poniedziałek, 29 grudnia 2008

Sprawa Scarlett

Zaprawdę, żyjemy w najlepszym z możliwych światów, pomyślał 26 września 2007 roku Joe Saxon, przez przyjaciół i wrogów zwany 'Retorem', kiedy próg jego biura w Skid Row przekroczył agent panny Scarlett.

-Nazywam się M. I przychodzę do pana w sprawie wielkiej wagi.

-Wiem, kim pan jest - odparł Joe. - Proszę usiąść.

Elegancko ubrany grubasek spoczął na krześle przed biurkiem.

-Na dole czeka limuzyna - zaczął. - Szczegóły naszej współpracy możemy omówić po drodze.

-Dokąd?

-Do posiadłości mojej klientki, oczywiście.

-Zatem spotkam się z panną Scarlett?

Agent skinął głową.

-Wobec tego - Joe sięgnął po prochowiec i kapelusz - warunki zlecenia omówię z osobą najbardziej zainteresowaną rozwiązaniem trapiącego ją problemu.

-Ależ panny Scarlett nie trapi żaden problem.

-Dlaczego więc pan marnuje czas w moim biurze?

-Panie Saxon, w mojej branży słowo "problem" oznacza coś takiego jak morderstwo, gwałt, porwanie, szantaż, uzależnienie, załamanie nerwowe i depresja. Moja klientka nikogo nie zamordowała, nie zgwałciła, nie porwała, nie szantażuje i nie przeżywa załamania nerwowego.

-Nikt również jej nie zamordował, nie zgwałcił, nie porwał, nie szantażuje i nie wpędził w depresję. Rozumiem. Rozchodzi się o coś nietypowego.

-Sprawa ma związek z pańskim doktoratem.

Joe pobladł; po raz pierwszy od trzech lat - tak mocno i tak autentycznie, że mógłby z marszu wkroczyć na plan filmu o wampirach i odegrać główną rolę.

-Po namyśle zostawię prochowiec i kapelusz - powiedział. - Wystarczy mi marynarka.

***

-Bóg umarł - oznajmiła Scarlett. - Była u mnie policja. Szukali ciebie. Uważają, że zrobił to jakiś egzystencjalista.

-Nie, skarbie. To byłaś ty.

-Co? Nie żartuj, Joe.

Joe wyszczerzył złowieszczo zęby. Wełniany sweter i krótka spódniczka kryły blondwłosą morderczynię. Nie miał już żadnych wątpliwości.

-Ty to zrobiłaś - wypalił tak kategorycznie, że imperatyw kategoryczny spalił się ze wstydu.

-Co ty mówisz?

-Ty, maleńka. Nie Heather Butkiss ani Claire Rosensweig, ale doktor Ellen Shepard.

-Skąd wiesz, jak się nazywam?

-Profesor fizyki w Bryn Mawr. Najmłodszy z szefów instytutów... Zimą poznałaś muzyka jazzowego, mocno zainteresowanego filozofią. Był żonaty, ale to cię nie powstrzymało. Parę nocy na sianie i wydawało ci się, że to miłość. Ale coś się nie kleiło, bo ktoś stał między wami: Bóg. Widzisz, skarbie, on wierzył, a przynajmniej chciał uwierzyć, ale ty w swojej ślicznej naukowej główce musiałaś mieć pewność.

-Nie, Joe... przysięgam!

-Udawałaś, że studiujesz filozofię, bo dzięki temu miałaś szansę usunąć pewne przeszkody. Bez trudu pozbyłaś się Sokratesa, ale potem przyszedł Kartezjusz, więc wykorzystałaś Spinozę, żeby się pozbyć Kartezjusza, a kiedy Kant nie dał rady, jego też musiałaś sprzątnąć.

-Chyba sam nie wiesz, co mówisz...

-Leibniza przerobiłaś na sieczkę, ale to ci nie wystarczyło. Wiedziałaś, że jesteś skończona, jeśli ktoś uwierzy Pascalowi, więc jego także musiałaś się pozbyć. I wtedy właśnie popełniłaś błąd: zaufałaś Martinowi Buberowi. A on okazał się mięczakiem. Wierzył w Boga, więc Boga musiałaś zlikwidować sama.

-Joe, oszalałeś!

-Nie, dziecinko. Udawałaś panteistkę, co dało ci do Niego dostęp... o ile istniał, a istniał. Poszedł z tobą na przyjęcie do Shelby'ego, a ty zabiłaś Go, kiedy Jason nie patrzył.

-Kim, do diabła, są Shelby i Jason?

-A co za różnica? Życie i tak jest absurdalne*.

Scarlett odłożyła książkę Allena na szklany stolik i zawołała służącą.

-Whisky i dwie szklanki - powiedziała do młodej Meksykanki. Następnie zwróciła się do gościa: - Zadowolony?

-Od dawna pragnąłem odegrać z tobą tę scenę.

Joe zdjął marynarkę i usiadł na skórzanej sofie. W bezwstydnie przestronnym salonie, z panoramicznym widokiem na znajdujący się piętro niżej basen i łagodnie opadające zbocze wysokiego wzgórza, czuł się nieswojo - jak nietoperz w blasku reflektorów.

-Do pełni szczęścia brakuje mi tylko jednego.

-Ten dom ma siedem sypialni, ale nie licz na numerek.

Joe pokręcił głową. Poluzował krawat.

-Wiesz, gdzie mieszkam i wiesz, czym się zajmuję. Więc tam, gdzie mieszkam, i robię to, co robię, niekiedy wbrew sobie, nie ma równie pięknej kobiety jak ty. Może to kwestia statystyki. Bo kobiet w mojej okolicy jest mało. Nie wiem. Tak czy inaczej, nie tylko nie ma tam tak pięknej kobiety jak ty, nie ma również tak pięknych stóp jak twoje.

-Chyba rozumiem, do czego zmierzasz.

-Chcę się poczuć jak Bill Murray w Między słowami.

Służąca weszła bezszelestnie do salonu i położyła na stoliku srebrną tackę z dwoma ciężkimi szklankami napełnionymi do połowy whisky rozcieńczoną lodem. Obok postawiła opróżnioną w 1/4 butelkę.

-Dziękuję. To wszystko - powiedziała Scarlett.

Poczekała, aż zostaną sami. Potem usiadła obok Joe'go i położyła swoje nogi na jego udach. Joe przełknął ślinę, spojrzał na drobne, kształtne kostki i zgrabne, tworzące harmonijnie zaokrągloną całość palce.

-Pomożesz mi czy nie?

-Dobiliśmy targu. Pomogę.

Scarlett odgarnęła włosy z szyi ruchem tak kobiecym i powabnym, że Joe odruchowo dotknął jej wypielęgnowanych stóp.

-Zazwyczaj staram się unikać wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z moim doktoratem - wyjaśnił. - Ale dla ciebie postanowiłem zrobić wyjątek. Możesz uznać to za akt oddania ze strony wiernego fana.

-Ponadto przestudiowałaś moje dzieło, a to też się liczy - dodał, sięgnąwszy po paczkę papierosów marki Silk Cut.

-Nie było to łatwe, Joe. Wydaje mi się, że mniej więcej zrozumiałam, jak ten twój dowód działa.

-Nie lubię słowa "dowód". Zanadto cuchnie salą sądową. Wolę mówić o argumentach.

Scarlett rozchyliła usta, ukazując duże, równe i oślepiająco białe hollywoodzkie zęby. Następnie przesunęła wskazującym palcem po dolnej wardze.

-Niesamowite - powiedziała.

-Co?

-Naprawdę straciłeś wtedy wszystko.

Joe wystukał z paczki jednego papierosa.

-Żonę, dziecko, psa. Dobrze płatną pracę. Przyjaciół i wrogów. Zyskałem za to nowych. Niestety, tylko tych ostatnich. Potężniejszych, rozwścieczonych treścią mojego dzieła, zdecydowanych dać mi nauczkę.

-Ale nadal wierzysz, że miałeś rację, prawda?

-Wierzę, że mój argument jest poprawny. Zarówno formalnie, jak i materialnie. Przesłanki są prawdziwe. Wniosek wynika z nich logicznie. Sam zatem musi być prawdziwy. Co więcej, przesłanki są intuicyjnie wiarygodne. Niemalże oczywiste. I mają to do siebie, że przemawiają do większości ludzi. Bez względu na wyznanie, poglądy polityczne czy filozoficzne. Nikomu przede mną nie udało się sformułować takiego argumentu na rzecz tezy o istnieniu Boga. Boga rozumianego jako osoba będąca stwórcą wszechświata.

-Zmieniłeś świat.

-Na pewno zmieniłem pewne pojęcia. Od opublikowania mojej pracy minęło pięć lat. Kiedy trafiła ona do druku, na Ziemi nie było ateisty, który nie odrzucałby wiary w dowolnie rozumianego stwórcę wszechświata. Dzisiaj Ziemia roi się od ateistów, który wierzą, że istnieje ktoś taki, jak osoba odpowiedzialna za stworzenie całego tego bajzlu zwanego szumnie wszechświatem. Ba! Oni nie tylko w to wierzą. Oni to wiedzą. A wiedzą, bo to przecież w oparciu o przesłanki mojego argumentu uznali, że istnieje Bóg. Dzięki mnie spór między ateizmem a teizmem wkroczył na zupełnie nowe terytorium. Współcześni teiści i ateiści spierają się nie o istnienie Boga, lecz o to, jaką ma on naturę. Niestety, a może na szczęście, mój argument nic nie mówi na ten temat.

Joe sięgnął po szklankę. Whisky miała ostry, nieco wiśniowy smak.

-To Suntory Yamazaki - powiedział, oblizawszy usta.

-Osiemnastoletnia. Leżakowała w beczkach wykonanych z trzech różnych gatunków dębu.

-Wyborna.

-To, co zrobiłeś nie spodobało się wielu ludziom - zauważyła Scarlett.

-Och, Scarlett - Joe jednym haustem opróżnił szklankę - gdyby chodziło wyłącznie o ludzi.

-Więc w tych plotkach o tobie i...

-Tak, w tych plotkach tkwi ziarno prawdy. I na tym, proszę, poprzestańmy. Reguły gry są takie, że mogę opuścić Skid Row wtedy i tylko wtedy, gdy poprosi mnie o to ktoś spoza dzielnicy. Nie wiem jednak, i nie chcę wiedzieć, co z niej ucieka, kiedy przekraczam wyznaczoną przez moich wrogów granicę.

-Znam ryzyko spotkania z tobą, Joe. Rozmawiałam z człowiekiem znającym ludzi znających ludzi, którzy bacznie obserwują każdy twój krok. Nawet teraz. Dlatego czuję się bezpieczna.

Joe wsunął papierosa do ust.

-Rozmawiałaś z człowiekiem znającym ludzi znających ludzi - powtórzył, przedrzeźniając ją. - Brawo. Przygotowałaś się, dziecino. W nagrodę proszę o zezwolenie na wymasowanie twoich stóp.

Scarlett zmarszczyła gniewnie brwi, wnet jednak rozchmurzyła się, przywołała kokieteryjny uśmiech i rzekła:

-Słyszałam, że potrafisz być dupkiem.

-Fałsz. Ja jestem dupkiem. Największym na wschód od Edenu. Wróćmy do problemu twojej przyjaciółki.

-Ach, Karen. Więc sprawa wygląda tak: Karen ma być druhną na moim ślubie.

Joe wypluł papierosa.

-Zaraz, wychodzisz za mąż? Tego nie było w umowie.

-W przyszłym roku.

-Zostanę zaproszony?

-Raczej nie. To będzie cicha ceremonia.

-A kto jest szczęśliwym przyszłym panem młodym?

-Pewien aktor i producent filmowy.

-Skurwiel.

-Przeciwnie. Cudowny człowiek.

-Woody Allen wie?

-Jezu, Joe, a co ma do tego Allen?

-Jesteś jego nową muzą. I chyba traktuje cię jak córkę.

-Pomyliłeś film z rzeczywistością. Wracając do Karen. Otóż moja przyjaciółka ma depresję. Od dwóch lat. Nic jej nie pomaga. Pomyślałam więc, że może ty spróbujesz.

Joe podrapał się po brodzie.

-Co konkretnie miałbym zrobić?

-Bez Karen ślub się nie odbędzie. Ułóż więc dla niej jakiś argument za istnieniem Boga. Coś prostszego niż argument z twojego doktoratu. Ale wiarygodnego. Coś, co zdoła pojąć zżerana przez depresję kobieta, która przestała wierzyć, że istnieje będący miłością, dobrocią, sprawiedliwością i prawdą stwórca wszechświata. Słyszałam, że w ten sposób wyciągnąłeś już kogoś z depresji.

-A ty uważasz, że jaki on jest?

-Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Jeszcze nie zdecydowałam. Często rozmawiam o tym z Ryanem.

-Przyszłym mężem?

-Tak, Ryan to mój narzeczony.

-Skurwiel.

-Znam już twoją opinię o Ryanie. Pora, abyś wypowiedział się o Bogu, Joe.

-O Bogu z mojego argumentu czy o Bogu z rozmaitych ziemskich teologii?

-O każdym z nich.

-Cóż, moim zdaniem, Bóg z ziemskich teologii to ktoś, kto ma bardzo popaprane pojęcie o miłości, dobru i sprawiedliwości. Zaś Bóg z mojego argumentu to dla mnie nadal wielka niewiadoma. Nie wykluczam, że może to być ten sam koleś, o którym np. opowiada teologia św. Augustyna, Pascala lub Malebranche'a. Czy też teologia św. Tomasza. Jeśli tak jest, to wszyscy mamy przesrane. Zarówno predestynowani do zbawienia, jak i skazani na potępienie. Mogę zapalić?

-Nie krępuj się.

-Staram się rzucić. Wiesz, co zawsze bawiło mnie w argumentach na rzecz tezy o istnieniu Boga? To, że taki argument, jeśli jest poprawny formalnie i materialnie, a jego przesłanki są wiarygodne lub uzasadnione, upoważnia do uznania wniosku za prawdziwy. Z pewnością nie większą niż pewność, na jaką zezwala wiarygodność przesłanek. Jeśli argument na istnienie Boga spełnia wymienione warunki, to nadaje on tezie o istnieniu Boga status wiedzy. Ten, kto zasadnie wierzy w prawdziwość przesłanek takiego argumentu i uznaje za prawdziwy wynikający logicznie z nich wniosek, zaś owe przesłanki oraz wniosek są prawdziwe, ten wie, że istnieje Bóg. Rozumiesz?

-Spokojnie, Joe, czytałam o tym w twoim doktoracie. Podstawowe sprawy.

-Haczyk, a zawsze jest jakiś haczyk, tkwi w fakcie, że dowód, tfu, przepraszam, argument na istnienie Boga spełniający podane warunki gwarantuje jedynie wiedzę o tym, że Bóg istnieje. Ale już nie wiedzę o tym, że wiemy, iż Bóg istnieje. Aby wiedzieć, że wiesz, iż istnieje Bóg, musisz nie tylko zasadnie wierzyć w prawdziwość przesłanek argumentu na istnienie Boga - musisz również zasadnie wierzyć, że zasadnie wierzysz w prawdziwość owych przesłanek. Aby zasadnie wierzyć, że zasadnie wierzysz w ich prawdziwość musisz zasadnie wierzyć w to, że racje, które przytoczyłeś na rzecz tychże przesłanek, są dobre lub wystarczające. O ile jednak względnie łatwo jest przytoczyć jakieś racje, które są dobre, o tyle zdecydowanie trudniej jest wykazać, że przytoczone racje faktycznie są dobre. To pierwsze wystarczy, aby uwiarygodnić przesłanki, a tym samym upoważnić cię do wiary w ich prawdziwość. To drugie z kolei jest konieczne dla uwiarygodnienia tezy, że zasadnie wierzysz w prawdziwość przesłanek, a tym samym dla upoważnienia ciebie do wiary w jej prawdziwość.

Dziewczyna odchyliła głowę.

-Im wyżej, tym trudniej - skwitowała.

-Dokładnie - Joe zapalił papierosa i podał go Scarlett. Dziewczyna zaciągnęła się, a Joe uznał, że papieros marki Silk Cut bardzo ponętnie wygląda w jej ustach. Następnym razem muszę spróbować z Marlboro, pomyślał. - Posłuchaj. Masz taki oto argument. 2 plus 2 równa się pięć lub istnieje Bóg. I nie jest prawdą, że 2 plus 2 równa się pięć. Zatem istnieje Bóg. Załóżmy, że Bóg to osoba będąca stwórcą wszechświata. Co sądzisz o tym rozumowaniu?

Scarlett oddała papierosa i napiła się whisky.

-Jego schematem jest tautologia - w ustach aktorki słowo "tautologia" nabyło lubieżnej konotacji. - Mówiąc inaczej, wniosek wynika logicznie z przesłanek. Jeśli koniunkcja tych ostatnich jest prawdziwa, to prawdziwy jest również ten pierwszy.

-A jest?

-Tak, Joe.

-Mamy więc do czynienia z argumentem poprawnym tak formalnie, jak i materialnie.

-Jest jednak pewne "ale".

-Mianowicie?

-Ten argument jest kolisty.

-Logicznie? - Joe uniósł brwi.

-Tylko w tym znaczeniu, że prawdziwość pierwszej przesłanki zakłada prawdziwość wniosku. Cały ten argument begs the question. Czyli zawiera przesłankę, której nie uzna osoba nie akceptująca wniosku, a to oznacza, że nie jest możliwe wykazanie ateiście w oparciu o podane przez ciebie przesłanki, iż istnieje Bóg.

-Czy stąd wynika, że w oparciu o przesłanki, których nie podziela ateista, nie da się wykazać, że istnieje Bóg?

-Nie, Joe. Definicja wykazania prawdziwości jakiegoś zdania podaje, że S wykazał, iż p wtedy i tylko wtedy, gdy zostały spełnione łącznie następujące warunki: 1) p jest prawdą, 2) S przytoczył na poparcie p takie zdanie q, że (a) q jest prawdą, (b) p wynika z q i (c) S jest zasadnie przekonany, że q. Jeśli, dajmy na to, podejmę się wykazania, że istnieje Bóg i przedstawię, zgodnie z powyższą definicją, prawdziwe i uzasadnione racje na rzecz tezy o istnieniu Boga, a rzeczona teza będzie ich logicznym wnioskiem, to wykażę, że istnieje Bóg – i to pomimo faktu, że niejedna osoba nie uzna za prawdziwe lub uzasadnione przytoczonych przeze mnie racji.

-Pozostaje pytanie, komu to wykażesz?

-Sobie, rzecz jasna. Abym mogła wykazać ateiście istnienie Boga, musiałabym przytoczyć takie racje, w których prawdziwość oboje zasadnie wierzymy.

-Zatem używając przesłanek omawianego argumentu mogłabyś wykazać sobie, że istnieje Bóg?

Scarlett przygryzła dolną wargę.

-Nie - odparła po namyśle - nie mogłabym. Ponieważ o ile druga przesłanka ma uzasadnienie, o tyle pierwsza może zostać uzasadniona wtedy i tylko wtedy, gdy uzasadni się wniosek. Jeśli istnieje Bóg, to istnieje Bóg lub 2 plus 2 równa się pięć. Tautologiczna implikacja. Jeśli masz uzasadnienie dla jej poprzednika, to masz je również dla następnika.

Joe, uśmiechając się szeroko, podał dziewczynie papierosa. I napełnił obie szklanki japońską whisky.

-Odrobiłaś zadanie domowe. Zasłużyłaś na nagrodę.

Scarlett zerknęła na zegarek.

-Więc nie trać czasu i wymasuj mi stopy. Za godzinę mam kolejne spotkanie.

Zanim mężczyzna zdążył rozprostować palce, w salonie zgasło światło. Pociemniały lampy oświetlające basen.

-Co się dzieje, Joe?

Joe Saxon, zwany "Retorem", obejrzał się przez ramię, a wtedy coś z wielką siłą uderzyło go w twarz. Krzyk Scarlett utonął w mroku. Mężczyzna spróbował się podnieść z podłogi, wtedy jednak coś z wielkim impetem wylądowało mu na plecach, następnie zeskoczyło obok, chwyciło go za kark i podniosło do góry - jak pusty karton. Zobaczył, że Scarlett biegnie w kierunku rozsuwanych drzwi. Sekundę później przemknął nad szklanym stolikiem, ciśnięty przez niewidzialnego napastnika. Krótki lot steranego życiem speca od rozwiązywania cudzych problemów zakończył się za przeszklonymi drzwiami prowadzącymi na taras - w chmurze wirujących i mających ostre krawędzie kawałków rozbitego szkła. Zalany krwią Joe usłyszał kolejny krzyk Scarlett. A potem tupot nóg. Jakiś zgrzyt. Świst. I coś w rodzaju wystrzału poprzedzonego gwizdem tak głośnym, że niemalże rozsadzającym czaszkę. Jasność pochłonęła jego oczy. Zanim dotarła do świadomości i z pozycji "on" przestawiła ją na "off", Joe usłyszał znajomy głos.

-Mówiłem, że to niebezpieczne, panno Scarlett.

***

Przytomność odzyskał w limuzynie. Obok siedział pan M. Za przyciemnionymi szybami przesuwały się neony Los Angeles. Ktoś powinien postawić pomnik człowiekowi, który wynalazł neon, pomyślał Joe, nie wiedząc, że cytuje faceta, według którego Miasto Aniołów pachniało stęchlizną i starością jak długo niewietrzony salon.

-Jedziemy do Skid Row - oznajmił agent panny Scarlett.

Joe był obolały, czuł mdłości i nie mógł pozbyć się wrażenia, że ktoś zastąpił jego mózg wielką, ołowianą kulą z napalmem. Przynajmniej już nie krwawił. Na rękach i nogach miał bandaże. Pan M. podał mu jasnobrązową kopertę formatu A4.

-W środku znajdzie pan wszelkie istotne informacje o pannie Karen razem ze zdjęciami i puklem włosów. Ma pan miesiąc czasu na wywiązanie się z umowy. Efekt pańskiej pracy proszę wysłać na adres podany na kopercie. Jeśli dzięki panu panna Karen wyjdzie z depresji, na pańskie konto wpłynie uzgodniona suma. Na tym zakończymy współpracę.

-Czy Scarlett coś się stało? - przerwał mu Joe.

-Panna Scarlett ma się dobrze. Życzyła panu powodzenia. Uprzedzając pańskie kolejne pytanie, powiem, że dzisiaj widział się z nią pan ostatni raz. Kolejnego nie będzie. Dla jej dobra, oczywiście.

Joe przytaknął mruknięciem.

Czarna limuzyna wjechała do Skid Row. Kolory znikły, zastąpione wszechobecną sepią. Zrobiło się złowieszczo cicho. Tutejsze neony były wyłączone. Ulice puste. Domy mieszkalne wyglądały na opuszczone. Od trzech lat, odkąd tutaj zamieszkał, nad dzielnicą nie wzeszło i nie zaszło słońce.

-Przyznam, że odnalezienie tego miejsca było trudne - powiedział pan M. - Niewiele osób o nim wie. Nie ma go na oficjalnych mapach.

Joe zauważył, że starszy mężczyzna trzyma na kolanach rzecz wyglądającą na skrzyżowanie Magnum 44. z krzyżem.

-To z tego zabił pan to... coś? - zapytał Joe.

-Strasznie hałasuje. I chyba jest skuteczne. Chociaż człowiek, od którego dostałem tę pukawkę, powiedział, że ludzie, których znają znani mu ludzie nie wiedzą, co się dzieje z trafionym... diabelstwem, które czasami wraz z panem opuszcza Skid Row. Dojechaliśmy!

Joe zabrał kopertę i otworzył drzwi. Wysiadając, spojrzał na agenta.

-Dziękuję - powiedział.

Pan M. posłał mu zimny uśmiech.

Samochód odjechał, a Joe poczuł się samotny. Stał przed kamienicą, w której mieściło się jego biuro, i czuł na plecach miarowy oddech czeluści drzemiących pod Skid Row. Ścisnął mocniej kopertę.

Solidny koncept na przesłanki, trochę krwi i potu, zdjęcie i pukiel włosów panny Karen - i powinno być po kłopocie. Zrobi to dla kobiety, którą w innych okolicznościach odważyłby się pokochać.

Ale najpierw, pomyślał, muszę się napić.

***

Rok i jeden dzień później, dokładnie 28 września, Scarlett przestała być panną. Jedną z jej druhen była cudownie ozdrowiała Karen. Tego dnia Joe stwierdził, że świat, w którym żyje, przestał być najlepszym z możliwych. Nadal był więźniem Skid Row.


*Zaznaczony kursywą fragment pochodzi z opowiadania "Pan B." autorstwa Woody'ego Allena, opublikowanego w zbiorze "Obrona szaleństwa" (tłum. Bogdan Baran, Piotr W. Cholewa i Jacek Łaszcz, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008, s. 118-119).

czwartek, 11 grudnia 2008

Motorizer


W Barze Wszystkich Barów, w którym na Stołach Wszystkich Stołów tańczą Dziwki Wszystkich Dziwek słucha się tylko jednej kapeli – Kapeli Wszystkich Kapel.

Wiem, wiem, jesteś tutaj nowy, zmarłeś przedwczoraj, nie zgłosił się po ciebie żaden anioł i diabeł, poczułeś się odrzucony przez niebiosa i piekło, zrozumiałeś, jak podłe jest to uczucie, a potem, po bezsennej nocy spędzonej w cuchnącym szczynami zaułku, trafiłeś do nas – do miejsca, w którym wieczność zabijają nader specyficzne osoby. Nie będę owijał w bawełnę. Z jakiegoś powodu nie załapałeś się przed narodzinami na casting do dramatu zbawienia i potępienia. Bóg nie przewidział dla ciebie żadnej roli. Diabeł również. Z perspektywy bosko-diabelskiej historiozofii jesteś anomalią. Proszę, nie patrz na mnie krowim wzrokiem. Zewrzyj paszczę. Wyprostuj plecy. I usiądź tutaj. Tak, dokładnie przy tym stoliku. Popatrz na rudą dziwkę tańcująca po blacie. Ale ręce trzymaj przy sobie. Jeszcze zdążysz poużywać.

