czwartek, 25 września 2008

Prawda

I.

Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy.

I to nie byle jakiej. Mierzył wysoko. Prawdy z ludzkich ust spływające, dające się łączyć za pomocą koniunkcji, alternatywy, implikacji i równoważności nie obchodziły go zanadto. Nie o prawdę rozumianą jako atrybut zdań czynionych prawdziwymi przez różnego rodzaju fakty, chodziło mu w poszukiwaniach. Prawda zdefiniowana na modłę teorii Tarskiego i prawda w roli odcudzysłowiacza, umożliwiającego nam generalizowanie po zdaniach, też nie wzbudzały w nim dużego zainteresowania. Nie oznaczało to, że mój przyjaciel nie miał respektu dla faktów. Nic bardziej mylnego. Traktował on rzeczywistość nader poważnie, i fakty, czyli tej jej fragmenty, wyimki czy części, które za pomocą relacji zwanej korespondencją weryfikowały zdania o pasującej do nich treści, darzył atencją na tyle rozsądną, by z niejednej kabały wyjść bez szwanku. Niemniej, powołując się na Norwooda R. Hansona, wspólnego znajomego, powtarzał przy różnych okazjach, że nigdy żadnego faktu nie widział, nie słyszał i nie poczuł.

Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy w różnych miejscach i czasach. Na morzu i w powietrzu. W ziemskiej atmosferze i poza nią, w kosmosie. Pod ziemską skorupą i na jej powierzchni. W przeszłości i przyszłości. W zwodniczym teraz. W miejscach oczywistych i dziwacznych. W świątyniach, akademiach i laboratoriach. W domowym zaciszu, z księgą w dłoni, i w bitewnym zgiełku, uderzając szablą na odlew. Podczas upojnej nocy z niewiastą, w zakamarkach jej spoconego ciała. Abordażując z piracką hordą kupiecką kogę. Polując z bazooką na dinozaury i uciekając ulicami Innsmouth przed kabłąkowatymi potomkami Marshów. Bez opamiętania, do utraty tchu, do omdlenia, jak szaleniec. W Shangri La, w Eldorado, wśród cyklopich bloków kamienia, z których zbudowano zatopione R'lyeh, w Zaginionym Świecie, na brzegach Atlantydy. Robiąc wiele różnych, mniej lub bardziej niezwykłych rzeczy.

Mój przyjaciel twierdził, że na ogół było przyjemnie i malowniczo.

Był kapłanem, filozofem, artystą, naukowcem i agentem FBI. Poznał smak teizmu i ateizmu. Należał do grona sceptyków, nihilistów i immoralistów. Liznął moralistyki. Przeszedł przez amoralizm. I gdzieś po drodze, nie gubiąc się w plątaninie izmów, przerobił materializm oraz idealizm. Był realistą i nominalistą. Empirystą i racjonalistą. Utylitarystą i deontologiem. Konserwatystą i liberałem. Socjalistą i libertarianinem. Proletariuszem i homo economicus. Dziełem kultury i artefaktem biologii. Homo textualis i morderczą małpą. Koniem pociągowym Id i drapieżną owcą sterowaną przez mentalne adaptacje. Istotą historyczną i ahistoryczną. Przezwyciężającą swą zwierzęcość w imieniu cywilizacji i cywilizację petującą ku chwale zwierzęcości.

Był każdą bestią z bestiariusza naszej sapiensiej filozofii i religii. Ucieleśnieniem każdego -izmu. Niekiedy był kilkoma bestiami na raz. Niekoniecznie w podanej kolejności.

Jedno można o nim rzec z pewnością: żył szybko, uparcie dążąc do celu.

Jerozolima, Mekka, ulice Filadelfii, ruiny azteckich świątyń, egipskie piramidy, babilońskie zigguraty, autostrady Los Angeles, krakowska starówka. Szukał dokładnie, ale Prawdy tam nie znalazł.

Spotykaliśmy się rzadko. Na ogół u mnie. Odpowiadała mu wiejska okolica, w której mieszkałem. Przesiadywaliśmy w ogrodzie, w cieniu jabłoni, i sączyliśmy kawę. Jasny, słoneczny dzień, śpiew ptaków, dające ukojenie milczenie wyludnionej okolicy. Powiadał, że tylko tutaj, w cieniu mej letniej rezydencji, przenikający jego życie imperatyw poszukiwania Prawdy ucina sobie drzemkę.

Mój przyjaciel, Mieszko.

