wtorek, 9 września 2008

Popcorn

Na ostatnich stronach 'Wilczej zamieci' Jarosława Grzędowicza, Loki oferuje kapitanowi niemieckiej łodzi podwodnej udział w Ragnaroku. Kapitan Reinhardt po krótkim namyśle przystaje na propozycję nordyckiego bóstwa. Mógł przepłynąć ponownie Bifrost i wrócić do swojego świata, w którym powoli kończyła się rozpętana przez Hitlera wojna, jednak Loki w kilku zdaniach naszkicował mu obraz tego, do czego by faktycznie wrócił. Zbombardowane Drezno. Ukochana kobieta zamordowana w Dachau. Klęska i podział Niemiec. Ujawnienie prawdy o obozach koncentracyjnych i piętno związanej z nimi hańby. Reinhardt miał dość. Dość bezsensownej, krwawej zawieruchy, niszczenia dla niszczenia. Słowa usłyszane od Lokiego jedynie przypieczętowały jego rozgoryczenie. Wybrał więc Ragnarok. Ogień, który strawi stary świat i zostawi po sobie podwaliny pod nowy. Świat dla istot miłujących wolność. Świat bez "Stalinów, Hitlerów, ale i Churchillów, adwokatów tych, co pierwsi rzucą kamieniem, i tych, co zawsze mają wszystko na tacy, tych, co wszystkigo się domagają, i tych, co rozdają przywileje". Świat, w którym "rola nieobsiana będzie rodziła", a "sprawiedliwi (...) szczęścia wiecznego doznawać będą".

Ot, cały Grzędowicz.


Kilka dni po lekturze 'Wilczej zamieci' w mojej ręce wpada 'Iron Will' Grand Magus. Czwarty album szwedzkiego trio. Pierwszy z nowym perkusistą. Mikrofon i bas obsadzone po staremu - za pierwszym Janne 'JB' Christofferson (także w Spiritual Beggars), na drugim Fox. Oczywiście, jeszcze nie wiem, że dzierżę krążek z monumentalną muzyką. Z pomnikiem heavy metalu, na który długie cienie rzucają Black Sabbath, Trouble, Candlemass, Dio i Deep Purple.

Odpalam czarną płytę w odtwarzaczu.

Rozbrzmiewa mandolina, potem wchodzi gitara 'JB'. I rozpoczyna się przejażdżka minionej i przyszłej dekady. Szwedzi dokonali niebywałego - ożenili sabbathowski heavy metal, przez niektórych zwany po prostu doom metalem, z metalową epiką w stylu Manowar i zrockenrollizowanym NWOBHM. Chcesz posłuchać wolności? Posłuchaj 'Iron Will'. Osiem utworów (plus instrumentalny kawałek zagrany na basie) układa się w trasę przejażdżki Harleyem przez pustkowia normańskiego pogaństwa. Od pierwszych dźwięków 'Like The Oar Strikes The Water' po twojej lewicy na Sleipnirze, ośmionogim koniu, galopuje Odyn, po prawicy, na tle stalowoszarej ziemi, ciągnącej się aż po krwisty horyzont, wtulony w szyję Fenrira pędzi Loki, a z kieszeni jego brązowej kurtki z logiem Motorhead na plecach sypią się ludzkie paznokcie... Tuż przed przednim kołem twojej bestii napędzanej błyskawicami Thora mknie cień Naglfara. Przez ten malowniczy obrazek przenika galernicze brzmienie bębnów, bas dudniący tak, jakby grał na nim sam Joey DeMaio oraz gitarowe partie 'JB' pełne motorycznych riffów i solówek, godnych palców Iommi'ego i Schenkera.

Grand Magus nie są tak bezpośredni jak powyższe wersy. W tekstach ich utworów obecna jest Północ. Ale dyskretnie. Subtelnie. Jak w bombastycznym 'I'm North', w którym 'JB' śpiewając 'The Wolf will rise/The end of lies/Corruption dies/Free forever' odnosi się do Ragnaroku - do 'wieku miecza, wieku topora i tarcz strzaskanych'. Północ zyskała nowego apostoła, a heavy metal nowe wokalne bóstwo. Starzy bogowie, którzy z płyty na płytę odchodzą w zasłużony cień, winni mieć się na baczności. To nie 'JB' depcze im po piętach, to oni ledwo dotrzymują mu kroku. Już starczo dyszy Halford, już po inwalidzku rzęzi Dickinson... Garm, pupilek Hel, warczucąc* refren 'Fear Is The Key', kłapie paszczą tuż za ich zadkami. Nawet Eric Adams poczuł ukłucie strachu.

'Iron Will' nie jest ilustracją ani 'Wilczej zamieci', ani Ragnaroku, odmalowanego w tym opowiadaniu w nader jasnych barwach. Żadne z nich nie wieści "ognia, który strawi świat". Oba są całkowicie zsekularyzowane. Nie sprawiają wrażenia zamierzonych jako symbole porządku spoza zasięgu naszych zmysłów. Nie są mitami. Zaliczają się do fikcji. To tylko muzyka i literatura. Rozrywka. Nic na serio. W dodatku, zważywszy na konwencję, kiczowata. Zapewne zamierzenie, ale jednak. Dzieła czasów, w których mity, eposy i przypowieści zyskały status fantasy. Czy też kubełka z pomysłami do wykorzystania w komiksach lub w komiksowy sposób gdzie indziej. I dobrze. Bo chyba jest tak, że piewcy Ragnaroku i innych, jemu podobnych imprez, mających pełnić tę oczyszczającą-lub-anihilującą świat funkcję, raczej nie żyją w zgodzie z zasadą "czytaj i pozwól czytać innym". A miłośnicy komiksów i komiksowo podanych innych form? Już prędzej.

Wiem, że to grubymi nićmi szyte podsumowanie.


*Połączenie warczenia z nuceniem.


4 komentarze:

cyberOwca pisze...

Ciekawa sprawa...

Grzędowicza nie czytałem, natomiast nieodparcie kojarzy mi się opowiadanie Marcina Czynszaka "Pielgrzymka do źródeł skażonych", opublikowane w "Science Fiction" (nr 03/13) z 2002 roku. Tam nie było Ragnaroku i Lokiego, tylko Armageddon i Diabeł, jednak sceneria drugiej wojny podobna i rozwiązanie akcji niemal identyczne (choć nie pod względem moralnym). Czy Grzędowicz czytał Czynszaka?

Bartek (BD) pisze...

Czy czytał? Nie wiem. "Wilcza zamieć" została wydana w 2005 w antologii "Deszcze niespokojne". Opowiadania Marcina Czynszaka, które jest wcześniejsze, nie czytałem, więc nie jestem w stanie orzec, jak daleko sięga podobieństwo między oba tekstami. Za "Wilczą zamieć" Grzędowicz otrzymał w 2006 nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Znacząca to nagroda, za plagiat raczej jej nie przyznają.

Pozdrawiam

cyberOwca pisze...

Ależ nie sugeruję plagiatu, Boże broń.

Inspirację - co najwyżej.

A opowiadanie polecam, dobre jest.

Bartek (BD) pisze...

"A opowiadanie polecam, dobre jest".

Dziękuję. Sięgnę po nie.

Pozdrawiam