wtorek, 26 sierpnia 2008

Dziewczyna z okładki

20 czerwca 2012 roku w 38 numerze Grabarza Polskiego (w całości poświęconym bizarro fiction) opublikowano opowiadanie pt. "Dziewczyna z okładki", w którym wykorzystałem fragmenty poniższej historyjki.


Jest noc. Bez gwiazd. Droga w ciemnościach i dziewczyna przy drodze. A nieopodal, obok zardzewiałego znaku stoi milczący potwór, który kołami spragnionymi podróży przywarł do zimnego asfaltu. To ja jestem tą dziewczyną. Mam ciemnofioletowe włosy, cerę bladą niczym marmur, pociągłą twarz o smutnych oczach i szkarłatne usta, na których błąka się rozkwitający nieśmiało uśmiech. Tak mi przynajmniej powiedziano. Zobaczymy.

Jestem półnaga.

Podchodzę do szerokiego niczym płaszczka krążownika. Okrążam go wolno, bez pośpiechu, ciesząc się dającą mi schronienie ciemnością. Noc pachnie moim potem. Od samochodu bije ciepło. Gdyby było jaśniej, ujrzałabym w ciemnych szybach moje odbicie. Głaszczę dach. Potem bagażnik. Przesuwam ręką po zderzakach pokrytych chromem. Udami ocieram się o reflektory wyglądające niczym ślepia jakiegoś robota o psychopatycznej osobowości. Czuję drżenie. Ogarnia mnie ono od stóp i miarowo pnie się wyżej, rozlewa się koncentrycznie od pępka, dosięga piersi, oplata delikatnie szyję i kumuluje się w skroniach, przynosząc zimno asfaltu oraz wspomnienia palonej gumy, ryku silników, prujących ciemności świateł i wyciekającego oleju. Zaczynam rozumieć.

Jestem półnaga i wcale mnie to nie dziwi.

Pulsowanie ustaje. Przez moment masuję czoło. Potem wsuwam się do kabiny. Jest przytulna. Przekręcam kluczyk, a panel za kierownicą rozbłyska różnymi odcieniami fioletu. Aluminiowo-szklane wnętrze pachnie skórzaną tapicerką. Dotykam sportowej kierownicy o chromowanych uchwytach na palce i znów wypełnia mnie znajome drżenie. Nie czuję strachu, bo wiem, że tak właśnie powinno być. Zanim wyszłam z pracowni L. R. prosto w ciemny bezkres nocy, dowiedziałam się wszystkiego, co najistotniejsze. Dlatego czuję spokój. Na razie.

Nie jestem pierwsza. Przede mną były inne. Tez półnagie. Mira, Zoe, Eire, Mona, Shima, Razel. I wiele, wiele innych, których nigdy nie poznałam, bo nie mogłam – bo urodziłam się na długo po ich odejściu.

Zapalam lampkę i spoglądam w lusterko. Faktycznie, moje włosy kolorem przypominają niebo tuż przed burzą. Ma twarz jest pociągła, oczy smutne, a wargi szkarłatne i nęcące kształtem obiecującym namiętność. Tylko ta cera – biała niczym wypolerowana kość. Więc L.R. nie kłamał. Naprawdę tak wyglądam. Dotychczas nie miałam pewności, bo tam, gdzie mieszkałam nie było ani jednego lustra, a oświetlenie zasługiwało na miano podłego. Niewiele da się dojrzeć w zaśniedziałym ostrzu, mając za jedyne źródło światła mętny blask dryfujących na skraju przepalenia żarówek.

Przeglądam pamięć odtwarzacza. Sto albumów. Wszystkie w jakości CD audio, chociaż zapisane w plikach. Sto różnych sposobów na urozmaicenie podróży. Haydn, Mozart, Bach, Beethoven, Schubert, Chopin, Wagner, Strauss. Nie znam tych nazwisk, tym bardziej kryjących się za nimi osób. Szukam więc dalej. Wreszcie znajduję. Benedictum. W końcu coś znajomego. Ba! Dobrze znanego nawet. Tam, gdzie mieszkałam – a mieszkałam w miejscu zaprawdę upiornym – leciało tylko to. I to nie od świtu do świtu, a poprzez odwieczny zmierzch. Bez końca.

Wysiadam i otwieram bagażnik.

To nie jest zwyczajna noc. Podczas zwyczajnej nocy ciemności nie są lepkie niczym smoła, nie pochłaniają łapczywie samochodowych świateł i nie ukrywają potworów. Zwyczajna noc kiedyś się skończy. Ta – nigdy.

W bagażniku, obok łyżki do opon i apteczki znajduję luźno rzucone ubranie – skórzaną kurtkę, niebieskie dżinsy, czarną, wełnianą bluzkę bez rękawów z napisem ‘Botox’, czarne, wełniane skarpetki, które, jak się wnet okazuje, sięgają za kostkę, oraz wojskowe buty na grubej podeszwie. Obok nich leży samurajski miecz. Ten sam, w którego zaśniedziałym ostrzu, gdy nie masakrowałam nim oblegających moją kryjówkę bestii, próbowałam dojrzeć własne oblicze.

Przebrana siadam za kierownicą, wybieram pierwszy utwór i przekręcam kluczyk w stacyjce. Wtedy ze smolistego przestworu wynurza się jaskrawożółte światło, zalewając przez tylną szybę wnętrze krążownika.

Dźwięk policyjnego koguta smaga noc niczym bicz.

Nie gaszę silnika. Czekam. Przez głośniki przelatują pierwsze dźwięki intro. Patrząc w boczne lusterko widzę, że gliniarz – humanoidalna plama czerni w białym kasku – zsiada z motocykla i powoli idzie w moją stronę. Zamykam oczy. Nie boję się. Już dawno przestałam się bać. Mieszkając przez tyle lat w miejscu zewsząd szturmowanym przez amorficzne potwory, zdążyłam się uodpornić.

L. R. osiągnął swój cel.

Nie daję gliniarzowi okazji do zapukania w boczną szybę. Bez ostrzeżenia zwalniam sprzęgło, wciskając jednocześnie pedał gazu. Krążownik zostawia humanoidalną plamę czerni w białym kasku daleko w tyle. Mknę setką po autostradzie. Ten samochód zna drogę. Wie, dokąd zmierzam i ma mnie tam dostarczyć w jednym kawałku. Zdejmuję nogi z pedałów, ręce kładę na kolanach. Nie muszę prowadzić. Rozumiemy się bez pośrednictwa moich zmysłów. Bynajmniej dlatego, że oboje pochodzimy z podobnych miejsc, w których doświadczyliśmy podobnych rzeczy. Łączy na coś więcej.

Coś trwalszego niż wspólnota dotychczasowych losów.

Zbliża się pościg. Plama czerni z odznaką nie daje za wygraną. Światła motocykla znów buszują w kabinie krążownika. Ufam, że samochód poradzi sobie z natrętem. Zagłębiam się w wyprofilowanym oparciu fotela i przymykam oczy. Daję się porwać muzyce.

Intro przechodzi w perkusyjną kanonadę, przez którą po kilku rozkosznie bombastycznych sekundach przebijają się energicznie grane riffy gitarowe i dudniący bas. Wokal pojawia się niczym wichura. Potężna, wściekle się miotająca wichura. Ta muzyka przypomina sprawnie pracujący mechanizm. Bodajże silnik. Silnik jakiegoś piekielnego pojazdu. Wysokoprężny pożeracz atomowego paliwa. Kalejdoskopowe riffy, gitarowe pasaże, wirtuozerskie solówki, bas chroboczący w tle niczym umrzyk palcami o spód wieka trumny, wreszcie perkusja brzmiąca tak, że każde uderzenie w nią przywołuje na myśl wyburzenie wysokościowca – te wszystkie elementy składają się na złożoną z dziesięciu hiperdynamicznych utworów całość, w której bez żadnego wysiłku, zupełnie naturalnie dostrzegam każdą sekundę mojego dotychczasowego życia. Znam te dźwięki na pamięć. Każdy riff, każdą melodię, każdy akord. Wszystko. Mogę je sobie w dowolnej chwili odtworzyć w myślach, a wraz z nimi wywołać demony przeszłości.

Nic dziwnego, przecież słuchałam tej płyty tak długo, i w takich okolicznościach, że zwyczajny człek na moim miejscu po prostu by oszalał. Ale ja nie jestem zwyczajna. Nie jestem też człowiekiem, choć nie bez powodu bardzo go przypominam.

I tak ścigamy się – plama czerni na policyjnym motorze i dziewczyna w płaszczkopodobnym krążowniku, wsłuchana w heavy metal jej życia. Mkniemy autostradą przez niekończąca się ciemność. Mijając nędzne resztki Zaświata przemielonego przez zło tak stereotypowo literacko-komiksowe, że nikt na początku w nie nie uwierzył. Nie muszę dodawać, że to był błąd. Wielki błąd. A potem dla większości tubylców było już za późno na cokolwiek innego niż chaotyczna ucieczka po pewną śmierć.

Krążownik decyduje się na atak. Nadal mkniemy przed siebie. Ale teraz zostawiamy za sobą chmarę pocisków, które szatkują gliniarza i motocykl. Maszyna uderza we wrak jakiegoś samochodu, wyrzucając w górę humanoidalną plamę czerni. Biały kask toczy się po jezdni. W powietrzu przez kilka spowolnionych sekund wirują baletowo lustrzanki. Potem mały pocisk przebija lewe z czarnych szkieł. Skąd o tym wiem? Z ryku potężnego silnika wiozącego mnie potwora.

Dowiaduję się, że autostrada jest dziesięciopasmowa i czteropoziomowa. Po pięć pasów w obie strony. Mkniemy środkowym pasem na drugim poziomie. Do celu zostało trzydzieści kilometrów. Będziemy tam lada moment.

Czterokołowy potwór i ja – sprawnymi posunięciami pędzla powołana do motylego życia. Przez tyle lat w tym cholernym bunkrze, samotna, skazana na niekończącą się walkę. Nie starzałam się, nie odczuwałam łaknienia ani głodu. Nie mogłam zwariować, choć, uwierzcie mi, chciałam. Musiałam robić swoje. Ciąć, siec, kłuć i rąbać. Z krótkimi przerwami na złapanie oddechu. Papierowe ucieleśnienie męskich fantazji o bujnej w biuście, a wątłej w talii heroinie, od pierwszej kreski zaprawionej w boju z karykaturalnymi monstrami. Zaklęta w żywym obrazie o szytej grubymi nićmi ontologii. Wiedząca tyle, na ile pozwolił mi mój stwórca.

Oto jestem. Wioząc zagładę do ostatniego miejsca daremnego oporu. Na spotkanie z przeznaczeniem.

Brak komentarzy: