziałam, i nie mogłam wiedzieć, że już po pierwszej randce pójdziemy ze sobą do łóżka, i że namiętnie spędzona noc będzie początkiem trwającego przez trzy lata wspólnego życia, zakończonego w banalny sposób. Poznałam kogoś innego. Do dzisiaj zastanawiam się, czy on wiedział. Król Goblinów.

Przysiadł się, gdy kończyłam drugą filiżankę waniliowej kawy. Zaczepił kelnerkę, zamówił u niej wodę mineralną, niegazowaną, z cytryną, a następnie tym samym pewnym tonem, z jakim złożył zamówienie, przedstawił mi się.

-Król Goblinów? - powtórzyłam niepewnie, patrząc na nieznajomego, który wyglądał jak Dawid Bowie w roli śmiertelnego, choć długowiecznego kochanka wampirzycy Miriam z filmu The Hunger.

Kiwnął głową.

-Większość osób z mojego gatunku, gdy tylko zjawia się w waszym świecie, przybiera wygląd podręcznikowego goblina.

-Nie wygląda pan jak podręcznikowy goblin.

-To prawda. I dlatego możesz mnie nazywać Królem Goblinów. Jestem wyjątkiem od reguły będącej żartem kuli, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie.

-Parmenides.

-Allain de Lille.

-Kuzańczyk.

-Bruno.

-Pascal.

Zamilkliśmy.

-Jest pan wykształcony - zauważyłam.

-Nie jestem. Nigdy się nie kształciłem.

Odstawiłam filiżankę. Sięgnęłam po papierosa.

-Podsumujmy. Twierdzi pan, że nie jest człowiekiem, chociaż wygląda na mężczyznę z gatunku homo sapiens, i to na mężczyznę o twarzy jednego z moich ulubionych muzyków. Nie ma pan żadnego wykształcenia, ale słyszał pan o Pascalu. Zatem kim pan jest?

-Królem Goblinów. Jestem tutaj przejazdem. Odnalazłem cię na prośbę Luizy.

Powiedziawszy to, wyjął spomiędzy moich palców papierosa i położył go centymetr nad brązowym blatem stolika.

-Nie kłamię - rzekł uspokajająco.

Poczułam ukłucie w kciuku. Zacisnęłam powieki. Ujrzałam niebo. Niebieskofiołkowy bezkres zawieszony nad nieskończoną i przeźroczystą taflą zielonego oceanu.

-Widzisz, w sposób dostosowany do ludzkich możliwości, fragment moich wspomnień z wnętrza kuli, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie.

Wokół było spokojnie, cicho. Zobaczyłam gobliny. Niektóre sunęły tuż nad powierzchnią morza, inne w jego głębinach. Ogromne, majestatyczne, kuliste.

-Żyjemy we wnętrzu kuli, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie - wyjaśnił Król Goblinów, a potem dodał: - Możesz nazywać ją Bogiem.

Niektórzy ludzie powiadają, że Bóg jest doskonale wolny oraz doskonale dobry. Z racji swej doskonałej dobroci zawsze czyni dobro, a ponadto nie jest w stanie czynić zła. Można pomyśleć, że wolność, a tym bardziej jej doskonały pierwowzór, wyklucza doskonałą dobroć, jeśli ta ostatnia implikuje niezdolność do czynienia zła. Wszak istota wolna, a co dopiero doskonale wolna, to taka, dla której możliwe jest czynienie zarówno dobra, jak i zła. W przypadku Boga wolność, tym bardziej jej doskonały pierwowzór, zasadza się na czymś innym: na fakcie, że Bóg - czyli kula, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie - jest jedynym, a przeto ostatecznym źródłem swoich działań.

-Na dłuższą metę Bóg jest nudny - powiedział Król Goblinów. - Owszem, obcowanie z Nim nie daje się porównać z niczym innym. Zgłębiając Boga, zgłębiasz mądrość, wiedzę, wolę, dobro i miłość, które są jednym i tym samym, nieskończonym źródłem wszelkiego przygodnego istnienia. Ale nawet my, gobliny, istoty najbardziej ze wszystkich podobne do Boga, nie jesteśmy w stanie zrozumieć Jego niezróżnicowanej natury, którą w ludzkim języku da się opisać jedynie za pomocą niedoskonałych dystynkcji.

Gobliny wielbią Boga; kochają Go; żyją w Jego cieniu; ale z biegiem czasu doświadczanie meandrów doskonałej miłości, której nie rozumieją, zastępują poznawaniem istot ze swojego gatunku. Bóg jest nieskończony; Jego wnętrze - o ile o kimś takim, jak nieskończona kula, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie można sensownie powiedzieć, że ma wnętrze - również; wnętrze goblina ma się do wnętrza człowieka jak kosmos do kałuży. Dojrzałe gobliny, mające za sobą "pobyt" poza czasem i przestrzenią, w wiecznym teraz, spędzony na doświadczaniu bożej miłości, jednej z najdoskonalszych form nudy, jak zauważył przekąsem mój rozmówca, na ogół dobierają się w pary. Niektóre preferują związki wielosobowe. Bóg nie ma nic przeciwko temu.

-Każdy goblin jest niemalże unikalny. Zapewne wiesz, że unikat to rzecz niepodobna do żadnej innej. Oczywiście, każdy z nas ma te same cechy gatunkowe. Jeśli idzie o przypadłości, to jesteśmy od siebie całkowicie odmienni. To z tego powodu inne gobliny są dla nas tak interesujące.

Bóg z racji swej doskonałej dobroci zawsze czyni dobro. Gobliny nie są doskonale dobre, niewiele jednakże brakuje im pod tym względem do Boga. Znają dobro i zło w takim sam sposób jak On. Po sokratejsku. A znając dobro w ten właśnie sposób, zawsze czynią dobro, i nie robią tego przygodnie, lecz z konieczności. Nie są więc zdolne do czynienia zła.

-Nie oznacza to, że jesteśmy automatami lub maszynami. Bynajmniej. Jesteśmy istotami wolnymi. W sposób bardzo zbliżony do tego, w jaki wolny jest Bóg. Można powiedzieć, że gobliny są jak zbawieni ludzie. Z tym wszakże zastrzeżeniem, że zbawiony człek to osoba, która zgodziła się zostać goblinem.

-A co z naszą wolnością?

-Cóż, wolność to złożony i niejednorodny fenomen. Nie wszystkie istoty są wolne. A spośród wolnych nie wszystkie są wolne w ten sam sposób. Wy, ludzie, jesteście zdolni zarówno do czynienia dobra, jak i zła. I jedno, i drugie czynicie o własnych siłach, bez bożej pomocy, dokładnie tak, jak wykoncypował to Pelagiusz.

-Zatem wszechwiedza Boga nie wyklucza ludzkiej wolności?

-Jeśli Bóg w akcie stworzenia zdeterminował pod każdym możliwym względem każdy możliwy element świata, łącznie z działaniami osób, to wie, co każdy z was uczyni. Taki akt stworzenia gwarantuje mu wszechwiedzę. Bóg bowiem wie, czego chce. Wie też, że jeśli chce czegoś, to wówczas to, czego On chce ziści się. Wie zatem, co się ziści. Na przykład, jeśli Bóg wie, że jutro w południe ubogiemu, który wysiaduje przed twoim domem, dasz jałmużnę, to jutro tak właśnie się stanie. Co więcej, nie jest możliwe, abyś jutro nie wręczyła mu jałmużny. Czy ten fakt pozbawia cię wolności? Nie. Jest on bowiem całkowicie zgodny z tym, że gdybyś nie chciała obdarować biedaka kilkoma dolarami, to byś mu ich nie wrzuciła do kapelusza. To zaś przesądza, iż ludzka wolność, aczkolwiek w okrojonej wersji, jest możliwa pomimo wszechwiedzy Boga.

-Obawiam się, że nie rozumiem.

-Ok. Raz jeszcze. Załóżmy, że z jakiegoś powodu jest konieczne, iż za 30 sekund postanowisz zaciągnąć się papierosem, a za pełną minutę zrealizujesz swoje postanowienie. Mija pół minuty. Postanawiasz zaciągnąć się papierosem. Po upływie kolejnych 30 sekund zaciągasz się papierosem. Jedno i drugie robisz z konieczności. Czy to oznacza, że nie byłaś w stanie nie zrobić tego, co zrobiłaś? Tak i nie. Tak, bo nie było możliwe, że nie zapalisz. Nie, bo jesteś tak ukonstytuowana, że gdybyś przed upływem tej minuty postanowiła zaciągnąć się papierosem później, to niewątpliwie tak byś postąpiła. W obu tych przypadkach działałabyś z konieczności. Aczkolwiek w każdym z nich inna byłaby ostateczna przyczyna twojego czynu. W pierwszym tą przyczyną byłaby wola Boga, abyś zapaliła. W drugim, abyś tego nie zrobiła. Nie powiedziałem niczego odkrywczego. Są wśród was mądrale, którzy to rozgryźli.

Zagryzłam wargi.

-Och, widzę, że posmutniałaś. Nie martw się. Bóg stwarzając ten świat nie zdeterminował pod każdym możliwym względem każdego z jego elementów. Aby się dowiedzieć, co jakiś człowiek zrobi, Stwórca musi tutaj zajrzeć, co, rzecz jasna, nie jest dla Niego trudne. Zresztą, gdyby wszystko, co się wydarza w waszym świecie było całkowicie zdeterminowane w akcie stworzenia, to nie mógłbym się tutaj zjawić, bowiem działania goblinów również nie zostały zdeterminowane przez wolę Boga.

Gobliny są nieśmiertelne. Ale mogą umrzeć, jeśli tylko zechcą. Wystarczy poprosić Boga o śmierć, a On ją ześle. Bóg nie ma nic przeciwko temu, aby goblin wybrał nicość. Życie goblina nie polega na udziale w grze, w której zwycięzca zgarnia zbawienie, a przegranemu trafia się potępienie. W grze, w której udział nie jest dobrowolny, lecz wiąże się z przynależnością do takiego a nie innego gatunku.

-Nawiasem mówiąc, życie człowieka także nie jest grą o zbawienie.

-Jak mam to rozumieć? - zapytałam.

-Większość ludzi przestaje wraz ze śmiercią istnieć. Niektórym Bóg proponuje przemianę w goblina. Niektórzy się na nią godzą.

-Jak Luiza? - zgadłam.

Kiwnął głową, zabrał papierosa znad stolika i wsunął mi go do ust.

-Minęła minuta - wyjaśnił. - A ty pewnie chcesz się zaciągnąć, prawda?

Uśmiechnęłam się i sięgnęłam po zapalniczkę.

-Chcesz powiedzieć, że ludzkie życie nie ma żadnego sensu?

-Chcę powiedzieć, że życie żadnego człowieka nie ma pośmiertnego celu. I nic z tego, co robicie, czego jesteście świadkami, co się wam przytrafia nie jest zaaranżowanym przez Boga testem. Natomiast twoje życie będzie miało taki sens, jaki jemu nadasz. I tak jest dobrze.

-Nie rozumiem więc, dlaczego Bóg stworzył nasz świat.

-Nikt, poza Bogiem, rzecz jasna, nie wie, dlaczego stworzył On ten czy inny świat. Wiemy za to, że cokolwiek Bóg stworzy, jest to dobre. Bóg to dziwny typek.

-Doskonale dziwny.

Król Goblinów uśmiechnął się ustami Dawida Bowie'go.

-Mniejsza o Boga. Nie z Jego powodu się tutaj zjawiłem.

-Wspomniałeś o Luizie.

-Luiza została goblinem. Od innych goblinów dowiedziała się, że czasami bywam w waszym świecie. Nie zawsze na tej planecie. Poprosiła, bym przekazał ci wiadomość.

-Opowiedział o goblinach, tak?

-Bystra jesteś.

-Abym po śmierci wybrała właściwie?

-Dokładnie.

Zapaliłam papierosa.

Król Goblinów zamówił kolejną wodę mineralną.

Południe mijało leniwie.

-I to wszystko? - zapytałam.

-Mniej więcej.

-Trudno będzie z tego zrobić dobre opowiadanie.

-Jeszcze trudniej będzie ci przekonać czytelnika, że mi uwierzyłaś.

-I wyjaśnić dlaczego.

Spojrzał na zegarek.

-Pora na mnie. Co mam przekazać Luizie?

-Proszę jej powiedzieć, że postąpię tak, jak uznam za stosowne.

-Dobrze.

Rozejrzał się dookoła; zawiesił wzrok na ruchliwym o tej porze skrzyżowaniu i przez dłuższą chwilę stal wpatrzony w sobie tylko znany punkt. Wreszcie potrząsnął głową - jakby zrzucił z siebie coś ciężkiego.

-Przyjdź tutaj za rok o tej samej porze - powiedział. - Może spotka cię coś dobrego.

Nie pożegnał się; wyszedł z kawiarni.

Spojrzałam na białą kopertę, którą zostawił na stoliku.

Wróciłam do domu i zasiadłam przed komputerem. Czułam, że muszę coś napisać. Wtedy przypomniałam sobie o drugim albumie Titan Force. Wrzuciłam płytę do odtwarzacza. Po trzech godzinach, i trzykrotnym odsłuchaniu płyty, wpatrywałam się w widniejący na ekranie tekst recenzji.

Nie wiem, co poszło niewłaściwie. Za cholerę. Ale drugi album Titan Force nie zachwycił mnie tak jak pierwszy. Znakomity wokalista, solidni instrumentaliści, fenomenalne partie wokalne, powermetalowa stylistyka z licznymi wypadami w stronę progresywnego grania, nawet jazzowego - przynajmniej w przypadku sekcji rytmicznej, a jednak to wszystko razem wzięte nie zadziałało. I nic na to nie poradzę. Każda perswazja ma swoje granice. Nieprzekraczalne.

'Winner/Loser' nie wywołuje we mnie tych skojarzeń, co debiut. Obędę się więc bez filmowych metafor. Czasami wydaje mi się, że klimat opisany w recenzji debiutanckiego lp Titan Force przebija spod dźwięków 'Shadow Of A Promise', zwłaszcza z fragmentów, w których słychać dziecięcy chór, ale to tylko złudzenie. W utworach nie ma już przestrzeni znanej z debiutu. Wyobraźnia smacznie drzemie, a kolejne numery przelatują bez echa. O ile kawałki z wcześniejszego albumu to, według mnie, nieśmiertelne hymny, o tyle te tutaj na nieśmiertelność nie zasługują. Może... z wyjątkiem wspomnianego 'Shadow...'. Może. Pewności nie mam. Ten album podoba mi się fragmentami. Selektywnie. Oczarowana jestem partią solową w utworze tytułowym. 'Face to Face' błyszczy tam, gdzie sekcja zaczyna pogrywać jazzowo. Słuchając 'Eyes Of The Young' zachwyciłam się gitarową solówką. I tak dalej. Całość bez ochów i achów. Na fragmenty kapie mi ślinka. Jedno jest pewne. 'Winner/Loser' to płyta zdecydowanie mniej powermetalowa, bardziej progresywna, z zadatkami na wielkość, ostatecznie jedynie solidna. Coś poszło nie tak. Mam taką szemraną teoryjkę, że pójść musiało. Bo debiut jest zachłanny. I nie pozwoli, by Titan Force nagrał kiedykolwiek lepszy album. Chciałabym wierzyć, że bredzę. Ale nie wierzę. Jak napisałam przed trzema laty w innej recenzji, jest taki film...

Zapisałam plik i wyłączyłam komputer. Wtedy rozdzwonił się telefon. W słuchawce usłyszałam głos brata. Im dłużej mówił, tym bardziej byłam zaskoczona. I tym częściej zerkałam na kartkę, którą wyjęłam z koperty zostawionej przez Króla Goblinów. W końcu zamknęłam oczy i zaryzykowałam. Życzenie popłynęło z moich ust.

*

Wszystko, o czym opowiedział mi Król Goblinów, widziałam jego oczyma - oczyma istoty pozbawionej oczu. To dlatego mu uwierzyłam. W 2005 byłam pewna, że nie mogłam nie uwierzyć. Umierałam na raka mózgu i czułam się szczęśliwa. Nie dlatego, że umierałam. Rozpierała mnie radość, bo przed tygodniem widziałam się z bratem, któremu żona urodziła trzecią córkę. Ten człowiek, niegdyś podręcznikowy psychopata, promieniał szczęściem. Od dziesięciu lat był w stanie doświadczać emocji. Cudzych i własnych.

Poza tym Karen znów była ze mną.

Ze wszystkich stworzeń Boga gobliny są najbardziej do Niego podobne. Nie są wszechwiedzące i wszechmocne, ale nawet najmłodszy goblin wie i może więcej niż kiedykolwiek będzie wiedział i mógł człowiek. Kochają dobro, kochają mądrość. Uwielbiają penetrację. Tę duchową, polegającą na poznawaniu wnętrz innych goblinów. Przemierzają nieskończone stworzenie dobrego Stwórcy. Przebywając na Ziemi, wyglądają jak gobliny z Labiryntu. Z wyjątkiem Króla Goblinów, który kiedyś był daimonionem Sokratesa, a przez jedną godzinę 1995 idealnym sobowtórem Dawida Bowie'ego.


wtorek, 28 października 2008

Notka logiczno-polityczna

Miałem napisać tekst o Królu Goblinów. A wszystko przez lekturę opowiadań i esejów Borgesa, słuchanie dwóch albumów Titan Force oraz n-dziesiąte obejrzenie filmu "Labirytnt" w reżyserii Jima Hensona. Siedzi ten Król Goblinów w mojej głowie i jakość wyjść nie może. Historię jegomościa już sobie opowiedziałem. Nie czuję się jednak na siłach, aby ją spisać. Jeszcze. Zamiast porywać się z motyką na słońce, postanowiłem napisać o czymś zdecydowanie łatwiejszym do ubrania w słowa.

Nie lubię politycznej bieżączki. Tym bardziej tej z rodzimego piekiełka politycznego. Ale polityka to przewrotna bestia mi raczej za nic ma osoby, które za nią nie przepadają. Na cmentarzach nie brakuje grobów nieszczęśników, którzy za polityką nie przepadali, woleli trzymać się z daleka od jej macek i meandrów, a życiem przypłacili zainteresowanie swoją osobą ze strony polityki - a ściślej: ze strony polityków.

Kilka dni temu polityka wtryniła swój paskudny łeb do sali, w której prowadziłem wykład z logiki, obejmujący podstawy logiki, metalogiki, semiotyki i teorii argumentacji. Zakończyłem akurat omawiać różnice między implikacją, wynikaniem logicznym a wnioskowaniem, po czym podyktowałem studentom serię zadań polegających na sprawdzeniu, czy wniosek wynika logicznie z koniunkcji przesłanek.

Studenci byli w większości przerażeni. Zmienne i formuły zdaniowe, spójniki logiczne, tabelka prawdziwościowa, tautologie rachunku zdań - te absolutne podstawy współczesnej logiki (w jej klasycznej wersji) na ogół przyprawiają studentów, zwłaszcza z kierunków humanistycznych, o gęsią skórkę, niekiedy o palpitację serca. Nierzadko podzielają oni mniemanie, że znajomość podstaw logiki do niczego im się w pozauczelnianym życiu nie może przydać. Mylą się, bo wymienione rzeczy są narzędziami, które umożliwiają chociażby sprawdzanie poprawności formalnej argumentów i rozumowań. Mają więc praktyczne zastosowanie poza samą logiką: lubiący dyskutować mogą je wykorzystać do oceny argumentów własnych oraz cudzych.

Kiedy podyktowałem ostatni przykład, kilka osób się roześmiało. Uniosłem głowę. Brwi zmarszczyłem marsowo. Wtedy przez salę przetoczył się gromki śmiech. Popełniłem jakiś błąd? - pomyślałem. Spojrzałem ponownie na podyktowane rozumowanie. Wszystko było już jasne. Poszło o imiona.

Jeśli Ludwik nie będzie schlebiał Jarkowi, to straci posadę.
Jeśli Ludwik straci posadę, to popadnie w kłopoty finansowe.
Jeżeli Ludwik będzie schlebiał Jarkowi, to straci dobrą opinię.
Zatem Ludwik popadnie w kłopoty finansowe lub straci dobrą opinię.

W "Ćwiczeniach z logiki" autorstwa Barbary Stanosz znajduje się podobny przykład - zamiast imion "Ludwik" i "Jarek", występują w nim imiona "Jan" i "Piotr". Większość obecnych na wykładzie studentów zinterpretowała imiona "Ludwik" i "Jarek", odnosząc je do dwóch znaczących osób z rodzimego piekiełka politycznego. Nie wiem, dlaczego zamiast imion "Jan" i "Piotr", użyłem tych pierwszych. O konflikcie tego Ludwika z tym Jarkiem wiedziałem tylko tyle, że był, acz nie znałem jego przyczyn, przebiegu i zakończenia. Po prostu nie śledzę uważnie tego, co się dzieje w polskiej polityce.

Studenci pośmiali się, po czym rozwiązali przykład z "Ludwikiem" i "Jarkiem". Wyszło im trafnie, że zdanie Ludwik popadnie w kłopoty finansowe lub straci dobrą opinię wynika logicznie z koniunkcji podanych przesłanek. Oczywiście, ten, by tak rzec, fakt nie mówi nam nic o prawdziwości przesłanek i wniosku. Poza tym, że nie może być tak, iż koniunkcja tych pierwszych jest prawdziwa, a ten drugi fałszywy.

Pozostają jeszcze trzy możliwości. Tego, która z nich zachodzi, nie dowiemy się z logiki. Jeśli imiona "Ludwik" i "Jarek" odczyta się w ten sam sposób, co studenci z mojego wykładu, należy zajrzeć do rodzimego piekiełka politycznego, aby zorientować się, co i jak. Kto chce, niech zagląda. Ja tam za czortami nie przepadam. Niezależnie od tego, gdzie stoi kocioł, z którego one pochodzą.





czwartek, 23 października 2008

Najlepszy z możliwych światów

Najpierw fakty.

14 lutego 2007 roku Blaze Bayley poślubia długoletnią przyjaciółkę, Debbie. To ona pomogła mu wyjść z depresji, skompletować nowy skład i przystąpić do pracy nad kolejnym albumem. To dzięki niej Blaze rzucił picie i odzyskał wiarę w siebie - w to, że pomimo tylu porażek, które go spotkały, jest jeszcze w stanie tworzyć dobrą muzykę.

6 sierpnia 2007 roku wychodzi DVD pt. 'Alive In Poland', zawierające zapis występu Blaze'a na Metalmanii. Wydaje się, że kariera byłego wokalisty Iron Maiden wróciła na właściwą ścieżkę.

7 lipca premierę ma album 'The Man Who Would Not Die', nagrany z Nico Bermudezem (gitara), Jay'em Walshem (gitara), Lawrence Patersonem (bas) i Davidem Bermudezem (perkusja).

Na płycie znajduje się utwór 'While You Were Gone', zadedykowany żonie Blaze'a. Blaze napisał tekst, a Nico muzykę. Dzień przed premierą Debbie traci przytomność. Lekarze diagnozują wylew krwi do mózgu. Kobieta przechodzi trzy udane operacje. Pozostaje jednak w śpiączce. 'While You Were Gone' zyskuje nowe, niezamierzone przez wokalistę znaczenie.

Wiedząc to wszystko, napisałem niniejszą recenzję, która na początku września trafiła na łamy serwisu www.powermetal.pl.

"Żadnej symfoniki. Ani grama piachu, bujania i zielska. Nic a nic mroku cuchnącego lakierem do paznokci i stęchłym koronkami. Tylko heavy metal. Dwanaście znakomicie wykonanych numerów, obmyślanych tak, by przyspieszały wydzielanie adrenaliny. Dwanaście przystanków w drodze po wielkość. Dwanaście przejażdżek wśród ludzkich dramatów i fantastycznych historii, opowiedzianych niezwykle emocjonalną muzyką o dwóch ostrzach, z których pierwsze ocieka epiką, a drugie agresją. Dwanaście wokalnych popisów Blaze'a, który śpiewa głębinami swoich trzewi, stosowne emocje czerpiąc z meandrów zdrowo popieprzonego życia.

W tekstach przeważa problematyka z dolnego pułapu egzystencji - walka o swoje przekonania, wychodzenie z nałogów, rozpoczynanie 'wszystkiego' od nowa, zmagania z systemem działającym na zasadzie Paragrafu 22, a także przepychanki ze złodziejską wytwórnią. Do niedawna codzienność Blaze'a. W 'The Truth Is One' Blaze zmienia tematykę na wybitnie górnolotną, szybującą bliziutko niebios, i dopytuje się o Prawdę. Tę Jedyną. Czymkolwiek lub kimkolwiek ona jest. W 'Smile Back At Death' składa hołd bohaterowi 'Gladiatora' Ridleya Scotta, a w 'Robot' przypomina słynny cykl powieściowy Isaaca Asimova. Dopytywanie się o Prawdę jest przejmujące i przyprawia o ciarki na plecach. Hołd dla postaci zagranej przez Russela Crowe'a wypada z epickim wręcz rozmachem, tętniąc emocjami prosto z bitewnego pola. Numer o samoświadomym robocie zapierdziela równie szybko jak humanoidalny Sonny z filmu Alexa Proyasa pt. 'I, Robot', nawiązującego luźno do prozy Asimova. Natomiast w maidenowym 'Samurai' jakiś zdesperowany ronin deklaruje mężnie ustami Blaze'a, że jest gotów na śmierć.

Te i pozostałe historie nie byłyby tak udane, gdyby nie znakomita gra obu gitarzystów - Nico Bermudeza i Jaya Walsha, którzy dopilnowali, by płyta roiła się od gitarowych pojedynków, pościgów, strzelanin, przepychanek, bójek i zapasów. Całkowita, choć wymuszona wymiana składu opłaciła się. Na żadnej z wcześniejszych solowych płyt Blaze'a zespół nie prezentował tak wysokiej formy, jak na najnowszej. Sekcja rytmiczna stanowi doskonałe i mocarne brzmiące uzupełnienie partii gitarowych, w których ogień równie często bucha drapieżnie z pieca, co tli się nostalgicznie, melancholijnie. Produkcją płyty zajął się sam Blaze. W rezultacie brzmienie utworów jest ciężkie, gęste, momentami bliskie produkcji typowej dla melodyjnego death metalu. W połączeniu z heavymetalowymi kompozycjami daje to niesamowity efekt!"

W zakończeniu recenzji napisałem tak:

"Sądzę, że 'The Man Who Would Not Die' można nazwać najważniejszym albumem w dorobku Blaze'a. Nie tylko z powodu jego znamienitej zawartości, ale również dlatego, że nie byłoby go bez starań i wiary kobiety, która skradła Blaze'owi serce, a teraz leży w stanie śpiączki w szpitalu. Mam nadzieję, że Debbie wróci rychło do zdrowia".

Cóż, daremna to była nadzieja, bo 25 września pogrążona w śpiączce Debbie dostała kolejnego wylewu krwi do mózgu. Zmarła dwa dni później.

Na stronie Blaze'a możemy przeczytać:

"She cannot be replaced.She cannot be seen or touched or heard or kissed softly ever again in this world. She can be felt, and she can live, and she can stand beside me as you have stood, she can stand with me as you have stood, unseen but with a certainty that cannot be shaken. This is what I know to be true".



Zbędny komentarz

Niektóre osoby są przekonane, że planeta, na której żyjemy, znajduje się w najlepszym z możliwych światów. Wśród osób przekonanych, że planeta, na której żyjemy, znajduje się w najlepszym z możliwych światów, trafiają się i takie, które mniemają, iż świat, w którym kilkuletni zwierzak z gatunku homo sapiens sapiens może zostać bestialsko pobity, a następnie zgwałcony, po czym znów pobity, wreszcie okaleczony, a na końcu zarżnięty - jest światem lepszym od świata, w którym nie jest to możliwe. Możliwe, że wśród osób przekonanych, że planeta, na której żyjemy, znajduje się w najlepszym z możliwych światów, są i tacy, którzy mniemają, iż świat, w którym ukochana osoba może umrzeć wskutek wylewu krwi do mózgu jest lepszym światem, w którym nie jest to możliwe, jak również tacy, którzy żywią przekonanie, iż świat, w którym kilkuletnia chrześcijanka może zostać wrzucona przez hinduskich fundamentalistów do płonącego budynku i umrzeć w męczarniach, jest światem lepszym niż świat, w którym nie jest to możliwe.

Dlaczego niektórzy sądzą, że świat, w którym żyjemy, jest światem najlepszym z możliwych? Bo mniemają, iż został on stworzony przez wszechwiedzące, wszechmocne i doskonale dobre bóstwo. A ktoś, kto posiada wymienione cechy, zawsze postępuje w najlepszy z możliwych sposobów. Na pytanie zaś, dlaczego wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo nie zapobiega złu dziejącemu się na planecie Ziemia, znajdującej się w najlepszym z możliwych światów, niektórzy z ludzi przekonanych, że żyjemy w takim świecie, odpowiadają, iż wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo nie zapobiega złu, bo ma wystarczający moralnie powód, aby tego nie robić.

Wśród osób przekonanych, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów, które są skłonne w ten sposób odpowiedzieć na powyższe pytanie, można natknąć się na osoby przekonane, że wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo nie zapobiega takim zdarzeniom, jak bestialskie pobicie, następnie zgwałcenie, znów pobicie, wreszcie okaleczenie, a na końcu zarżnięcie kilkuletniego zwierzaka z gatunku homo sapiens sapiens, bo ma ono wystarczający moralnie powód, aby tego nie robić. Inni ludzie z opisanego zbioru mogą rzec, że wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo miało wystarczający moralnie powód, aby dopuścić do dowolnego z ludobójstw znanych nam z dotychczasowej historii zwierząt z gatunku homo sapiens sapiens. Nie jest wykluczone, że znajdą się i tacy, którzy po powiedzeniu lub usłyszeniu czegoś takiego, powiedzą: "I chwała Mu za to!".

Wiadomo, że ludzie mówią różne rzeczy.

Można by tak wymieniać dalej. Coraz bardziej szczegółowo i coraz zawilej. Można też zacząć stawiać pytania. Na przykład: ilu wyznawców wszechmocnego, wszechwiedzącego i doskonale dobrego bóstwa jest w stanie uznać uznać, że bóstwo, do którego deklarują miłość, dopuściło do śmierci kilkudziesięciu milionów osób w stalinowskich obozach zagłady, gdyż miało wystarczający moralnie powód, aby nie wykorzystać swojej wszechmocy i wszechwiedzy do zapobieżenia temu strasznemu złu? Można. Jak najbardziej. Jednak w obliczu śmierci wszelkie tezy i wszelkie pytania wydają się retoryczne.

Szkoda, że śmierć nie jest retoryczna.

czwartek, 25 września 2008

Prawda

I.

Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy.

I to nie byle jakiej. Mierzył wysoko. Prawdy z ludzkich ust spływające, dające się łączyć za pomocą koniunkcji, alternatywy, implikacji i równoważności nie obchodziły go zanadto. Nie o prawdę rozumianą jako atrybut zdań czynionych prawdziwymi przez różnego rodzaju fakty, chodziło mu w poszukiwaniach. Prawda zdefiniowana na modłę teorii Tarskiego i prawda w roli odcudzysłowiacza, umożliwiającego nam generalizowanie po zdaniach, też nie wzbudzały w nim dużego zainteresowania. Nie oznaczało to, że mój przyjaciel nie miał respektu dla faktów. Nic bardziej mylnego. Traktował on rzeczywistość nader poważnie, i fakty, czyli tej jej fragmenty, wyimki czy części, które za pomocą relacji zwanej korespondencją weryfikowały zdania o pasującej do nich treści, darzył atencją na tyle rozsądną, by z niejednej kabały wyjść bez szwanku. Niemniej, powołując się na Norwooda R. Hansona, wspólnego znajomego, powtarzał przy różnych okazjach, że nigdy żadnego faktu nie widział, nie słyszał i nie poczuł.

Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy w różnych miejscach i czasach. Na morzu i w powietrzu. W ziemskiej atmosferze i poza nią, w kosmosie. Pod ziemską skorupą i na jej powierzchni. W przeszłości i przyszłości. W zwodniczym teraz. W miejscach oczywistych i dziwacznych. W świątyniach, akademiach i laboratoriach. W domowym zaciszu, z księgą w dłoni, i w bitewnym zgiełku, uderzając szablą na odlew. Podczas upojnej nocy z niewiastą, w zakamarkach jej spoconego ciała. Abordażując z piracką hordą kupiecką kogę. Polując z bazooką na dinozaury i uciekając ulicami Innsmouth przed kabłąkowatymi potomkami Marshów. Bez opamiętania, do utraty tchu, do omdlenia, jak szaleniec. W Shangri La, w Eldorado, wśród cyklopich bloków kamienia, z których zbudowano zatopione R'lyeh, w Zaginionym Świecie, na brzegach Atlantydy. Robiąc wiele różnych, mniej lub bardziej niezwykłych rzeczy.

Mój przyjaciel twierdził, że na ogół było przyjemnie i malowniczo.

Był kapłanem, filozofem, artystą, naukowcem i agentem FBI. Poznał smak teizmu i ateizmu. Należał do grona sceptyków, nihilistów i immoralistów. Liznął moralistyki. Przeszedł przez amoralizm. I gdzieś po drodze, nie gubiąc się w plątaninie izmów, przerobił materializm oraz idealizm. Był realistą i nominalistą. Empirystą i racjonalistą. Utylitarystą i deontologiem. Konserwatystą i liberałem. Socjalistą i libertarianinem. Proletariuszem i homo economicus. Dziełem kultury i artefaktem biologii. Homo textualis i morderczą małpą. Koniem pociągowym Id i drapieżną owcą sterowaną przez mentalne adaptacje. Istotą historyczną i ahistoryczną. Przezwyciężającą swą zwierzęcość w imieniu cywilizacji i cywilizację petującą ku chwale zwierzęcości.

Był każdą bestią z bestiariusza naszej sapiensiej filozofii i religii. Ucieleśnieniem każdego -izmu. Niekiedy był kilkoma bestiami na raz. Niekoniecznie w podanej kolejności.

Jedno można o nim rzec z pewnością: żył szybko, uparcie dążąc do celu.

Jerozolima, Mekka, ulice Filadelfii, ruiny azteckich świątyń, egipskie piramidy, babilońskie zigguraty, autostrady Los Angeles, krakowska starówka. Szukał dokładnie, ale Prawdy tam nie znalazł.

Spotykaliśmy się rzadko. Na ogół u mnie. Odpowiadała mu wiejska okolica, w której mieszkałem. Przesiadywaliśmy w ogrodzie, w cieniu jabłoni, i sączyliśmy kawę. Jasny, słoneczny dzień, śpiew ptaków, dające ukojenie milczenie wyludnionej okolicy. Powiadał, że tylko tutaj, w cieniu mej letniej rezydencji, przenikający jego życie imperatyw poszukiwania Prawdy ucina sobie drzemkę.

Mój przyjaciel, Mieszko.

Powiadał, że szuka Odpowiedzi na Pytanie. Oto, czym, jego zdaniem, miała być Prawda. Odpowiedzią na Pytanie. Nie byle jaką odpowiedzią. Bo właściwą na najważniejsze pytanie. Pytanie pytań. Nie poznałem treści Pytania. Powiedział, że gdyby ją komukolwiek wyjawił, zdradziłby samego siebie, a wtedy mógłby zrobić tylko jedno: odebrać sobie życie. Przestałem więc naciskać. Zadowoliłem się opowieściami o tych wszystkich oczywistych i dziwacznych miejscach, w których poszukiwał Prawdy.

Mieszko rozkładał nogi w mieście Erech, ku chwale bogini Ishtar. Był ascetą - gdzieś w XIII wieku. Z Leibnizem głowił się nad tajemnicami chińskiego pisma. Ale Prawdy nie odnalazł ani w meandrach seksualnej rozkoszy, ani w człowieku ukrzyżowanym za grzechy ludzkości, ani w ideogramach.

Muszę przyznać, że drań z gracją retora poruszał się wśród wspomnień przysypanych kurzem bezpowrotnie minionych stuleci. Zapytałem go pewnego razu, skąd ma pewność, że nie przeoczył czegoś istotnego.

-Wiesz - odparł, wodząc wzrokiem za moją rudowłosą nałożnicą, przechadzającą się po ogrodzie - przez cały ten czas brałem to pod uwagę. I nadal biorę. Zdaję sobie sprawę z tego, że może być tak, iż tutaj, na tej zapadłej planecie, w ogóle w żadnym zakątku Drogi Mlecznej, nie ma Prawdy, że, mówiąc najprościej, znajduje się Ona niewyobrażalnie daleko stąd, w miejscu, do którego nie dotrze nigdy żaden człowiek. I cóż mam począć z tym fantem? Nic. Ta myśl jest jak sceptycka hipoteza. Kusząca, wiarygodna i nie do obalenia na podyktowanych przez sceptyka warunkach. Dlaczego zatem miałbym się nią przejmować?

-Frapujące porównanie - zauważyłem.

Uśmiechnął się szeroko.

-Tak to już jest ze sceptycyzmem. Prawdziwy lub fałszywy, wszystko jedno, i tak go nie obalisz, grając według zaproponowanych przez sceptyka reguł gry. Dlatego jedynym rozsądnym posunięciem jest zakwestionowanie tych ostatnich. Niczego nie stracisz, a możesz zyskać. To samo myślę o poszukiwaniu Prawdy.

-Wypijmy więc za Jej zdrowie.

Rudowłose dziewczę zatrzymało się nad stawem, zsunęło z bladych, pożyłkowanych ramion satynowy szlafrok i wskoczyło do wody. A my, jeśli pamięć mnie nie zwodzi, ucięliśmy sobie pogawędkę o dziejach Nowego Jorku. Nie bez dobrego powodu.

II.

W Powszechnej historii nikczemności Borges tak opisał bitwę pod Rivington*:

"Około stu bohaterów, niewiele różniących się od fotografii, które więdną w archiwach policji: stu bohaterów przesiąkniętych dymem papierosów i alkoholem; stu bohaterów w słomianych kapeluszach o różnobarwnych wstążkach; stu bohaterów nadwerężonych - jedni mniej, drudzy bardziej - przez wstydliwe choroby, próchnicę zębów, zaburzenia funkcjonalne dróg oddechowych albo nerek; stu bohaterów tak nieistotnych i tak wspaniałych, jak ci spod Troi albo Junin rozegrało tę okrytą mrokiem bitwę w cieniu arkad kolei nadziemnej".

Mieszko tam był. Widział, jak "pod osłoną wysokich filarów mężczyźni o wygolonych policzkach strzelali w milczeniu, stanowiąc centrum zastygłego w przerażeniu kręgu pojazdów, wypełnionych niecierpliwymi posiłkami, z artylerią koltów w garściach". Też strzelał, mierząc wśród świstu kul w zbirów, którymi dowodził niezrównany w owych latach nowojorski dostawca nikczemności, Monk Eastman. Z bitwy, po której "pod wielkimi arkadami z betonu zostało siedmiu rannych, cztery trupy i martwy gołąb", mój przyjaciel wyszedł bez szwanku. Dlatego za podszytą ironią zemstę losu należy uznać fakt, że niemalże sto lat później zginął w sposób tak prozaiczny, że aż trudno dać wiarę temu jak.

Poślizgnął się na posadzce przy basenie i upadł tak, że skręcił sobie kark.

O jego śmierci dowiedzieliśmy się z gazety - z działu z nekrologami. Gazetę przyniosła mi Aimee. Tym razem była brunetką o ciemnooliwkowej skórze. Dość rzec, że znała się na kołysaniu piersiami. I na milionie innych rzeczy, z których skwapliwie korzystałem. Mieszko nigdy nie zauważył, że od kilkudziesięciu lat żyję z jedną i tą samą kobietą. Sądził, że często zmieniam partnerki. A to Aimee zmieniała się na moje życzenie.

Tamtego dnia usiadła mi na kolanach i wskazała nekrolog informujący o tragicznej śmierci lokalnego biznesmena, filantropa i muzealnika. Potem zwróciła moją uwagę na obszerny artykuł poświęcony zapowiedzianemu na wrzesień uruchomieniu LHC w CERN pod Genewą.

-Damy im tę cząsteczkę? - zapytała, kładąc ręce na moich ramionach.

-Bozon Higgsa? - zapytałem retorycznie, a ona mruknęła.

Było to najrozkoszniejsze "tak", jakie słyszałem. Podumałem przez chwilę, czując jej usta na prawym policzku, a następnie odwzajemniłem pocałunek.

-Już wiesz, co masz zrobić - powiedziałem.

Aimee się uśmiechnęła. I to było cudowne. Prawda uśmiechająca się do człowieka.

Przy całym swym oddaniu dla poszukiwania Odpowiedzi na Pytanie, Mieszko ani razu nie wychwycił w moim głosie przyjacielskiej sugestii, gdy pytałem go, skąd ma pewność, że nie przegapił czegoś istotnego.


*Zacytowane fragmenty pochodzą z eseju "Dostawca nikczemności Monk Eastman" autorstwa Jorge L. Borgesa (tłum. Stanisław Dembrzuski, Andrzej Sobol-Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 51-53.).

wtorek, 9 września 2008

Popcorn

Na ostatnich stronach 'Wilczej zamieci' Jarosława Grzędowicza, Loki oferuje kapitanowi niemieckiej łodzi podwodnej udział w Ragnaroku. Kapitan Reinhardt po krótkim namyśle przystaje na propozycję nordyckiego bóstwa. Mógł przepłynąć ponownie Bifrost i wrócić do swojego świata, w którym powoli kończyła się rozpętana przez Hitlera wojna, jednak Loki w kilku zdaniach naszkicował mu obraz tego, do czego by faktycznie wrócił. Zbombardowane Drezno. Ukochana kobieta zamordowana w Dachau. Klęska i podział Niemiec. Ujawnienie prawdy o obozach koncentracyjnych i piętno związanej z nimi hańby. Reinhardt miał dość. Dość bezsensownej, krwawej zawieruchy, niszczenia dla niszczenia. Słowa usłyszane od Lokiego jedynie przypieczętowały jego rozgoryczenie. Wybrał więc Ragnarok. Ogień, który strawi stary świat i zostawi po sobie podwaliny pod nowy. Świat dla istot miłujących wolność. Świat bez "Stalinów, Hitlerów, ale i Churchillów, adwokatów tych, co pierwsi rzucą kamieniem, i tych, co zawsze mają wszystko na tacy, tych, co wszystkigo się domagają, i tych, co rozdają przywileje". Świat, w którym "rola nieobsiana będzie rodziła", a "sprawiedliwi (...) szczęścia wiecznego doznawać będą".

Ot, cały Grzędowicz.


Kilka dni po lekturze 'Wilczej zamieci' w mojej ręce wpada 'Iron Will' Grand Magus. Czwarty album szwedzkiego trio. Pierwszy z nowym perkusistą. Mikrofon i bas obsadzone po staremu - za pierwszym Janne 'JB' Christofferson (także w Spiritual Beggars), na drugim Fox. Oczywiście, jeszcze nie wiem, że dzierżę krążek z monumentalną muzyką. Z pomnikiem heavy metalu, na który długie cienie rzucają Black Sabbath, Trouble, Candlemass, Dio i Deep Purple.

Odpalam czarną płytę w odtwarzaczu.

Rozbrzmiewa mandolina, potem wchodzi gitara 'JB'. I rozpoczyna się przejażdżka minionej i przyszłej dekady. Szwedzi dokonali niebywałego - ożenili sabbathowski heavy metal, przez niektórych zwany po prostu doom metalem, z metalową epiką w stylu Manowar i zrockenrollizowanym NWOBHM. Chcesz posłuchać wolności? Posłuchaj 'Iron Will'. Osiem utworów (plus instrumentalny kawałek zagrany na basie) układa się w trasę przejażdżki Harleyem przez pustkowia normańskiego pogaństwa. Od pierwszych dźwięków 'Like The Oar Strikes The Water' po twojej lewicy na Sleipnirze, ośmionogim koniu, galopuje Odyn, po prawicy, na tle stalowoszarej ziemi, ciągnącej się aż po krwisty horyzont, wtulony w szyję Fenrira pędzi Loki, a z kieszeni jego brązowej kurtki z logiem Motorhead na plecach sypią się ludzkie paznokcie... Tuż przed przednim kołem twojej bestii napędzanej błyskawicami Thora mknie cień Naglfara. Przez ten malowniczy obrazek przenika galernicze brzmienie bębnów, bas dudniący tak, jakby grał na nim sam Joey DeMaio oraz gitarowe partie 'JB' pełne motorycznych riffów i solówek, godnych palców Iommi'ego i Schenkera.

Grand Magus nie są tak bezpośredni jak powyższe wersy. W tekstach ich utworów obecna jest Północ. Ale dyskretnie. Subtelnie. Jak w bombastycznym 'I'm North', w którym 'JB' śpiewając 'The Wolf will rise/The end of lies/Corruption dies/Free forever' odnosi się do Ragnaroku - do 'wieku miecza, wieku topora i tarcz strzaskanych'. Północ zyskała nowego apostoła, a heavy metal nowe wokalne bóstwo. Starzy bogowie, którzy z płyty na płytę odchodzą w zasłużony cień, winni mieć się na baczności. To nie 'JB' depcze im po piętach, to oni ledwo dotrzymują mu kroku. Już starczo dyszy Halford, już po inwalidzku rzęzi Dickinson... Garm, pupilek Hel, warczucąc* refren 'Fear Is The Key', kłapie paszczą tuż za ich zadkami. Nawet Eric Adams poczuł ukłucie strachu.

'Iron Will' nie jest ilustracją ani 'Wilczej zamieci', ani Ragnaroku, odmalowanego w tym opowiadaniu w nader jasnych barwach. Żadne z nich nie wieści "ognia, który strawi świat". Oba są całkowicie zsekularyzowane. Nie sprawiają wrażenia zamierzonych jako symbole porządku spoza zasięgu naszych zmysłów. Nie są mitami. Zaliczają się do fikcji. To tylko muzyka i literatura. Rozrywka. Nic na serio. W dodatku, zważywszy na konwencję, kiczowata. Zapewne zamierzenie, ale jednak. Dzieła czasów, w których mity, eposy i przypowieści zyskały status fantasy. Czy też kubełka z pomysłami do wykorzystania w komiksach lub w komiksowy sposób gdzie indziej. I dobrze. Bo chyba jest tak, że piewcy Ragnaroku i innych, jemu podobnych imprez, mających pełnić tę oczyszczającą-lub-anihilującą świat funkcję, raczej nie żyją w zgodzie z zasadą "czytaj i pozwól czytać innym". A miłośnicy komiksów i komiksowo podanych innych form? Już prędzej.

Wiem, że to grubymi nićmi szyte podsumowanie.


*Połączenie warczenia z nuceniem.


piątek, 5 września 2008

O wilkach

Dobrze być wilkiem. A jeszcze lepiej wilkołakiem. Taki Jack Nicholson, na przykład, został ugryziony przez wilka, a potem, skopawszy tyłek pewnemu gogusiowi, biegał po lesie z przemienioną w kusą wilczycę Michelle Pfeiffer. Niezłe, co? W muzyce też roi się od wilków. Taki jeden, bodajże ze Szwecji, wyszarpnął w 2006 roku smakowity ochłap heavy metalu zatytułowany "The Black Flame". Aż stetryczałym wilkom w rodzaju Żelaznej Dziewicy i Człowieka Wojny ślinka pociekła. I nie starły jej ani perypetie Benjamina Breega, ani Odyn z familią. W zeszłym roku z metalowej puszczy wypadło inne wilczysko. Bodajże niemieckie. Ale z domieszką rumuńskiej krwi. Wypadło i wywyło wilczo-metalowy album, na którym biblijna tematyka została wchłonięta przez heavymetalowe bestiarium i konwencję horroru. Ten Powerwolf to warg w wilczej skórze. Ziółko bynajmniej owcze. Temperamentne i pomysłowe. Ponadto zabawne. O poczuciu humoru iście brytyjskim. Powerwolf wyje nie kłopocząc się o nowatorstwo. Przykłada za to dużą wagę do dobrej zabawy. Do miodności muzyki, można rzec. Mamy tutaj mnóstwo smakołyków. Iście pazurzaste riffy, halfordowsko-operowy wokal, mknącą w sforze sekcję, solóweczki ostre jak kły loup garou, bezwstydnie chwytliwe refreny ("Satan! Satan! Satan!"), organy wyniesione o północy z kościoła i przywołany zza światów chór. Wszystko nie dość, że podane w atmosferze zwiniętej z krypty, to jeszcze w zamierzony sposób prześmiewcze, niemalże kabaretowe. "Lupus Dei" to bombastycznie wybuchowy koktail, w którym na ruszt wrzucono samą konwencję heavy metalu i pewną ziemską religię, po czym obie starannie upieczono i ciśnięto nam na pożarcie. Szczypta Iron Maiden, garść Mercyful Fate, dwie łyżki "Boskiej Komedii" Dantego, autoironia Dream Evil i błogosławieństwo Vlada Tepesa. Oto przepis na historię o wilku, który wpadł z wizytą do piekła. Mniam. Mniam. Wilki wiedzą, co dobre.

wtorek, 26 sierpnia 2008

Dziewczyna z okładki

20 czerwca 2012 roku w 38 numerze Grabarza Polskiego (w całości poświęconym bizarro fiction) opublikowano opowiadanie pt. "Dziewczyna z okładki", w którym wykorzystałem fragmenty poniższej historyjki.


Jest noc. Bez gwiazd. Droga w ciemnościach i dziewczyna przy drodze. A nieopodal, obok zardzewiałego znaku stoi milczący potwór, który kołami spragnionymi podróży przywarł do zimnego asfaltu. To ja jestem tą dziewczyną. Mam ciemnofioletowe włosy, cerę bladą niczym marmur, pociągłą twarz o smutnych oczach i szkarłatne usta, na których błąka się rozkwitający nieśmiało uśmiech. Tak mi przynajmniej powiedziano. Zobaczymy.

Jestem półnaga.

Podchodzę do szerokiego niczym płaszczka krążownika. Okrążam go wolno, bez pośpiechu, ciesząc się dającą mi schronienie ciemnością. Noc pachnie moim potem. Od samochodu bije ciepło. Gdyby było jaśniej, ujrzałabym w ciemnych szybach moje odbicie. Głaszczę dach. Potem bagażnik. Przesuwam ręką po zderzakach pokrytych chromem. Udami ocieram się o reflektory wyglądające niczym ślepia jakiegoś robota o psychopatycznej osobowości. Czuję drżenie. Ogarnia mnie ono od stóp i miarowo pnie się wyżej, rozlewa się koncentrycznie od pępka, dosięga piersi, oplata delikatnie szyję i kumuluje się w skroniach, przynosząc zimno asfaltu oraz wspomnienia palonej gumy, ryku silników, prujących ciemności świateł i wyciekającego oleju. Zaczynam rozumieć.

Jestem półnaga i wcale mnie to nie dziwi.

Pulsowanie ustaje. Przez moment masuję czoło. Potem wsuwam się do kabiny. Jest przytulna. Przekręcam kluczyk, a panel za kierownicą rozbłyska różnymi odcieniami fioletu. Aluminiowo-szklane wnętrze pachnie skórzaną tapicerką. Dotykam sportowej kierownicy o chromowanych uchwytach na palce i znów wypełnia mnie znajome drżenie. Nie czuję strachu, bo wiem, że tak właśnie powinno być. Zanim wyszłam z pracowni L. R. prosto w ciemny bezkres nocy, dowiedziałam się wszystkiego, co najistotniejsze. Dlatego czuję spokój. Na razie.

Nie jestem pierwsza. Przede mną były inne. Tez półnagie. Mira, Zoe, Eire, Mona, Shima, Razel. I wiele, wiele innych, których nigdy nie poznałam, bo nie mogłam – bo urodziłam się na długo po ich odejściu.

Zapalam lampkę i spoglądam w lusterko. Faktycznie, moje włosy kolorem przypominają niebo tuż przed burzą. Ma twarz jest pociągła, oczy smutne, a wargi szkarłatne i nęcące kształtem obiecującym namiętność. Tylko ta cera – biała niczym wypolerowana kość. Więc L.R. nie kłamał. Naprawdę tak wyglądam. Dotychczas nie miałam pewności, bo tam, gdzie mieszkałam nie było ani jednego lustra, a oświetlenie zasługiwało na miano podłego. Niewiele da się dojrzeć w zaśniedziałym ostrzu, mając za jedyne źródło światła mętny blask dryfujących na skraju przepalenia żarówek.

Przeglądam pamięć odtwarzacza. Sto albumów. Wszystkie w jakości CD audio, chociaż zapisane w plikach. Sto różnych sposobów na urozmaicenie podróży. Haydn, Mozart, Bach, Beethoven, Schubert, Chopin, Wagner, Strauss. Nie znam tych nazwisk, tym bardziej kryjących się za nimi osób. Szukam więc dalej. Wreszcie znajduję. Benedictum. W końcu coś znajomego. Ba! Dobrze znanego nawet. Tam, gdzie mieszkałam – a mieszkałam w miejscu zaprawdę upiornym – leciało tylko to. I to nie od świtu do świtu, a poprzez odwieczny zmierzch. Bez końca.

Wysiadam i otwieram bagażnik.

To nie jest zwyczajna noc. Podczas zwyczajnej nocy ciemności nie są lepkie niczym smoła, nie pochłaniają łapczywie samochodowych świateł i nie ukrywają potworów. Zwyczajna noc kiedyś się skończy. Ta – nigdy.

W bagażniku, obok łyżki do opon i apteczki znajduję luźno rzucone ubranie – skórzaną kurtkę, niebieskie dżinsy, czarną, wełnianą bluzkę bez rękawów z napisem ‘Botox’, czarne, wełniane skarpetki, które, jak się wnet okazuje, sięgają za kostkę, oraz wojskowe buty na grubej podeszwie. Obok nich leży samurajski miecz. Ten sam, w którego zaśniedziałym ostrzu, gdy nie masakrowałam nim oblegających moją kryjówkę bestii, próbowałam dojrzeć własne oblicze.

Przebrana siadam za kierownicą, wybieram pierwszy utwór i przekręcam kluczyk w stacyjce. Wtedy ze smolistego przestworu wynurza się jaskrawożółte światło, zalewając przez tylną szybę wnętrze krążownika.

Dźwięk policyjnego koguta smaga noc niczym bicz.

Nie gaszę silnika. Czekam. Przez głośniki przelatują pierwsze dźwięki intro. Patrząc w boczne lusterko widzę, że gliniarz – humanoidalna plama czerni w białym kasku – zsiada z motocykla i powoli idzie w moją stronę. Zamykam oczy. Nie boję się. Już dawno przestałam się bać. Mieszkając przez tyle lat w miejscu zewsząd szturmowanym przez amorficzne potwory, zdążyłam się uodpornić.

L. R. osiągnął swój cel.

Nie daję gliniarzowi okazji do zapukania w boczną szybę. Bez ostrzeżenia zwalniam sprzęgło, wciskając jednocześnie pedał gazu. Krążownik zostawia humanoidalną plamę czerni w białym kasku daleko w tyle. Mknę setką po autostradzie. Ten samochód zna drogę. Wie, dokąd zmierzam i ma mnie tam dostarczyć w jednym kawałku. Zdejmuję nogi z pedałów, ręce kładę na kolanach. Nie muszę prowadzić. Rozumiemy się bez pośrednictwa moich zmysłów. Bynajmniej dlatego, że oboje pochodzimy z podobnych miejsc, w których doświadczyliśmy podobnych rzeczy. Łączy na coś więcej.

Coś trwalszego niż wspólnota dotychczasowych losów.

Zbliża się pościg. Plama czerni z odznaką nie daje za wygraną. Światła motocykla znów buszują w kabinie krążownika. Ufam, że samochód poradzi sobie z natrętem. Zagłębiam się w wyprofilowanym oparciu fotela i przymykam oczy. Daję się porwać muzyce.

Intro przechodzi w perkusyjną kanonadę, przez którą po kilku rozkosznie bombastycznych sekundach przebijają się energicznie grane riffy gitarowe i dudniący bas. Wokal pojawia się niczym wichura. Potężna, wściekle się miotająca wichura. Ta muzyka przypomina sprawnie pracujący mechanizm. Bodajże silnik. Silnik jakiegoś piekielnego pojazdu. Wysokoprężny pożeracz atomowego paliwa. Kalejdoskopowe riffy, gitarowe pasaże, wirtuozerskie solówki, bas chroboczący w tle niczym umrzyk palcami o spód wieka trumny, wreszcie perkusja brzmiąca tak, że każde uderzenie w nią przywołuje na myśl wyburzenie wysokościowca – te wszystkie elementy składają się na złożoną z dziesięciu hiperdynamicznych utworów całość, w której bez żadnego wysiłku, zupełnie naturalnie dostrzegam każdą sekundę mojego dotychczasowego życia. Znam te dźwięki na pamięć. Każdy riff, każdą melodię, każdy akord. Wszystko. Mogę je sobie w dowolnej chwili odtworzyć w myślach, a wraz z nimi wywołać demony przeszłości.

Nic dziwnego, przecież słuchałam tej płyty tak długo, i w takich okolicznościach, że zwyczajny człek na moim miejscu po prostu by oszalał. Ale ja nie jestem zwyczajna. Nie jestem też człowiekiem, choć nie bez powodu bardzo go przypominam.

I tak ścigamy się – plama czerni na policyjnym motorze i dziewczyna w płaszczkopodobnym krążowniku, wsłuchana w heavy metal jej życia. Mkniemy autostradą przez niekończąca się ciemność. Mijając nędzne resztki Zaświata przemielonego przez zło tak stereotypowo literacko-komiksowe, że nikt na początku w nie nie uwierzył. Nie muszę dodawać, że to był błąd. Wielki błąd. A potem dla większości tubylców było już za późno na cokolwiek innego niż chaotyczna ucieczka po pewną śmierć.

Krążownik decyduje się na atak. Nadal mkniemy przed siebie. Ale teraz zostawiamy za sobą chmarę pocisków, które szatkują gliniarza i motocykl. Maszyna uderza we wrak jakiegoś samochodu, wyrzucając w górę humanoidalną plamę czerni. Biały kask toczy się po jezdni. W powietrzu przez kilka spowolnionych sekund wirują baletowo lustrzanki. Potem mały pocisk przebija lewe z czarnych szkieł. Skąd o tym wiem? Z ryku potężnego silnika wiozącego mnie potwora.

Dowiaduję się, że autostrada jest dziesięciopasmowa i czteropoziomowa. Po pięć pasów w obie strony. Mkniemy środkowym pasem na drugim poziomie. Do celu zostało trzydzieści kilometrów. Będziemy tam lada moment.

Czterokołowy potwór i ja – sprawnymi posunięciami pędzla powołana do motylego życia. Przez tyle lat w tym cholernym bunkrze, samotna, skazana na niekończącą się walkę. Nie starzałam się, nie odczuwałam łaknienia ani głodu. Nie mogłam zwariować, choć, uwierzcie mi, chciałam. Musiałam robić swoje. Ciąć, siec, kłuć i rąbać. Z krótkimi przerwami na złapanie oddechu. Papierowe ucieleśnienie męskich fantazji o bujnej w biuście, a wątłej w talii heroinie, od pierwszej kreski zaprawionej w boju z karykaturalnymi monstrami. Zaklęta w żywym obrazie o szytej grubymi nićmi ontologii. Wiedząca tyle, na ile pozwolił mi mój stwórca.

Oto jestem. Wioząc zagładę do ostatniego miejsca daremnego oporu. Na spotkanie z przeznaczeniem.