wtorek, 26 sierpnia 2008

Dziewczyna z okładki

20 czerwca 2012 roku w 38 numerze Grabarza Polskiego (w całości poświęconym bizarro fiction) opublikowano opowiadanie pt. "Dziewczyna z okładki", w którym wykorzystałem fragmenty poniższej historyjki.


Jest noc. Bez gwiazd. Droga w ciemnościach i dziewczyna przy drodze. A nieopodal, obok zardzewiałego znaku stoi milczący potwór, który kołami spragnionymi podróży przywarł do zimnego asfaltu. To ja jestem tą dziewczyną. Mam ciemnofioletowe włosy, cerę bladą niczym marmur, pociągłą twarz o smutnych oczach i szkarłatne usta, na których błąka się rozkwitający nieśmiało uśmiech. Tak mi przynajmniej powiedziano. Zobaczymy.

Jestem półnaga.

Podchodzę do szerokiego niczym płaszczka krążownika. Okrążam go wolno, bez pośpiechu, ciesząc się dającą mi schronienie ciemnością. Noc pachnie moim potem. Od samochodu bije ciepło. Gdyby było jaśniej, ujrzałabym w ciemnych szybach moje odbicie. Głaszczę dach. Potem bagażnik. Przesuwam ręką po zderzakach pokrytych chromem. Udami ocieram się o reflektory wyglądające niczym ślepia jakiegoś robota o psychopatycznej osobowości. Czuję drżenie. Ogarnia mnie ono od stóp i miarowo pnie się wyżej, rozlewa się koncentrycznie od pępka, dosięga piersi, oplata delikatnie szyję i kumuluje się w skroniach, przynosząc zimno asfaltu oraz wspomnienia palonej gumy, ryku silników, prujących ciemności świateł i wyciekającego oleju. Zaczynam rozumieć.

Jestem półnaga i wcale mnie to nie dziwi.

Pulsowanie ustaje. Przez moment masuję czoło. Potem wsuwam się do kabiny. Jest przytulna. Przekręcam kluczyk, a panel za kierownicą rozbłyska różnymi odcieniami fioletu. Aluminiowo-szklane wnętrze pachnie skórzaną tapicerką. Dotykam sportowej kierownicy o chromowanych uchwytach na palce i znów wypełnia mnie znajome drżenie. Nie czuję strachu, bo wiem, że tak właśnie powinno być. Zanim wyszłam z pracowni L. R. prosto w ciemny bezkres nocy, dowiedziałam się wszystkiego, co najistotniejsze. Dlatego czuję spokój. Na razie.

Nie jestem pierwsza. Przede mną były inne. Tez półnagie. Mira, Zoe, Eire, Mona, Shima, Razel. I wiele, wiele innych, których nigdy nie poznałam, bo nie mogłam – bo urodziłam się na długo po ich odejściu.

Zapalam lampkę i spoglądam w lusterko. Faktycznie, moje włosy kolorem przypominają niebo tuż przed burzą. Ma twarz jest pociągła, oczy smutne, a wargi szkarłatne i nęcące kształtem obiecującym namiętność. Tylko ta cera – biała niczym wypolerowana kość. Więc L.R. nie kłamał. Naprawdę tak wyglądam. Dotychczas nie miałam pewności, bo tam, gdzie mieszkałam nie było ani jednego lustra, a oświetlenie zasługiwało na miano podłego. Niewiele da się dojrzeć w zaśniedziałym ostrzu, mając za jedyne źródło światła mętny blask dryfujących na skraju przepalenia żarówek.

Przeglądam pamięć odtwarzacza. Sto albumów. Wszystkie w jakości CD audio, chociaż zapisane w plikach. Sto różnych sposobów na urozmaicenie podróży. Haydn, Mozart, Bach, Beethoven, Schubert, Chopin, Wagner, Strauss. Nie znam tych nazwisk, tym bardziej kryjących się za nimi osób. Szukam więc dalej. Wreszcie znajduję. Benedictum. W końcu coś znajomego. Ba! Dobrze znanego nawet. Tam, gdzie mieszkałam – a mieszkałam w miejscu zaprawdę upiornym – leciało tylko to. I to nie od świtu do świtu, a poprzez odwieczny zmierzch. Bez końca.

Wysiadam i otwieram bagażnik.

To nie jest zwyczajna noc. Podczas zwyczajnej nocy ciemności nie są lepkie niczym smoła, nie pochłaniają łapczywie samochodowych świateł i nie ukrywają potworów. Zwyczajna noc kiedyś się skończy. Ta – nigdy.

W bagażniku, obok łyżki do opon i apteczki znajduję luźno rzucone ubranie – skórzaną kurtkę, niebieskie dżinsy, czarną, wełnianą bluzkę bez rękawów z napisem ‘Botox’, czarne, wełniane skarpetki, które, jak się wnet okazuje, sięgają za kostkę, oraz wojskowe buty na grubej podeszwie. Obok nich leży samurajski miecz. Ten sam, w którego zaśniedziałym ostrzu, gdy nie masakrowałam nim oblegających moją kryjówkę bestii, próbowałam dojrzeć własne oblicze.

Przebrana siadam za kierownicą, wybieram pierwszy utwór i przekręcam kluczyk w stacyjce. Wtedy ze smolistego przestworu wynurza się jaskrawożółte światło, zalewając przez tylną szybę wnętrze krążownika.

Dźwięk policyjnego koguta smaga noc niczym bicz.

Nie gaszę silnika. Czekam. Przez głośniki przelatują pierwsze dźwięki intro. Patrząc w boczne lusterko widzę, że gliniarz – humanoidalna plama czerni w białym kasku – zsiada z motocykla i powoli idzie w moją stronę. Zamykam oczy. Nie boję się. Już dawno przestałam się bać. Mieszkając przez tyle lat w miejscu zewsząd szturmowanym przez amorficzne potwory, zdążyłam się uodpornić.

L. R. osiągnął swój cel.

Nie daję gliniarzowi okazji do zapukania w boczną szybę. Bez ostrzeżenia zwalniam sprzęgło, wciskając jednocześnie pedał gazu. Krążownik zostawia humanoidalną plamę czerni w białym kasku daleko w tyle. Mknę setką po autostradzie. Ten samochód zna drogę. Wie, dokąd zmierzam i ma mnie tam dostarczyć w jednym kawałku. Zdejmuję nogi z pedałów, ręce kładę na kolanach. Nie muszę prowadzić. Rozumiemy się bez pośrednictwa moich zmysłów. Bynajmniej dlatego, że oboje pochodzimy z podobnych miejsc, w których doświadczyliśmy podobnych rzeczy. Łączy na coś więcej.

Coś trwalszego niż wspólnota dotychczasowych losów.

Zbliża się pościg. Plama czerni z odznaką nie daje za wygraną. Światła motocykla znów buszują w kabinie krążownika. Ufam, że samochód poradzi sobie z natrętem. Zagłębiam się w wyprofilowanym oparciu fotela i przymykam oczy. Daję się porwać muzyce.

Intro przechodzi w perkusyjną kanonadę, przez którą po kilku rozkosznie bombastycznych sekundach przebijają się energicznie grane riffy gitarowe i dudniący bas. Wokal pojawia się niczym wichura. Potężna, wściekle się miotająca wichura. Ta muzyka przypomina sprawnie pracujący mechanizm. Bodajże silnik. Silnik jakiegoś piekielnego pojazdu. Wysokoprężny pożeracz atomowego paliwa. Kalejdoskopowe riffy, gitarowe pasaże, wirtuozerskie solówki, bas chroboczący w tle niczym umrzyk palcami o spód wieka trumny, wreszcie perkusja brzmiąca tak, że każde uderzenie w nią przywołuje na myśl wyburzenie wysokościowca – te wszystkie elementy składają się na złożoną z dziesięciu hiperdynamicznych utworów całość, w której bez żadnego wysiłku, zupełnie naturalnie dostrzegam każdą sekundę mojego dotychczasowego życia. Znam te dźwięki na pamięć. Każdy riff, każdą melodię, każdy akord. Wszystko. Mogę je sobie w dowolnej chwili odtworzyć w myślach, a wraz z nimi wywołać demony przeszłości.

Nic dziwnego, przecież słuchałam tej płyty tak długo, i w takich okolicznościach, że zwyczajny człek na moim miejscu po prostu by oszalał. Ale ja nie jestem zwyczajna. Nie jestem też człowiekiem, choć nie bez powodu bardzo go przypominam.

I tak ścigamy się – plama czerni na policyjnym motorze i dziewczyna w płaszczkopodobnym krążowniku, wsłuchana w heavy metal jej życia. Mkniemy autostradą przez niekończąca się ciemność. Mijając nędzne resztki Zaświata przemielonego przez zło tak stereotypowo literacko-komiksowe, że nikt na początku w nie nie uwierzył. Nie muszę dodawać, że to był błąd. Wielki błąd. A potem dla większości tubylców było już za późno na cokolwiek innego niż chaotyczna ucieczka po pewną śmierć.

Krążownik decyduje się na atak. Nadal mkniemy przed siebie. Ale teraz zostawiamy za sobą chmarę pocisków, które szatkują gliniarza i motocykl. Maszyna uderza we wrak jakiegoś samochodu, wyrzucając w górę humanoidalną plamę czerni. Biały kask toczy się po jezdni. W powietrzu przez kilka spowolnionych sekund wirują baletowo lustrzanki. Potem mały pocisk przebija lewe z czarnych szkieł. Skąd o tym wiem? Z ryku potężnego silnika wiozącego mnie potwora.

Dowiaduję się, że autostrada jest dziesięciopasmowa i czteropoziomowa. Po pięć pasów w obie strony. Mkniemy środkowym pasem na drugim poziomie. Do celu zostało trzydzieści kilometrów. Będziemy tam lada moment.

Czterokołowy potwór i ja – sprawnymi posunięciami pędzla powołana do motylego życia. Przez tyle lat w tym cholernym bunkrze, samotna, skazana na niekończącą się walkę. Nie starzałam się, nie odczuwałam łaknienia ani głodu. Nie mogłam zwariować, choć, uwierzcie mi, chciałam. Musiałam robić swoje. Ciąć, siec, kłuć i rąbać. Z krótkimi przerwami na złapanie oddechu. Papierowe ucieleśnienie męskich fantazji o bujnej w biuście, a wątłej w talii heroinie, od pierwszej kreski zaprawionej w boju z karykaturalnymi monstrami. Zaklęta w żywym obrazie o szytej grubymi nićmi ontologii. Wiedząca tyle, na ile pozwolił mi mój stwórca.

Oto jestem. Wioząc zagładę do ostatniego miejsca daremnego oporu. Na spotkanie z przeznaczeniem.

sobota, 23 sierpnia 2008

Bohater

Co powiedzielibyście o człowieku, który w przeciągu stu dni zabił pięćset osób? Że to psychopata? Że seryjny zabójca? Z pewnością tak. A co powiedzielibyście na to, że w świecie, w którym żyjemy i prędzej lub wcześniej umrzemy, ktoś taki może nie być ani psychopatą, ani seryjnym zabójcą, ani nawet mordercą, lecz bohaterem?

Historia zaczyna się w XX wieku. 30 listopada 1939 roku Związek Radziecki zaatakował Finlandię. Stalin był przekonany, że wojska radzieckie, realizując postanowienia tajnego paktu Ribbentrop-Mołotow, podbiją kraj wroga do końca roku. Nie było to przekonanie bezpodstawne, gdyż Rosjanie mieli czterokrotną przewagę liczebną, stokrotnie więcej czołgów i trzydziestokrotnie więcej samolotów. Zwycięstwo ZSRR wisiało w powietrzu. Tym bardziej, że Litwa, Łotwa i Estonia uznały już przewidziane wspomnianym paktem roszczenia terytorialne ZSRR. Walczący w małych grupach Finowie stawili jednakże zaciekły, a co najważniejsze przemyślany pod względem taktyki opór, natomiast Rosjanie, mimo liczebnej przewagi, nie byli przygotowani do walki w ciężkich zimowych warunkach i mieli kiepskich dowódców, którzy ze strachu o własne życie nie liczyli się ze stratami w ludziach. Jeden przykład - na Drodze Raate licząca sobie 25 tysięcy żołnierzy rosyjska 163 Dywizja wpadła w zasadzkę przygotowaną przez 300 osobową jednostkę Finów i z pomocą sześciotysięcznej fińskiej 9 Dywizji została dosłownie wyrżnięta w pień. Finowie stracili tylko 800 ludzi. Zyskali za to mnóstwo sprzętu wroga, w tych czterdzieści kilka czołgów! Ostatecznie, po pięciu miesiącach walk, Finlandia odparła najeźdźców, jednak za pokój zapłaciła utratą części swojego terytorium. Armia fińska straciła ponad 22 tysiące żołnierzy. Rosjanie, według szacunków Wehrmachtu, ponad 270 tysięcy.

W 2007 roku, sześćdziesiąt siedem lat po wzmiankowanych wydarzeniach, ukazuje się album 'Heimo' Maple Cross, upamiętniający Wojnę Zimową. Zespół istnieje od 1985. W dorobku ma siedem demówek, dwa single i trzy albumy. 'Heimo' jest trzecim krążkiem grupy utrzymanym w zasadniczo thrashmetalowej stylistyce. Zasadniczo, gdyż Finowie nie grają czystego thrashu. W ich muzyce słychać wyraźne nawiązania do Machine Head i Arch Enemy. Czysty lub nie, wszystko jedno, thrash to thrash, w tym przypadku styl jak najbardziej odpowiadający treści albumu. Od dźwięków z 'Heimo' bije mróz. Mróz srogiej zimy przełomu lat 39/40. I chłód śmierci w głębokim śniegu.



Dzięki uprzejmości kolegi, będącego rodzimym menedżerem Maple Cross, dostałem do zrecenzowania egzemplarz płyty. Wiedziałem, że teksy utworów zostały oparte na wojennych przeżyciach dziadka wokalisty. Zacząłem więc czytać o Wojnie Zimowej, aby móc łatwiej sobie wyobrazić to, o czym Marco R. J. śpiewa w utworach o tak wymownych tytułach jak 'Train to Cape Stone', 'Battle of Joyhill', 'District of Hate', 'Journey of a Wolf'' czy 'Seven Miles of Hell'. I wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Simo Häyhä, fińskim bohaterze narodowym.



Ten mierzący raptem 160 cm wzrostu farmer, wprawiający się w strzelaniu od dziecka, zabił 500 żołnierzy wroga ze swojego karabinu Mosin-Nagant M28 oraz kolejnych 200 z pistoletu maszynowego M-31 SMG. Jako snajper Simo zabijał pięciu żołnierzy radzieckich dziennie, po jednym na godzinę krótkiego, bo pięciogodzinnego zimowego dnia, a czynił to przez sto dni, dopóki nie został trafiony w głowę pociskiem dum-dum przez radzieckiego żołnierza, któremu w końcu udało się to, czego nie zrobiło ani lotnictwo, ani artyleria. Rosjanin nie nacieszył się długo swoim triumfem, bo Simo, mimo że paskudnie ranny w szczękę, zdołał go śmiertelnie postrzelić. Potem zemdlał. Rana była na tyle poważna, że Fin odzyskał przytomność dopiero w dniu podpisania rozejmu z ZSRR. Po wojnie Marszałek Karl Gustaw Emil Mannerheim uhonorował go awansem ze stopnia kaprala na podporucznika.

Warto dodać, że Simo nie korzystał ze snajperskiego karabinu. Nie używał też lunety, polegając wyłącznie na szczerbince i muszce swojego M28. Powtarzał, że luneta narzuca nazbyt wysokie ułożenie głowy, a przypadkowymi odblaskami ułatwia wrogowi ustalenie pozycji strzelca. Poza tym zdarza się jej zaparować. Pomimo tych ograniczeń, Simo często trafiał cel znajdujący się w odległości 400 metrów.

Pięćset osób w sto dni. W sumie siedmiuset zabitych. I facet nie jest seryjnym zabójcą?

Nie. Zgodnie z definicją, seryjny zabójca to osoba, która uśmierciła umyślnie ponad trzy osoby w celu osiągnięcia psychicznej gratyfikacji. Seryjny zabójca jest, mówiąc inaczej, pewnego typu psychopatą, ale nie każdy psychopata jest seryjnym zabójcą, mimo że w kulturze popularnej, zwłaszcza w thrillerach produkowanych w Hollywood, każdy psychopata jest przedstawiany jako seryjny zabójca. Tak czy inaczej, nie ma żadnych świadectw potwierdzających hipotezę, że Simo jest seryjnym zabójcą. Onus probandi spoczywa na jej zwolennikach. Póki co nikt mu nie podołał. Sympatycy fińskiego snajpera mogą więc odetchnąć.

Pięćset osób w sto dni. W sumie siedmiuset zabitych. I facet nie jest mordercą?

Absolutysta moralny powiedziałby, że tak, Simo to morderca, bo morderca lub zabójca to nikt inny, jak osoba, która umyślnie uśmierciła inną osobę. Według absolutysty, słowa "morderca" i "zabójca" to synonimy. Gilles de Rais, Elżbieta Batory, Richard Brandon, Marcel Chevalier, Wyat Earp, Dziki Bill Hickock, Jesse James, John Ford, John Wesley Hardin, Billy The Kid, Bugsy Siegel, Al Capone, Robert Elliott, Johann Reichhart, Salomon Morel, a także Simo Häyhä to mordercy/zabójcy. Słynny niemiecki kat, Johan Reichhart zabił w majestacie prawa 3165 osób, a Simo, też zgodnie z prawem, raptem siedmiuset, jednak obaj umyślnie uśmiercając ludzi postępowali pod względem moralnym źle, gdyż zabijanie podwójnych sapiensów jest złe bezwzględnie. Obaj są mordercami. W potocznym znaczeniu słowa "morderca". Bo treść prawnego ich nie obejmuje. Żaden bowiem nie popełnił kwalifikowanej (cięższą karą) formy zabójstwa.

Relatywista moralny, dla odmiany, rzekłby inaczej: morderca jest, oczywiście, zabójcą, ale nie każdy zabójca jest mordercą. Morderstwo to umyślne uśmiercenie innej osoby z niemoralnego powodu. Marszałek Gilles de Rais, średniowieczny seryjny zabójca, zabijał w bestialski sposób młodych chłopców w celu zaspokojenia swych seksualnych fantazji. Simo Häyhä zabijał żołnierzy, którzy najechali jego kraj. Zabijał ich jak snajper, nie jak zwyrodnialec. Robił to podczas wojny, zgodnie z ówczesnym prawem wojennym, po to, aby uchronić Finlandię przed przemianą w kolejną republikę ZSRR, a Finów i ich kulturę przed sowietyzacją. Robert Elliott, stanowy kat, wykonywał wyroki śmierci na osobach winnych zarzucanych im czynów. Gilles de Rais postępował niemoralnie. Ale Simo i Elliott - już nie. W najgorszym razie - dokonane przez nich zabójstwa byly moralnie obojętne. W najlepszym - moralnie pozytywne. Pozytywne, bo dokonane w moralnym celu. Relatywista moralny twierdzi, że zabijanie nie jest złe bezwzględnie, lecz względnie, a jego moralny status zależy od tego, kto kogo i w jakim celu umyślnie uśmierca.

Gwoli ścisłości, nie każdy relatywista moralny musi tak twierdzić. Relatywistą moralnym, tak jak absolutystą, jest się na ogół w jakiejś dziedzinie. Jedna i ta sama osoba może być relatywistą moralnym w sprawach seksu, a absolutystą, jeśli chodzi o umyślne uśmiercanie ludzi. Lub na odwrót. Możliwych kombinacji relatywizmu i absolutyzmu, biorąc pod uwagę liczbę dziedzin, przez które przebiega ludzkie życie, jest sporo. Jeden podwójny sapiensik będzie wiódł żywot w głębokim przekonaniu, że seks między dorosłymi ludźmi, jeśli uprawiają go oni po to, aby wyrazić łączącą ich miłość, jest moralnie pozytywny, niezależnie od tego, czy uprawia się go przed, czy po zawarciu związku małżeńskiego. Ale już zabijanie ludzi, wliczając w to wykonywanie kary śmierci, uzna on za niemoralne bez względu na to kto, kogo i dlaczego zabija. Inny podwójny sapiens będzie zmierzał ku śmierci, mniemając, że stosunek seksualny jest dobry, jeśli dochodzi do niego między mężem a żoną w celu spłodzenia potomka. Zapytany zaś o wykonywanie kary śmierci, rzeknie, iż nie ma niczego złego w umyślnym uśmierceniu przez kata osoby winnej zarzucanego jej morderstwa, a skazanej prawomocnym wyrokiem na karę śmierci. Z przedstawionych poglądów takiego relatywisty wynika, że zabicie pewnego typu osoby w ściśle określonym celu - tutaj: mordercy w celu wymierzenia mu sprawiedliwości - jest moralnie dobre.

Niestety - a jest to "niestety" pochodzące z głębi serca autora tekstu, a nie podyktowane mu przez stylistyczną intuicję - wśród podwójnych sapiensów nigdy nie brakowało relatywistów moralnych przekonanych, że dobre jest zabijanie w ściśle określonym celu pewnego typu osób. Zerkając na ociekający człowieczą krwią XX wiek, można powiedzieć, że nie zanosi się na to, by ludzi tego pokroju w najbliższym czasie zabrakło. Nie w Rosji. Nie w Palestynie. Nie w Izraelu. Nie w Afryce. Nie w Afganistanie. Nie w Iraku. Nie w Chinach. I to takich, którzy explicite lub implicite opowiadają się za moralną dopuszczalnością zabijania pewnych osób za to, kim one są, jakim językiem mówią lub w co wierzą. A nie za to, że kogoś zamordowały.

Wyrażając uznanie dla wojennej działalności Simo, upodobniamy się do moralnego relatywisty. W kwestii zabijania ludzi. Nie dlatego, że zajmujemy jego stanowisko etyczne, a dlatego, że tak jak on uzależniamy naszą ocenę zabójstw, których podczas wojny dopuścił się Simo, od tego, dlaczego i kogo Fin zabijał. Nie oznacza to jednak, że uznajemy zabijanie najeźdźców lub żołnierzy radzieckich za moralnie dobre. Po prostu, nawet jeśli sądzimy, że zabijanie ludzi jest złe bezwzględnie, to zachowujemy się tak, jakbyśmy mniemali, że zabijanie najeźdźców lub żołnierzy radzieckich nie jest tak złe, jak pozwolenie im na podbicie kraju lub na to, by to oni nas pozabijali. Ważymy zło, wybierając, naszym zdaniem, mniejsze.

Nie wątpię, że są wśród nas osoby, które posunęłyby się dalej i stwierdziły, że nie ma niczego złego w zabijaniu najeźdźców lub żołnierzy radzieckich. Przeciwnie! Nader łatwo można wyobrazić sobie relatywistę moralnego głoszącego na przykład, że zabicie człowieka w obronie własnego lub cudzego życia oraz wykonanie prawomocnie orzeczonej kary śmierci na mordercy, gwałcicielu, cudzołożniku, sodomicie, heretyku, innowiercy i ateiście nie ma w sobie nawet krztyny zła. Jest moralnie dobre. A jest, powie nas teista-relatywista, bo zezwala na nie Bóg, o czym mają świadczyć odpowiednie fragmenty Biblii. Bóg, będąc Dobrem, nie może działać w sposób moralnie zły, więc jeśli zezwala na wymienione działania, to są one, muszą być, dobre.

Owszem, można i tak, tylko, moim skromnym zdaniem, jest to robienie Bogu fatalnego PR. Jeśli już być relatywistą moralnym, to z głową. Najlepiej mocno osadzoną.

A co z Simo Häyhä? Bez wątpienia przydałby się w tej chwili Gruzinom.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Dwie miłości

Nie zastanawiałem się długo nad tym, który album Overkill zrecenzować jako pierwszy. Wybrałem ulubiony. Tak, 'Horrorscope' to krążek, do którego od chwili wydania wracam z niesłabnącą chęcią i przyjemnością. Kiedy w chwilach wolnych od wszystkiego poza słodkim leniuchowaniem myślę o tej płycie i dniu, w ktorym ją nabyłem, widzę siebie samego sprzed prawie piętnastu lat - kajtka z podstawówki, stuprocentowego kindermetala, który nie odróżniał thrashu od heavy metalu i sądził błędnie, że Paradise Lost zapoczątkował doom metal.




W 1993 roku, choć historia metalu była dla mnie białą plamą, nosiłem dziarsko rynsztunek metalowca: czarna koszulka z okładką płyty 'Slowly We Rot' death metalowego Obituary (nie znałem ani płyty, ani zespołu), obcisłe niebieskie dżinsy i białe sportowe buty (marki Reebok). Jedynie włosy miałem nieprzepisowe, bo krótkie. Wakacje spędzałem w Wiktorowie, koło miasteczka Żnin, gdzie zaopatrzyłem się w piracką kasetę z 'Horrorscope' wydaną przez Takt. Album kupiłem ze względu na okładkę. Była bardzo metalowa, nazwa kapeli również. Typowy kinderyzm! Muszę jeszcze dodać, że podczas tych wakacji pierwszy raz zakochałem się po uszy. I to dwa razy!


'Coma' rzuciła mnie na kolana, najpierw długim wstępem zagranym na siedmiostrunowym basie, potem ostrym gitarowym wejściem, agresywnym riffem, dynamiczną, skoczną sekcją, wreszcie pełnym złości i jadu śpiewem Blitza. Zakochałem się w tej płycie momentalnie. Od pierwszego utworu. Jedne wakacje. Dwie miłości. Tylko ta druga – do płyty – przetrwała. W dziewczynie, której imienia już nie pamiętam, odkochałem się rychło, bo po kilku dniach od powrotu do domu. Płytkie to było uczucie. Miłostka raptem.


'Coma' rzuciła mnie na kolana, ale to 'Infectious' cisnął mną o ścianę, natomiast kolejne dwa numery – 'Blood Money' i 'Thanx For Nothin’ – wzbudziły niepohamowany zachwyt. Pierwsze cztery utwory z 'Horrorscope' są genialne – proste, ale zagrane z przerażającą precyzją, bez utraty thrashowej siły, heavymetalowego kopa w tyłek, z niesamowitą werwą, niesłychanym polotem i ogromnym luzem. Overkill gra w nich jak maszyna, a nie jak zespół tworzony przez ludzi, zresztą takie granie - dynamiczne ponad ludzkie możliwości - kontynuuje w pozostałych kawałkach, nie pozwalając sobie na żadną wpadkę. Początek albumu jest zabójczo żywiołowy, diabelsko precyzyjny i technicznie wyrafinowany. Jednocześnie emanuje klimatem z cmentarnej krypty. Powiew strupieszałego zapachu czuć na 'Horrorscope' od pierwszych dźwięków 'Coma'. Nawrót smrodku z krypty następuje pod koniec drugiej minuty 'Infectious', tuż przed znakomitą solówką. Cmentarny klimat - o którym King Diamond może jedynie pomarzyć - osiąga apogeum w czołówce złowieszczego 'Bare Bones' i zostaje ponownie podjęty w przerażającym utworze tytułowym, który zalatuje doom metalową konwencją, oraz w apokaliptycznym, równie wolnym 'New Machine'. Kto powiedział, że thrash można grać tylko szybko? Został jeszcze bogaty deser, na który składają się instrumentalny, popisowo odegrany 'Frankenstein', szybki 'Live Young, Die Free' nie ustępujący żywiołowością czterem pierwszym utworom, 'Nice Day... For A Funeral', który hipnotyzuje pogrzebowym tekstem i marszowym rytmem oraz 'Soulitude' – przepiękna ballada, bez chwili słodzenia, równie cmentarna jak poprzednie utwory.


W 1993 nie znałem angielskiego ani nie miałem pod ręką wkładki z tekstami. Nie wiedziałem więc, o czym śpiewa Blitz. Rozumiałem jedynie pojedyncze słowa. Piętnaście lat później z angielskim jestem za pan brat, płyta z 'Horrorscope' kręci się w odtwarzaczu, a wkładka z tekstami i zdjęciami członków zespołu leży na stole. I choć zmienił się kontekst odbioru, ząb czasu nie naruszył mojej opinii o czwartym krążku Overkill. Uwielbiam ten album. Po prostu. Jest on zwieńczeniem pierwszego etapu twórczości Amerykanów, kiedy grali jeszcze tylko thrash metal, bez elementów groove, którymi na następnych płytach - zaczynając od niefortunnego 'I Hear Black' - nasycili swoją muzykę. Znakomitym zwieńczeniem, w niektórych utworach zapowiadającym to, z czego Overkill zasłynie później, w latach chudych dla thrashu. Mianowicie, z perfekcyjnego połączenia ciężkiego brzmienia i gitarowego ataku z niezwykle dynamiczną sekcją rytmiczną, cholernie rozbujaną w melodyjnych refrenach. Tak Overkill gra do dziś. Raz lepiej ('WFO', 'Killing Kind', 'Bloodletting', 'Killbox XIII', 'Immortalis'), raz gorzej ('I Hear Black', 'From The Underground...', 'Necroshine', 'Relix IV'), nie pozwalając sobie na zejście ze sceny i zabawę w wielkie powroty, stosownie do wichrów mody.

wtorek, 19 sierpnia 2008

Wprawka z relatywizmu

Będzie o relatywizmie. Moralnym, na dodatek. Ale zanim dojdziemy do tej odmiany relatywizmu, odbędziemy wycieczkę szlakiem maksymy podobnej do jednej z kilku wersji imperatywu kategorycznego Immanuela Kanta.

Zapnijcie pasy!

Przeciąganie liny

Tomasz P. Terlikowski napisał kiedyś w jednej ze swoich blogierskich notek, opublikowanych w Salonie 24, tak:

"Cierpienie, nawet największe, nie może stać się usprawiedliwieniem dla traktowaniem ludzkich zarodków jak środka do osiągnięcia celu. Człowieka ma być bowiem zawsze celem, a nigdy środkiem. I właśnie stojąc na straży tego przekonania Kościół wypowiada swoje zdecydowane i jednoznaczne NIE dla procedur, które są z taką zasadą sprzeczne".

Gdy to przeczytałem, coś mi zaświtało we łbie. Pewne pytanko.

Czy zatrzymywanie, przesłuchiwanie, oskarżanie, skazywanie i karanie ludzi za głoszenie swoich poglądów nie podpada pod instrumentalne traktowanie człowieka?

1. Ciągniemy w lewo...

Możliwa odpowiedź - tak, podpada. Co więcej, jeśli podana w cytacie zasada jest ważna, to zatrzymywanie, przesłuchiwanie, oskarżanie, skazywanie i karanie ludzi za głoszenie swoich poglądów jest złe. Jeśli złe jest zatrzymywanie, przesłuchiwanie, oskarżanie, skazywanie i karanie osób za głoszenie swoich poglądów, to złe jest też zatrzymywanie, przesłuchiwanie, oskarżanie, skazywanie i karanie ludzi za głoszenie tych swoich poglądów, które są heretyckie. Jeśli to drugie jest złe, to zła jest działalność Inkwizycji polegająca na zatrzymywaniu, przesłuchiwaniu, oskarżaniu, skazywaniu i karaniu (to ostatnie w przypadku kary śmierci za pomocą władzy świeckiej) osób za głoszenie tych swoich poglądów, które są heretyckie. Wynika stąd (entymematycznie), że złe było zatrzymanie, przesłuchiwanie, oskarżenie, a następnie skazanie Giordano Bruno na serię kar, z których ostatnią było spalenie delikwenta na stosie.

Teraz Bóg. Bóg, wiadomo, jest doskonale dobry. Ktoś, kto jest doskonale dobry, nie jest w stanie czynić zła. Zezwalanie na czynienie zła jest złem. Jeśli Bóg na coś zezwala, to jest to dobre.

Potępienie opisanej działalności Inkwizycji byłoby heretyckie wtedy i tylko wtedy, gdyby Kościół nauczał prawdziwie, że Bóg zezwala na praktykowanie tego rodzaju działalności. Jeśli opisana wcześniej działalność Inkwizycji jest zła, to Bóg nie jest w stanie zezwolić na jej praktykowanie. Jeśli Bóg nie jest w stanie tego uczynić, to nie zezwala On żadnej osobie na praktykowanie opisanej działalności Inkwizycji. Zatem, jeśi rzeczona działalność Inkwizycji jest zła, to Bóg nie zezwala żadnej osobie na praktykowanie tejże działalności. A jeśli Bóg tego nie czyni, to, biorąc pod uwagę podany wyżej warunek herezji, wbrew Auctorem Fidei, uznanie tejże działalności za złą, czyli jej potępienie, nie jest heretyckie.

Ok. Wiadomo. Można z tego wybrnąć, i to tak, by zachować tezę, że uznanie opisanej działalności Inkwizycji za złą jest heretyckie, a tym samym uchronić przed obaleniem przekonanie o nieomylności - a raczej bezbłędności - Auctorem Fidei.

Ale nie ma nic za darmo.

Można, na przykład, uznać, że zatrzymywanie, przesłuchiwanie, oskarżanie, skazywanie i karanie osób za głoszenie swoich poglądów nie podpada pod traktowanie człowieka jako środka do celu. Przeciwnie - polega na traktowaniu go jako celu. Jeśli wybierzemy tę możliwość, będziemy mogli powiedzieć, że ukaranie człowieka za przestępstwo lub za czyn niemoralny niebędący przestępstwem implikuje potraktowanie go jak osoby, a więc jako celu, a nie środka. Mówiąc to, odpowiemy na postawione wyżej pytanko negatywnie. I popełnimy, jak sądzę, błąd. Według mnie, pociągając jakąś osobę do odpowiedzialności karnej traktujemy ją tak, jakby była ona odpowiedzialna za własne postępowanie - ergo traktujemy ją tak, jakby była ona osobą, bo tylko osoba może być odpowiedzialna za własne postępowanie. Zarazem jednak, pociągając jakąś osobę do odpowiedzialności karnej, traktujemy ją jako środek do celu, którym jest wymierzenie sprawiedliwości poprzez adekwatne do winy, jej rodzaju i stopnia ukaranie sprawcy zabronionego prawem czynu. Nie da się wymierzyć sprawcy przestępstwa sprawiedliwości, nie traktując go przedmiotowo. Nie da się, na przykład, wykonać kary śmierci na przestępcy, nie wykorzystując do tego, i to na ogół wbrew woli skazańca, jego ciała.

