czwartek, 7 sierpnia 2008

Western

Ajpodziak. Dwa Colty Navy z najlepszego rocznika. Z roku, w którym po nocy upojnej i parnej, spędzonej w słodkich dziewczęcych ramionach, opłaconych dolarami zarobionymi na harówce w kopalni, zabiłem sześciu mężczyzn na Main Street. Tam, gdzie piach i błoto smakują drobiny prochu i posilają się krwią głupców. Zabiłem ich wczesnym rankiem, przed śniadaniem, gdy szeryfa i jego ludzi nie było w mieście. Miałem szczęście. Od tamtego dnia minęło ponad dwieście lat. A ja wciąż żyję. Więc mogę powiedzieć, że nadal mam szczęście.

Oko za oko. Ząb za ząb. Ruda gęba. Oto moje życie.

XXI wiek szumi w tle. Wieczorowa pora. Na stoliku stygnie kolacja. Dwie lampki wina stoją nietknięte. Życie wycieka mi z rąk, a ja, zamiast kochać się z piękną dziewczyną, choćby drogą, siedzę w towarzystwie skądinąd urodziwej jednej-takiej, o imieniu trudnym do wymówienia i zapamiętania, z którą kochałem się zeszłej nocy, i trzymam – nie uwierzycie – ręce z dala od jej kolan. Tracimy czas na milczenie. Zasłuchani.

Zamykam oczy i zapuszczam żurawia w mijający dzień. Udany był, sukinsyn, udany nadspodziewanie. Zabiłem cztery osoby, samemu wychodząc ze strzelaniny bez draśnięcia. I jeszcze zarobiłem. Kasę i pochwałę szefa. Drania. Skurwiela nad skurwiele. Najgorszego, jaki kiedykolwiek istniał. Moje sumienie nadal śpi twardym snem Kubusia Puchatka, stwierdziłem z radością, stojąc nad ciałami czterech frajerów, którzy sądzili, że są największymi Motherfuckers w Ciemnej Dolinie.

Siedzę w milczeniu z tą panienką o imieniu kaleczącym dziąsła. Z głośników sypie się gitarowy gruz. Gdzieś w pamięci świta mi bicie dzwonów, odzywają się odgłosy strzelanin, przeładowywanych spluw, kamieni wyrzucanych spod końskich kopyt. Czuję zapach strzelniczego prochu, posmak żutego tytoniu w ustach i pył preriowy zalegający w płucach. Ależ ci Desperados z Dezperadoz grają. Reanimując moje wspomnienia. Żeniąc Dziki Zachód z heavy metalem. Mam ajpodziaka, więc jutro posłucham ich w drodze do pracy. I w powrotnej, rzecz jasna.

Dziewczynie też się podoba. I dobrze, bo już zaczynałem myśleć, że zanadto dziwna jest.

Zaczyna się ‘Wild Bunch’. Nie, nie ten film Peckinpaha, a utwór Dezperadoz pod takim samym tytułem. Ten kawałek to wielki, masywny robal, wijący się leniwie miedzy dwoma głośnikami. Spasiona okrutnie glista z sinusoidalnie sunącymi riffami i basem imitującym linię EKG zawałowca. Nagle dziewczyna chwyta mnie za rekę. Zaczynamy się całować. Nie mam nic przeciwko. Na coś takiego czekałem. Pocałunki kulminują cholerycznym numerkiem. W tle przelatuje przebojowy 'Wild Times' z riffami ważącymi tyle, co sto sławetnych karabinów. Potem kultowy 'Riders Of The Storm' innej kapeli. Burza, szum deszczu i galop w głębiny nocy. Dziewczyna miło pachnie. Cieplutka jest. Pieszczony jej dłońmi, odpłacam za nadobne ustami pamiętającymi smak pocałunków co najmniej tysiąca kobiet, z których większość przestała gryźć ziemię na kilkaset lat przed narodzinami Chrystusa. Po wszystkim leżymy nadzy na miękkim, okrągłym łóżku, pokryci perlistym potem. Gładzę jej ciemnofioletowe włosy, jej marmurową skórę, spoglądam na twarz o smutnych oczach i szkarłatnych ustach, na których błąka się dziwaczny uśmieszek.

Wściekły 'Here Comes The Pain' atakuje odgłosami z ghost town. W akompaniamencie marszowego riffu i kroczącej niczym jakiś cholerny mech sekcji rytmicznej, cofam się myślami przez wiele setek lat do dni, w których uganiałem się za pewnym kamyczkiem, aż w końcu zasiadłem na tronie Ashertiri.

Nie zamierzam kłamać. Jestem sukinsynem. Arbitrem elegancji w skurwysyństwie. Nie mam problemów z zabijaniem. Nigdy nie miałem. Ani z pamięcią. Pierwsze przychodziło mi łatwo, bez oporów. Pamiętam twarz każdej mojej ofiary oraz to dlaczego i jak zginęła. Nie śnię jednak koszmarów, nie nękają mnie wspomnienia. Moja pamięć jest niczym położone w odludnym miejscu muzeum, którego kustoszem jest cisza. W dowolnej chwili mogę wybrać się na przechadzkę korytarzami o ścianach zapełnionych tysiącami faktów – od tych malutkich, banalnych, po wielkie, ważkie, zajmujące cały hol. Twarze, imiona, nazwiska, zawody, adresy. Tysiące indywidualnych historii, które w różny sposób i z różnych przyczyn splotły się z moimi losami, niekiedy zamierając w nich na zawsze. W XIX wieku. W czasach krucjat. I wcześniej, gdy nie było jeszcze Rzymu.

Tak, nigdy nie miałem problemów z zabijaniem. Charley Postelwaite i William Munny. Mógłbym postawić im po kielichu. Na jednego załapałby się również główny bohater 'An Eye For An Eye', skazany za zamordowanie swojego przyjaciela. Sukinkot. Zabił go ze względów religijnych. W celu zadośćuczynienia boskiej sprawiedliwości. Cholera, iluż to ja takich typków, mordy legitymujących wolą bóstwa, wysłałem do piachu na wieczne spoczywanie.

I pewnie dlatego do mnie przyszła, pomyślałem. Bo nie mam problemów z zabijaniem. Zostałem do tego stworzony. Dosłownie. I raczej jestem w tym dobry.

'When Circus Comes To The Town' okazuje się być jedynym w swoim rodzaju połączeniem chorobliwie ciężkiego grania z iście cyrkowymi partiami wokalnymi.

Podkręcam głośność, kiwając miarową głową. Oburęczny rewolwerowiec z pamięcią oblepiona pajęczyną utkaną z ciemności.

-Zrobisz to? – pyta.

Czy zabiję mojego szefa?

-Tak, zrobię, ale nie za darmo.

-Wiem – odpowiada i wymawia moje prastare imię.

A więc mnie zna.

Wybieram ‘May Heaven Strikes Me Down’. Rozlega się chrobot basu, delikatne dudnienie perkusji, potem melodyjny gwizd, kobiece ‘aaaa-aaaa’, a to wszystko przechodzi płynnie w odrobinę melancholijny przebój o kowboju ze spluwą w jednej ręce, a Biblią w drugiej.

Sadowię się między bladymi udami dziewczyny. Trójwymiarowe ścianokrany realizują projekcję ziemskiej plaży omywanej przez seledynowe wody spokojnego morza. Pościel upodabnia się do piasku. Dziewczyna jęczy cichutko, wplątując palce w mą rudą grzywę. Długim językiem chwytam coś więcej niż tylko chwilę.

Mam plan.

Kane ma plan.

Jak zawsze.

Ajpodziak. Dwa Colty Navy.

Krwawnik w sejfie.

1 komentarz:

Artur M. Nicpoń pisze...

Bartku,

byłem, widziałem.

Heavymetalujący filozof? No no no!