czwartek, 7 sierpnia 2008

Dopamina


Odpalam 'Fused' i odlatuję w głąb przedniego lusterka na ciężkim, wijącym się w mojej łepetynie riffie, potem wchodzi perkusja, wyeksponowany bas, z którym zataczam pętle nad tylnym siedzeniem, odbijającym się w przednim lusterku, i wreszcie śpiew Glenna Hughesa, potężny, pełen różnorakich i różnobarwnych emocji, z unikalną barwą, ze skalą, o której setki śpiewaków rockowych mogą jedynie pomarzyć. Hughes śpiewa o dopaminie. Hormonie szczęścia. W tej chwili bardzo potrzebuję dowolnej dawki tego ostatniego. Potrzebuję dopaminy. Potrzebuję, bo...


It's a dopamine that gets me high
That dopamine connects me


...zabili ją. Tak po prostu. Przy okazji. Obawiali się, że zobaczyła i usłyszała za wiele. Zabili ją w sześciu. Na podmiejskim parkingu. Z dala od gwaru nocnego życia wielkiego miasta. Zamordowali. Bezlitośnie. Ale był świadek tego zdarzenia. Powiedział mi wszystko. Opisał każdego z nich. Słowo po słowie. Krok po kroku. Wygadał się za flaszkę wódki. Za ogórka kiszonego i wagon papierosów. Zapamiętałem każde jego słowo. Potem kupiłem sobie broń. Sześciu zabójców. Zabili ją na parkingu. Kupiłem amunicję. Dużo amunicji. I kamizelkę kuloodporną. I kilka komiksów z serii Sin City. Będę twardzielem. Będę twardy jak Hartigan. Wierny jak facet w czerwonych trampkach. Krwiożerczy jak Marv. Będę czarno-biały. Z flegmatycznym sumieniem i żądzą zemsty wymalowaną na pysku. Złożyłem przysięgę. Zabiję ich wszystkich. Jednego po drugim. Bezlitośnie. Boleśnie. Szybko. Obiecałem sobie, że zrobię to szybko, bo jestem niecierpliwy. Rozwalę ich w euforii. Szczęśliwy. Wyluzowany. Kupiłem dopaminę. Dużo dopaminy. W tabletkach. Mniam. Mniam. Ipod. Spluwa. I dopaminowe dropsy. Będę kolesiem z komiksu. Od pierwszej kreski odpornym na szok pourazowy. Panem bezbolesnym.


W Ipodzie - 'Fused'. W spluwie pociski. W ustach rozpuszczający się powoli drops. Pogadałem o paru sprawach z kumplem. Znał tych gości. Powiedział mi, gdzie mogę ich znaleźć. Więc siedzę teraz w samochodzie, podrajcowany, kretyńsko uśmiechnięty, i śpiewam z Hughesem refren:


It's a dopamine that gets me high
That dopamine connects me


Hughes ma rację. Dopamina działa świetnie. Zbawienny hormon. Można na nim polegać. To dopiero pierwszy utwór na 'Fused', a już jestem uwiedziony. Gitarą Iommi'ego. Śpiewem Hughesa. Klimatem amerykańskiego hard rocka z lat 80 w refrenie. Genialnym riffem przewijającym się przez całą 'Dopamine' oraz solówką, przy której chciałem płakać, wyć, skakać, lecz nie mogłem, bo musiałem obserwować pana A, więc siedziałem grzecznie w samochodzie i kiwałem równomiernie głową. Ale pana A już nie ma. Skończyła się 'Dopamine', wysiadłem z samochodu, przeszedłem przez ulicę, stanąłem za plecami pierwszego z zabójców, wycelowałem broń w jego potylice. BAM! Pana A już nie ma. Siedzi przy kawiarnianym stoliku z głową w pucharku z lodami, a ja mknę ulicami miasta na spotkanie z panem B, następnym na mojej liście zabójcą. 'Wasted Again' - ten utwór, z początkiem przywodzącym mi na myśl 'Darkness In Paradise' Candlemass, idealnie obrazuje stan mojej czarno-białej, komiksowej psychiki. Choć Hughes śpiewa w nim momentami hardrockowo, pukając ogromną skalą swojego głosu do bram niebios, to 'Wasted Again' nie jest lekkim rockerem, przy którym noga sama wciska do oporu pedał gazu. Tego typu utwór jest dopiero przed nami! W 'Wasted Again' Iommi wygrywa riff mroczny i ciężki jak Lost Highway Lyncha, za który wiele zespołów byłaby w stanie zabić, natomiast Hughes w refrenie, wyśpiewując przez cały kawałek tekst o ciężarze kuli armatniej, nasącza te 3 minuty i 55 sekund heavymetalowego riffowania ogromną dawką emocji, wśród których dominują strach i żal, a ja dokładam do nich jeszcze żądzę zemsty. Solówka Iommi'ego, choć krótka, również skrzy się emocjami, rozbrzmiewa w tle, w akompaniamencie gęsto grającej sekcji rytmicznej, towarzyszy jej rozpaczliwy śpiew Hughesa - Wasted Again! Warto posłuchać tego utworu kilka razy, zamachać przy nim łepetyną, zadumać się, łyknąć dopaminowego dropsa i wykonać brudną robotę. BAM! Pan B opuszcza swoją narkotykową piaskownicę z kulką w głowie. Wychodzę przed jego willę, uaktywniam detonator, eksplozja w posiadłości narkotykowego bossa rozjaśnia ciemne niebo, czas zwalnia, sekundy gwałtownie hamują, uśmiechnięty wracam do samochodu, który zaparkowałem na podjeździe. Eksplozja musi być! To filar współczesnego hollywoodzkiego kina! - myślę sobie i jadę wymierzyć sprawiedliwość trzeciemu zabójcy. Nadkładam drogi, sunąc wolno zakorkowanymi ulicami miasta, bo chcę raz jeszcze usłyszeć 'Dopamine' i 'Wasted Again'.


It's a dopamine that gets me high
That dopamine connects me


Czarno-biały drań z komiksową psyche. Bez wnętrza. Bez głębi w spojrzeniu. Z papierową historią i kanciastymi rysami twarzy. 'Saviour Of The Real' - na taki utwór czekałem od kołyski. Prosty, lecz zaaranżowany i zagrany perfekcyjnie! Epatuje genialnym feelingiem, monstrualnym riffem, w którym zakochałem się od pierwszego odsłuchu, mocnym, zdecydowanym, pełnym charyzmy śpiewem Hughesa, tekstem godnym epopei oraz burzliwą solówką. Perełka. Odnajduję trzeciego zabójcę. Stoi przed hipermarketem. Na smyczy trzyma jamnika. Parkuję nieopodal. Hughes śpiewa refren. Łykam kolejnego dropsa i przebiegam przez ulicę. Widzi mnie! Słyszę odgłosy gwałtownego hamowania. Przekleństwa kierowców. Unoszę broń. Jego oczy rozszerzają się ze zdziwieniem. Solówka! BANG! BANG! Zachlapuje je krew. Ze stoickim spokojem, chichocząc pod nosem, upewniam się, że pan C jest już przeszłością, po czym odjeżdżam. Powoli, bez pośpiechu. Odprowadzany wzrokiem przez przerażonych gapiów. I'm the saviour of the real - śpiewam razem z basistą Deep Purple.


Z następnym utworem nadchodzi kryzys sumienia. Pojawiają się wątpliwości. Szmer mojej dawnej moralności. Słyszę głosy. Widzę zmarłych. Łykam dropsy. Już jest lepiej, ale ten kawałek, 'Resolution Song', najcięższy z pierwszych czterech, wwierca się w mój papierowy umysł, jak świder w ścianę, siejąc w nim spustoszenie sabbathowskim riffem, wolnym tempem, hardrockowym wokalem Hughesa, przeplatanym jego histerycznym zawodzeniem w refrenach epatujących doom metalowym klimatem. 3 minuta 30 sekund - Hughes wyśpiewuje tekst, pod którym podpisuje się całym sobą, a potem Iommi gra kolejną obłędną solówkę. Ten facet wymyślił heavy metal. Na kolana! Pan D klęczy przede mną, zasłaniając twarz rękami. Nie ma we mnie litości ani współczucia. Jest za to dużo dopaminy! Jestem wyluzowany. Jestem gotowy. Pociągam za spust. Sprawiedliwość jest tu i teraz - na pocisku wylatującym z lufy mojej spluwy. Nie ma zmiłowania. Nie ma łaski. Zostawiam resztki pana D w wesołym miasteczku i jadę na spotkanie z panem E.


Utwór 'Grace' nie przynosi mi ukojenia. Znów doom metalowy riff, znów taki klimat, znów mrok, smutek i zadra w sercu. Ale potem w słuchawkach Ipoda rozbrzmiewa przesterowany śpiew Hughesa. "Co to jest?! Linking Park?!" - tak właśnie zareagowała, gdy po raz pierwszy słuchaliśmy razem 'Grace'. Skrzywiła się i posłała mi pełnie niedowierzania spojrzenie. Jej piwne oczy błyszczaly w półmroku. A oni zabili ją. Zabili z obawy o swój narkotykowy biznes. Na szczęście w 'Grace' Hughes śpiewa też głosem bez przesteru, zaś utwór raczy słuchacza posępnym, pełnym żalu i tęsknoty klimatem aż do końca pierwszych dziesięciu sekund 3 minuty, kiedy to niespodziewanie przyspiesza i zmienia się gwałtownie w wywołujący ciarki rockowy przebój, ze znakomitą, acz oszczędnie przez Iommi'ego zagraną solówką. Bardzo lubiła ten utwór. A oni ją zabili. Dlatego nie proszę żadnego bóstwa o łaskę. Nie pragnę zbawienia. Jestem za gruby na ucho igielne. Zbyt wściekły i dumny, by nadstawić drugi policzek.


Jadę pnącą się stromo drogą, wsłuchując się w 'Deep Inside A Shell'. Co za odmiana! Promyk słońca w mroku wypełniającym muzykę z Fused! Widzę pana E, ale słuchając tego utworu postanawiam darować mu jeszcze niemalże 4 minuty życia. Zabójca numer 5 zbiega ze wzgórza krętą drogą. Jadę powoli za nim. Światła mam wyłączone. Rozkoszuję się każdym dźwiękiem 'Deep Inside A Shell'. Balladowy kawałek, na wskroś hardrockowy, luzacki, dający chwilę wytchnienia od ciężaru pierwszych pięciu heavymetalowych killerów. Mimo to znakomicie pasuje do całej płyty.


Utwór kończy się, a ja przyspieszam, w słuchawkach rozbrzmiewają pierwsze dźwięki najszybszego numeru na płycie, 'What You're Living For'. Pan E przelatuje przez przednią maskę mojego samochodu, potem przez dach i spada z bagażnika na ulicę. Toczy się przez kilkanaście metrów, przebija barierkę oddzielającą drogę od skarpy i znika w przepaści. Czuję przypływ adrenaliny! Pędzę jak szalony! Zobowiązuje do tego szybki riff, żwawe tempo utworu, dynamiczna gra sekcji rytmicznej i charyzmatyczny śpiew Hughesa. Łykam dropsa z dopaminą i śmieję się do swojego odbicia w przednim lusterku. Gdy utwór eksploduje agresywną solówką, zajeżdżam na podmiejski parking. Hamuję gwałtownie. To tutaj ją zabili. Na pustym parkingu przy nieczynnym hipermarkecie. Nastawiam głośno 'Face Your Fear' i wysiadam z samochodu. Zostały mi jeszcze trzy utwory do odsłuchania i jeden koleś do sprzątnięcia. Zatrzymuję się w miejscu, w którym ją ukatrupili. Nie kupiłem kwiatów. Zapomniałem. Przeklinam swoją niedbałość i pocieszam się dopaminowym dropsem. Stoję, tęsknię, wodzę dookoła pustym wzrokiem, słucham trzech ostatnich utworów z 'Fused', równie znakomitych jak ich poprzednicy, towarzyszący mi wcześniej w mojej zbrodni. Ostatni - 'I Go Insane' - jest dziewięciominutowym killerem, z mnóstwem zaskakujących aranżacji, zwolnień i przyspieszeń, z partiami balladowymi i wciskającym w fotel doładowaniem pod koniec 5 minuty, w którym Iommi gra popisowo, wirtuozersko, a Hughes zdziera bosko gardło.


Koniec płyty. Repeat. Ale nie dla mnie. Przyszli. Słyszę ich kroki. Niesie je wieczorny wiatr. Odwracam się powoli. Wiedzą, kim jestem i co zrobiłem. Papierowym mścicielem z dropsami w kieszeni. Są wszyscy. Pięciu, których zabiłem, i ostatni, którego nie zdążyłem sprzątnąć. Stają przede mną w szeregu. Unoszą powoli broń. Uśmiechają się. Nikt nie zginie od komiksowej kuli. Wystrzelonej z papierowej broni. Nikt nie zginie potrącony rowerkiem dla sześciolatka. Nikomu nie zaszkodzą miętowe dropsy. Bujna wyobraźnia może zgubić.


A więc to koniec.
Na tym parkingu.
Zabili.
Zabili ją.
Sześciu wrednych sześciolatków na parkingu numer sześć.
Uśmiecham się.
Zabili.
Zabili ją.
Moją ukochaną.
Teraz zabiją mnie.
Otwierają ogień. Chmara paintballowych pocisków leci w moją stronę.
Zabili.
Zabili moją ukochaną.
Ukochaną zabawkę.
Moją kaczuszkę.
Spetowali ją...

Brak komentarzy: