czwartek, 7 sierpnia 2008

Diaboliczna procesja


Powiadają, że Bóg, stwórca świata, jest konieczny, odwieczny, niezmienny, wszechwiedzący, wszechmocny i prosty, a każdy akt Jego woli ma moc stwórczą. Ze względu na swoją prostotę, wiedza i wola Boga są tym samym. Bóg, mówiąc inaczej, chce tego, co wie i vice versa. Co więcej, będąc odwiecznym, chce tego, co wie, i vice versa, odwiecznie. Jako wszechwiedzący i odwieczny, Bóg wiedział odwiecznie, ze w 2005 roku, licząc według zasad pewnego ziemskiego kalendarza, pochodzący z Chicago zespół o nazwie 'Bible Of The Devil' wyda swój czwarty album zatytułowany 'Diabolic Procession'. Bóg wiedział odwiecznie też o tym, iż niejeden miłośnik metalu, który zetknie się z tą płytą, pomyśli najpierw, że ma przed sobą kolejne dzieło jakiejś black metalowej kapeli, bo przecież 'tytuł albumu i nazwa grupy mówią same za siebie, prawda?'. Bóg rzecz jasna miał świadomość, iż taki metalowiec popełni błąd. Bo ani Bible Of The Devil nie gra black metalu, ani teksty z 'Diabolic Procession' nie mają wymowy satanistycznej.


Na długo przed wybudowaniem w delcie Nilu pierwszych piramid, Bóg wiedział również o tym, że napiszę niniejszą recenzję, w której wspomnę o Nim samym. Wiedział też, że zostanie ona opublikowana na łamach powermetal.pl i że wielu spośród jej czytelników zmarszczy podczas lektury czoło lub uniesie brew. Nie muszę chyba tłumaczyć czytelnikom, że Bóg wiedział, iż za chwilę przeczytacie początek następnego akapitu...


...w którym wyjaśniam, że muzyka Bible Of The Devil to oryginalne połączenie klasycznego heavy, jego mocniejszego brata zza Oceanu i thrashu rodem z Bay Area. Trzon 'Diabolic Procession' to podwójny gitarowy atak riffami, pasażami i solówkami momentalnie przywodzącymi na myśl NWOBHM, a przede wszystkim dwie kapele tego nurtu - Iron Maiden i Judas Priest. Ten, że tak powiem, szkielet obleczono brudno brzmiącymi partiami dudniącego basu i zapiaszczonej perkusji, a w powstałą w ten sposób całość wpuszczono motorheadowski śpiew Marka Hoffmana. Efekt, muszę przyznać, wywarł na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. Zresztą, nie wymieniłem wszystkich składników muzyki z 'Diabolic...', bo nie wspomniałem o stonerowym klimacie wychylającym łeb z niektórych utworów ani o obecnej w każdym z nich punkowej dynamice.

Bóg rzecz jasna wiedział, że zachwycię się dziełem chłopaków z Bible Of The Devil. I to nie tylko muzyką. Konieczny, odwieczny, niezmienny, wszechwiedzący, wszechmocny i prosty stwórca świata, o którym powiada się, że jest także Dobrem, Miłością, Sprawiedliwością i Prawdą, doskonale, czyli w typowy dla Siebie sposób, zadawał sobie sprawę, iż zwrócę uwagę na koncept liryczny omawianej płyty. A jest on, koncept a nie Bóg, frapujący. Drodzy czytelnicy, zespół pokusił się o opowiedzenie w dziewięciu utworach o dziecięcej krucjacie, o której, jeśli miała miejsce, Bóg wiedział odwiecznie i której, należy dopowiedzieć, odwiecznie chciał. Według standardowej wersji wydarzeń, w 1212 roku we Francji pojawił się chłopiec twierdzący, że został nawiedzony przez Syna Bożego, który nakazał mu zorganizowanie krucjaty. Czyniąc różne cuda, chłopiec-mistyk zdołał zebrać rzeszę wierzących mu osób - a wśród nich około 20 tysięci dzieci. Prowadzeni przez malca ludzie ruszyli w stronę Morza Śródziemnego, które, jak twierdził ich przywódca, miało się rozstąpić i utorować im drogę do Ziemi Świętej. Morze jednak nie rozstąpiło się. Wtedy z pomocą przyszło dwóch kupców, którzy zaoferowali pielgrzymom siedem statków. Niestety, pielgrzymi nie trafili do Ziemi Świętej a do Tunezji, gdzie zostali sprzedani w niewolę.


Jeśli dziecięca wyprawa przebiegła tak, jak to opisałem, to Bóg odwiecznie wiedział, że dzieci biorące w niej udział zostaną niewolnikami a także, z racji Swej prostoty, chciał tego, i vice versa. W tym, że ktoś zostaje sprzedany w niewolę nie ma niczego dobrego, prawda? Bóg więc odwiecznie chciał czegoś złego. Co więcej, On sam spowodował, że doszło do zniewolenia dzieci-pielgrzymów. Wszak każdy akt Jego woli ma moc stwórczą, a to oznacza, iż taki akt inicjuje ciąg przyczynowo-skutkowy wiodący do tego, czego Bóg chce. Bóg wiedział odwiecznie, że spod moich palców wyjdzie poprzednie zdanie. Dlatego je napisałem. Bóg odwiecznie wiedział również, iż w kolejnym zdaniu wspomnę, że badania naukowe z końca zeszłego wieku wykazały, iz opowieść o dziecięcej krucjacie to fikcja powstała na bazie relacji z dwóch, niezależnych od siebie historycznych wydarzeń - ruchu Nikolasa z Niemiec i ruchu Stephena z Francji. Oczywiście, nie zmienia to mojej, jakże pozytywnej opinii o 'Diabolic Procession'. Bóg odwiecznie chciał, bym miał taką opinię. Ot, świetny metalowy album poświęcony pewnej legendzie, który powstał dlatego, że Bóg odwiecznie chciał jego powstania. Problem niestety pozostaje. Zauważ, drogi czytelniku, że gdybym, będąc stwórcą świata, był zarazem odwieczny, wszechwiedzący i prosty zaś każdy akt mej woli miałby moc stwórczą, to byłbym ostateczną przyczyną wszelkiego zła, w rezultacie ciążyłaby na mnie odpowiedzialność za każde zło. Za dobro, co prawda, też, ale, przyznacie sami, marna to pociecha. Żylibyście w świecie, w którym wolna wola i odpowiedzialność za własne uczynki byłyby fikcją.


Cóż, prawdę mówiąc, nie wiem, czy istnieje coś takiego jak Bóg ani czy Bóg jest taki, jak niektórzy powiadają, że jest. Aby uniknąć wymienionych wyżej kłopotliwych konsekwencji, które można zilustrować stosunkiem Boga do dowolnego innego wydarzenia (np. ludobójstwa Katyńskiego), wystarczy zrezygnować z tezy o bożej prostocie - tezy, nota bene, głoszonej m. in. przez św. Tomasza. Tak czy inaczej, zmiana treści przekonań o Bogu nie zmieni natury Boga - bez względu na to, co się na nią składa. Mam tylko nadzieję, że Bóg nie jest taki, jak niektórzy powiadają, że jest. Bóstwo zarazem odwieczne, wszechwiedzące, proste, którego każdy akt woli ma moc stwórczą nie mogłoby chcieć dobra i tylko dobra w świecie takim, jak nasz – w świecie, w którym obecne jest zło. Pragnęłoby bowiem również zła. Nie mogłoby więc być doskonale dobre. Bóg, jeśli jest taki, jak niektórzy sądzą, że jest, odwiecznie wiedział, że tym zdaniem zakończę recenzję 'Diabolic Procession'.

1 komentarz:

wyrus pisze...

Straszny determinizm wyłania się z tego, co piszesz, z tego, że jak Bóg chce to to coś jest i że jak coś jest to tylko wtedy, kiedy Bóg chce. Nie ma tu miejsca na wolną wolę na przykład. To się oczywiście łączy z problemem zła i tu ludzie rozmaicie kombinują. Mackie napisał tak:

"Bóg nie stał zatem przed wyborem czy stworzyć bezgrzeszne automaty, czy też istoty, które działają w sposób wolny, ale czasami wybierają zło; rozporządzał bezsprzecznie lepszą możliwością, jaką byłoby stworzenie bytów, których działania byłyby wolne, ale które wybierałyby zawsze to, co słuszne. Jest oczywiste, iż to, że nie skorzystał z tej możliwości, jest niespójne z tym, że Bóg jest zarazem wszechmocny i bezwzględnie dobry."

(J. L. Mackie. Zło a wszechmoc. w: Filozofia religii. Wyb. B. Chwedeńczuk. Aletheia. Warszawa 1997.)

Po mojemu krzywe jest to, że Bóg mógł stworzyć ludzi wybierających ZAWSZE dobro i przy tym wolnych, ale niech Mackie'mu będzie. Znowu Swinburne idzie w tę stronę, że zło pozwala ludziom zdobywać wiedzę i mądrość. Pisze:

"Jeżeli ludzie mają mieć możliwość wyrządazenia poważnego złą sobie lub innym poprzez działanie lub zaniedbanie albo zapobiegania jego wystąpieniu, i jeżeli wszelką wiedzę na przyszłość zdobywa się w drodze normalnej inducji, to znaczy indukcji opartej na sekwencjach podobnych wydarzeń z przeszłości - wówczas muszą istnieć poważne zła naturalne dotykające ludzi i zwierzęta."

(R. Swinburne. The existence of God. Podaję za: B. Davies. Wprowadzenie do filozofii religii. Prószyński i S-ka. Warszawa 2006.)

Niech i Swinburne'owi będzie. Ale mnie kusi koncepcja inna. Już o tym napisałem Ci kiedyś w salonie24. Powołałem się na cytowaną książkę Daviesa, który jedzie tak:

"Zatem czy musimy uznać, że wiara w Boga jest wiarą w istnienie moralnie dobrego podmiotu sprawczego? Czy musimy zakładać, że dobroć Boga ma charakter moralny? Wydaje mi się, że istnieją podstawy, aby na te pytania odpowiedzieć przecząco."

Może napiszę kiedyś dużego tekściora, który będzie się kończył mniej więcej tak, że jakiś pan Waldek miał ciężkie życie, bo chorował od dziecka, był w obozie koncentracyjnym, później na Syberii, później torturowali go ubecy, później zostawiła go żona a dzieci zginęły w wypadku samochodowym i na koniec miał raka i umarł w wielkich mękach. No i idzie ten pan Waldek do nieba a tam Bóg go pyta: - No i jak, Waldek, warto było dla tego nieba mieć takie przejebane życie jakie ty miałeś? - A wtedy pan Waldek powie: - Po tysiąckroć było warto!

Nie wiem co ludzie napisali o tym, że dobro moralne nie musi być dobrem największym. Ja sobie od jakiegoś czasu kombinuję, że być może w całym tym bałaganie chodzi przede wszystkim nie o świętość, nie o cnoty, nie o cokolwiek innego, tylko, tak to nazwę roboczo, o skuteczność. Może ta skuteczność akurat jest tym samym co świętość :-)

Pozdro.