poniedziałek, 24 listopada 2008

Król Goblinów

W 1986 roku obejrzałam film pt. Labirynt w reżyserii Jima Hensona. Główne role zagrali David Bowie i Jennifer Connelly. Nie oglądałam go sama; dzień przed wypadem do kina wprowadziła się do mnie Luiza, którą poznałam podczas wakacji spędzonych na Majorce. Trzymając się za ręce, w przytulnym mroku kinowej sali śledziłyśmy z zapartym tchem przygody dzielnej Sarah Williams, poszukującej w baśniowej krainie swojego brata, porwanego przez Jaretha, Króla Goblinów. Potem dowiedziałyśmy się, że film poniósł komercyjną porażkę. Zarobił jedynie połowę z budżetu w wysokości 25 milionów dolarów. Z jakiegoś powodu zmartwiło mnie to bardziej niż Luizę. Rok później, dokładnie w rocznicę naszego spotkania, ponownie obejrzałyśmy Labirynt. Między nami wszystko układało się nadzwyczaj dobrze, więc tym razem mocniej trzymałyśmy się za ręce. Dzięki magnetowidowi salę kinową zastąpiłyśmy domowym zaciszem. Mogłyśmy więc spokojnie wymieniać się uwagami na temat filmu. I wymieniałyśmy się, przerywając seans długimi i gorącymi pocałunkami.

W 1992 roku, dwa lata po śmierci Jima Hensona, znajomy poprosił mnie o napisanie recenzji dwóch albumów amerykańskiej grupy Titan Force. Była mroźna zima. Na ulicach miasta zalegała gruba na ponad metr warstwa śniegu. W sobotni ranek leżałam w łóżku, racząc się łykami gorącej kawy o czekoladowym smaku. Ze stojącej na przeciwko komody dochodził trzask winylowej płyty. I wysoki śpiew Conklina. Zanim Luiza wróciła ze sklepu, skończyłam pisać. Odłożyłam długopis obok kubka z kawą i przeczytałam recenzję na głos.

Jest taki film z Jennifer Connelly i Davidem Bowie. W reżyserii Jima Hensona. Nazywa się 'Labirynt' i można o nim powiedzieć z pewnością jedno: KULT!!! I to nie jest jedyna rzecz wspólna dla debiutu Titan Force i baśni twórcy słynnych Muppetów. Braciom Flores, wspomaganym dzielnie przez Harry'ego Conklina z Jag Panzer, udało się nagrać album od początku do końca nie dość, że wypełniony samymi powermetalowymi hymnami, to jeszcze o klimacie równie cudownym, jak ten, który wypełnia każdy kadr 'Labiryntu'. I wcale nie sugeruję, a tym bardziej nie twierdzę, że debiutancki krążek Titan Force jest w jakimkolwiek sensie baśniowy. Po prostu, ilekroć słucham tej płyty, odnoszę wrażenie, że sączące się z głośników dźwięki, przywołujące na myśl wczesną twórczość Queensryche, układają się dookoła mnie w niewidzialną zasłonę, za którą rozpościera się przestwór ogromnego świata. Świata, w którym jedyną walutą jest wyobraźnia.

Czegoś podobnego doznaję oglądając 'Labirynt'. Jakby jedno i drugie, ten album i ten film, były tylko wierzchołkami dwóch gór lodowych, skrytych pod powierzchnią morza codzienności. Oczywiście, nie wymagam od czytelnika, by doświadczył tego samego, co ja podczas obcowania z którymkolwiek z tych dzieł, niemniej, tak czy inaczej, zachęcam każdego, kto gustuje w amerykańskim heavy metalu do sięgnięcia po pierwszą płytę Titan Force, bo, wiadomo, dobrych riffów i chwytliwych melodii upakowanych w porywające kawałki o hymnicznym zadęciu nigdy za wiele. A z takimi utworami mamy do czynienia od pierwszych dźwięków 'Chasing Your Dreams'. Pierwsze cztery numery są utrzymane w średnich tempach, kroczą majestatycznie, momentami leniwie, króluje w nich bezapelacyjnie niezwykle przestrzenny śpiew Conklina. Conklin śpiewa wybornie, z polotem, ogromną wręcz lekkością, współtworząc swoim głosem opisany wyżej klimat. Szybsze kawałki zaczynają się od instrumentalnego 'Will 'O Whisp', po którym zespół nie zwalnia tempa już do końca płyty. Na wyróżnienie zasługują żywiołowy 'Wings Of Rage' z maidenową pracą sekcji oraz cholernie epicki 'New Age Rebels', w którym na zakończenie rozbrzmiewa chóralnie zaśpiewany refren. Z płytami takimi jak ta wiąże się pewien problem. Mianowicie, opisanie ich jest trudne. Zdają się proste, a okazują skomplikowane i głębokie. Po kilku przesłuchaniach konwencję przesłania wyobraźnia pobudzona klimatem i emocjami zaklętymi w poszczególnych dźwiękach. To jest album dla marzycieli. Dla osób mających w sobie coś z Piotrusia Pana. I mam gdzieś fakt, że znaczna część niniejszej recenzji jest subiektywna.

W 2005 roku, poproszona o zgodę na zamieszczenie mojej recenzji w internetowym serwisie, poświęconym w całości muzyce metalowej, dodałam do niej następujący fragment: Od razu zaznaczę, że za twórczością Jag Panzer nie przepadam, a wokalne wyczyny Tyranta na takich krążkach jak 'Age Of Mastery' czy 'Thane To The Throne' znoszę z trudem. Ale tutaj, na debiucie Titan Force, Conklin śpiewa wybornie, z polotem, ogromną wręcz lekkością, współtworząc swoim głosem opisany wyżej klimat. Trochę wcześniej, bo pod koniec lat dziewięćdziesiątych, rozstałam się z Karen. Rudowłosa modelka, z którą przeżyłam trzy lata, wyprowadziła się z dnia na dzień, bez uprzedzenia. Dopiero po tygodniu dostałam od niej list z wyjaśnieniem. Najbanalniejszym z banalnych. Poznałam kogoś innego. Nie sprecyzowała, czy chodzi o kobietę. Pomyślałam, że Luiza nigdy nie zrobiłaby mi czegoś takiego.

*

Tamtego dnia, gdy Luiza wróciła z zakupami, przyrządziłyśmy pyszne śniadanie, które zjadłyśmy w łóżku, słuchając naszych ulubionych płyt. W południe, zmęczone i spocone, wzięłyśmy wspólnie prysznic. Wieczorem pojechałyśmy na koncert jakieś lokalnej grupy. Przed wyjściem z domu, obiecałam sobie, że recenzję drugiej płyty Titan Force, zatytułowanej 'Winner/Looser', napiszę następnego dnia, zaraz po porannym joggingu. Koncert był udany - trzech chłopaków i jedna dziewczyna (wokalistka) o wyglądzie istnych leather rebels grali ostro, energicznie, a nade wszystko w sposób, który wówczas, dzięki modzie na Nirvanę, uchodził za archaiczny. Od machania głową rozbolał mnie kark. Luiza złamała obcas. Wróciłyśmy nad ranem, pijane i zbyt zmęczone, by się kochać.

Siedem minut po siódmej obudził nas świdrujący dźwięk. Odebrała Luiza. Po chwili usłyszałam, jak klnie i wyrzuca z siebie Zaraz tam będę. Do szpitala, do którego wczoraj przywieziono jej matkę, pojechałyśmy taksówką. Lekarz powiedział, że to wylew krwi do mózgu. Jej stan jest na razie stabilny, ale nie ma gwarancji, że nie dojdzie do kolejnego wylewu. Ojciec Luizy miał czekać na oddziale intensywnej terapii. Weszłyśmy do windy. Winda zatrzymała się na 3 piętrze. Jechałyśmy na piąte. Pamiętam, że mruknęłam coś o cholernej awarii. Zaczęłyśmy szukać schodów. Mijając uchylone na oścież drzwi jednej z sal, w której leżeli chorzy, usłyszałyśmy dwa wystrzały. Spojrzałam w prawo - mężczyzna w skórzanym płaszczu stał przy dwóch ciałach trzymając w dłoniach strzelbę. Odwrócił się i ruszył w naszą stronę. Luiza otworzyła usta, jakby chciała krzyknąć, może mnie ostrzec, a wtedy on, co zarejestrowałam bardzo wyraźnie, jakbym oglądała film puszczony w zwolnionym tempie, strzelił ponownie. Odruchowo zasłoniłam twarz. Napastnik wybiegł z sali, popychając mnie na ścianę i wskoczył do windy. Spojrzałam na Luizę. Na Luizę leżącą na podłodze śmierdzącej jakimś środkiem do czyszczenia. Na Luizę leżącą z szeroko rozrzuconymi rękami. Na Luizę z wielką, czerwoną plamą na białym golfie. Na Luizę definitywnie martwą.

