czwartek, 21 sierpnia 2008

Dwie miłości

Nie zastanawiałem się długo nad tym, który album Overkill zrecenzować jako pierwszy. Wybrałem ulubiony. Tak, 'Horrorscope' to krążek, do którego od chwili wydania wracam z niesłabnącą chęcią i przyjemnością. Kiedy w chwilach wolnych od wszystkiego poza słodkim leniuchowaniem myślę o tej płycie i dniu, w ktorym ją nabyłem, widzę siebie samego sprzed prawie piętnastu lat - kajtka z podstawówki, stuprocentowego kindermetala, który nie odróżniał thrashu od heavy metalu i sądził błędnie, że Paradise Lost zapoczątkował doom metal.




W 1993 roku, choć historia metalu była dla mnie białą plamą, nosiłem dziarsko rynsztunek metalowca: czarna koszulka z okładką płyty 'Slowly We Rot' death metalowego Obituary (nie znałem ani płyty, ani zespołu), obcisłe niebieskie dżinsy i białe sportowe buty (marki Reebok). Jedynie włosy miałem nieprzepisowe, bo krótkie. Wakacje spędzałem w Wiktorowie, koło miasteczka Żnin, gdzie zaopatrzyłem się w piracką kasetę z 'Horrorscope' wydaną przez Takt. Album kupiłem ze względu na okładkę. Była bardzo metalowa, nazwa kapeli również. Typowy kinderyzm! Muszę jeszcze dodać, że podczas tych wakacji pierwszy raz zakochałem się po uszy. I to dwa razy!


'Coma' rzuciła mnie na kolana, najpierw długim wstępem zagranym na siedmiostrunowym basie, potem ostrym gitarowym wejściem, agresywnym riffem, dynamiczną, skoczną sekcją, wreszcie pełnym złości i jadu śpiewem Blitza. Zakochałem się w tej płycie momentalnie. Od pierwszego utworu. Jedne wakacje. Dwie miłości. Tylko ta druga – do płyty – przetrwała. W dziewczynie, której imienia już nie pamiętam, odkochałem się rychło, bo po kilku dniach od powrotu do domu. Płytkie to było uczucie. Miłostka raptem.


'Coma' rzuciła mnie na kolana, ale to 'Infectious' cisnął mną o ścianę, natomiast kolejne dwa numery – 'Blood Money' i 'Thanx For Nothin’ – wzbudziły niepohamowany zachwyt. Pierwsze cztery utwory z 'Horrorscope' są genialne – proste, ale zagrane z przerażającą precyzją, bez utraty thrashowej siły, heavymetalowego kopa w tyłek, z niesamowitą werwą, niesłychanym polotem i ogromnym luzem. Overkill gra w nich jak maszyna, a nie jak zespół tworzony przez ludzi, zresztą takie granie - dynamiczne ponad ludzkie możliwości - kontynuuje w pozostałych kawałkach, nie pozwalając sobie na żadną wpadkę. Początek albumu jest zabójczo żywiołowy, diabelsko precyzyjny i technicznie wyrafinowany. Jednocześnie emanuje klimatem z cmentarnej krypty. Powiew strupieszałego zapachu czuć na 'Horrorscope' od pierwszych dźwięków 'Coma'. Nawrót smrodku z krypty następuje pod koniec drugiej minuty 'Infectious', tuż przed znakomitą solówką. Cmentarny klimat - o którym King Diamond może jedynie pomarzyć - osiąga apogeum w czołówce złowieszczego 'Bare Bones' i zostaje ponownie podjęty w przerażającym utworze tytułowym, który zalatuje doom metalową konwencją, oraz w apokaliptycznym, równie wolnym 'New Machine'. Kto powiedział, że thrash można grać tylko szybko? Został jeszcze bogaty deser, na który składają się instrumentalny, popisowo odegrany 'Frankenstein', szybki 'Live Young, Die Free' nie ustępujący żywiołowością czterem pierwszym utworom, 'Nice Day... For A Funeral', który hipnotyzuje pogrzebowym tekstem i marszowym rytmem oraz 'Soulitude' – przepiękna ballada, bez chwili słodzenia, równie cmentarna jak poprzednie utwory.


W 1993 nie znałem angielskiego ani nie miałem pod ręką wkładki z tekstami. Nie wiedziałem więc, o czym śpiewa Blitz. Rozumiałem jedynie pojedyncze słowa. Piętnaście lat później z angielskim jestem za pan brat, płyta z 'Horrorscope' kręci się w odtwarzaczu, a wkładka z tekstami i zdjęciami członków zespołu leży na stole. I choć zmienił się kontekst odbioru, ząb czasu nie naruszył mojej opinii o czwartym krążku Overkill. Uwielbiam ten album. Po prostu. Jest on zwieńczeniem pierwszego etapu twórczości Amerykanów, kiedy grali jeszcze tylko thrash metal, bez elementów groove, którymi na następnych płytach - zaczynając od niefortunnego 'I Hear Black' - nasycili swoją muzykę. Znakomitym zwieńczeniem, w niektórych utworach zapowiadającym to, z czego Overkill zasłynie później, w latach chudych dla thrashu. Mianowicie, z perfekcyjnego połączenia ciężkiego brzmienia i gitarowego ataku z niezwykle dynamiczną sekcją rytmiczną, cholernie rozbujaną w melodyjnych refrenach. Tak Overkill gra do dziś. Raz lepiej ('WFO', 'Killing Kind', 'Bloodletting', 'Killbox XIII', 'Immortalis'), raz gorzej ('I Hear Black', 'From The Underground...', 'Necroshine', 'Relix IV'), nie pozwalając sobie na zejście ze sceny i zabawę w wielkie powroty, stosownie do wichrów mody.

Brak komentarzy: