wtorek, 28 października 2008

Notka logiczno-polityczna

Miałem napisać tekst o Królu Goblinów. A wszystko przez lekturę opowiadań i esejów Borgesa, słuchanie dwóch albumów Titan Force oraz n-dziesiąte obejrzenie filmu "Labirytnt" w reżyserii Jima Hensona. Siedzi ten Król Goblinów w mojej głowie i jakość wyjść nie może. Historię jegomościa już sobie opowiedziałem. Nie czuję się jednak na siłach, aby ją spisać. Jeszcze. Zamiast porywać się z motyką na słońce, postanowiłem napisać o czymś zdecydowanie łatwiejszym do ubrania w słowa.

Nie lubię politycznej bieżączki. Tym bardziej tej z rodzimego piekiełka politycznego. Ale polityka to przewrotna bestia mi raczej za nic ma osoby, które za nią nie przepadają. Na cmentarzach nie brakuje grobów nieszczęśników, którzy za polityką nie przepadali, woleli trzymać się z daleka od jej macek i meandrów, a życiem przypłacili zainteresowanie swoją osobą ze strony polityki - a ściślej: ze strony polityków.

Kilka dni temu polityka wtryniła swój paskudny łeb do sali, w której prowadziłem wykład z logiki, obejmujący podstawy logiki, metalogiki, semiotyki i teorii argumentacji. Zakończyłem akurat omawiać różnice między implikacją, wynikaniem logicznym a wnioskowaniem, po czym podyktowałem studentom serię zadań polegających na sprawdzeniu, czy wniosek wynika logicznie z koniunkcji przesłanek.

Studenci byli w większości przerażeni. Zmienne i formuły zdaniowe, spójniki logiczne, tabelka prawdziwościowa, tautologie rachunku zdań - te absolutne podstawy współczesnej logiki (w jej klasycznej wersji) na ogół przyprawiają studentów, zwłaszcza z kierunków humanistycznych, o gęsią skórkę, niekiedy o palpitację serca. Nierzadko podzielają oni mniemanie, że znajomość podstaw logiki do niczego im się w pozauczelnianym życiu nie może przydać. Mylą się, bo wymienione rzeczy są narzędziami, które umożliwiają chociażby sprawdzanie poprawności formalnej argumentów i rozumowań. Mają więc praktyczne zastosowanie poza samą logiką: lubiący dyskutować mogą je wykorzystać do oceny argumentów własnych oraz cudzych.

Kiedy podyktowałem ostatni przykład, kilka osób się roześmiało. Uniosłem głowę. Brwi zmarszczyłem marsowo. Wtedy przez salę przetoczył się gromki śmiech. Popełniłem jakiś błąd? - pomyślałem. Spojrzałem ponownie na podyktowane rozumowanie. Wszystko było już jasne. Poszło o imiona.

Jeśli Ludwik nie będzie schlebiał Jarkowi, to straci posadę.
Jeśli Ludwik straci posadę, to popadnie w kłopoty finansowe.
Jeżeli Ludwik będzie schlebiał Jarkowi, to straci dobrą opinię.
Zatem Ludwik popadnie w kłopoty finansowe lub straci dobrą opinię.

W "Ćwiczeniach z logiki" autorstwa Barbary Stanosz znajduje się podobny przykład - zamiast imion "Ludwik" i "Jarek", występują w nim imiona "Jan" i "Piotr". Większość obecnych na wykładzie studentów zinterpretowała imiona "Ludwik" i "Jarek", odnosząc je do dwóch znaczących osób z rodzimego piekiełka politycznego. Nie wiem, dlaczego zamiast imion "Jan" i "Piotr", użyłem tych pierwszych. O konflikcie tego Ludwika z tym Jarkiem wiedziałem tylko tyle, że był, acz nie znałem jego przyczyn, przebiegu i zakończenia. Po prostu nie śledzę uważnie tego, co się dzieje w polskiej polityce.

Studenci pośmiali się, po czym rozwiązali przykład z "Ludwikiem" i "Jarkiem". Wyszło im trafnie, że zdanie Ludwik popadnie w kłopoty finansowe lub straci dobrą opinię wynika logicznie z koniunkcji podanych przesłanek. Oczywiście, ten, by tak rzec, fakt nie mówi nam nic o prawdziwości przesłanek i wniosku. Poza tym, że nie może być tak, iż koniunkcja tych pierwszych jest prawdziwa, a ten drugi fałszywy.