Cóż, aby uniknąć wniosku, że złe jest ukaranie sprawcy przestępstwa, bo pociąga ono za sobą potraktowanie go jako środka do celu, można zmodyfikować zasadę "Człowiek ma być bowiem zawsze celem, a nigdy środkiem" wstawiając pomiędzy słowa "nigdy" i "środkiem" słowo "jedynie". Otrzymamy w ten sposób sformułowaną przez Immanuella Kanta jedną z wersji imperatywu kategorycznego - "Człowiek ma być bowiem zawsze celem, a nigdy jedynie środkiem". Proste, prawda?

Dzięki tej drobnej modyfikacji zwolennik zdelegalizowania cudzołóstwa i karania za nie torturami, będzie mógł powiedzieć, że pociągając cudzołożnika do odpowiedzialności karnej poprzez wykonanie na nim przewidzianej prawem kary tortur traktujemy go zarazem jak osobę i środek do celu. Na przykład, bogobojny islamista-Wahhabita będzie mógł stwierdzić, że ukaranie kamieniowaniem cudzołożnej kobiety jest zarazem potraktowaniem jej jak osoby i środka do celu, którym jest wymierzenie jej sprawiedliwości. Nasz bogobojny islamista-Wahhabita powie, że złe jest traktowanie człowieka wyłącznie jako środka do celu, jednak traktując człowieka wyłącznie jako cel albo zarazem jako cel i środek zachowamy się moralnie.

W analogiczny sposób będzie mógł postąpić zwolennik tezy, że opisana wyżej działalność Inkwizycji była, i jest, moralnie dobra. Ktoś taki będzie mógł, na przykład, rzec, że kat podpalając stos drewna pod stopami Giordano Bruno potraktował delikwenta zarazem jak osobę i środek do celu – (a) jak osobę, bo potraktował go jak winnego zarzucanych mu czynów, a tylko osoba może ponosić odpowiedzialność moralną i prawną; (b) jako środek, bo wykorzystał ciało skazańca w celu wymierzenia mu sprawiedliwości. Mówiąc inaczej, kat podpalając stos drewna pod stopami Giordano Bruno postąpił zgodnie z zasadą "Człowiek ma być bowiem zawsze celem, a nigdy jedynie środkiem". Jeśli zgodność danego działania z rzeczoną zasadą jest wystarczająca do tego, by to pierwsze było dobre, to nasz kat postąpił dobrze. W analogiczny sposób można argumentować na rzecz moralnej dopuszczalności zatrzymywania, przesłuchiwania, oskarżania i skazywania osób za głoszenie tych swoich poglądów, które są heretyckie.

Kłopot w tym, że tego typu argumentację można z powodzeniem zastosować wobec stalinowskiego kata, który wymierza sprawiedliwość osobie skazanej prawomocnym wyrokiem na karę śmierci za głoszenie antystalinowskich poglądów lub za działalność w Armii Krajowej.

Nie sądzę, by Kant był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Ba! Nie sądzę, by jakikolwiek porządny człek temu przyklasnął.


2. Ciągniemy w prawo...

Można też uznać, że chociaż wymienione w piątym akapicie działania podpadają pod traktowanie człowieka jak środka do celu, to jednak są to działania, których celem jest dobro poddanej nim osoby, i to dobro polegające na uratowaniu jej duszy przed wiecznym potępieniem, a to usprawiedliwia wymienione działania.

Idąc tym tropem, trzeba jednak przyjąć, że dobre jest traktowanie człowieka jak środka do celu, jeśli cel, w jakim się to czyni, jest celem dobrym. Jeśli przyjmiemy tę zasadę, to nie będziemy już mogli, chcąc zachować spójność moralnych przekonań, argumentować w oparciu o zmienioną zasadę przeciwko dopuszczalności prawnej i moralnej zapłodnienia in vitro. Umożliwi nam to dopiero przyjęcie następującej zasady: "Złem jest potraktowanie w niewłaściwy moralnie sposób człowieka jako środka do celu, nawet jeśli cel ten jest moralnie właściwy". Powoławszy się na taką zasadę, będzie można argumentować, że chociaż cel zapłodnienia in vitro jest moralnie dobry, to sposób osiągnięcia tego celu jest moralnie zły, bo wiąże się z konieczności z umyślnym uśmierceniem nadmiarowych ludzkich zarodków, a umyślnie uśmiercanie ludzkich zarodków jest złe.

Zrobiwszy tyle, pozostanie mam jedynie wytłumaczenie, dlaczego umyślne uśmiercanie ludzkich zarodków jest złe. Niestety, przyjąwszy, że ukaranie śmiercią człowieka dla jego dobra jest dobre, nie będziemy mogli, pod groźbą popadnięcia w sprzeczność, powołać się na zasadę, że umyślne uśmiercenie człowieka jest złe, gdyż pierwsze z wymienionych działań jest po prostu pewnego typu umyślnym uśmierceniem innej osoby. Inna sprawa, że już wcześniej sami sobie zaprzeczyliśmy, gdyż z jednej strony przyjęliśmy zasadę "Złem jest potraktowanie w niewłaściwy moralnie sposób człowieka jako środka do celu, nawet jeśli cel ten jest moralnie właściwy", a z drugiej strony uznaliśmy, że dobre jest traktowanie człowieka jak środka do celu, jeśli cel, w jakim się to czyni, jest celem dobrym.


3. Impas...

Do czego zmierzam w powyższych akapitach? Do tego, do czego zmierzam na ogół – do faktu, że nie da się ‘bezkarnie’ spałaszować wszystkich ciasteczek.

Na przykład, nie da się, nie popadając w sprzeczność, twierdzić, że umyślne uśmiercenie człowieka z gatunku homo sapiens sapiens jest złe, dlatego, że jest ono naruszeniem godności przysługującej każdemu człowiekowi z tego gatunku, a zarazem głosić, że dozwolone prawem umyślne uśmiercenie przez kata człowieka o heretyckich przekonaniach za głoszenie tychże przekonań jest moralnie dobre. Oczywiście, przy patronującym powyższym uwagom założeniu, że dane działanie jest albo dobre, albo złe.

Tertium non datur
, podwójne sapiensiki.

Albo sam fakt naruszenia ludzkiej godności jest wystarczający do tego, by złe było działanie, którego skutkiem jest takie naruszenie, albo poza faktem naruszenia ludzkiej godności konieczne jest coś jeszcze, by złe było działanie, którego skutkiem jest tego typu naruszenie.

Jeśli zachodzi pierwsza możliwość, to aborcja, czyli umyślne uśmiercenie nienarodzonego człowieka z gatunku homo sapiens sapiens jest zła nie dlatego, że wskutek zabiegu zostaje umyślne uśmiercony nienarodzony człowiek z wymienionego gatunku, a dlatego, że jest to po prostu umyślne uśmiercenie podwójnego sapiensa, a umyślne uśmiercenie podwójnego sapiensa jest naruszeniem godności przysługującej każdemu takiemu sapiensowi. Uśmiercając umyślnie człowieka z gatunku homo sapiens sapiens naruszamy po prostu jego godność. Bez względu na to, czy umyślnie uśmiercamy nienarodzone dziecko, wielokrotnego zabójcę, notorycznego złodzieja, heretyka, gwałciciela – postępujemy źle.

Można uniknąć powyższego wniosku. Ale za każdy unik, trzeba, jak to w życiu, zapłacić.

Pierwsza opcja - żadnemu podwójnemu sapiensowi nie przysługuje taki atrybut jak godność. To fikcja. nie ma niczego złego w umyślnym uśmierceniu człowieka. Aborcja, eutanazja i kara śmierci są moralnie dobre. Niniejsze wnioskowanie jest, rzecz jasna, entymematyczne, zrekonstruowanie jego przesłanek zostawiam czytelnikom.

Druga opcja jest taka – uznajemy, że choć godność przysługuje każdemu podwójnemu sapiensowi od chwili poczęcia, to każdy taki sapiens może ją utracić, jeśli podejmie wyjątkowo złe działania. Jeśli, dajmy na to, bezprawnie lub z niemoralnego powodu umyślnie uśmierci niewinną osobę. Wtedy uśmiercając takiego osobnika w przewidziany prawem sposób, nie będziemy mogli naruszyć jego godności. Aborcja pozostaje moralnie zła, ale eutanazja nie jest już zła bezwzględnie. Chodzi rzecz jasna o eutanazję dokonaną na osobie, która utraciła swą godność. W każdym razie, zabijanie ludzi nie jest, w tym ujęciu, złe bezwzględnie, lecz dzieli się na moralne i niemoralne. Moralnym zabójstwem jest wykonanie kary śmierci na mordercy. Niemoralnym, na przykład, umyślne uśmiercenie człowieka dla zysku.

Trzecia opcja przedstawia się tak – stwierdzamy, że tylko to działanie narusza ludzką godność, które polega na potraktowaniu człowieka z gatunku homo sapiens sapiens wyłącznie jak środka do celu. I dalej w tym duchu – możemy utrzymywać, że nie każde umyślne uśmiercenie podwójnego sapiensa jest potraktowaniem go wyłącznie jak środka do celu. Takim umyślnym uśmierceniem jest aborcja oraz uśmiercenie zamrożonego zarodka, ale już nie wymierzenie kary śmierci osobie skazanej na nią prawomocnym wyrokiem sądu. Status moralny eutanazji pozostaje jednak niejasny. Ktoś może bowiem, modyfikując nieznacznie stanowisko przedstawione w paragrafie 2, bronić jej moralnej i prawnej dopuszczalności, twierdząc, że eutanazję przeprowadza się dla dobra pacjenta, a tym samym traktuje się go nie tylko jak środek do celu, lecz także jak cel.

Czwarta opcja polega na uznaniu, że sam fakt naruszenia ludzkiej godności nie jest wystarczający do tego, by złe było działanie, którego skutkiem jest takie naruszenie. Idąc tym tropem, można by dodać, że jeśli dane działanie narusza godność osoby, która jest niewinna, to jest to złe działanie, a jeśli narusza ono godność osoby winnej, to, przeciwnie, nie jest to złe działanie.

Piąta opcja sprowadza się do uznania, że chociaż naruszenie ludzkiej godności jest złe, to nie każde umyślne uśmiercenie podwójnego sapiensa narusza ludzką godność, a tylko takie, które jest uśmierceniem niewinnej osoby ludzkiej z gatunku homo sapiens sapiens. Proszę zwrócić uwagę na poniższy cytat:

"Jest więc rzeczą konieczną podać znaczenie pojęcia "eutanazji", używanego w niniejszym dokumencie. Eutanazja oznacza czynność lub jej zaniechanie, która ze swej natury lub w zamierzeniu działającego powoduje śmierć w celu wyeliminowania wszelkiego cierpienia. Tak więc eutanazja wiąże się z intencją działającego oraz stosowanymi środkami.

W związku z tym trzeba ponownie zdecydowanie oświadczyć, że nikt ani nic nie może w żaden sposób zezwolić na zadanie śmierci niewinnej istocie ludzkiej, bez względu na to, czy chodzi o płód lub embrion, o dziecko, osobę dorosłą, czy starca, o osobę nieuleczalnie chorą, czy znajdującą się w agonii. Ponadto nikomu nie wolno prosić o taką śmiercionośną czynność, ani dla siebie, ani dla kogoś innego, powierzonego jego odpowiedzialności; co więcej, nikt nie może zgodzić się na to, bezpośrednio lub pośrednio. Nie może również takiej czynności prawomocnie nakazać lub zezwolić na nią żadna władza. Chodzi w tym przypadku o naruszenie prawa Bożego, o znieważenie godności osoby ludzkiej, przestępstwo przeciw życiu, zbrodnię przeciw ludzkości
".