Powiadał, że szuka Odpowiedzi na Pytanie. Oto, czym, jego zdaniem, miała być Prawda. Odpowiedzią na Pytanie. Nie byle jaką odpowiedzią. Bo właściwą na najważniejsze pytanie. Pytanie pytań. Nie poznałem treści Pytania. Powiedział, że gdyby ją komukolwiek wyjawił, zdradziłby samego siebie, a wtedy mógłby zrobić tylko jedno: odebrać sobie życie. Przestałem więc naciskać. Zadowoliłem się opowieściami o tych wszystkich oczywistych i dziwacznych miejscach, w których poszukiwał Prawdy.

Mieszko rozkładał nogi w mieście Erech, ku chwale bogini Ishtar. Był ascetą - gdzieś w XIII wieku. Z Leibnizem głowił się nad tajemnicami chińskiego pisma. Ale Prawdy nie odnalazł ani w meandrach seksualnej rozkoszy, ani w człowieku ukrzyżowanym za grzechy ludzkości, ani w ideogramach.

Muszę przyznać, że drań z gracją retora poruszał się wśród wspomnień przysypanych kurzem bezpowrotnie minionych stuleci. Zapytałem go pewnego razu, skąd ma pewność, że nie przeoczył czegoś istotnego.

-Wiesz - odparł, wodząc wzrokiem za moją rudowłosą nałożnicą, przechadzającą się po ogrodzie - przez cały ten czas brałem to pod uwagę. I nadal biorę. Zdaję sobie sprawę z tego, że może być tak, iż tutaj, na tej zapadłej planecie, w ogóle w żadnym zakątku Drogi Mlecznej, nie ma Prawdy, że, mówiąc najprościej, znajduje się Ona niewyobrażalnie daleko stąd, w miejscu, do którego nie dotrze nigdy żaden człowiek. I cóż mam począć z tym fantem? Nic. Ta myśl jest jak sceptycka hipoteza. Kusząca, wiarygodna i nie do obalenia na podyktowanych przez sceptyka warunkach. Dlaczego zatem miałbym się nią przejmować?

-Frapujące porównanie - zauważyłem.

Uśmiechnął się szeroko.

-Tak to już jest ze sceptycyzmem. Prawdziwy lub fałszywy, wszystko jedno, i tak go nie obalisz, grając według zaproponowanych przez sceptyka reguł gry. Dlatego jedynym rozsądnym posunięciem jest zakwestionowanie tych ostatnich. Niczego nie stracisz, a możesz zyskać. To samo myślę o poszukiwaniu Prawdy.

-Wypijmy więc za Jej zdrowie.

Rudowłose dziewczę zatrzymało się nad stawem, zsunęło z bladych, pożyłkowanych ramion satynowy szlafrok i wskoczyło do wody. A my, jeśli pamięć mnie nie zwodzi, ucięliśmy sobie pogawędkę o dziejach Nowego Jorku. Nie bez dobrego powodu.

II.

W Powszechnej historii nikczemności Borges tak opisał bitwę pod Rivington*:

"Około stu bohaterów, niewiele różniących się od fotografii, które więdną w archiwach policji: stu bohaterów przesiąkniętych dymem papierosów i alkoholem; stu bohaterów w słomianych kapeluszach o różnobarwnych wstążkach; stu bohaterów nadwerężonych - jedni mniej, drudzy bardziej - przez wstydliwe choroby, próchnicę zębów, zaburzenia funkcjonalne dróg oddechowych albo nerek; stu bohaterów tak nieistotnych i tak wspaniałych, jak ci spod Troi albo Junin rozegrało tę okrytą mrokiem bitwę w cieniu arkad kolei nadziemnej".

Mieszko tam był. Widział, jak "pod osłoną wysokich filarów mężczyźni o wygolonych policzkach strzelali w milczeniu, stanowiąc centrum zastygłego w przerażeniu kręgu pojazdów, wypełnionych niecierpliwymi posiłkami, z artylerią koltów w garściach". Też strzelał, mierząc wśród świstu kul w zbirów, którymi dowodził niezrównany w owych latach nowojorski dostawca nikczemności, Monk Eastman. Z bitwy, po której "pod wielkimi arkadami z betonu zostało siedmiu rannych, cztery trupy i martwy gołąb", mój przyjaciel wyszedł bez szwanku. Dlatego za podszytą ironią zemstę losu należy uznać fakt, że niemalże sto lat później zginął w sposób tak prozaiczny, że aż trudno dać wiarę temu jak.

Poślizgnął się na posadzce przy basenie i upadł tak, że skręcił sobie kark.