Nie zdążyłam odwiedzić matki Luizy. Pani Peterson dostała wieczorem kolejnego wylewu, po którym neurolog stwierdził u niej śmierć mózgową. Byłam wtedy na komisariacie, składając zeznania. Niewiele mogłam powiedzieć dwóm bardzo cierpliwym policjantom. Niewiele bowiem pamiętałam. Właściwie to od nich dowiedziałam się, że ruszyłam w pogoń za mordercą. Dogoniłam go na parkingu, po tym, jak zastrzelił kolejne dwie osoby - tym razem szpitalnych strażników. Wskoczyłam mu na plecy i wbiłam w szyję pilnik do paznokci. Mężczyzna strącił mnie na ziemię, ale wypuścił z dłoni strzelbę. Poniedziałkowe dzienniki nader dokładnie opisały, opierając się na zeznaniach licznych świadków zdarzenia, jak chwyciłam broń, a następnie uderzyłam mordercę kolbą w głowę. Tłukłam go tak długo, dopóki nie znieruchomiał w kałuży krwi i resztek swojego mózgu.

Oczywiście, zostałam uniewinniona. Przecież mieszkałam w USA.

Mężczyzna, którego zabiłam, nazywał się Eliot T. Speckman i był rasistą. Wierzył, że czarne kobiety nie powinny wiązać się z białymi mężczyznami. Wierzył też, że każdy związek czarnej kobiety z białym mężczyzną jest występkiem przeciwko porządkowi natury oraz woli Boga. Przekonany, że tak się właśnie mają rzeczy, udał się w ową niedzielę do szpitala, w którym leżała jego siostra. Zastrzelił ją i jej chłopaka. Chłopak był białoskóry.

W mediach zaczęto trąbić o zbrodni nienawiści oraz o czarnym rasizmie. Biali rasiści, podzielający przekonanie Eliota T. Speckmana, że związek czarnej kobiety z białym mężczyzną jest występkiem przeciwko porządkowi natury oraz woli Boga, uznali mnie za bohaterkę. Gdy w kilku dziennikach napisano, że zamordowana przez Speckmana Luiza Petersona była moją kochanką, biali rasiści poczuli się zakłopotani. Nie mogli przecież uznawać za swoją bohaterkę lesbijki. Więc przestali w ogóle o mnie mówić i pisać. Co innego niektórzy rodzimi antyrasiści. Kilku znanych działaczy organizacji antyrasistowskich stwierdziło, że działałam z pobudek rasowych. Jeden z nich powiedział, że jest oczywiste, iż jeśli biały zabija czarnego, to mamy do czynienia z przejawem rasizmu.

Usłyszawszy to, pomyślałam, że świat jest pełen idiotów.

Odbył się pogrzeb Luizy i jej matki. Obie spoczęły w rodzinnym grobowcu. Informacje o moim procesie trafiały regularnie na pierwsze strony gazet. Ława przysięgłych uznała, że działałam w obronie koniecznej. Oczyszczona z zarzutów, wyjechałam z miasta i zaszyłam się na wsi, w posiadłości mojego brata, który w tym czasie przebywał w Europie. Po upływie sześciu miesięcy medialna wrzawa rychło ucichła; dziennikarzom trafiły się nowe tematy - nowe zbrodnie, afery i tragedie. W czwartą rocznicę śmierci Jima Hensona złożyłam kwiaty w poświęconym jego pamięci muzeum. Ode mnie i od Luizy. Potem spotkałam się z bratem, który wrócił do USA w sprawach biznesowych. Domyślił się, gdzie byłam i bardziej stwierdził niż zapytał:

-Jeszcze ci nie przeszło?

