sobota, 23 sierpnia 2008

Bohater

Co powiedzielibyście o człowieku, który w przeciągu stu dni zabił pięćset osób? Że to psychopata? Że seryjny zabójca? Z pewnością tak. A co powiedzielibyście na to, że w świecie, w którym żyjemy i prędzej lub wcześniej umrzemy, ktoś taki może nie być ani psychopatą, ani seryjnym zabójcą, ani nawet mordercą, lecz bohaterem?

Historia zaczyna się w XX wieku. 30 listopada 1939 roku Związek Radziecki zaatakował Finlandię. Stalin był przekonany, że wojska radzieckie, realizując postanowienia tajnego paktu Ribbentrop-Mołotow, podbiją kraj wroga do końca roku. Nie było to przekonanie bezpodstawne, gdyż Rosjanie mieli czterokrotną przewagę liczebną, stokrotnie więcej czołgów i trzydziestokrotnie więcej samolotów. Zwycięstwo ZSRR wisiało w powietrzu. Tym bardziej, że Litwa, Łotwa i Estonia uznały już przewidziane wspomnianym paktem roszczenia terytorialne ZSRR. Walczący w małych grupach Finowie stawili jednakże zaciekły, a co najważniejsze przemyślany pod względem taktyki opór, natomiast Rosjanie, mimo liczebnej przewagi, nie byli przygotowani do walki w ciężkich zimowych warunkach i mieli kiepskich dowódców, którzy ze strachu o własne życie nie liczyli się ze stratami w ludziach. Jeden przykład - na Drodze Raate licząca sobie 25 tysięcy żołnierzy rosyjska 163 Dywizja wpadła w zasadzkę przygotowaną przez 300 osobową jednostkę Finów i z pomocą sześciotysięcznej fińskiej 9 Dywizji została dosłownie wyrżnięta w pień. Finowie stracili tylko 800 ludzi. Zyskali za to mnóstwo sprzętu wroga, w tych czterdzieści kilka czołgów! Ostatecznie, po pięciu miesiącach walk, Finlandia odparła najeźdźców, jednak za pokój zapłaciła utratą części swojego terytorium. Armia fińska straciła ponad 22 tysiące żołnierzy. Rosjanie, według szacunków Wehrmachtu, ponad 270 tysięcy.

W 2007 roku, sześćdziesiąt siedem lat po wzmiankowanych wydarzeniach, ukazuje się album 'Heimo' Maple Cross, upamiętniający Wojnę Zimową. Zespół istnieje od 1985. W dorobku ma siedem demówek, dwa single i trzy albumy. 'Heimo' jest trzecim krążkiem grupy utrzymanym w zasadniczo thrashmetalowej stylistyce. Zasadniczo, gdyż Finowie nie grają czystego thrashu. W ich muzyce słychać wyraźne nawiązania do Machine Head i Arch Enemy. Czysty lub nie, wszystko jedno, thrash to thrash, w tym przypadku styl jak najbardziej odpowiadający treści albumu. Od dźwięków z 'Heimo' bije mróz. Mróz srogiej zimy przełomu lat 39/40. I chłód śmierci w głębokim śniegu.



Dzięki uprzejmości kolegi, będącego rodzimym menedżerem Maple Cross, dostałem do zrecenzowania egzemplarz płyty. Wiedziałem, że teksy utworów zostały oparte na wojennych przeżyciach dziadka wokalisty. Zacząłem więc czytać o Wojnie Zimowej, aby móc łatwiej sobie wyobrazić to, o czym Marco R. J. śpiewa w utworach o tak wymownych tytułach jak 'Train to Cape Stone', 'Battle of Joyhill', 'District of Hate', 'Journey of a Wolf'' czy 'Seven Miles of Hell'. I wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Simo Häyhä, fińskim bohaterze narodowym.



Ten mierzący raptem 160 cm wzrostu farmer, wprawiający się w strzelaniu od dziecka, zabił 500 żołnierzy wroga ze swojego karabinu Mosin-Nagant M28 oraz kolejnych 200 z pistoletu maszynowego M-31 SMG. Jako snajper Simo zabijał pięciu żołnierzy radzieckich dziennie, po jednym na godzinę krótkiego, bo pięciogodzinnego zimowego dnia, a czynił to przez sto dni, dopóki nie został trafiony w głowę pociskiem dum-dum przez radzieckiego żołnierza, któremu w końcu udało się to, czego nie zrobiło ani lotnictwo, ani artyleria. Rosjanin nie nacieszył się długo swoim triumfem, bo Simo, mimo że paskudnie ranny w szczękę, zdołał go śmiertelnie postrzelić. Potem zemdlał. Rana była na tyle poważna, że Fin odzyskał przytomność dopiero w dniu podpisania rozejmu z ZSRR. Po wojnie Marszałek Karl Gustaw Emil Mannerheim uhonorował go awansem ze stopnia kaprala na podporucznika.

Warto dodać, że Simo nie korzystał ze snajperskiego karabinu. Nie używał też lunety, polegając wyłącznie na szczerbince i muszce swojego M28. Powtarzał, że luneta narzuca nazbyt wysokie ułożenie głowy, a przypadkowymi odblaskami ułatwia wrogowi ustalenie pozycji strzelca. Poza tym zdarza się jej zaparować. Pomimo tych ograniczeń, Simo często trafiał cel znajdujący się w odległości 400 metrów.

Pięćset osób w sto dni. W sumie siedmiuset zabitych. I facet nie jest seryjnym zabójcą?

Nie. Zgodnie z definicją, seryjny zabójca to osoba, która uśmierciła umyślnie ponad trzy osoby w celu osiągnięcia psychicznej gratyfikacji. Seryjny zabójca jest, mówiąc inaczej, pewnego typu psychopatą, ale nie każdy psychopata jest seryjnym zabójcą, mimo że w kulturze popularnej, zwłaszcza w thrillerach produkowanych w Hollywood, każdy psychopata jest przedstawiany jako seryjny zabójca. Tak czy inaczej, nie ma żadnych świadectw potwierdzających hipotezę, że Simo jest seryjnym zabójcą. Onus probandi spoczywa na jej zwolennikach. Póki co nikt mu nie podołał. Sympatycy fińskiego snajpera mogą więc odetchnąć.

Pięćset osób w sto dni. W sumie siedmiuset zabitych. I facet nie jest mordercą?

Absolutysta moralny powiedziałby, że tak, Simo to morderca, bo morderca lub zabójca to nikt inny, jak osoba, która umyślnie uśmierciła inną osobę. Według absolutysty, słowa "morderca" i "zabójca" to synonimy. Gilles de Rais, Elżbieta Batory, Richard Brandon, Marcel Chevalier, Wyat Earp, Dziki Bill Hickock, Jesse James, John Ford, John Wesley Hardin, Billy The Kid, Bugsy Siegel, Al Capone, Robert Elliott, Johann Reichhart, Salomon Morel, a także Simo Häyhä to mordercy/zabójcy. Słynny niemiecki kat, Johan Reichhart zabił w majestacie prawa 3165 osób, a Simo, też zgodnie z prawem, raptem siedmiuset, jednak obaj umyślnie uśmiercając ludzi postępowali pod względem moralnym źle, gdyż zabijanie podwójnych sapiensów jest złe bezwzględnie. Obaj są mordercami. W potocznym znaczeniu słowa "morderca". Bo treść prawnego ich nie obejmuje. Żaden bowiem nie popełnił kwalifikowanej (cięższą karą) formy zabójstwa.

Relatywista moralny, dla odmiany, rzekłby inaczej: morderca jest, oczywiście, zabójcą, ale nie każdy zabójca jest mordercą. Morderstwo to umyślne uśmiercenie innej osoby z niemoralnego powodu. Marszałek Gilles de Rais, średniowieczny seryjny zabójca, zabijał w bestialski sposób młodych chłopców w celu zaspokojenia swych seksualnych fantazji. Simo Häyhä zabijał żołnierzy, którzy najechali jego kraj. Zabijał ich jak snajper, nie jak zwyrodnialec. Robił to podczas wojny, zgodnie z ówczesnym prawem wojennym, po to, aby uchronić Finlandię przed przemianą w kolejną republikę ZSRR, a Finów i ich kulturę przed sowietyzacją. Robert Elliott, stanowy kat, wykonywał wyroki śmierci na osobach winnych zarzucanych im czynów. Gilles de Rais postępował niemoralnie. Ale Simo i Elliott - już nie. W najgorszym razie - dokonane przez nich zabójstwa byly moralnie obojętne. W najlepszym - moralnie pozytywne. Pozytywne, bo dokonane w moralnym celu. Relatywista moralny twierdzi, że zabijanie nie jest złe bezwzględnie, lecz względnie, a jego moralny status zależy od tego, kto kogo i w jakim celu umyślnie uśmierca.

Gwoli ścisłości, nie każdy relatywista moralny musi tak twierdzić. Relatywistą moralnym, tak jak absolutystą, jest się na ogół w jakiejś dziedzinie. Jedna i ta sama osoba może być relatywistą moralnym w sprawach seksu, a absolutystą, jeśli chodzi o umyślne uśmiercanie ludzi. Lub na odwrót. Możliwych kombinacji relatywizmu i absolutyzmu, biorąc pod uwagę liczbę dziedzin, przez które przebiega ludzkie życie, jest sporo. Jeden podwójny sapiensik będzie wiódł żywot w głębokim przekonaniu, że seks między dorosłymi ludźmi, jeśli uprawiają go oni po to, aby wyrazić łączącą ich miłość, jest moralnie pozytywny, niezależnie od tego, czy uprawia się go przed, czy po zawarciu związku małżeńskiego. Ale już zabijanie ludzi, wliczając w to wykonywanie kary śmierci, uzna on za niemoralne bez względu na to kto, kogo i dlaczego zabija. Inny podwójny sapiens będzie zmierzał ku śmierci, mniemając, że stosunek seksualny jest dobry, jeśli dochodzi do niego między mężem a żoną w celu spłodzenia potomka. Zapytany zaś o wykonywanie kary śmierci, rzeknie, iż nie ma niczego złego w umyślnym uśmierceniu przez kata osoby winnej zarzucanego jej morderstwa, a skazanej prawomocnym wyrokiem na karę śmierci. Z przedstawionych poglądów takiego relatywisty wynika, że zabicie pewnego typu osoby w ściśle określonym celu - tutaj: mordercy w celu wymierzenia mu sprawiedliwości - jest moralnie dobre.

Niestety - a jest to "niestety" pochodzące z głębi serca autora tekstu, a nie podyktowane mu przez stylistyczną intuicję - wśród podwójnych sapiensów nigdy nie brakowało relatywistów moralnych przekonanych, że dobre jest zabijanie w ściśle określonym celu pewnego typu osób. Zerkając na ociekający człowieczą krwią XX wiek, można powiedzieć, że nie zanosi się na to, by ludzi tego pokroju w najbliższym czasie zabrakło. Nie w Rosji. Nie w Palestynie. Nie w Izraelu. Nie w Afryce. Nie w Afganistanie. Nie w Iraku. Nie w Chinach. I to takich, którzy explicite lub implicite opowiadają się za moralną dopuszczalnością zabijania pewnych osób za to, kim one są, jakim językiem mówią lub w co wierzą. A nie za to, że kogoś zamordowały.

Wyrażając uznanie dla wojennej działalności Simo, upodobniamy się do moralnego relatywisty. W kwestii zabijania ludzi. Nie dlatego, że zajmujemy jego stanowisko etyczne, a dlatego, że tak jak on uzależniamy naszą ocenę zabójstw, których podczas wojny dopuścił się Simo, od tego, dlaczego i kogo Fin zabijał. Nie oznacza to jednak, że uznajemy zabijanie najeźdźców lub żołnierzy radzieckich za moralnie dobre. Po prostu, nawet jeśli sądzimy, że zabijanie ludzi jest złe bezwzględnie, to zachowujemy się tak, jakbyśmy mniemali, że zabijanie najeźdźców lub żołnierzy radzieckich nie jest tak złe, jak pozwolenie im na podbicie kraju lub na to, by to oni nas pozabijali. Ważymy zło, wybierając, naszym zdaniem, mniejsze.

Nie wątpię, że są wśród nas osoby, które posunęłyby się dalej i stwierdziły, że nie ma niczego złego w zabijaniu najeźdźców lub żołnierzy radzieckich. Przeciwnie! Nader łatwo można wyobrazić sobie relatywistę moralnego głoszącego na przykład, że zabicie człowieka w obronie własnego lub cudzego życia oraz wykonanie prawomocnie orzeczonej kary śmierci na mordercy, gwałcicielu, cudzołożniku, sodomicie, heretyku, innowiercy i ateiście nie ma w sobie nawet krztyny zła. Jest moralnie dobre. A jest, powie nas teista-relatywista, bo zezwala na nie Bóg, o czym mają świadczyć odpowiednie fragmenty Biblii. Bóg, będąc Dobrem, nie może działać w sposób moralnie zły, więc jeśli zezwala na wymienione działania, to są one, muszą być, dobre.

Owszem, można i tak, tylko, moim skromnym zdaniem, jest to robienie Bogu fatalnego PR. Jeśli już być relatywistą moralnym, to z głową. Najlepiej mocno osadzoną.

A co z Simo Häyhä? Bez wątpienia przydałby się w tej chwili Gruzinom.

9 komentarzy:

Nicpoń pisze...

Bartku,
fajny texcior.
I w pewien sposób koresponduje z wątpliwosciami, które mam. I które troche juz tu i ówdzie poopisywałem.
To jest troche takie miotanie się. Bo wiesz sam, że wszystko zalezy od punktu wyjścia.
Pomijam juz to, że zabojstwo jest w Biblii w jakis sposób dopuszczalne (nie morderstwo).
Natomiast jest kwestia pytania o cel zycia.
Nie wiem, czy ty kojarzysz ten mój text "Jak tojest z tą duszą?". Ja tam opisałem coś, co nzwałem "infosferą". Załóżmy, że to tak własnie wyglada, że istnieje jakaś droga ewolucyjna wiodaca człowieka do Boga od malpy i ta ściezka wyczerpuje się na Ziemi na poziomie podwójnego sapiensa, w sensie, że nic bardziej "lepszego" materialnie juz z nas nie wyewoluuje (a nawet jeśli to i tak jest to bez znaczenia) i jedyny kierunek rozwoju to pójście w ewolucje duszy. Pierwszym, w miare sensownym krokiem w takiej sytuacji wydawac by sie mogło całkowite odrzucenie świata materialnego i działania wyłacznie w zgodzie z nakazami NT. Drugie policzki, kochanie nieprzyjaciół swoich itp. To sie bezpośrednio wiąże z cierpieniem, bo ten idealizm chrzescijański to całkowita niezgoda na władzę świata materialnego nad człowiekiem. Zrozumiałe więc ze cierpienie iśmierć. Ścinam zakręty ostro, ale u ciebie mogę. Skoro cierpienie iśmierć, czyli dojmujacy fizyczny dyskomfort, to ktoś/coś musi sie na ten dyskomfort godzić, wybrac go, pójśc na ten układ mimo dyskomfortu. Czyli jakas tam forma przezwyciężania świata, ciała, pokus, bólu etc. Niewątpliwe, że jesli istnieje coś takiego jak dusza, to ta dusza po takich przejsciach, będac silniejsza niż cialo, niż instynkty i popędy, bol, strach etc. bedzie duszą... silniejszą od takiej, która szla z pradem. Jesli istnieje jakiekolwiek zycie po zyciu doczesnym, to zrozumiałym się staje, że taka mocna dusza w jakiejś tam hierarchii ewolucyjnej jest o niebo wyzej i blizej Absolutu niz dusza taka, która ciała trzyma sie kurczowo a sama jest duchowo mizerna, słaba i jest jej jakby mało.
Jesłi wiec przyjmie się taki punkt wyjscia, ze celem jest droga do Boga, ewolucja w kierunku duchowości (czyli coś, co mam wrazenie ostro zalecał Chrystus, równocześnie jednak pozostawiając ludziom mozliwość poukładania sobie życia tu i teraz, bo :'królestwo jego jest nie z tego świata"), to zrozumiałe, że jakikolwiek akt obrony, próby uczynienia swojego życia znośniejszym, łatwiejszym, przyjemniejszym etc. stoja w sprzeczności z tym wielkim celem.
Tyle, że moralność chyba nie ma tu nic do roboty.
Bo przecież "cesarzowi co cesarskie", czyli życ jakos trzeba i kto chce żyć tu i teraz, może życ moralnie jak najbardziej broniąc się i swojego domu nawet zabijając napastników (wszak to oni, napastnicy uruchamiają lawine i to oni sami siebie usuwaja poza horyzont świata moralnego).
Aświętym byc można ale nie ma takiego obowiązku.
Ja sam mam dosyc powzny dyskomfort, bo od mojego bądź co bądź siedzenia okrakiem juzmnie trochęboli tu i ówdzie. A to siedzenie okrakiem jest widoczne przecież. Bo z jednej strony jest ta ściezka do Boga, która wiadomo jak wyglada, wiadomo z czym sie to je i wiadomo jak jest trudna (ale po podjęciu decyzji mam wrazenie że staje się latwa, bo taka WIARA jest przekroczeniem punktu bez powrotu) i to jest coś, ku czemu sam odczuwam cos w rodzaju naturalnego pociągu. A z drugiej strony jest to wszystko, co sie sklada na życie, z cała tego zycia drapieznością i zwyklymi ludzkimi chetkami na to czy owo. I z tym sie czuje zwiazany jeszcze bardziej naturalnie.
Wiec rozkrok i ból krocza.
Nie wiem sam jak to połaczyc, czy to sie w ogóle daje jakoś połaczyć i co robić.
Wkurwia mnie to.

Bartek (BD) pisze...

Ok, Artur, wymieszałeś koncept wielkiego łańcucha bytów z konceptem Darwinowskiej ewolucji i konceptem doskonalenia ludzkiej duszy pod kątem jej zbawienia. Można i tak, choć, przyznam, nie jest to moja optyka. Zastanawia mnie jednak, skąd w tym wszystkim ten manicheizm, to albo-albo, którego spodziewałbym się po wyznawcy kataryzmu, ale nie po chrześcijaninie? Nie kupuję idei, że doskonalenie duszy oznacza konieczność rezygnację z dbania o "cielesny" wymiar życia. Na tyle, na ile znam chrześcijaństwo, coś mi tam świta, że w tej religii występuje coś takiego, jak pluralizm dróg do zbawienia/do Boga.

Pozdrawiam

Nicpoń pisze...

Bartku,
kurcze, za bardzo ściąłem winkle jednak.
Nie chodzi mi o taki wybór żyletowy albo albo, na zasadzie, że dbając o dusze wpieprzam korzonki i chrabąszcze gdzieś w eremie na pustyni. Nic z tych rzeczy.
Chodzi mi jednak o to, że wybór celu w jakiś sposób ustawia ci też drogę. Jeśli twoim celem jest doskonalenie duszy (tu faktycznie lekko namieszałem, ale to by się zrobiło bardziej przejrzyste w dłuższym wywodzie i pisanym mniej na gorąco) to kwestie ciała są temu celowi podporządkowane. A wierność zasadom akurat chrześcijańskim, i to taka wierność absolutna de facto skazuje cię na drogę ciernistą niejako z automatu.
I jasne, pluralizm jerst jak najbardziej, dokładnie tak samo jak np. w skoku o tyczce. Można skakać bardzo wysoko, co jest okupione wytężonym treningiem, można skakac tak sobie trenując tyle o ile, i można nie skakac wcale. Ale wtedy nie ma dziwne, że się nigdzie nie doskoczy.
Moje wkurwienie na tę sytuacje wynika raczej z faktu, że ja nie mam w zwyczaju, jak już coś robię, robic to na pół gwizdka, trochę, częściowo itp. i jak już sie w coś wdaję, to mam naturalny pęd do pójścia na całość. Choćby nie wiem co się miało póxniej dziać. Z reguły na tej brawurze nieźle wychodzę, a jak wyjdę nie tak jakbym sobie chciał, to nauka jest bardzo bolesna, ale przez to i warta tego.
Kurcze, musze lecieć, a szkoda. Mam dziś na ranczu kaczkocyd, czyli mój pan Józio morduje kaczuszki, które tam się odchowały- wiresz, takie prawdziwe, wiejskie, z miesa a nie z granulatu PVC. No i musze teraz te pomordowane i oskubane kaczuchy przywieźć do domu i wrzucić w zamrazarkę. Na niedzielne rosołki jak znalazł.
;))

Odezwę się so soon.