W drugim akapicie został wyrażony nie tylko zakaz zadania śmierci niewinnej istocie ludzkiej, ale również zakaz zezwalania w jakikolwiek sposób na zadanie śmierci niewinnej istocie ludzkiej. Co więcej, z treści drugiego zakazu wynika, że nikt ani nic, a skoro nikt, to również i Bóg, nie może w żaden sposób zezwolić na zadanie śmierci niewinnej istocie ludzkiej. W powyższym cytacie, jak również w tekście Deklaracji o eutanazji, z którego on pochodzi, nie ma ani słowa o zakazie zadania śmierci istocie ludzkiej, na której ciąży jakaś wina. Załóżmy, że brak jakiejkolwiek wzmianki na ten temat oznacza, że nie jest zakazane zadanie śmierci istocie ludzkiej, na której ciąży jakaś wina. Przyjąwszy dość wiarygodną zasadę, że jeśli dane działanie nie jest zakazane, to jest ono dozwolone, otrzymamy wniosek, że dozwolone jest zadanie śmierci istocie ludzkiej, na której ciąży jakaś wina.

Sic!

Jaka wina? Wina za co? Cóż, nie wiadomo. Nie jestem złośliwy, dlatego nie sądzę, by chodziło o dowolną winę, choćby najbłahszą, na przykład związaną z przejściem przez pasy dla pieszych na czerwonym świetle. Przyjmijmy życzliwie, że w zacytowanym fragmencie idzie tylko i wyłącznie o osobę, która nie jest winna umyślnego uśmiercenia innego człowieka z gatunku homo sapiens sapiens. Odpowiednio do tego – przyjmijmy, że dozwolone jest zadanie śmierci istocie ludzkiej, która jest winna umyślnego uśmiercenia jakiegoś innego człowieka. Można stąd jak najbardziej poprawnie wyciągnąć wniosek, że dozwolone jest poddanie eutanazji terminalnie chorego człowieka, który jest winny umyślnego uśmiercenia jakiegoś podwójnego sapiensa, choćby nawet przedawniła się popełniona przez niego zbrodnia zabójstwa.

Cóż, nie sądzę, by Kościół zaakceptował powyższy wniosek. Dlatego przyjmuję, że coś jest nie tak z moją interpretacją faktu, że w zacytowanym fragmencie tekstu Deklaracji o eutanazji mowa jest wyłącznie o zakazie zadawania śmierci niewinnej istocie ludzkiej. Tylko co? Przecież w owym fragmencie wprost jest mowa jedynie o niewinnej istocie ludzkiej. Jeśli uznamy, że pomimo obecności przymiotnika „niewinnej” przy nazwie „istoty ludzkiej”, Deklaracja o eutanazji dotyczy każdej istoty ludzkiej, to wrócimy do stanowiska będącego koniunkcją dwóch tez: (a) że naruszenie ludzkiej godności (działanie naruszające ludzką godność) jest złe i że (b) umyślne uśmiercenie istoty ludzkiej jest naruszeniem ludzkiej godności. Z obu tych tez można wyciągnąć wniosek, że niezależnie od tego, czy umyślnie uśmiercamy nienarodzone dziecko, wielokrotnego zabójcę, notorycznego złodzieja, heretyka, gwałciciela – postępujemy źle.

Wracamy do punktu wyjścia.

Drogi czytelniku, jeśli dotarłeś do niego wraz ze mną, a ust nie schodzi ci pytanie, do czego w gruncie rzeczy zmierzają moje uwagi, to wiedz, że w kolejnym akapicie znajdziesz zadośćuczynienie dla swojej cierpliwości.

Otóż, jak głosi tytuł powyższej wprawki, idzie mi o relatywizm. Ten moralny. Bo są i inne jego odmiany. Moralna zaś głosi, że status moralny ludzkich działań nie jest bezwzględny, lecz względny. Że, mówiąc inaczej, dane działanie jest dobre bądź złe w zależności od tego, kto, wobec kogo i z jakiego powodu je podejmuje. Absolutysta moralny powiada przykładowo tak: "Zabijanie, jeśli dotyczy ludzi, jest złe bez względu na kto, kogo i w jakim celu zabija". Relatywista powiada inaczej: "Zabijanie, jeśli dotyczy ludzi, jest złe bądź dobre w zależności od tego, kto, kogo i w jakim celu zabija". Wyżej macie przykłady relatywistycznego przeciągania liny. Sądzę, że dość łatwo wskażecie, kto i w którą stronę ją ciągnie. Rzadko kiedy w pełni świadomie.

Tyle, na początek.



wtorek, 12 sierpnia 2008

Tak, ale

Złuch nie sądził, że wydarzenia przybiorą tak niespodziewany obrót. W ogóle na niewiele już liczył. Tym większe było jego zaskoczenie, gdy ucichły ostatnie dźwięki 'Strong Words', a po wiosce tych obrzydliwie dobrych i troskliwych Tęczowych Misiaczków została jedynie usiana pluszowymi trupami ruina. Powiedzieć, że nie wierzył własnym oczom - to za mało.

Nic nie zapowiadało tak niespodziewanego dnia. Tym bardziej nic nie zapowiadało zwycięstwa, dotąd umykającego Złuchowi niczym biały króliczek przed pewną dziewczynką, o której nasz schwarzcharakter usłyszał dawno temu w jakieś spelunie dla zawodowców od czynienia zła. Bez wątpienia Złuch był zły. Nie tak, jak to tylko możliwe, ale, powiedzmy, bardzo. Nigdy mu, co prawda, nie przyszło do głowy nic w stylu ludobójstwa ani zwyczajnego morderstwa, jednak nie przeżył dnia nie knując przeciwko swoim odwiecznym i odwiecznie zwycięskim wrogom - misiaczkom, od których dobroci zbierało mu się wyłącznie na mdłości.

Na ogół nie zastanawiał się na swoim postępowaniem - nad tym, dlaczego każdą wolną chwilę poświęca na próby zniszczenia Tęczowych Misiaczków i dlaczego, na przykład, za każdym razem ponosi sromotną klęskę. Z jednej strony, wydawało mu się to oczywiste. W ogóle nie wymagające wyjaśnienia. Ale z drugiej, o której myślał bardzo rzadko, na ogół wtedy, gdy popadał w tajemnicze odrętwienie, coś mu nie pasowało w całym tym porządku rzeczy, w którym misiaczki zawsze były górą a on niespełnionym zawodowo specem od czynienia zła. Czasami, gdy zaczynał nazbyt wnikliwie się nad tym głowić, tracił przytomność, co, rzecz jasna, nie było przyjemne.

Po ostatnim omdleniu odkrył, że jego odwieczny pomocnik, mały, wrzaskliwy śmierdziel o megalomańskich zapędach, powiesił się w sali tronowej. Wtedy też Złuch poczuł, że dzieje się coś niedobrego, co, w innych okolicznościach, nawet by go nie zmartwiło, ale że rzecz tyczyła się właśnie jego osoby, to wywarła na nim przygnębiające wrażenie. Dotychczas coś niedobrego, z perspektywy Złucha, działo się wtedy, gdy działo się coś dobrego, z perspektywy Tęczowych Misiaczków. Natomiast teraz wydarzyło się coś, co w ogóle nie powinno się wydarzyć - coś, co naruszyło do niedawna nienaruszalne reguły gry w speca od zła zwalczającego kolorowe i słodziutkie misiaczki. Złuch poczuł się wstrząśnięty, ale nie zmieszany.

Dzień po samobójstwie pomocnika, do zamku przybyli niezapowiedziani goście. Było ich pięciu. Pięciu obwiesiów i obdartusów w skórach z ćwiekami. Bezkompromisowo spod najciemniejszej gwiazdy. Wodzirej, Konar, Barton, Komandos i Dani - tak ich zapamiętała historia. Tak się zresztą przedstawili. Nie zjawili się bezinteresownie. Przyszli po pieniądze. Po pieniądze za wykończenie misiaczków. Złuch zmarszczył brwi. Nigdy dotąd nie prosił o pomoc. Zawsze działali sami. On i ten mały, aktualnie martwy, śmierdziel. 'Ciekawe dlaczego?' - pomyślał i zadumał się na dłuższą chwilę. Kiedy odzyskał przytomność, goście nadal stali w progu czekając na odpowiedź. 'Dobrze' - odparł Złuch.

Nie targowali się długo. Złuchowi było to na rękę, bo w negocjacjach, inaczej niż w zastraszaniu, nie czuł się mocny. Reakcji Łańcuchowej, bo tak pięciu łotrzyków nazwało swoją drużynę, potrzebna była mamona, jak najwięcej mamony, na nagranie czegoś, co goście nazwali 'albumem'. Złuch nie drążył tematu. Powiedział tylko, że połowa przed robotą. Reszta po. Zgodzili się, więc wydał im połowę obiecanej sumy. Zanim wyszli, jeden z gości, bodajże Konar, zapytał Złucha, czy ten ma coś w rodzaju kryształowej kuli. Złuch odparł, że tak. 'Więc ustaw ją na wioskę Tęczowych Misiaczków i nie zapomnij włączyć dźwięku!' - usłyszał w odpowiedzi. Złuch zastosował się do rady. W kryształowej kuli zamigotał obraz usytuowanej w chmurach wioski. Rozległ się gwizd wiatru. Przekaz z dźwiękiem. Grunt to postęp, pomyślał Złuch i zaraz mu też przyszło do głowy, że nie zapytał najętych łotrów o to, w jaki sposób zamierzają rozprawić się z Tęczowymi Misiaczkami. Na odpowiedź nie czekał długo.

Na wioskę padł cień rzucany przez unoszącą się w powietrzu platformę. Złuch rozpoznał łotrów z Reakcji Łańcuchowej. Trzech stało w bezruchu, każdy z szerokim pasem przewieszonym przez szyję, do którego był doczepiony jakiś przedmiot o podłużnym kształcie. Z dwóch pozostałych, ten o ksywce 'Konar' siedział za czymś, co Złuchowi skojarzyło się ze stołem zastawionym ogromną kuchenną zastawą. Ostatni, czyli Barton stał przed kijem od miotły zakończonym umocowanym poprzecznie kołkiem. Złuch nie rozpoznał oczywiście ani gitar, ani perkusji, ani mikrofonu. 'Ciekawe, co oni planują?' - pomyślał i zanim zdążył zrobić wdech, Reakcja Łańcuchowa rozpoczęła frontalny atak.

Nie opiszę tego, co się wydarzyło z perspektywy Złucha, bo, prawdę mówiąc, dość uboga to perspektywa. Złuch nie wiedział, czym jest gitarowy riff, nie słyszał też żadnej solówki ani galopu na dwie stopy. 'Everlasting Fear' wybuchł w uszach Złucha kakofonią przeszywających na wskroś dźwięków. W podobny sposób masywnie brzmiący gitarowy riff usłyszały Tęczowe Misiaczki. Co tu kryć, w tej bajce nikt jak dotąd nie zetknął się z metalem w wydaniu Reakcji Łańcuchowej - ostrym, brutalnym, panteropodobnym graniem z wyraźnymi, choć nieco rozbujanymi wypadami w stronę thrash metalu. Wspomniany utwór to próbka wszystkiego, co najlepsze w muzyce naszych dzielnych łotrów - masywnie brzmiące gitary, tłusty bas, gęsta perkusja i niedźwiedzio ryczany 'śpiew', a to wszystko w ponad pięciu minutach naszpikowanych częstymi zwolnieniami i przyśpieszeniami, perkusyjnymi przejściami, charczącymi w tle partiami basu, i riffami, które zmieniają się dość często i na ogół niespodziewanie.