-Przejdzie, gdy umrę - odparłam. - Jak wszystko inne.

-Przykro mi z powodu Luizy - mruknął.

-Już mi to mówiłeś.

-Ale przez telefon. Mogło zabrzmieć sztucznie.

-Nadal brzmi, braciszku.

Nie zmieszał się; nie był w stanie. W milczeniu piliśmy kawę. Zapytałam go o rodzinę - żonę i dwie córki. Odparł, że życie rodzinne układa się mu się znakomicie. Nawet lepiej niż biznesowe. Mówiąc o tym, nie okazał żadnej emocji. Przy mnie nie musiał udawać. Był podręcznikowym psychopatą, kimś niezdolnym do współodczuwania. Więc udawał przed wszystkimi, z wyjątkiem swojej siostry, której, rzecz jasna, nie kochał. Nic dziwnego, że nie zapytał mnie o to, jak poradziłam sobie z faktem, że zabiłam człowieka. Dwa dni później odwiozłam go na lotnisko. Wracał do Europy - do rodziny, do firmy. Zanim się pożegnaliśmy, spytał, co zamierzam robić. Odparłam, że wrócę do pisania.

Wróciłam. Napisałam dwa zaległe opowiadania, tym razem o wróżkach, a po rozmowie z wydawcą, wielce zadowolonym z faktu, że jego najpoczytniejsza autorka bajek dla dzieci oraz opowiadań i powieści fantasy adresowanych raczej do dorosłych czytelników wykaraskała się z depresji, przystąpiłam do pracy nad drugim tomem przygód Ghulka, Szatyra i Koguna - trzech goblinioludzkich mieszańców żyjących na planecie będącej gigantycznym labiryntem. Pisałam szybko, po 3-4 godzinny dziennie, pomiędzy lekkim śniadaniem a sutym obiadem. Popołudniami leniuchowałam przed telewizorem, czasami z książką w ręku. Zanim napisałam ostatni, dziesiąty rozdział powieści, zdążyłam przyzwyczaić się do nieobecności Luizy - do myśli, że kochana przeze mnie kobieta nigdy już nie odwzajemni mojego uśmiechu, pieszczoty i troski. W porównaniu z przywyknięciem do faktu, że zabiło się człowieka, nie było to łatwe. Ale praca wypełniła odczuwaną do niedawna pustkę. Wydawca z zadowoleniem przyjął nową powieść. Po tygodniu zadzwonił do mnie i oznajmił, że prawdopodobnie napisałam bestseller. Podziękowałam mu, a nazajutrz odebrałam czek na sumę, która wywołała na mojej twarzy szeroki uśmiech.

Żyłam. Pisałam. Byłam szczęśliwa. Szczęściem Pirrona.

*

Nadszedł 1995 rok. Zapomniałam o zimie. Zaczęła się wiosna. Za rok miałam poznać Karen, rudowłosą modelkę. Siedząc w znajdującej się nieopodal mojego mieszkania kawiarni, usytuowanej na rogu dwóch ruchliwych ulic, nie wiedziałam, i nie mogłam, rzecz jasna, wiedzieć, że dokładnie za 12 miesięcy w tym samym miejscu przysiądzie się do mnie piękność znana mi jedynie ze zdobiących miasto bilboardów reklamowych i powie, że przeczytała trzy tomy przygód Ghulka, Szatyra i Koguna, że są one wspaniałe, i że chce zjeść ze mną kolację. Nie wiedziałam, i nie mogłam wiedzieć, że już po pierwszej randce pójdziemy ze sobą do łóżka, i że namiętnie spędzona noc będzie początkiem trwającego przez trzy lata wspólnego życia, zakończonego w banalny sposób. Poznałam kogoś innego. Do dzisiaj zastanawiam się, czy on wiedział. Król Goblinów.

Przysiadł się, gdy kończyłam drugą filiżankę waniliowej kawy. Zaczepił kelnerkę, zamówił u niej wodę mineralną, niegazowaną, z cytryną, a następnie tym samym pewnym tonem, z jakim złożył zamówienie, przedstawił mi się.

-Król Goblinów? - powtórzyłam niepewnie, patrząc na nieznajomego, który wyglądał jak Dawid Bowie w roli śmiertelnego, choć długowiecznego kochanka wampirzycy Miriam z filmu The Hunger.

Kiwnął głową.

-Większość osób z mojego gatunku, gdy tylko zjawia się w waszym świecie, przybiera wygląd podręcznikowego goblina.

-Nie wygląda pan jak podręcznikowy goblin.

-To prawda. I dlatego możesz mnie nazywać Królem Goblinów. Jestem wyjątkiem od reguły będącej żartem kuli, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie.

-Parmenides.

-Allain de Lille.

-Kuzańczyk.

-Bruno.

-Pascal.

Zamilkliśmy.

-Jest pan wykształcony - zauważyłam.

-Nie jestem. Nigdy się nie kształciłem.

Odstawiłam filiżankę. Sięgnęłam po papierosa.

-Podsumujmy. Twierdzi pan, że nie jest człowiekiem, chociaż wygląda na mężczyznę z gatunku homo sapiens, i to na mężczyznę o twarzy jednego z moich ulubionych muzyków. Nie ma pan żadnego wykształcenia, ale słyszał pan o Pascalu. Zatem kim pan jest?

-Królem Goblinów. Jestem tutaj przejazdem. Odnalazłem cię na prośbę Luizy.

Powiedziawszy to, wyjął spomiędzy moich palców papierosa i położył go centymetr nad brązowym blatem stolika.

-Nie kłamię - rzekł uspokajająco.

Poczułam ukłucie w kciuku. Zacisnęłam powieki. Ujrzałam niebo. Niebieskofiołkowy bezkres zawieszony nad nieskończoną i przeźroczystą taflą zielonego oceanu.

-Widzisz, w sposób dostosowany do ludzkich możliwości, fragment moich wspomnień z wnętrza kuli, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie.

Wokół było spokojnie, cicho. Zobaczyłam gobliny. Niektóre sunęły tuż nad powierzchnią morza, inne w jego głębinach. Ogromne, majestatyczne, kuliste.

-Żyjemy we wnętrzu kuli, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie - wyjaśnił Król Goblinów, a potem dodał: - Możesz nazywać ją Bogiem.

Niektórzy ludzie powiadają, że Bóg jest doskonale wolny oraz doskonale dobry. Z racji swej doskonałej dobroci zawsze czyni dobro, a ponadto nie jest w stanie czynić zła. Można pomyśleć, że wolność, a tym bardziej jej doskonały pierwowzór, wyklucza doskonałą dobroć, jeśli ta ostatnia implikuje niezdolność do czynienia zła. Wszak istota wolna, a co dopiero doskonale wolna, to taka, dla której możliwe jest czynienie zarówno dobra, jak i zła. W przypadku Boga wolność, tym bardziej jej doskonały pierwowzór, zasadza się na czymś innym: na fakcie, że Bóg - czyli kula, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie - jest jedynym, a przeto ostatecznym źródłem swoich działań.

-Na dłuższą metę Bóg jest nudny - powiedział Król Goblinów. - Owszem, obcowanie z Nim nie daje się porównać z niczym innym. Zgłębiając Boga, zgłębiasz mądrość, wiedzę, wolę, dobro i miłość, które są jednym i tym samym, nieskończonym źródłem wszelkiego przygodnego istnienia. Ale nawet my, gobliny, istoty najbardziej ze wszystkich podobne do Boga, nie jesteśmy w stanie zrozumieć Jego niezróżnicowanej natury, którą w ludzkim języku da się opisać jedynie za pomocą niedoskonałych dystynkcji.

Gobliny wielbią Boga; kochają Go; żyją w Jego cieniu; ale z biegiem czasu doświadczanie meandrów doskonałej miłości, której nie rozumieją, zastępują poznawaniem istot ze swojego gatunku. Bóg jest nieskończony; Jego wnętrze - o ile o kimś takim, jak nieskończona kula, której środek jest wszędzie, a obwód nigdzie można sensownie powiedzieć, że ma wnętrze - również; wnętrze goblina ma się do wnętrza człowieka jak kosmos do kałuży. Dojrzałe gobliny, mające za sobą "pobyt" poza czasem i przestrzenią, w wiecznym teraz, spędzony na doświadczaniu bożej miłości, jednej z najdoskonalszych form nudy, jak zauważył przekąsem mój rozmówca, na ogół dobierają się w pary. Niektóre preferują związki wielosobowe. Bóg nie ma nic przeciwko temu.

-Każdy goblin jest niemalże unikalny. Zapewne wiesz, że unikat to rzecz niepodobna do żadnej innej. Oczywiście, każdy z nas ma te same cechy gatunkowe. Jeśli idzie o przypadłości, to jesteśmy od siebie całkowicie odmienni. To z tego powodu inne gobliny są dla nas tak interesujące.

Bóg z racji swej doskonałej dobroci zawsze czyni dobro. Gobliny nie są doskonale dobre, niewiele jednakże brakuje im pod tym względem do Boga. Znają dobro i zło w takim sam sposób jak On. Po sokratejsku. A znając dobro w ten właśnie sposób, zawsze czynią dobro, i nie robią tego przygodnie, lecz z konieczności. Nie są więc zdolne do czynienia zła.

-Nie oznacza to, że jesteśmy automatami lub maszynami. Bynajmniej. Jesteśmy istotami wolnymi. W sposób bardzo zbliżony do tego, w jaki wolny jest Bóg. Można powiedzieć, że gobliny są jak zbawieni ludzie. Z tym wszakże zastrzeżeniem, że zbawiony człek to osoba, która zgodziła się zostać goblinem.

-A co z naszą wolnością?

-Cóż, wolność to złożony i niejednorodny fenomen. Nie wszystkie istoty są wolne. A spośród wolnych nie wszystkie są wolne w ten sam sposób. Wy, ludzie, jesteście zdolni zarówno do czynienia dobra, jak i zła. I jedno, i drugie czynicie o własnych siłach, bez bożej pomocy, dokładnie tak, jak wykoncypował to Pelagiusz.

-Zatem wszechwiedza Boga nie wyklucza ludzkiej wolności?

-Jeśli Bóg w akcie stworzenia zdeterminował pod każdym możliwym względem każdy możliwy element świata, łącznie z działaniami osób, to wie, co każdy z was uczyni. Taki akt stworzenia gwarantuje mu wszechwiedzę. Bóg bowiem wie, czego chce. Wie też, że jeśli chce czegoś, to wówczas to, czego On chce ziści się. Wie zatem, co się ziści. Na przykład, jeśli Bóg wie, że jutro w południe ubogiemu, który wysiaduje przed twoim domem, dasz jałmużnę, to jutro tak właśnie się stanie. Co więcej, nie jest możliwe, abyś jutro nie wręczyła mu jałmużny. Czy ten fakt pozbawia cię wolności? Nie. Jest on bowiem całkowicie zgodny z tym, że gdybyś nie chciała obdarować biedaka kilkoma dolarami, to byś mu ich nie wrzuciła do kapelusza. To zaś przesądza, iż ludzka wolność, aczkolwiek w okrojonej wersji, jest możliwa pomimo wszechwiedzy Boga.

-Obawiam się, że nie rozumiem.

-Ok. Raz jeszcze. Załóżmy, że z jakiegoś powodu jest konieczne, iż za 30 sekund postanowisz zaciągnąć się papierosem, a za pełną minutę zrealizujesz swoje postanowienie. Mija pół minuty. Postanawiasz zaciągnąć się papierosem. Po upływie kolejnych 30 sekund zaciągasz się papierosem. Jedno i drugie robisz z konieczności. Czy to oznacza, że nie byłaś w stanie nie zrobić tego, co zrobiłaś? Tak i nie. Tak, bo nie było możliwe, że nie zapalisz. Nie, bo jesteś tak ukonstytuowana, że gdybyś przed upływem tej minuty postanowiła zaciągnąć się papierosem później, to niewątpliwie tak byś postąpiła. W obu tych przypadkach działałabyś z konieczności. Aczkolwiek w każdym z nich inna byłaby ostateczna przyczyna twojego czynu. W pierwszym tą przyczyną byłaby wola Boga, abyś zapaliła. W drugim, abyś tego nie zrobiła. Nie powiedziałem niczego odkrywczego. Są wśród was mądrale, którzy to rozgryźli.

Zagryzłam wargi.