Pozdro

Bartek (BD) pisze...

"Jeśli twoim celem jest doskonalenie duszy (tu faktycznie lekko namieszałem, ale to by się zrobiło bardziej przejrzyste w dłuższym wywodzie i pisanym mniej na gorąco) to kwestie ciała są temu celowi podporządkowane".

No, ale to nie oznacza nakazu zaniedbywania cielesności ani konieczności rezygnowania z prób uczynienia swojego życia, jak napisałeś, znośniejszym, łatwiejszym czy przyjemniejszym. A wymowa twojego pierwszego komentarza jest tak, że, przeciwnie, o to właśnie chodzi. Masz cytat:

"Jesłi wiec przyjmie się taki punkt wyjscia, ze celem jest droga do Boga, ewolucja w kierunku duchowości (czyli coś, co mam wrazenie ostro zalecał Chrystus, równocześnie jednak pozostawiając ludziom mozliwość poukładania sobie życia tu i teraz, bo :'królestwo jego jest nie z tego świata"), to zrozumiałe, że jakikolwiek akt obrony, próby uczynienia swojego życia znośniejszym, łatwiejszym, przyjemniejszym etc. stoja w sprzeczności z tym wielkim celem".

No, jak dla mnie, to pod tym mógłby podpisać się gnostyk (taki z masochistycznymi ciągotkami). :)


"I jasne, pluralizm jerst jak najbardziej, dokładnie tak samo jak np. w skoku o tyczce. Można skakać bardzo wysoko, co jest okupione wytężonym treningiem, można skakac tak sobie trenując tyle o ile, i można nie skakac wcale. Ale wtedy nie ma dziwne, że się nigdzie nie doskoczy".

Nie, nie o to mi chodziło, lecz o pluralizm dróg do Boga. No, nie każdy musi być świętym, kapłanem, pustelnikiem czy mnichem. Można zapierdzielać ku zbawieniu chociażby małżeńską ścieżką zdrowia. Tak chyba naucza Kościół, co?

"Moje wkurwienie na tę sytuacje wynika raczej z faktu, że ja nie mam w zwyczaju, jak już coś robię, robic to na pół gwizdka, trochę, częściowo itp. i jak już sie w coś wdaję, to mam naturalny pęd do pójścia na całość. Choćby nie wiem co się miało póxniej dziać. Z reguły na tej brawurze nieźle wychodzę, a jak wyjdę nie tak jakbym sobie chciał, to nauka jest bardzo bolesna, ale przez to i warta tego".

Ok. Rozumiem. Choć nie wiem, o czym konkretnie piszesz. W jakich dziedzinach siedzisz okrakiem lub robisz coś na pół gwizdka, że pójście w nich na całość, w zgodzie z zasadami chrześcijaństwa, byłoby w twoim przypadku wejściem na ciernistą ścieżynę. Ale dość. Zbyt intymnie się tutaj robi. Nie drążę. Chociaż rozgryzienie tematu wymaga podrążenia.

Pozdrawiam

Nicpoń pisze...

Bartku,

"No, jak dla mnie, to pod tym mógłby podpisać się gnostyk (taki z masochistycznymi ciągotkami). :)"

To odnośnie cytatu ze mnie. Jasne. Znowu skróciłem. Oczywiście chodzi o chęc uczynienia sobie życia lżejszym KOSZTEM drogi do Boga, czyli min. wierności zasadom itp.
Ale z tym czynieniem sobie zycia znosniejszym to jest troche pulapka. Bo niby nic takiego w tym, by było lepiej, zwlaszcza jeśli się to osiąga nie popadając w konflikt sumienia. Tylko że zobacz, ta pierwszą cnota chrześcijańska była praca. Oni ją wykonywali z radością. Nie po to, by sobie odpoczywac, tylko pracowali dla samej pracy. A czynienie sobie zycia lżejszym powoduje w sumie totalne przeorientowanie- z focusa na pracę zmieniasz ostrośc na odpoczynek. Praca staje sie wtedy trudnościa do przezwyciężenia w drodze do celu, którym jest opierdalactwo. A to wyklucza bezustanne doskonalenie się.
Troche mi się wydaje, że to jest efekt tego, że niewielu ludzi powaznie traktuje to całe gadanie o Bogu. A bardziej jako taki tradycyjny nawis z którym moze niekoniecznie trzeba cos robić, w życiu sie przydaje, ale żeby tak serio traktowac to całe gadanie o pracy?

"Nie, nie o to mi chodziło, lecz o pluralizm dróg do Boga. No, nie każdy musi być świętym, kapłanem, pustelnikiem czy mnichem. Można zapierdzielać ku zbawieniu chociażby małżeńską ścieżką zdrowia. Tak chyba naucza Kościół, co?"

Si senor, pytanie jak daleko się taką droga zajdzie. Chce żebys mnie dobrze zrozumiał. Ja dosyc na powaznie napisałem to o tym szlifowaniu duszy za zycia. Zbawienie- jasne. Pytanie jakie? Tu by trzeba było teraz ostro poleciec czyśccem. Ale późno cholera. A tu czyściec byłby kluczowy. Nawet nie w sensie odkupienia jakichs win, ale w sensie dalszego doszlifunku.

"Choć nie wiem, o czym konkretnie piszesz. W jakich dziedzinach siedzisz okrakiem lub robisz coś na pół gwizdka, że pójście w nich na całość, w zgodzie z zasadami chrześcijaństwa, byłoby w twoim przypadku wejściem na ciernistą ścieżynę. Ale dość. Zbyt intymnie się tutaj robi. Nie drążę. Chociaż rozgryzienie tematu wymaga podrążenia."

Choć nie wiem, o czym konkretnie piszesz. W jakich dziedzinach siedzisz okrakiem lub robisz coś na pół gwizdka, że pójście w nich na całość, w zgodzie z zasadami chrześcijaństwa, byłoby w twoim przypadku wejściem na ciernistą ścieżynę. Ale dość. Zbyt intymnie się tutaj robi. Nie drążę. Chociaż rozgryzienie tematu wymaga podrążenia.

Spoko, jak dla mnie drążyc można. Drążenie to konkret. Zasadza się na jakichs realnych doznaniach a nie dywagacjach teoretycznych.

Generalnie chodzi mi o to, ze nie potrafie sie przestac martwić i kombinowac. Kombinowac jak tu zrobic tak, by swojemu najbliższemu otoczeniu zapewnić bezpieczeństwo. A w sumie nie powinienem sie przejmowac, robic swoje z radościa i pokladac ufnośc w Bogu.
Nie potrafie tak. Chociaż jestem wierzacy i w ogóle.
A że ścieżka ciernista? No stary, jasne, że ciernista. Bo robienie swojego z radoscia i pokładanie ufności w Bogu jak dla mnie musiałoby się skończyc co najmniej więzieniem. Wystarczy sie przeciez oficjalnie nie zgodzic na to czy tamto, czego żąda od ciebie np. państwo, a co w swoim sumieniu możesz uznac za sprzeczne z zasadami. Np. teoretycznie powinienem odmówic płacenia podatków tak długo, jak długo z podatków będzie finansowane skrobanie babek (i masa innych rzeczy). Powienienem powiedzieć- ni chuja. To jest sprzeczne z moim sumieniem i nie daję. No i hyc, jestem juz za kratami. Moje dzieciaki (jako potomstwo pojebanego katola) laduja w przytułku itd. Kumasz? Praktycznie na kazdym kroku my, katole, spotykamy się z rzeczami, w których uczestniczymy pod państwowym przymusem (ale UCZESTNICZYMY, działamy), które stoja w ciężkiej sprzeczności z naszym katolstwem.
Powinniśmy zacząć mówić nie (nie moie o tobie, bo ty jako niekatol nie jesteś zobowiazany) i z usmiechem ponosic konsekwencje. To by pewnie dało z czasem jakiś efekt lawinowy, od którego wiele rzeczy mogłoby sie zmienić, ale primo- musialaby byc jakas masa krytyczna ludzi autentycznie wierzacych i zdeterminowanych. Secundo- nikt nie chce byc tym pierwszym. Bo ten pierwszy jest całkiem na straty.
Paskudna sytuacja, nie?

Pozdro

p.s. po co masz te weryfikacje wysyłki postów tymi dziwacznymi literkami? Bez sensu przeciez. A da się wyłaczyć.

Bartek (BD) pisze...

"Oczywiście chodzi o chęc uczynienia sobie życia lżejszym KOSZTEM drogi do Boga, czyli min. wierności zasadom itp.
Ale z tym czynieniem sobie zycia znosniejszym to jest troche pulapka. Bo niby nic takiego w tym, by było lepiej, zwlaszcza jeśli się to osiąga nie popadając w konflikt sumienia. Tylko że zobacz, ta pierwszą cnota chrześcijańska była praca. Oni ją wykonywali z radością. Nie po to, by sobie odpoczywac, tylko pracowali dla samej pracy. A czynienie sobie zycia lżejszym powoduje w sumie totalne przeorientowanie- z focusa na pracę zmieniasz ostrośc na odpoczynek. Praca staje sie wtedy trudnościa do przezwyciężenia w drodze do celu, którym jest opierdalactwo. A to wyklucza bezustanne doskonalenie się".

Wiesz, nie wydaje mi się, by możliwe było, jeśli chodzi o człowieka, bezustanne doskonalenie się. W jakiejkolwiek dziedzinie. Niekoniecznie związanej ze zbawieniem. Czasami trzeba odpuścić. Dla zdrowia, dla higieny, dla dobra swojego lub bliskich. Nie jest wszak powiedziane, że robienie zawsze i wszędzie tego, co w pewnego typu sytuacjach przekłada się na zwiększanie duchowego lub fizycznego fitness, przynosi pozytywny efekt. Że doskonalenie się w jednej dziedzinie (w pracy) nie oznacza karlenia w innej (w życiu rodzinnym). Że ktoś, dajmy na to, umotywowany troską o zbawienie swej duszy, ilekroć nadstawi swój policzek, tylekroć, mówiąc językiem gier fabularnych, zyska kolejny poziom. Bo czy można w tej grze zyskać kolejny poziom, jeśli nadstawia się policzek kosztem najbliższych osób? Kosztem rodziny? No, bo jeśli można, to ja wpisuję tę grę na listę podejrzanych przedsięwzięć. Jasne, można powiedzieć, w stylu Leibniza, że ostatecznie nastawienie policzka skutkujące cierpieniem najbliższych okaże się i tak, pod względem moralnym, lepsze niż uchronienie bliźnich od cierpienia kosztem nadstawienia pięści miast policzka, ale ja nie kupuję typowego dla teodycei pomysłu na usprawiedliwienie obecności zła w świecie. Pomysł ten dobrze działa w przypadku bólu zęba, źle we wszystkich innych. Tak czy inaczej, wracając do doskonalenia się, wydaje mi się, że człowiek traktujący wszystko w swoim życiu jako okazję do doskonalenia się pod takim czy innym względem - może być dla wielu wrzodem na dupie. Niekoniecznie w pozytywnym znaczeniu. :)

Zaś co do pracy i reszty - człowiek może pracować, i to ciężko pracować, aby lżej było w życiu jemu bądź innym, bliskim mu osobom. I może tę pracę, którą traktuje jako środek do wymienionego celu, traktować lepiej lub gorzej, może ją lubić, może jej też nie cierpieć. Będzie ją jednak wykonywał najlepiej, jak potrafi, o ile wykonywanie jej będzie przekładało się na zamierzony przez niego stan rzeczy. Inny z kolei, będzie traktował swoją pracę jako cel i środek - będzie szczęśliwy z powodu jej wykonywania, a za swój cel uzna pogłębianie tego szczęścia na drodze podnoszenia swoich umiejętności i zwiększania zawodowych możliwości oraz kompetencji. Wiesz - na zasadzie: że środek do celu przekształca się w cel, a dążenie do tego celu samo staje się celem. Może być też tak, jak ty to opisałeś. Ale, właśnie, jedynie może. Może. Nie ma tutaj żadnej konieczności. Wszystko zależy od szczegółów. Najważniejsze
są szczegóły - bo co z tego, że ktoś przeniósł ostrość z pracy na lekkie życie? Mógł mieć ku temu dobry powód. Mógł, czyniąc to, postąpić jak najbardziej zasadnie. Mógł po prostu na to zasłużyć. Bo, na przykład, wcześniej harował, by osiągnąć to, co chciał osiągnąć, i, choć cieszył się swoją pracą, w końcu osiągnął swój cel, a osiągnąwszy go postanowił, odcinając kupony od zakończonej harówki, zająć się czymś innym, czymś, co od zawsze cieszyło go bardziej niż wykonywana praca, a czemu nie mógł się jak dotąd w pełni poświęcić, bo nie miał ku temu odpowiednich środków materialnych.

Pozdrawiam

Donaldu pisze...

Bartku,

"Wiesz, nie wydaje mi się, by możliwe było, jeśli chodzi o człowieka, bezustanne doskonalenie się. W jakiejkolwiek dziedzinie. Niekoniecznie związanej ze zbawieniem. Czasami trzeba odpuścić. Dla zdrowia, dla higieny, dla dobra swojego lub bliskich. Nie jest wszak powiedziane, że robienie zawsze i wszędzie tego, co w pewnego typu sytuacjach przekłada się na zwiększanie duchowego lub fizycznego fitness, przynosi pozytywny efekt. Że doskonalenie się w jednej dziedzinie (w pracy) nie oznacza karlenia w innej (w życiu rodzinnym)."

Rzecz cała w tym, że tego treningu nie powinno sie chyba robić świadomie. Na zasadzie- że ja sobie tu kalkuluję, że dusza mi rośnie, więc to czy tamto. To tak nie działa.
I taki rozwój raczej nie kłóci się z zyciem rodzinnym, bo nie chodzi o wpieprzanie korzonków na pustyni.

"Że ktoś, dajmy na to, umotywowany troską o zbawienie swej duszy, ilekroć nadstawi swój policzek, tylekroć, mówiąc językiem gier fabularnych, zyska kolejny poziom. Bo czy można w tej grze zyskać kolejny poziom, jeśli nadstawia się policzek kosztem najbliższych osób? Kosztem rodziny? No, bo jeśli można, to ja wpisuję tę grę na listę podejrzanych przedsięwzięć. Jasne, można powiedzieć, w stylu Leibniza, że ostatecznie nastawienie policzka skutkujące cierpieniem najbliższych okaże się i tak, pod względem moralnym, lepsze niż uchronienie bliźnich od cierpienia kosztem nadstawienia pięści miast policzka, ale ja nie kupuję typowego dla teodycei pomysłu na usprawiedliwienie obecności zła w świecie. Pomysł ten dobrze działa w przypadku bólu zęba, źle we wszystkich innych. Tak czy inaczej, wracając do doskonalenia się, wydaje mi się, że człowiek traktujący wszystko w swoim życiu jako okazję do doskonalenia się pod takim czy innym względem - może być dla wielu wrzodem na dupie. Niekoniecznie w pozytywnym znaczeniu. :)"

Jest taka scenka w Egzorcyście III, tym ze Skorupko (swoja droga zdrowa dupa), jak ten klecha ma retrospekcje z wojny, z wioski, w której jeden Niemiec robi kęsim. Każe klesze wybrać 10 ludzi do rozwałki i by księżula zachęcić zabija dzieciaka. I grozi że rozwali wszystkich. I klecha zmiękł, zgrzeszył i SAM wyznaczył ludzi na śmierć ratując resztę. De facto wziął ten grzech na siebie.
A powinien odmówic udziału w tej zabawie. Bo to nie jego reka i wola rozwaliłaby cała wioskę. Ale on sie użalił i uratował. Skazując innych. Wybierająć najstarszych, tych, którzy najgorzej rokowali.
Chujowa sytuacja.
Mam nadzieję, że łapiesz w jaki sposób to sie odnosi do twojego cytatu.