Nic dziwnego, że słynące z dobroci Tęczowe Misiaczki nie miały żadnych szans. Wystraszone dźwiękowym piekłem, serwowanym przez zespół, powybiegały ze swoich kolorowych domków w poszukiwaniu źródła hałasu. I to był, nie muszę powtarzać, błąd. Ich małe, pluszowe łepetynki nie wytrzymały kontaktu z gitarowym atakiem Wodzireja, Dani'ego i Komandosa - eksplodowały riff po riffie. 'Everlasting Fear' był dopiero początkiem tej masakary.

Generalnie dwoma najmocniejszymi atutami 'Vicious Circle' okazały się kapitalnie obmyślane i zagrane riffy, z których każdy działa na słuchacza jak pigułka adrenaliny, oraz aranżacje, które, niespodzianka, obfitują w niespodzianki! Posłuchajcie 'Inner Struggle' rozwijającego się niczym naszpikowana niespodziewanymi zwrotami akcja filmu. Największym zaskoczeniem w całym tym testosteronowym utworze jest wyluzowana solówka, która zaczyna się w połowie czwartej minuty.

Nie skłamię, jeśli napiszę, że Tęczowe Misiaczki padały również od solówek. Główka po główce - na każdy akord solówki. Dodam jeszcze, że solówki z pozostałych utworów, choć też okazały się zabójcze dla pluszowych milusińskich, są nie mniej wyluzowane. Weźmy taki 'Phantom Life' - ten numer po prostu przygniata słuchacza klaustrofobiczną atmosferą i sunącym niczym walec riffem. Jest duszno. Pot perli ciało. Znikąd wytchnienia. Uderzenia werbla rozrywają Tęczowe Misiaczki na strzępy. Aż nagle, ni stąd ni zowąd, po niespodziewanym przyspieszeniu rozlega się riff przypominający stukot pociągu o szyny, a potem znów wyluzowana choć tym razem krótsza solówka, po której na twarzy umęczonego słuchacza zostaje szeroki uśmiech. W pełnym zagrywek typowych dla groove'a 'Stark Reality' jest podobnie. Cholera, kłania się późny Overkill. Ale Chain Reaction nie zrzyna od innych. Bynajmniej. 'Vicious Circle', znane też jako Masakra Tęczowych Misiaczków, to bardzo indywidualne granie. Czerpiące z dobrych wzorców ale stroniące od imitowania mistrzów. I brzmiące wybornie - wiadomo: produkcja rodem z olkuskiego ZED Studio. Dwa ostatnie utwory, czyli iście thrashowy 'Freedom' i grooviasty 'Stark Reality' z instrumentalną niespodzianką przed luzacką solówką, nie odstają w niczym od pozostałych. Milutko masakrują uszy słuchacza i kładą pokotem dziesiątki pluszowych misiaczków.

A przynajmniej kładły.

Wybrzmiały ostatnie dźwięki 'Strong Words'. Złuch przetarł oczy. Oglądając w milczeniu zagładę wioski nieprzyjaciół, odczuwał rosnący z każdą chwilą niepokój. Widząc padające jak muchy Tęczowe Misiaczki powinien się cieszyć, najlepiej w stylu typowym dla schwarzcharaktera jego pokroju - ze złowieszczym chichotem dobywającym się z chudej gardzieli i złowrogim grymasem na sępiej twarzy. Nie odczuwał jednak radości. Ani trochę. Teraz, kompletnie ignorując dźgające go w kark igiełki strachu, przecierał ze zdumieniem przekrwione złością oczy. Ruiny wśród chmur zasłane pluszowymi strzępami odwiecznych wrogów. 'Cholera' - mruknął pod nosem, a nad jego głową pojawił się wielki, czarny znak zapytania. Poczuł się dziwnie. Cel, o który zabiegał od niepamiętnych czasów został osiągnięty, chociaż cudzymi rękoma. Powinien odczuwać zadowolenie. Ale czuł jedynie pustkę. Złuch spojrzał na swoje dłonie i ze zdziwieniem stwierdził, że widzi poprzez nie podłogę. Krzyk ugrzązł mu w gardle. Wtedy Złuch zrozumiał. Jednak było już za późno.

W świat Złucha i misiaczków - w świat, w którym każdy grał bezrefleksyjnie swoją rolę, zaś walka spersonifikowanego dobra ze złem podlegała wiecznym i niezmiennym regułom, nie przewidującym miejsca na jakikolwiek namysł na ich genezą i zasadnością - wtargnął świat ludzi, podwójnych sapiensów, świat, którego wizytówką jest "tak, ale".

Kiedy wiele lat później pewien mężczyzna usłyszawszy od przyjaciela powyższą historię zapytał go, czy nie sądzi, że zabijanie osób jest złe, ten drugi odrzekł: 'Tak'. Po czym, jakby przeczuwając do czego zmierza jego rozmówca, dodał: 'Ale to były tylko Tęczowe Misiaczki'. W tej samej chwili dzieje ziewnęły z nudów. Dobrze znały ten tekst.

**************

Powyższa historyjka zrodziła się w głowie autora podczas oglądania z córką filmów dla dzieci z serii Care Bears. O ile mi wiadomo, chłopaki z Chain Reaction nie splamili się pluszem Tęczowych Misiaczków.

czwartek, 7 sierpnia 2008

Western

Ajpodziak. Dwa Colty Navy z najlepszego rocznika. Z roku, w którym po nocy upojnej i parnej, spędzonej w słodkich dziewczęcych ramionach, opłaconych dolarami zarobionymi na harówce w kopalni, zabiłem sześciu mężczyzn na Main Street. Tam, gdzie piach i błoto smakują drobiny prochu i posilają się krwią głupców. Zabiłem ich wczesnym rankiem, przed śniadaniem, gdy szeryfa i jego ludzi nie było w mieście. Miałem szczęście. Od tamtego dnia minęło ponad dwieście lat. A ja wciąż żyję. Więc mogę powiedzieć, że nadal mam szczęście.

Oko za oko. Ząb za ząb. Ruda gęba. Oto moje życie.

XXI wiek szumi w tle. Wieczorowa pora. Na stoliku stygnie kolacja. Dwie lampki wina stoją nietknięte. Życie wycieka mi z rąk, a ja, zamiast kochać się z piękną dziewczyną, choćby drogą, siedzę w towarzystwie skądinąd urodziwej jednej-takiej, o imieniu trudnym do wymówienia i zapamiętania, z którą kochałem się zeszłej nocy, i trzymam – nie uwierzycie – ręce z dala od jej kolan. Tracimy czas na milczenie. Zasłuchani.

Zamykam oczy i zapuszczam żurawia w mijający dzień. Udany był, sukinsyn, udany nadspodziewanie. Zabiłem cztery osoby, samemu wychodząc ze strzelaniny bez draśnięcia. I jeszcze zarobiłem. Kasę i pochwałę szefa. Drania. Skurwiela nad skurwiele. Najgorszego, jaki kiedykolwiek istniał. Moje sumienie nadal śpi twardym snem Kubusia Puchatka, stwierdziłem z radością, stojąc nad ciałami czterech frajerów, którzy sądzili, że są największymi Motherfuckers w Ciemnej Dolinie.

Siedzę w milczeniu z tą panienką o imieniu kaleczącym dziąsła. Z głośników sypie się gitarowy gruz. Gdzieś w pamięci świta mi bicie dzwonów, odzywają się odgłosy strzelanin, przeładowywanych spluw, kamieni wyrzucanych spod końskich kopyt. Czuję zapach strzelniczego prochu, posmak żutego tytoniu w ustach i pył preriowy zalegający w płucach. Ależ ci Desperados z Dezperadoz grają. Reanimując moje wspomnienia. Żeniąc Dziki Zachód z heavy metalem. Mam ajpodziaka, więc jutro posłucham ich w drodze do pracy. I w powrotnej, rzecz jasna.

Dziewczynie też się podoba. I dobrze, bo już zaczynałem myśleć, że zanadto dziwna jest.

Zaczyna się ‘Wild Bunch’. Nie, nie ten film Peckinpaha, a utwór Dezperadoz pod takim samym tytułem. Ten kawałek to wielki, masywny robal, wijący się leniwie miedzy dwoma głośnikami. Spasiona okrutnie glista z sinusoidalnie sunącymi riffami i basem imitującym linię EKG zawałowca. Nagle dziewczyna chwyta mnie za rekę. Zaczynamy się całować. Nie mam nic przeciwko. Na coś takiego czekałem. Pocałunki kulminują cholerycznym numerkiem. W tle przelatuje przebojowy 'Wild Times' z riffami ważącymi tyle, co sto sławetnych karabinów. Potem kultowy 'Riders Of The Storm' innej kapeli. Burza, szum deszczu i galop w głębiny nocy. Dziewczyna miło pachnie. Cieplutka jest. Pieszczony jej dłońmi, odpłacam za nadobne ustami pamiętającymi smak pocałunków co najmniej tysiąca kobiet, z których większość przestała gryźć ziemię na kilkaset lat przed narodzinami Chrystusa. Po wszystkim leżymy nadzy na miękkim, okrągłym łóżku, pokryci perlistym potem. Gładzę jej ciemnofioletowe włosy, jej marmurową skórę, spoglądam na twarz o smutnych oczach i szkarłatnych ustach, na których błąka się dziwaczny uśmieszek.

Wściekły 'Here Comes The Pain' atakuje odgłosami z ghost town. W akompaniamencie marszowego riffu i kroczącej niczym jakiś cholerny mech sekcji rytmicznej, cofam się myślami przez wiele setek lat do dni, w których uganiałem się za pewnym kamyczkiem, aż w końcu zasiadłem na tronie Ashertiri.

Nie zamierzam kłamać. Jestem sukinsynem. Arbitrem elegancji w skurwysyństwie. Nie mam problemów z zabijaniem. Nigdy nie miałem. Ani z pamięcią. Pierwsze przychodziło mi łatwo, bez oporów. Pamiętam twarz każdej mojej ofiary oraz to dlaczego i jak zginęła. Nie śnię jednak koszmarów, nie nękają mnie wspomnienia. Moja pamięć jest niczym położone w odludnym miejscu muzeum, którego kustoszem jest cisza. W dowolnej chwili mogę wybrać się na przechadzkę korytarzami o ścianach zapełnionych tysiącami faktów – od tych malutkich, banalnych, po wielkie, ważkie, zajmujące cały hol. Twarze, imiona, nazwiska, zawody, adresy. Tysiące indywidualnych historii, które w różny sposób i z różnych przyczyn splotły się z moimi losami, niekiedy zamierając w nich na zawsze. W XIX wieku. W czasach krucjat. I wcześniej, gdy nie było jeszcze Rzymu.

Tak, nigdy nie miałem problemów z zabijaniem. Charley Postelwaite i William Munny. Mógłbym postawić im po kielichu. Na jednego załapałby się również główny bohater 'An Eye For An Eye', skazany za zamordowanie swojego przyjaciela. Sukinkot. Zabił go ze względów religijnych. W celu zadośćuczynienia boskiej sprawiedliwości. Cholera, iluż to ja takich typków, mordy legitymujących wolą bóstwa, wysłałem do piachu na wieczne spoczywanie.

I pewnie dlatego do mnie przyszła, pomyślałem. Bo nie mam problemów z zabijaniem. Zostałem do tego stworzony. Dosłownie. I raczej jestem w tym dobry.