-Och, widzę, że posmutniałaś. Nie martw się. Bóg stwarzając ten świat nie zdeterminował pod każdym możliwym względem każdego z jego elementów. Aby się dowiedzieć, co jakiś człowiek zrobi, Stwórca musi tutaj zajrzeć, co, rzecz jasna, nie jest dla Niego trudne. Zresztą, gdyby wszystko, co się wydarza w waszym świecie było całkowicie zdeterminowane w akcie stworzenia, to nie mógłbym się tutaj zjawić, bowiem działania goblinów również nie zostały zdeterminowane przez wolę Boga.

Gobliny są nieśmiertelne. Ale mogą umrzeć, jeśli tylko zechcą. Wystarczy poprosić Boga o śmierć, a On ją ześle. Bóg nie ma nic przeciwko temu, aby goblin wybrał nicość. Życie goblina nie polega na udziale w grze, w której zwycięzca zgarnia zbawienie, a przegranemu trafia się potępienie. W grze, w której udział nie jest dobrowolny, lecz wiąże się z przynależnością do takiego a nie innego gatunku.

-Nawiasem mówiąc, życie człowieka także nie jest grą o zbawienie.

-Jak mam to rozumieć? - zapytałam.

-Większość ludzi przestaje wraz ze śmiercią istnieć. Niektórym Bóg proponuje przemianę w goblina. Niektórzy się na nią godzą.

-Jak Luiza? - zgadłam.

Kiwnął głową, zabrał papierosa znad stolika i wsunął mi go do ust.

-Minęła minuta - wyjaśnił. - A ty pewnie chcesz się zaciągnąć, prawda?

Uśmiechnęłam się i sięgnęłam po zapalniczkę.

-Chcesz powiedzieć, że ludzkie życie nie ma żadnego sensu?

-Chcę powiedzieć, że życie żadnego człowieka nie ma pośmiertnego celu. I nic z tego, co robicie, czego jesteście świadkami, co się wam przytrafia nie jest zaaranżowanym przez Boga testem. Natomiast twoje życie będzie miało taki sens, jaki jemu nadasz. I tak jest dobrze.

-Nie rozumiem więc, dlaczego Bóg stworzył nasz świat.

-Nikt, poza Bogiem, rzecz jasna, nie wie, dlaczego stworzył On ten czy inny świat. Wiemy za to, że cokolwiek Bóg stworzy, jest to dobre. Bóg to dziwny typek.

-Doskonale dziwny.

Król Goblinów uśmiechnął się ustami Dawida Bowie'go.

-Mniejsza o Boga. Nie z Jego powodu się tutaj zjawiłem.

-Wspomniałeś o Luizie.

-Luiza została goblinem. Od innych goblinów dowiedziała się, że czasami bywam w waszym świecie. Nie zawsze na tej planecie. Poprosiła, bym przekazał ci wiadomość.

-Opowiedział o goblinach, tak?

-Bystra jesteś.

-Abym po śmierci wybrała właściwie?

-Dokładnie.

Zapaliłam papierosa.

Król Goblinów zamówił kolejną wodę mineralną.

Południe mijało leniwie.

-I to wszystko? - zapytałam.

-Mniej więcej.

-Trudno będzie z tego zrobić dobre opowiadanie.

-Jeszcze trudniej będzie ci przekonać czytelnika, że mi uwierzyłaś.

-I wyjaśnić dlaczego.

Spojrzał na zegarek.

-Pora na mnie. Co mam przekazać Luizie?

-Proszę jej powiedzieć, że postąpię tak, jak uznam za stosowne.

-Dobrze.

Rozejrzał się dookoła; zawiesił wzrok na ruchliwym o tej porze skrzyżowaniu i przez dłuższą chwilę stal wpatrzony w sobie tylko znany punkt. Wreszcie potrząsnął głową - jakby zrzucił z siebie coś ciężkiego.

-Przyjdź tutaj za rok o tej samej porze - powiedział. - Może spotka cię coś dobrego.

Nie pożegnał się; wyszedł z kawiarni.

Spojrzałam na białą kopertę, którą zostawił na stoliku.

Wróciłam do domu i zasiadłam przed komputerem. Czułam, że muszę coś napisać. Wtedy przypomniałam sobie o drugim albumie Titan Force. Wrzuciłam płytę do odtwarzacza. Po trzech godzinach, i trzykrotnym odsłuchaniu płyty, wpatrywałam się w widniejący na ekranie tekst recenzji.

Nie wiem, co poszło niewłaściwie. Za cholerę. Ale drugi album Titan Force nie zachwycił mnie tak jak pierwszy. Znakomity wokalista, solidni instrumentaliści, fenomenalne partie wokalne, powermetalowa stylistyka z licznymi wypadami w stronę progresywnego grania, nawet jazzowego - przynajmniej w przypadku sekcji rytmicznej, a jednak to wszystko razem wzięte nie zadziałało. I nic na to nie poradzę. Każda perswazja ma swoje granice. Nieprzekraczalne.

'Winner/Loser' nie wywołuje we mnie tych skojarzeń, co debiut. Obędę się więc bez filmowych metafor. Czasami wydaje mi się, że klimat opisany w recenzji debiutanckiego lp Titan Force przebija spod dźwięków 'Shadow Of A Promise', zwłaszcza z fragmentów, w których słychać dziecięcy chór, ale to tylko złudzenie. W utworach nie ma już przestrzeni znanej z debiutu. Wyobraźnia smacznie drzemie, a kolejne numery przelatują bez echa. O ile kawałki z wcześniejszego albumu to, według mnie, nieśmiertelne hymny, o tyle te tutaj na nieśmiertelność nie zasługują. Może... z wyjątkiem wspomnianego 'Shadow...'. Może. Pewności nie mam. Ten album podoba mi się fragmentami. Selektywnie. Oczarowana jestem partią solową w utworze tytułowym. 'Face to Face' błyszczy tam, gdzie sekcja zaczyna pogrywać jazzowo. Słuchając 'Eyes Of The Young' zachwyciłam się gitarową solówką. I tak dalej. Całość bez ochów i achów. Na fragmenty kapie mi ślinka. Jedno jest pewne. 'Winner/Loser' to płyta zdecydowanie mniej powermetalowa, bardziej progresywna, z zadatkami na wielkość, ostatecznie jedynie solidna. Coś poszło nie tak. Mam taką szemraną teoryjkę, że pójść musiało. Bo debiut jest zachłanny. I nie pozwoli, by Titan Force nagrał kiedykolwiek lepszy album. Chciałabym wierzyć, że bredzę. Ale nie wierzę. Jak napisałam przed trzema laty w innej recenzji, jest taki film...

Zapisałam plik i wyłączyłam komputer. Wtedy rozdzwonił się telefon. W słuchawce usłyszałam głos brata. Im dłużej mówił, tym bardziej byłam zaskoczona. I tym częściej zerkałam na kartkę, którą wyjęłam z koperty zostawionej przez Króla Goblinów. W końcu zamknęłam oczy i zaryzykowałam. Życzenie popłynęło z moich ust.

*

Wszystko, o czym opowiedział mi Król Goblinów, widziałam jego oczyma - oczyma istoty pozbawionej oczu. To dlatego mu uwierzyłam. W 2005 byłam pewna, że nie mogłam nie uwierzyć. Umierałam na raka mózgu i czułam się szczęśliwa. Nie dlatego, że umierałam. Rozpierała mnie radość, bo przed tygodniem widziałam się z bratem, któremu żona urodziła trzecią córkę. Ten człowiek, niegdyś podręcznikowy psychopata, promieniał szczęściem. Od dziesięciu lat był w stanie doświadczać emocji. Cudzych i własnych.

Poza tym Karen znów była ze mną.

Ze wszystkich stworzeń Boga gobliny są najbardziej do Niego podobne. Nie są wszechwiedzące i wszechmocne, ale nawet najmłodszy goblin wie i może więcej niż kiedykolwiek będzie wiedział i mógł człowiek. Kochają dobro, kochają mądrość. Uwielbiają penetrację. Tę duchową, polegającą na poznawaniu wnętrz innych goblinów. Przemierzają nieskończone stworzenie dobrego Stwórcy. Przebywając na Ziemi, wyglądają jak gobliny z Labiryntu. Z wyjątkiem Króla Goblinów, który kiedyś był daimonionem Sokratesa, a przez jedną godzinę 1995 idealnym sobowtórem Dawida Bowie'ego.