"Zaś co do pracy i reszty - człowiek może pracować, i to ciężko pracować, aby lżej było w życiu jemu bądź innym, bliskim mu osobom. I może tę pracę, którą traktuje jako środek do wymienionego celu, traktować lepiej lub gorzej, może ją lubić, może jej też nie cierpieć. Będzie ją jednak wykonywał najlepiej, jak potrafi, o ile wykonywanie jej będzie przekładało się na zamierzony przez niego stan rzeczy. Inny z kolei, będzie traktował swoją pracę jako cel i środek - będzie szczęśliwy z powodu jej wykonywania, a za swój cel uzna pogłębianie tego szczęścia na drodze podnoszenia swoich umiejętności i zwiększania zawodowych możliwości oraz kompetencji. Wiesz - na zasadzie: że środek do celu przekształca się w cel, a dążenie do tego celu samo staje się celem. Może być też tak, jak ty to opisałeś. Ale, właśnie, jedynie może. Może. Nie ma tutaj żadnej konieczności. Wszystko zależy od szczegółów. Najważniejsze
są szczegóły - bo co z tego, że ktoś przeniósł ostrość z pracy na lekkie życie? Mógł mieć ku temu dobry powód. Mógł, czyniąc to, postąpić jak najbardziej zasadnie. Mógł po prostu na to zasłużyć. Bo, na przykład, wcześniej harował, by osiągnąć to, co chciał osiągnąć, i, choć cieszył się swoją pracą, w końcu osiągnął swój cel, a osiągnąwszy go postanowił, odcinając kupony od zakończonej harówki, zająć się czymś innym, czymś, co od zawsze cieszyło go bardziej niż wykonywana praca, a czemu nie mógł się jak dotąd w pełni poświęcić, bo nie miał ku temu odpowiednich środków materialnych."

Stary, to jest wszystkojasne, że tak byc może.
Ale ja wróce do tego, co POWINNO byc postawa chrześcijanina. I nie chodzi tu o to, żeby katol był jak ci japońscy karoshi, co zdychaja z wycieńczenia robotą. Bo to nie ta bajka. Ale chodzi o to, że chrzescijańskie życie godne to zycie w pracy, doskonalenie sie poprzez pracę, odnajdywanie radości w pracy, w tworzeniu. Ta pracą nie jest tylko robota, ale i to wszystko, co sie wiąże z czlowiekiem. Wychowanie dzieci, odpoczywanie, radość. Wbrew pozorom to wszystko ma zupełnie inny wymiar niż my to postrzegamy. No ale my czy wierzący czy nie jesteśmy zlaicyzowani do cna.

Pozdro
Idę lulu

Donaldu pisze...

aaa,
fajnego sobie nicka zrobiłem?
he he

Bartek (BD) pisze...

"Jest taka scenka w Egzorcyście III, tym ze Skorupko (swoja droga zdrowa dupa), jak ten klecha ma retrospekcje z wojny, z wioski, w której jeden Niemiec robi kęsim. Każe klesze wybrać 10 ludzi do rozwałki i by księżula zachęcić zabija dzieciaka. I grozi że rozwali wszystkich. I klecha zmiękł, zgrzeszył i SAM wyznaczył ludzi na śmierć ratując resztę. De facto wziął ten grzech na siebie. A powinien odmówic udziału w tej zabawie. Bo to nie jego reka i wola rozwaliłaby cała wioskę. Ale on sie użalił i uratował. Skazując innych. Wybierająć najstarszych, tych, którzy najgorzej rokowali. Chujowa sytuacja.
Mam nadzieję, że łapiesz w jaki sposób to sie odnosi do twojego cytatu".

Wybór między gównem a gównem. Trudno powiedzieć, które większe.
Ten ksiądz, jeśli dobrze pamiętam, nie był zadowolony ze swojego wyboru, a jeszcze bardziej nie był zadowolony z tego, że w ogóle mógł się znaleźć w takiej sytuacji. I pogniewał się na swojego Szefa. Właśnie o to. Jak napisałem, teodycea działa dobrze w przypadku bólu zęba. Jeśli chodzi o resztę, wypada mało wiarygodnie. Przy czym ten ksiądz, że tak powiem, pogniewał się de re. Ja o Szefie rozprawiam tylko de dicto. A trudno gniewać się na pojęcia.

PS. Pomyliłeś "Egzorcystę III", w którym główną rolę (detektywa) zagrał George C. Scott z "Egzorcystą" z 2004, w którym zagrali Stellan Skarsgard (ksiądz) i Izabella Scorupco (lekarka).

Ksywka bardzo cool. I na czasie.

Pozdrawiam