'When Circus Comes To The Town' okazuje się być jedynym w swoim rodzaju połączeniem chorobliwie ciężkiego grania z iście cyrkowymi partiami wokalnymi.

Podkręcam głośność, kiwając miarową głową. Oburęczny rewolwerowiec z pamięcią oblepiona pajęczyną utkaną z ciemności.

-Zrobisz to? – pyta.

Czy zabiję mojego szefa?

-Tak, zrobię, ale nie za darmo.

-Wiem – odpowiada i wymawia moje prastare imię.

A więc mnie zna.

Wybieram ‘May Heaven Strikes Me Down’. Rozlega się chrobot basu, delikatne dudnienie perkusji, potem melodyjny gwizd, kobiece ‘aaaa-aaaa’, a to wszystko przechodzi płynnie w odrobinę melancholijny przebój o kowboju ze spluwą w jednej ręce, a Biblią w drugiej.

Sadowię się między bladymi udami dziewczyny. Trójwymiarowe ścianokrany realizują projekcję ziemskiej plaży omywanej przez seledynowe wody spokojnego morza. Pościel upodabnia się do piasku. Dziewczyna jęczy cichutko, wplątując palce w mą rudą grzywę. Długim językiem chwytam coś więcej niż tylko chwilę.

Mam plan.

Kane ma plan.

Jak zawsze.

Ajpodziak. Dwa Colty Navy.

Krwawnik w sejfie.

Dopamina


Odpalam 'Fused' i odlatuję w głąb przedniego lusterka na ciężkim, wijącym się w mojej łepetynie riffie, potem wchodzi perkusja, wyeksponowany bas, z którym zataczam pętle nad tylnym siedzeniem, odbijającym się w przednim lusterku, i wreszcie śpiew Glenna Hughesa, potężny, pełen różnorakich i różnobarwnych emocji, z unikalną barwą, ze skalą, o której setki śpiewaków rockowych mogą jedynie pomarzyć. Hughes śpiewa o dopaminie. Hormonie szczęścia. W tej chwili bardzo potrzebuję dowolnej dawki tego ostatniego. Potrzebuję dopaminy. Potrzebuję, bo...


It's a dopamine that gets me high
That dopamine connects me


...zabili ją. Tak po prostu. Przy okazji. Obawiali się, że zobaczyła i usłyszała za wiele. Zabili ją w sześciu. Na podmiejskim parkingu. Z dala od gwaru nocnego życia wielkiego miasta. Zamordowali. Bezlitośnie. Ale był świadek tego zdarzenia. Powiedział mi wszystko. Opisał każdego z nich. Słowo po słowie. Krok po kroku. Wygadał się za flaszkę wódki. Za ogórka kiszonego i wagon papierosów. Zapamiętałem każde jego słowo. Potem kupiłem sobie broń. Sześciu zabójców. Zabili ją na parkingu. Kupiłem amunicję. Dużo amunicji. I kamizelkę kuloodporną. I kilka komiksów z serii Sin City. Będę twardzielem. Będę twardy jak Hartigan. Wierny jak facet w czerwonych trampkach. Krwiożerczy jak Marv. Będę czarno-biały. Z flegmatycznym sumieniem i żądzą zemsty wymalowaną na pysku. Złożyłem przysięgę. Zabiję ich wszystkich. Jednego po drugim. Bezlitośnie. Boleśnie. Szybko. Obiecałem sobie, że zrobię to szybko, bo jestem niecierpliwy. Rozwalę ich w euforii. Szczęśliwy. Wyluzowany. Kupiłem dopaminę. Dużo dopaminy. W tabletkach. Mniam. Mniam. Ipod. Spluwa. I dopaminowe dropsy. Będę kolesiem z komiksu. Od pierwszej kreski odpornym na szok pourazowy. Panem bezbolesnym.


W Ipodzie - 'Fused'. W spluwie pociski. W ustach rozpuszczający się powoli drops. Pogadałem o paru sprawach z kumplem. Znał tych gości. Powiedział mi, gdzie mogę ich znaleźć. Więc siedzę teraz w samochodzie, podrajcowany, kretyńsko uśmiechnięty, i śpiewam z Hughesem refren:


It's a dopamine that gets me high
That dopamine connects me


Hughes ma rację. Dopamina działa świetnie. Zbawienny hormon. Można na nim polegać. To dopiero pierwszy utwór na 'Fused', a już jestem uwiedziony. Gitarą Iommi'ego. Śpiewem Hughesa. Klimatem amerykańskiego hard rocka z lat 80 w refrenie. Genialnym riffem przewijającym się przez całą 'Dopamine' oraz solówką, przy której chciałem płakać, wyć, skakać, lecz nie mogłem, bo musiałem obserwować pana A, więc siedziałem grzecznie w samochodzie i kiwałem równomiernie głową. Ale pana A już nie ma. Skończyła się 'Dopamine', wysiadłem z samochodu, przeszedłem przez ulicę, stanąłem za plecami pierwszego z zabójców, wycelowałem broń w jego potylice. BAM! Pana A już nie ma. Siedzi przy kawiarnianym stoliku z głową w pucharku z lodami, a ja mknę ulicami miasta na spotkanie z panem B, następnym na mojej liście zabójcą. 'Wasted Again' - ten utwór, z początkiem przywodzącym mi na myśl 'Darkness In Paradise' Candlemass, idealnie obrazuje stan mojej czarno-białej, komiksowej psychiki. Choć Hughes śpiewa w nim momentami hardrockowo, pukając ogromną skalą swojego głosu do bram niebios, to 'Wasted Again' nie jest lekkim rockerem, przy którym noga sama wciska do oporu pedał gazu. Tego typu utwór jest dopiero przed nami! W 'Wasted Again' Iommi wygrywa riff mroczny i ciężki jak Lost Highway Lyncha, za który wiele zespołów byłaby w stanie zabić, natomiast Hughes w refrenie, wyśpiewując przez cały kawałek tekst o ciężarze kuli armatniej, nasącza te 3 minuty i 55 sekund heavymetalowego riffowania ogromną dawką emocji, wśród których dominują strach i żal, a ja dokładam do nich jeszcze żądzę zemsty. Solówka Iommi'ego, choć krótka, również skrzy się emocjami, rozbrzmiewa w tle, w akompaniamencie gęsto grającej sekcji rytmicznej, towarzyszy jej rozpaczliwy śpiew Hughesa - Wasted Again! Warto posłuchać tego utworu kilka razy, zamachać przy nim łepetyną, zadumać się, łyknąć dopaminowego dropsa i wykonać brudną robotę. BAM! Pan B opuszcza swoją narkotykową piaskownicę z kulką w głowie. Wychodzę przed jego willę, uaktywniam detonator, eksplozja w posiadłości narkotykowego bossa rozjaśnia ciemne niebo, czas zwalnia, sekundy gwałtownie hamują, uśmiechnięty wracam do samochodu, który zaparkowałem na podjeździe. Eksplozja musi być! To filar współczesnego hollywoodzkiego kina! - myślę sobie i jadę wymierzyć sprawiedliwość trzeciemu zabójcy. Nadkładam drogi, sunąc wolno zakorkowanymi ulicami miasta, bo chcę raz jeszcze usłyszeć 'Dopamine' i 'Wasted Again'.


It's a dopamine that gets me high
That dopamine connects me


Czarno-biały drań z komiksową psyche. Bez wnętrza. Bez głębi w spojrzeniu. Z papierową historią i kanciastymi rysami twarzy. 'Saviour Of The Real' - na taki utwór czekałem od kołyski. Prosty, lecz zaaranżowany i zagrany perfekcyjnie! Epatuje genialnym feelingiem, monstrualnym riffem, w którym zakochałem się od pierwszego odsłuchu, mocnym, zdecydowanym, pełnym charyzmy śpiewem Hughesa, tekstem godnym epopei oraz burzliwą solówką. Perełka. Odnajduję trzeciego zabójcę. Stoi przed hipermarketem. Na smyczy trzyma jamnika. Parkuję nieopodal. Hughes śpiewa refren. Łykam kolejnego dropsa i przebiegam przez ulicę. Widzi mnie! Słyszę odgłosy gwałtownego hamowania. Przekleństwa kierowców. Unoszę broń. Jego oczy rozszerzają się ze zdziwieniem. Solówka! BANG! BANG! Zachlapuje je krew. Ze stoickim spokojem, chichocząc pod nosem, upewniam się, że pan C jest już przeszłością, po czym odjeżdżam. Powoli, bez pośpiechu. Odprowadzany wzrokiem przez przerażonych gapiów. I'm the saviour of the real - śpiewam razem z basistą Deep Purple.


Z następnym utworem nadchodzi kryzys sumienia. Pojawiają się wątpliwości. Szmer mojej dawnej moralności. Słyszę głosy. Widzę zmarłych. Łykam dropsy. Już jest lepiej, ale ten kawałek, 'Resolution Song', najcięższy z pierwszych czterech, wwierca się w mój papierowy umysł, jak świder w ścianę, siejąc w nim spustoszenie sabbathowskim riffem, wolnym tempem, hardrockowym wokalem Hughesa, przeplatanym jego histerycznym zawodzeniem w refrenach epatujących doom metalowym klimatem. 3 minuta 30 sekund - Hughes wyśpiewuje tekst, pod którym podpisuje się całym sobą, a potem Iommi gra kolejną obłędną solówkę. Ten facet wymyślił heavy metal. Na kolana! Pan D klęczy przede mną, zasłaniając twarz rękami. Nie ma we mnie litości ani współczucia. Jest za to dużo dopaminy! Jestem wyluzowany. Jestem gotowy. Pociągam za spust. Sprawiedliwość jest tu i teraz - na pocisku wylatującym z lufy mojej spluwy. Nie ma zmiłowania. Nie ma łaski. Zostawiam resztki pana D w wesołym miasteczku i jadę na spotkanie z panem E.


Utwór 'Grace' nie przynosi mi ukojenia. Znów doom metalowy riff, znów taki klimat, znów mrok, smutek i zadra w sercu. Ale potem w słuchawkach Ipoda rozbrzmiewa przesterowany śpiew Hughesa. "Co to jest?! Linking Park?!" - tak właśnie zareagowała, gdy po raz pierwszy słuchaliśmy razem 'Grace'. Skrzywiła się i posłała mi pełnie niedowierzania spojrzenie. Jej piwne oczy błyszczaly w półmroku. A oni zabili ją. Zabili z obawy o swój narkotykowy biznes. Na szczęście w 'Grace' Hughes śpiewa też głosem bez przesteru, zaś utwór raczy słuchacza posępnym, pełnym żalu i tęsknoty klimatem aż do końca pierwszych dziesięciu sekund 3 minuty, kiedy to niespodziewanie przyspiesza i zmienia się gwałtownie w wywołujący ciarki rockowy przebój, ze znakomitą, acz oszczędnie przez Iommi'ego zagraną solówką. Bardzo lubiła ten utwór. A oni ją zabili. Dlatego nie proszę żadnego bóstwa o łaskę. Nie pragnę zbawienia. Jestem za gruby na ucho igielne. Zbyt wściekły i dumny, by nadstawić drugi policzek.


Jadę pnącą się stromo drogą, wsłuchując się w 'Deep Inside A Shell'. Co za odmiana! Promyk słońca w mroku wypełniającym muzykę z Fused! Widzę pana E, ale słuchając tego utworu postanawiam darować mu jeszcze niemalże 4 minuty życia. Zabójca numer 5 zbiega ze wzgórza krętą drogą. Jadę powoli za nim. Światła mam wyłączone. Rozkoszuję się każdym dźwiękiem 'Deep Inside A Shell'. Balladowy kawałek, na wskroś hardrockowy, luzacki, dający chwilę wytchnienia od ciężaru pierwszych pięciu heavymetalowych killerów. Mimo to znakomicie pasuje do całej płyty.


Utwór kończy się, a ja przyspieszam, w słuchawkach rozbrzmiewają pierwsze dźwięki najszybszego numeru na płycie, 'What You're Living For'. Pan E przelatuje przez przednią maskę mojego samochodu, potem przez dach i spada z bagażnika na ulicę. Toczy się przez kilkanaście metrów, przebija barierkę oddzielającą drogę od skarpy i znika w przepaści. Czuję przypływ adrenaliny! Pędzę jak szalony! Zobowiązuje do tego szybki riff, żwawe tempo utworu, dynamiczna gra sekcji rytmicznej i charyzmatyczny śpiew Hughesa. Łykam dropsa z dopaminą i śmieję się do swojego odbicia w przednim lusterku. Gdy utwór eksploduje agresywną solówką, zajeżdżam na podmiejski parking. Hamuję gwałtownie. To tutaj ją zabili. Na pustym parkingu przy nieczynnym hipermarkecie. Nastawiam głośno 'Face Your Fear' i wysiadam z samochodu. Zostały mi jeszcze trzy utwory do odsłuchania i jeden koleś do sprzątnięcia. Zatrzymuję się w miejscu, w którym ją ukatrupili. Nie kupiłem kwiatów. Zapomniałem. Przeklinam swoją niedbałość i pocieszam się dopaminowym dropsem. Stoję, tęsknię, wodzę dookoła pustym wzrokiem, słucham trzech ostatnich utworów z 'Fused', równie znakomitych jak ich poprzednicy, towarzyszący mi wcześniej w mojej zbrodni. Ostatni - 'I Go Insane' - jest dziewięciominutowym killerem, z mnóstwem zaskakujących aranżacji, zwolnień i przyspieszeń, z partiami balladowymi i wciskającym w fotel doładowaniem pod koniec 5 minuty, w którym Iommi gra popisowo, wirtuozersko, a Hughes zdziera bosko gardło.


Koniec płyty. Repeat. Ale nie dla mnie. Przyszli. Słyszę ich kroki. Niesie je wieczorny wiatr. Odwracam się powoli. Wiedzą, kim jestem i co zrobiłem. Papierowym mścicielem z dropsami w kieszeni. Są wszyscy. Pięciu, których zabiłem, i ostatni, którego nie zdążyłem sprzątnąć. Stają przede mną w szeregu. Unoszą powoli broń. Uśmiechają się. Nikt nie zginie od komiksowej kuli. Wystrzelonej z papierowej broni. Nikt nie zginie potrącony rowerkiem dla sześciolatka. Nikomu nie zaszkodzą miętowe dropsy. Bujna wyobraźnia może zgubić.


A więc to koniec.
Na tym parkingu.
Zabili.
Zabili ją.
Sześciu wrednych sześciolatków na parkingu numer sześć.
Uśmiecham się.
Zabili.
Zabili ją.
Moją ukochaną.
Teraz zabiją mnie.
Otwierają ogień. Chmara paintballowych pocisków leci w moją stronę.
Zabili.
Zabili moją ukochaną.
Ukochaną zabawkę.
Moją kaczuszkę.
Spetowali ją...

Diaboliczna procesja


Powiadają, że Bóg, stwórca świata, jest konieczny, odwieczny, niezmienny, wszechwiedzący, wszechmocny i prosty, a każdy akt Jego woli ma moc stwórczą. Ze względu na swoją prostotę, wiedza i wola Boga są tym samym. Bóg, mówiąc inaczej, chce tego, co wie i vice versa. Co więcej, będąc odwiecznym, chce tego, co wie, i vice versa, odwiecznie. Jako wszechwiedzący i odwieczny, Bóg wiedział odwiecznie, ze w 2005 roku, licząc według zasad pewnego ziemskiego kalendarza, pochodzący z Chicago zespół o nazwie 'Bible Of The Devil' wyda swój czwarty album zatytułowany 'Diabolic Procession'. Bóg wiedział odwiecznie też o tym, iż niejeden miłośnik metalu, który zetknie się z tą płytą, pomyśli najpierw, że ma przed sobą kolejne dzieło jakiejś black metalowej kapeli, bo przecież 'tytuł albumu i nazwa grupy mówią same za siebie, prawda?'. Bóg rzecz jasna miał świadomość, iż taki metalowiec popełni błąd. Bo ani Bible Of The Devil nie gra black metalu, ani teksty z 'Diabolic Procession' nie mają wymowy satanistycznej.


Na długo przed wybudowaniem w delcie Nilu pierwszych piramid, Bóg wiedział również o tym, że napiszę niniejszą recenzję, w której wspomnę o Nim samym. Wiedział też, że zostanie ona opublikowana na łamach powermetal.pl i że wielu spośród jej czytelników zmarszczy podczas lektury czoło lub uniesie brew. Nie muszę chyba tłumaczyć czytelnikom, że Bóg wiedział, iż za chwilę przeczytacie początek następnego akapitu...


...w którym wyjaśniam, że muzyka Bible Of The Devil to oryginalne połączenie klasycznego heavy, jego mocniejszego brata zza Oceanu i thrashu rodem z Bay Area. Trzon 'Diabolic Procession' to podwójny gitarowy atak riffami, pasażami i solówkami momentalnie przywodzącymi na myśl NWOBHM, a przede wszystkim dwie kapele tego nurtu - Iron Maiden i Judas Priest. Ten, że tak powiem, szkielet obleczono brudno brzmiącymi partiami dudniącego basu i zapiaszczonej perkusji, a w powstałą w ten sposób całość wpuszczono motorheadowski śpiew Marka Hoffmana. Efekt, muszę przyznać, wywarł na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. Zresztą, nie wymieniłem wszystkich składników muzyki z 'Diabolic...', bo nie wspomniałem o stonerowym klimacie wychylającym łeb z niektórych utworów ani o obecnej w każdym z nich punkowej dynamice.

Bóg rzecz jasna wiedział, że zachwycię się dziełem chłopaków z Bible Of The Devil. I to nie tylko muzyką. Konieczny, odwieczny, niezmienny, wszechwiedzący, wszechmocny i prosty stwórca świata, o którym powiada się, że jest także Dobrem, Miłością, Sprawiedliwością i Prawdą, doskonale, czyli w typowy dla Siebie sposób, zadawał sobie sprawę, iż zwrócę uwagę na koncept liryczny omawianej płyty. A jest on, koncept a nie Bóg, frapujący. Drodzy czytelnicy, zespół pokusił się o opowiedzenie w dziewięciu utworach o dziecięcej krucjacie, o której, jeśli miała miejsce, Bóg wiedział odwiecznie i której, należy dopowiedzieć, odwiecznie chciał. Według standardowej wersji wydarzeń, w 1212 roku we Francji pojawił się chłopiec twierdzący, że został nawiedzony przez Syna Bożego, który nakazał mu zorganizowanie krucjaty. Czyniąc różne cuda, chłopiec-mistyk zdołał zebrać rzeszę wierzących mu osób - a wśród nich około 20 tysięci dzieci. Prowadzeni przez malca ludzie ruszyli w stronę Morza Śródziemnego, które, jak twierdził ich przywódca, miało się rozstąpić i utorować im drogę do Ziemi Świętej. Morze jednak nie rozstąpiło się. Wtedy z pomocą przyszło dwóch kupców, którzy zaoferowali pielgrzymom siedem statków. Niestety, pielgrzymi nie trafili do Ziemi Świętej a do Tunezji, gdzie zostali sprzedani w niewolę.


Jeśli dziecięca wyprawa przebiegła tak, jak to opisałem, to Bóg odwiecznie wiedział, że dzieci biorące w niej udział zostaną niewolnikami a także, z racji Swej prostoty, chciał tego, i vice versa. W tym, że ktoś zostaje sprzedany w niewolę nie ma niczego dobrego, prawda? Bóg więc odwiecznie chciał czegoś złego. Co więcej, On sam spowodował, że doszło do zniewolenia dzieci-pielgrzymów. Wszak każdy akt Jego woli ma moc stwórczą, a to oznacza, iż taki akt inicjuje ciąg przyczynowo-skutkowy wiodący do tego, czego Bóg chce. Bóg wiedział odwiecznie, że spod moich palców wyjdzie poprzednie zdanie. Dlatego je napisałem. Bóg odwiecznie wiedział również, iż w kolejnym zdaniu wspomnę, że badania naukowe z końca zeszłego wieku wykazały, iz opowieść o dziecięcej krucjacie to fikcja powstała na bazie relacji z dwóch, niezależnych od siebie historycznych wydarzeń - ruchu Nikolasa z Niemiec i ruchu Stephena z Francji. Oczywiście, nie zmienia to mojej, jakże pozytywnej opinii o 'Diabolic Procession'. Bóg odwiecznie chciał, bym miał taką opinię. Ot, świetny metalowy album poświęcony pewnej legendzie, który powstał dlatego, że Bóg odwiecznie chciał jego powstania. Problem niestety pozostaje. Zauważ, drogi czytelniku, że gdybym, będąc stwórcą świata, był zarazem odwieczny, wszechwiedzący i prosty zaś każdy akt mej woli miałby moc stwórczą, to byłbym ostateczną przyczyną wszelkiego zła, w rezultacie ciążyłaby na mnie odpowiedzialność za każde zło. Za dobro, co prawda, też, ale, przyznacie sami, marna to pociecha. Żylibyście w świecie, w którym wolna wola i odpowiedzialność za własne uczynki byłyby fikcją.


Cóż, prawdę mówiąc, nie wiem, czy istnieje coś takiego jak Bóg ani czy Bóg jest taki, jak niektórzy powiadają, że jest. Aby uniknąć wymienionych wyżej kłopotliwych konsekwencji, które można zilustrować stosunkiem Boga do dowolnego innego wydarzenia (np. ludobójstwa Katyńskiego), wystarczy zrezygnować z tezy o bożej prostocie - tezy, nota bene, głoszonej m. in. przez św. Tomasza. Tak czy inaczej, zmiana treści przekonań o Bogu nie zmieni natury Boga - bez względu na to, co się na nią składa. Mam tylko nadzieję, że Bóg nie jest taki, jak niektórzy powiadają, że jest. Bóstwo zarazem odwieczne, wszechwiedzące, proste, którego każdy akt woli ma moc stwórczą nie mogłoby chcieć dobra i tylko dobra w świecie takim, jak nasz – w świecie, w którym obecne jest zło. Pragnęłoby bowiem również zła. Nie mogłoby więc być doskonale dobre. Bóg, jeśli jest taki, jak niektórzy sądzą, że jest, odwiecznie wiedział, że tym zdaniem zakończę recenzję 'Diabolic Procession'.

Zamiast wprowadzenia

Zacznę skromnie. Od tekstu sprzed roku, opublikowanego gdzie indziej. Będzie o heavy metalu, skapnie coś z teologii. Tytułem rozgrzewki. Ale też po to, aby dać sobie czas, bo o ile przed założeniem bloga pomysły z mej łepetyny toczyły zawzięty bój o to, których z nich jako pierwszy w postaci stosownej notki spłynie z moich palców i zawiśnie na ekranie monitora, o tyle teraz, gdy blog już jest, pochowały się przerażone. Czekają na mój ruch, diablęta, wiedząc, że bez nich nie wykonam żadnego. Cholerny impas.