Pozostają jeszcze trzy możliwości. Tego, która z nich zachodzi, nie dowiemy się z logiki. Jeśli imiona "Ludwik" i "Jarek" odczyta się w ten sam sposób, co studenci z mojego wykładu, należy zajrzeć do rodzimego piekiełka politycznego, aby zorientować się, co i jak. Kto chce, niech zagląda. Ja tam za czortami nie przepadam. Niezależnie od tego, gdzie stoi kocioł, z którego one pochodzą.





czwartek, 23 października 2008

Najlepszy z możliwych światów

Najpierw fakty.

14 lutego 2007 roku Blaze Bayley poślubia długoletnią przyjaciółkę, Debbie. To ona pomogła mu wyjść z depresji, skompletować nowy skład i przystąpić do pracy nad kolejnym albumem. To dzięki niej Blaze rzucił picie i odzyskał wiarę w siebie - w to, że pomimo tylu porażek, które go spotkały, jest jeszcze w stanie tworzyć dobrą muzykę.

6 sierpnia 2007 roku wychodzi DVD pt. 'Alive In Poland', zawierające zapis występu Blaze'a na Metalmanii. Wydaje się, że kariera byłego wokalisty Iron Maiden wróciła na właściwą ścieżkę.

7 lipca premierę ma album 'The Man Who Would Not Die', nagrany z Nico Bermudezem (gitara), Jay'em Walshem (gitara), Lawrence Patersonem (bas) i Davidem Bermudezem (perkusja).

Na płycie znajduje się utwór 'While You Were Gone', zadedykowany żonie Blaze'a. Blaze napisał tekst, a Nico muzykę. Dzień przed premierą Debbie traci przytomność. Lekarze diagnozują wylew krwi do mózgu. Kobieta przechodzi trzy udane operacje. Pozostaje jednak w śpiączce. 'While You Were Gone' zyskuje nowe, niezamierzone przez wokalistę znaczenie.

Wiedząc to wszystko, napisałem niniejszą recenzję, która na początku września trafiła na łamy serwisu www.powermetal.pl.

"Żadnej symfoniki. Ani grama piachu, bujania i zielska. Nic a nic mroku cuchnącego lakierem do paznokci i stęchłym koronkami. Tylko heavy metal. Dwanaście znakomicie wykonanych numerów, obmyślanych tak, by przyspieszały wydzielanie adrenaliny. Dwanaście przystanków w drodze po wielkość. Dwanaście przejażdżek wśród ludzkich dramatów i fantastycznych historii, opowiedzianych niezwykle emocjonalną muzyką o dwóch ostrzach, z których pierwsze ocieka epiką, a drugie agresją. Dwanaście wokalnych popisów Blaze'a, który śpiewa głębinami swoich trzewi, stosowne emocje czerpiąc z meandrów zdrowo popieprzonego życia.

W tekstach przeważa problematyka z dolnego pułapu egzystencji - walka o swoje przekonania, wychodzenie z nałogów, rozpoczynanie 'wszystkiego' od nowa, zmagania z systemem działającym na zasadzie Paragrafu 22, a także przepychanki ze złodziejską wytwórnią. Do niedawna codzienność Blaze'a. W 'The Truth Is One' Blaze zmienia tematykę na wybitnie górnolotną, szybującą bliziutko niebios, i dopytuje się o Prawdę. Tę Jedyną. Czymkolwiek lub kimkolwiek ona jest. W 'Smile Back At Death' składa hołd bohaterowi 'Gladiatora' Ridleya Scotta, a w 'Robot' przypomina słynny cykl powieściowy Isaaca Asimova. Dopytywanie się o Prawdę jest przejmujące i przyprawia o ciarki na plecach. Hołd dla postaci zagranej przez Russela Crowe'a wypada z epickim wręcz rozmachem, tętniąc emocjami prosto z bitewnego pola. Numer o samoświadomym robocie zapierdziela równie szybko jak humanoidalny Sonny z filmu Alexa Proyasa pt. 'I, Robot', nawiązującego luźno do prozy Asimova. Natomiast w maidenowym 'Samurai' jakiś zdesperowany ronin deklaruje mężnie ustami Blaze'a, że jest gotów na śmierć.

Te i pozostałe historie nie byłyby tak udane, gdyby nie znakomita gra obu gitarzystów - Nico Bermudeza i Jaya Walsha, którzy dopilnowali, by płyta roiła się od gitarowych pojedynków, pościgów, strzelanin, przepychanek, bójek i zapasów. Całkowita, choć wymuszona wymiana składu opłaciła się. Na żadnej z wcześniejszych solowych płyt Blaze'a zespół nie prezentował tak wysokiej formy, jak na najnowszej. Sekcja rytmiczna stanowi doskonałe i mocarne brzmiące uzupełnienie partii gitarowych, w których ogień równie często bucha drapieżnie z pieca, co tli się nostalgicznie, melancholijnie. Produkcją płyty zajął się sam Blaze. W rezultacie brzmienie utworów jest ciężkie, gęste, momentami bliskie produkcji typowej dla melodyjnego death metalu. W połączeniu z heavymetalowymi kompozycjami daje to niesamowity efekt!"

W zakończeniu recenzji napisałem tak:

"Sądzę, że 'The Man Who Would Not Die' można nazwać najważniejszym albumem w dorobku Blaze'a. Nie tylko z powodu jego znamienitej zawartości, ale również dlatego, że nie byłoby go bez starań i wiary kobiety, która skradła Blaze'owi serce, a teraz leży w stanie śpiączki w szpitalu. Mam nadzieję, że Debbie wróci rychło do zdrowia".

Cóż, daremna to była nadzieja, bo 25 września pogrążona w śpiączce Debbie dostała kolejnego wylewu krwi do mózgu. Zmarła dwa dni później.

Na stronie Blaze'a możemy przeczytać:

"She cannot be replaced.She cannot be seen or touched or heard or kissed softly ever again in this world. She can be felt, and she can live, and she can stand beside me as you have stood, she can stand with me as you have stood, unseen but with a certainty that cannot be shaken. This is what I know to be true".



Zbędny komentarz

Niektóre osoby są przekonane, że planeta, na której żyjemy, znajduje się w najlepszym z możliwych światów. Wśród osób przekonanych, że planeta, na której żyjemy, znajduje się w najlepszym z możliwych światów, trafiają się i takie, które mniemają, iż świat, w którym kilkuletni zwierzak z gatunku homo sapiens sapiens może zostać bestialsko pobity, a następnie zgwałcony, po czym znów pobity, wreszcie okaleczony, a na końcu zarżnięty - jest światem lepszym od świata, w którym nie jest to możliwe. Możliwe, że wśród osób przekonanych, że planeta, na której żyjemy, znajduje się w najlepszym z możliwych światów, są i tacy, którzy mniemają, iż świat, w którym ukochana osoba może umrzeć wskutek wylewu krwi do mózgu jest lepszym światem, w którym nie jest to możliwe, jak również tacy, którzy żywią przekonanie, iż świat, w którym kilkuletnia chrześcijanka może zostać wrzucona przez hinduskich fundamentalistów do płonącego budynku i umrzeć w męczarniach, jest światem lepszym niż świat, w którym nie jest to możliwe.

Dlaczego niektórzy sądzą, że świat, w którym żyjemy, jest światem najlepszym z możliwych? Bo mniemają, iż został on stworzony przez wszechwiedzące, wszechmocne i doskonale dobre bóstwo. A ktoś, kto posiada wymienione cechy, zawsze postępuje w najlepszy z możliwych sposobów. Na pytanie zaś, dlaczego wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo nie zapobiega złu dziejącemu się na planecie Ziemia, znajdującej się w najlepszym z możliwych światów, niektórzy z ludzi przekonanych, że żyjemy w takim świecie, odpowiadają, iż wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo nie zapobiega złu, bo ma wystarczający moralnie powód, aby tego nie robić.

Wśród osób przekonanych, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów, które są skłonne w ten sposób odpowiedzieć na powyższe pytanie, można natknąć się na osoby przekonane, że wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo nie zapobiega takim zdarzeniom, jak bestialskie pobicie, następnie zgwałcenie, znów pobicie, wreszcie okaleczenie, a na końcu zarżnięcie kilkuletniego zwierzaka z gatunku homo sapiens sapiens, bo ma ono wystarczający moralnie powód, aby tego nie robić. Inni ludzie z opisanego zbioru mogą rzec, że wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo miało wystarczający moralnie powód, aby dopuścić do dowolnego z ludobójstw znanych nam z dotychczasowej historii zwierząt z gatunku homo sapiens sapiens. Nie jest wykluczone, że znajdą się i tacy, którzy po powiedzeniu lub usłyszeniu czegoś takiego, powiedzą: "I chwała Mu za to!".

Wiadomo, że ludzie mówią różne rzeczy.

Można by tak wymieniać dalej. Coraz bardziej szczegółowo i coraz zawilej. Można też zacząć stawiać pytania. Na przykład: ilu wyznawców wszechmocnego, wszechwiedzącego i doskonale dobrego bóstwa jest w stanie uznać uznać, że bóstwo, do którego deklarują miłość, dopuściło do śmierci kilkudziesięciu milionów osób w stalinowskich obozach zagłady, gdyż miało wystarczający moralnie powód, aby nie wykorzystać swojej wszechmocy i wszechwiedzy do zapobieżenia temu strasznemu złu? Można. Jak najbardziej. Jednak w obliczu śmierci wszelkie tezy i wszelkie pytania wydają się retoryczne.

Szkoda, że śmierć nie jest retoryczna.