O jego śmierci dowiedzieliśmy się z gazety - z działu z nekrologami. Gazetę przyniosła mi Aimee. Tym razem była brunetką o ciemnooliwkowej skórze. Dość rzec, że znała się na kołysaniu piersiami. I na milionie innych rzeczy, z których skwapliwie korzystałem. Mieszko nigdy nie zauważył, że od kilkudziesięciu lat żyję z jedną i tą samą kobietą. Sądził, że często zmieniam partnerki. A to Aimee zmieniała się na moje życzenie.

Tamtego dnia usiadła mi na kolanach i wskazała nekrolog informujący o tragicznej śmierci lokalnego biznesmena, filantropa i muzealnika. Potem zwróciła moją uwagę na obszerny artykuł poświęcony zapowiedzianemu na wrzesień uruchomieniu LHC w CERN pod Genewą.

-Damy im tę cząsteczkę? - zapytała, kładąc ręce na moich ramionach.

-Bozon Higgsa? - zapytałem retorycznie, a ona mruknęła.

Było to najrozkoszniejsze "tak", jakie słyszałem. Podumałem przez chwilę, czując jej usta na prawym policzku, a następnie odwzajemniłem pocałunek.

-Już wiesz, co masz zrobić - powiedziałem.

Aimee się uśmiechnęła. I to było cudowne. Prawda uśmiechająca się do człowieka.

Przy całym swym oddaniu dla poszukiwania Odpowiedzi na Pytanie, Mieszko ani razu nie wychwycił w moim głosie przyjacielskiej sugestii, gdy pytałem go, skąd ma pewność, że nie przegapił czegoś istotnego.


*Zacytowane fragmenty pochodzą z eseju "Dostawca nikczemności Monk Eastman" autorstwa Jorge L. Borgesa (tłum. Stanisław Dembrzuski, Andrzej Sobol-Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 51-53.).

4 komentarze:

wyrus pisze...

>Autor

Cacuszko tekścior. Reszta (nieduża) w mailu.

Pozdro.

referent Bulzacki pisze...

Trafiłem na Pana blog ze strony Timmiego w S24. I jestem pod wrażeniem ostatniego tekstu (tylko ten przeczytałem). Nie mam pewności, czy złapałem "hak", na którym wszystko wisi, ale skoro powołał Pan Borgesa, to - choćbym się mylił - i tak będę zadowolony :-) Ten sąd opieram na wierze w Borgesa.

Na marginesie, opowiadania z "Powszechnej historii nikczemności" są genialne. Mój #1 i #2 to Lazrus Morell i chyba jednak Tom Castro. Tuż za nimi Billy the Kid.

Pozdrawiam,
referent Bulzacki

Bartek (BD) pisze...

Panie Referencie!

Dziękuję za uwagę i poddanie się wrażeniu ostatniego tekstu. Też się mu poddałem, choć jako autor pewnie nie powinienem. Trudno. Pozostałe moje wpisy są takie, jakie są. Traktują głównie o muzyce, którą lubię. Ale nie tylko. Próbują być czymś więcej. Mam wątpliwości, czy są. Wydaje mi się, że zawodzi w nich puenta. Czyli coś, co w pańskich przepysznych tekstach (z Salonu 24) jest wzorcowe.

Pozdrawiam

referent Bulzacki pisze...

Jeszcze się tu porozglądam :-)

Dziękuję za dobre słowo, choć ja mam zdecydowanie bardziej krytyczny stosunek do swojego pisania. Kiedy być może przychodzi (jako taka) zręczność warsztatowa, to zawodzą historie, po prostu nie ma o czym mówić; innym razem wpada do głowy coś ciekawego i nagle okazuje się, że narzędzia ciągle nie te, pomysł nie daje się ująć w słowa. To, szczerze mówiąc, do bani z takim układem :-)

Z tą puentą też nieźle. Jeśli się pojawi, bywa zgrabna, chociaż - zostając przy Borgesie - znaczenie ma, moim zdaniem, jak sądzę, przede wszystkim całościowy charakter tekstu. Borges układa zdania, akapity, części i wreszcie opowiadania tak, jakby każde z nich (z osobna) stanowiło zamkniętą, skończoną całość; jakby w każdym chciał ostatecznie załatwić sprawę. Z jednej strony jest ślamazarzący się Dostojewski (przykład), bezładu i składu, bez przemyślenia struktury i nie wiadomo gdzie nas ciągnący, a z drugiej strony "Ogród o rozwidlających się ścieżkach", który jest tak "gęsty", że aż kipi. Tekst krótki, a czytanie zajmuje nie mniej czasu niż "Idiota". Zaplanowane i konsekwentnie przeprowadzone.

W tym sensie Pana tekst jest "borgesowski". To oczywiście komplement.

Pozdrawiam,
referent