piątek, 5 września 2008

O wilkach

Dobrze być wilkiem. A jeszcze lepiej wilkołakiem. Taki Jack Nicholson, na przykład, został ugryziony przez wilka, a potem, skopawszy tyłek pewnemu gogusiowi, biegał po lesie z przemienioną w kusą wilczycę Michelle Pfeiffer. Niezłe, co? W muzyce też roi się od wilków. Taki jeden, bodajże ze Szwecji, wyszarpnął w 2006 roku smakowity ochłap heavy metalu zatytułowany "The Black Flame". Aż stetryczałym wilkom w rodzaju Żelaznej Dziewicy i Człowieka Wojny ślinka pociekła. I nie starły jej ani perypetie Benjamina Breega, ani Odyn z familią. W zeszłym roku z metalowej puszczy wypadło inne wilczysko. Bodajże niemieckie. Ale z domieszką rumuńskiej krwi. Wypadło i wywyło wilczo-metalowy album, na którym biblijna tematyka została wchłonięta przez heavymetalowe bestiarium i konwencję horroru. Ten Powerwolf to warg w wilczej skórze. Ziółko bynajmniej owcze. Temperamentne i pomysłowe. Ponadto zabawne. O poczuciu humoru iście brytyjskim. Powerwolf wyje nie kłopocząc się o nowatorstwo. Przykłada za to dużą wagę do dobrej zabawy. Do miodności muzyki, można rzec. Mamy tutaj mnóstwo smakołyków. Iście pazurzaste riffy, halfordowsko-operowy wokal, mknącą w sforze sekcję, solóweczki ostre jak kły loup garou, bezwstydnie chwytliwe refreny ("Satan! Satan! Satan!"), organy wyniesione o północy z kościoła i przywołany zza światów chór. Wszystko nie dość, że podane w atmosferze zwiniętej z krypty, to jeszcze w zamierzony sposób prześmiewcze, niemalże kabaretowe. "Lupus Dei" to bombastycznie wybuchowy koktail, w którym na ruszt wrzucono samą konwencję heavy metalu i pewną ziemską religię, po czym obie starannie upieczono i ciśnięto nam na pożarcie. Szczypta Iron Maiden, garść Mercyful Fate, dwie łyżki "Boskiej Komedii" Dantego, autoironia Dream Evil i błogosławieństwo Vlada Tepesa. Oto przepis na historię o wilku, który wpadł z wizytą do piekła. Mniam. Mniam. Wilki wiedzą, co dobre.

Brak komentarzy: