czwartek, 23 października 2008

Najlepszy z możliwych światów

Najpierw fakty.

14 lutego 2007 roku Blaze Bayley poślubia długoletnią przyjaciółkę, Debbie. To ona pomogła mu wyjść z depresji, skompletować nowy skład i przystąpić do pracy nad kolejnym albumem. To dzięki niej Blaze rzucił picie i odzyskał wiarę w siebie - w to, że pomimo tylu porażek, które go spotkały, jest jeszcze w stanie tworzyć dobrą muzykę.

6 sierpnia 2007 roku wychodzi DVD pt. 'Alive In Poland', zawierające zapis występu Blaze'a na Metalmanii. Wydaje się, że kariera byłego wokalisty Iron Maiden wróciła na właściwą ścieżkę.

7 lipca premierę ma album 'The Man Who Would Not Die', nagrany z Nico Bermudezem (gitara), Jay'em Walshem (gitara), Lawrence Patersonem (bas) i Davidem Bermudezem (perkusja).

Na płycie znajduje się utwór 'While You Were Gone', zadedykowany żonie Blaze'a. Blaze napisał tekst, a Nico muzykę. Dzień przed premierą Debbie traci przytomność. Lekarze diagnozują wylew krwi do mózgu. Kobieta przechodzi trzy udane operacje. Pozostaje jednak w śpiączce. 'While You Were Gone' zyskuje nowe, niezamierzone przez wokalistę znaczenie.

Wiedząc to wszystko, napisałem niniejszą recenzję, która na początku września trafiła na łamy serwisu www.powermetal.pl.

"Żadnej symfoniki. Ani grama piachu, bujania i zielska. Nic a nic mroku cuchnącego lakierem do paznokci i stęchłym koronkami. Tylko heavy metal. Dwanaście znakomicie wykonanych numerów, obmyślanych tak, by przyspieszały wydzielanie adrenaliny. Dwanaście przystanków w drodze po wielkość. Dwanaście przejażdżek wśród ludzkich dramatów i fantastycznych historii, opowiedzianych niezwykle emocjonalną muzyką o dwóch ostrzach, z których pierwsze ocieka epiką, a drugie agresją. Dwanaście wokalnych popisów Blaze'a, który śpiewa głębinami swoich trzewi, stosowne emocje czerpiąc z meandrów zdrowo popieprzonego życia.

W tekstach przeważa problematyka z dolnego pułapu egzystencji - walka o swoje przekonania, wychodzenie z nałogów, rozpoczynanie 'wszystkiego' od nowa, zmagania z systemem działającym na zasadzie Paragrafu 22, a także przepychanki ze złodziejską wytwórnią. Do niedawna codzienność Blaze'a. W 'The Truth Is One' Blaze zmienia tematykę na wybitnie górnolotną, szybującą bliziutko niebios, i dopytuje się o Prawdę. Tę Jedyną. Czymkolwiek lub kimkolwiek ona jest. W 'Smile Back At Death' składa hołd bohaterowi 'Gladiatora' Ridleya Scotta, a w 'Robot' przypomina słynny cykl powieściowy Isaaca Asimova. Dopytywanie się o Prawdę jest przejmujące i przyprawia o ciarki na plecach. Hołd dla postaci zagranej przez Russela Crowe'a wypada z epickim wręcz rozmachem, tętniąc emocjami prosto z bitewnego pola. Numer o samoświadomym robocie zapierdziela równie szybko jak humanoidalny Sonny z filmu Alexa Proyasa pt. 'I, Robot', nawiązującego luźno do prozy Asimova. Natomiast w maidenowym 'Samurai' jakiś zdesperowany ronin deklaruje mężnie ustami Blaze'a, że jest gotów na śmierć.

Te i pozostałe historie nie byłyby tak udane, gdyby nie znakomita gra obu gitarzystów - Nico Bermudeza i Jaya Walsha, którzy dopilnowali, by płyta roiła się od gitarowych pojedynków, pościgów, strzelanin, przepychanek, bójek i zapasów. Całkowita, choć wymuszona wymiana składu opłaciła się. Na żadnej z wcześniejszych solowych płyt Blaze'a zespół nie prezentował tak wysokiej formy, jak na najnowszej. Sekcja rytmiczna stanowi doskonałe i mocarne brzmiące uzupełnienie partii gitarowych, w których ogień równie często bucha drapieżnie z pieca, co tli się nostalgicznie, melancholijnie. Produkcją płyty zajął się sam Blaze. W rezultacie brzmienie utworów jest ciężkie, gęste, momentami bliskie produkcji typowej dla melodyjnego death metalu. W połączeniu z heavymetalowymi kompozycjami daje to niesamowity efekt!"

W zakończeniu recenzji napisałem tak:

"Sądzę, że 'The Man Who Would Not Die' można nazwać najważniejszym albumem w dorobku Blaze'a. Nie tylko z powodu jego znamienitej zawartości, ale również dlatego, że nie byłoby go bez starań i wiary kobiety, która skradła Blaze'owi serce, a teraz leży w stanie śpiączki w szpitalu. Mam nadzieję, że Debbie wróci rychło do zdrowia".

Cóż, daremna to była nadzieja, bo 25 września pogrążona w śpiączce Debbie dostała kolejnego wylewu krwi do mózgu. Zmarła dwa dni później.

Na stronie Blaze'a możemy przeczytać:

"She cannot be replaced.She cannot be seen or touched or heard or kissed softly ever again in this world. She can be felt, and she can live, and she can stand beside me as you have stood, she can stand with me as you have stood, unseen but with a certainty that cannot be shaken. This is what I know to be true".



Zbędny komentarz

Niektóre osoby są przekonane, że planeta, na której żyjemy, znajduje się w najlepszym z możliwych światów. Wśród osób przekonanych, że planeta, na której żyjemy, znajduje się w najlepszym z możliwych światów, trafiają się i takie, które mniemają, iż świat, w którym kilkuletni zwierzak z gatunku homo sapiens sapiens może zostać bestialsko pobity, a następnie zgwałcony, po czym znów pobity, wreszcie okaleczony, a na końcu zarżnięty - jest światem lepszym od świata, w którym nie jest to możliwe. Możliwe, że wśród osób przekonanych, że planeta, na której żyjemy, znajduje się w najlepszym z możliwych światów, są i tacy, którzy mniemają, iż świat, w którym ukochana osoba może umrzeć wskutek wylewu krwi do mózgu jest lepszym światem, w którym nie jest to możliwe, jak również tacy, którzy żywią przekonanie, iż świat, w którym kilkuletnia chrześcijanka może zostać wrzucona przez hinduskich fundamentalistów do płonącego budynku i umrzeć w męczarniach, jest światem lepszym niż świat, w którym nie jest to możliwe.

Dlaczego niektórzy sądzą, że świat, w którym żyjemy, jest światem najlepszym z możliwych? Bo mniemają, iż został on stworzony przez wszechwiedzące, wszechmocne i doskonale dobre bóstwo. A ktoś, kto posiada wymienione cechy, zawsze postępuje w najlepszy z możliwych sposobów. Na pytanie zaś, dlaczego wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo nie zapobiega złu dziejącemu się na planecie Ziemia, znajdującej się w najlepszym z możliwych światów, niektórzy z ludzi przekonanych, że żyjemy w takim świecie, odpowiadają, iż wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo nie zapobiega złu, bo ma wystarczający moralnie powód, aby tego nie robić.

Wśród osób przekonanych, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów, które są skłonne w ten sposób odpowiedzieć na powyższe pytanie, można natknąć się na osoby przekonane, że wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo nie zapobiega takim zdarzeniom, jak bestialskie pobicie, następnie zgwałcenie, znów pobicie, wreszcie okaleczenie, a na końcu zarżnięcie kilkuletniego zwierzaka z gatunku homo sapiens sapiens, bo ma ono wystarczający moralnie powód, aby tego nie robić. Inni ludzie z opisanego zbioru mogą rzec, że wszechmocne, wszechwiedzące i doskonale dobre bóstwo miało wystarczający moralnie powód, aby dopuścić do dowolnego z ludobójstw znanych nam z dotychczasowej historii zwierząt z gatunku homo sapiens sapiens. Nie jest wykluczone, że znajdą się i tacy, którzy po powiedzeniu lub usłyszeniu czegoś takiego, powiedzą: "I chwała Mu za to!".

Wiadomo, że ludzie mówią różne rzeczy.

Można by tak wymieniać dalej. Coraz bardziej szczegółowo i coraz zawilej. Można też zacząć stawiać pytania. Na przykład: ilu wyznawców wszechmocnego, wszechwiedzącego i doskonale dobrego bóstwa jest w stanie uznać uznać, że bóstwo, do którego deklarują miłość, dopuściło do śmierci kilkudziesięciu milionów osób w stalinowskich obozach zagłady, gdyż miało wystarczający moralnie powód, aby nie wykorzystać swojej wszechmocy i wszechwiedzy do zapobieżenia temu strasznemu złu? Można. Jak najbardziej. Jednak w obliczu śmierci wszelkie tezy i wszelkie pytania wydają się retoryczne.

Szkoda, że śmierć nie jest retoryczna.

6 komentarzy:

wyrus pisze...

>Autor

Ciężka sprawa z tym złem. Ja jednak ciągle zadaję to jedno pytanie: skąd wiadomo, że zło, którego doświadczamy, którego jesteśmy świadkami, o którym wiemy, jest czymś aż tak strasznym? Mnie się wydaje, że to zło czymś aż tak bardzo strasznym jest jedynie dla człowieka, który nie wierzy w bóstwo. Lub nie wierzy bóstwu. Albo dla takiego człowieka, który nie zadaje sobie tego pytania: czy to zło jest czymś aż tak bardzo strasznym?

Bo patrz. Nikt nie mówi, że co to, do cholery, jest, żeby bóstwo pozwoliło na istnienie komarów, Niemców, kaca i porażek naszej reprezentacji piłkarskiej. A mnóstwo ludzi mówi, że co to, do cholery, jest, żeby bóstwo pozwoliło na istnienie chorób, bólu, tortur, gwałtów czy śmierci. Dlaczego tak jest?

Ja myślę, że jakby tak zlikwidować największy ból, umieranie w mękach, zabójstwa i gwałty, to pytalibyśmy o to, dlaczego bóstwo pozwala na średni ból, jakiekolwiek choroby, pobicia i śmierć w ogóle. Zawsze mielibyśmy coś, czego nie rozumielibyśmy, i o co pytalibyśmy: dlaczego to coś jest, jak bóstwo może na to pozwolić.

p.s. Powiesiłem komentarz wcześniej, ale się nie pokazał, więc piszę drugi raz, nieco inaczej.

Pozdro.

wyrus pisze...

>Autor

Pisałem już kiedyś o tym u Ciebie i tam jest taki kawałek:

Może napiszę kiedyś dużego tekściora, który będzie się kończył mniej więcej tak, że jakiś pan Waldek miał ciężkie życie, bo chorował od dziecka, był w obozie koncentracyjnym, później na Syberii, później torturowali go ubecy, później zostawiła go żona a dzieci zginęły w wypadku samochodowym i na koniec miał raka i umarł w wielkich mękach. No i idzie ten pan Waldek do nieba a tam Bóg go pyta: - No i jak, Waldek, warto było dla tego nieba mieć takie przejebane życie jakie ty miałeś? - A wtedy pan Waldek powie: - Po tysiąckroć było warto!

całość tutaj: http://heavy66metal.blogspot.com/2008/08/diaboliczna-procesja.html

Pozdro.

Bartek (BD) pisze...

To jest dobre pytanie. A odpowiada się na nie na ogół tak, że ostatecznie wychodzi na to, iż jeśli chodzi o Boga i ludzi, to cel uświęca środki. I ten relatywizm jakoś nie bardzo odpowiada mojemu charakterowi. Mimo że sam często powtarzam, iż w sporach etycznych relatywiści z relatywistami biorą się za łby. :)

Wyrus, ja nie mam do nikogo pretensji o zło. Tym bardziej do Boga. Szczerze mówiąc, bóstwa zwisają mi i powiewają. Wszelakie. Nawet te, z którym wszelka dyskusja jest grą o sumie niezerowej. Interesuje mnie po prostu to, co wierzący mówią o bóstwach, zwłaszcza to, jak wierzący wyjaśniają obecność zła w świecie przy założeniu, że bóstwo, w które wierzą, jest doskonale dobre. Ja tutaj nie dostrzegam żadnej zasadniczej różnicy między usprawiedliwaniem zachowania człowieka w obliczu zła a usprawiedliwianiem zachowania bóstwa w obliczu zła. Na ogół i tak idzie o jakiś moralny relatywizm. I z tego, co różni wierzący mówią o bóstwach, w które wierzą, wyciągam wnioski, których oni na ogół nie wyciągają. Mam nadzieję, że robię to poprawnie. Zauważ, że jakoś tak ludzie mają, że wolą mówić, iż kochają Boga, który jest miłością niż że kochają miłość, która miała wystarczający moralnie powód, aby dopuścić do dowolnego ludobójstwa znanego nam z dotychczasowej historii. To drugie nie brzmi przyjemnie. I niektórzy próbują jakoś to obejść. A można to obejść chociażby tak: wystarczy stwierdzić, że Bóg nie jest osobą, zatem nie działa w oparciu o racje. Ok. Sprytne obejście z ukrytą przesłanką. Ale w oparciu o racje lub nie, Bóg i tak dopuścił do dowolnego ludobójstwa znanego nam z dotychczasowej historii. Dlaczego dopuścił? Odpowiedź może być taka: dopuścił, bo Bóg z konieczności czyni to, co dobre, a dopuszczenie do dowolnego ludobójstwa znanego nam z dotychczasowej historii było dobre, a było, gdyż realizowało Boży Plan - na przykład. Jasne. Tylko jak to jest, że człek człowieka nie może traktować przedmiotowo i nie postąpić źle, ale już Bóg może potraktować człowieka jako środek do realizacji Bożego Planu i postąpić dobrze? Między ludźmi cel nie uświęca środków. W relacjach między Bogiem a ludźmi już tak? Podwójna miara, relatywizm moralny? Tak! I na dodatek fatalny PR dla Boga. :)

Nie wiem, jakoś tak mam, że na każdym kroku w tym, co się mówi o Bogu dostrzegam same "napięcia" - bądź to podwójną miarę, bo to jakiś moralny relatywizm, bądź to sprzeczności (usuwalne), bądź to kontrowersyjne konsekwencje. To zupełnie jak Ty w przypadku socjalizmu. :)

Pozdrawiam

wyrus pisze...

>Autor

Piszesz tak:

Tylko jak to jest, że człek człowieka nie może traktować przedmiotowo i nie postąpić źle, ale już Bóg może potraktować człowieka jako środek do realizacji Bożego Planu i postąpić dobrze?

No nie wiem, jak to jest. Może tak, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Stare chłopy mogą jarać szlugi, a dzieci nie mogą i jakoś to działa :-)

W tym, co się mówi o Bogu dostrzegasz napięcia, bo jaka to jest ta mowa o Bogu? Marna. Inna chyba być nie może. Ale teraz pojawia się pytanie o to, jak to jest, że ludzie wierzą w kogoś i wierzą komuś, o kim nawet nie mogą nic rzetelnie powiedzieć. Czy to przypadkiem nie jest jakaś głupawka? Ja nie wiem, jak to jest. Pewnie mógłbym nawet dość dużo napisać o tym, jak mnie się wydaje, że to jest, ale to tylko moje domysły byłyby i jeszcze z tym poczekam.

Przy okazji - czytam sobie teraz Historię Żydów Paula Johnsona. Rzetelnie czytam - z Biblią pod ręką, z innymi książkami, z netem - żeby szukać wszystkiego, co trzeba, do czego Johnson nawiązuje. Dobre to jest czytanie. Potwierdza mi się masa rzeczy, ale znajduję jeszcze więcej nowych, a i rewiduję niektóre swoje dotychczasowe poglądy. Najchętniej zamknąłbym się teraz w jakiejś bibliotece albo takim prawdziwym, starym klasztorze i tam sobie tę książkę doczytał, ale tak nie da rady. Może kiedyś będę sobie mógł działać w ten sposób :-)

Pozdro.

Bartek (BD) pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Bartek (BD) pisze...

"No nie wiem, jak to jest. Może tak, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Stare chłopy mogą jarać szlugi, a dzieci nie mogą i jakoś to działa :-)"

:)

Może. Może jest tak, że jeśli podmiot wszechprzymiotów nie zapobiega zgwałceniu dwuletniej dziewczynki przez ojczyma, mimo że jest w stanie zapobiec dowolnemu złu i ma okazję to zrobić, to ktoś taki, ów podmiot, postępuje dobrze - zresztą, nie jest możliwe, by ktoś taki nie zapobiegając gwałtowi nie postąpił dobrze. Nie jest, bo podmiot wszechprzymiotów robi wyłącznie to, co najlepsze - zwłaszcza pod względem moralnym. Jest przecież doskonale dobry. Oczywiście, człowiek, który nie zapobiegł zgwałceniu dwuletniej dziewczynki przez ojczyma, mimo że był w stanie temu zapobiec i miał okazję to zrobić, postąpił niemoralnie, postąpił źle. Znamienne, że w obliczu uwag takich, jak powyższa podmiot wszechprzymiotów jest "usprawiedliwiany" przez niektórych swoich wyznawców, którzy mówią, że miał on wystarczający moralnie powód, aby dopuścić do rzeczonego gwałtu (jest to hipoteza ad hoc). Jaki to powód? Nie wiadomo. A czy człowiek mógłby mieć wystarczający moralnie powód, aby w powyższej sytuacji postąpić tak samo, jak podmiot wszechsuperlatywów? Nie. Wyznam, że zatrważa mnie ten relatywizm moralny - ta podwójna miara. Przy czym nie zatrważa mnie relatywizm u osób świadomych tego, że są relatywistami. Zatrważa mnie relatywizm u osób mniemających o sobie, że są absolutystami moralnymi.

Jak już gdzieś kiedyś napisałem, dobroć podmiotu wszechprzymiotników jest niewspółmierna z dobrocią człowieka. Miłości też to dotyczy.

:)

Pozdrawiam