Co to za zespół? To Motorhead, głupcze. Za mikrofonem, pląsając paluchami po strunach basu, stoi 62 letni facet. Perkusję maltretuje czterdziestopięciolatek. A z gitary ostatnie tchnienie wyciska jegomość, któremu do pięćdziesiątki zostały tylko trzy lata. Lemmy, Dee i Campbell. Wpadli na gościnny występ. Nie, oni żyją. Jak to możliwe? Wiem tylko, że Lemmy i spółka mogą koncertować w Barze Wszystkich Barów. Nie, raczej nie zdają sobie sprawy z tego, w jakim miejscu grają. Zadajesz strasznie dużo pytań. Na mój gust, za dużo. Spójrz, chyba się spodobałeś tej rudej lisicy. Po czym poznałem? Cóż, nie przed każdym kręci ona pupą z zapałem godnym lepszej sprawy. Bez obawy! Tutejsze dziwki nie są umarlakami. One nawet nie były ludźmi. To duszyce. Staną się tym, czy zechcesz, aby były. Pod warunkiem, że wiesz, jak to zrobić. Obecny szef Baru Wszystkich Barów wie. Poczekaj, zaraz wrócę.

Co to jest? Kurde, człowieku, umarłeś przedwczoraj, a już nie pamiętasz, jak wygląda drink? Posmakuj. Śmielej, nie bądź mięczakiem. I jak? Jasne, że mocny. Nie może być inny, skoro zwie się ‘Motorizer’. Przyjrzyj się mu. Ma jedenaście warstw. Każdą nazwano inaczej. Dlaczego? Bo każda opowiada inną historię. No, łyknij sobie. Dobrze, duży łyk. Że co? Tak właśnie powinno być. Usłyszałeś muzykę, nic wielkiego. Hałaśliwa perkusja, chroboczący bas, przesterowana gitara, przepity głos? To ‘Runaround Man’. Pewnie, że buja. Ma bujać. Byś się, przepraszam za słowo, ożywił. W porządku, kiepski żart. Nie obrażaj się. Po śmierci nie warto. Kolejny łyk! Siup! Brawo. Teraz to już oni ‘Teach You How To Sing The Blues’. Nóżki podrygują, łepetyna kiwa się miarowo. Gardziel rwie się do śpiewania. You better shake your moneymaker. Mówisz, że ten utwór brzmi jak twoje życie? Niech ci będzie. Łyknij sobie! Słyszysz trzepot orlich skrzydeł. Rześkie powietrze owiewa twój dziób? Pociski rozrywają twą pierś? Wszędzie terkot, wybuchy i ryk potężnych silników? To ‘When The Eagle Screams’. Małe tam i z powrotem pomiędzy pewną śmiercią na bitewnym polu a egzystencjalną peregrynacją na tonący w chmurach szczyt pewnej góry. Brawo! Sążnisty łyk! Here comes the bass, thunder in the guts. Rock ‘til you can’t stand. Now the guitar speaks, gonna drive your nuts. Nie lękaj się, synu, to tylko koncert. XXI-wieczna wariancja na temat ‘Asów Pikowych’. Brud, czad, ciężar i moc. Wystarczy na bluesowe ‘One Short Life’. Tak smakuje nostalgia, prawda? Kolejny łyk i zostajesz ‘Buried Alive’. Czujesz się przygnieciony ścianą dźwięku? To tylko bas Lemmy’ego. I szalona reszta. Nie zwlekaj! Do dna zostało pięć łyków. Mówię ci, że ‘English Rose’ to zdzira nad zdziry. Uważaj na jej uda. Niech cię nie zwiodą chwytliwe refreny. Pilnuj portfela. Ta mała bestia zasysa szmal lepiej niż czarna dziura światło. Zmieniamy scenografię. Nie, to nie ‘Bonnie i Clyde’. To ty i Ona – dowolna ona - uciekający z łupem przed glinami. Nie chcesz znaleźć się ‘Back On The Chain’. Więc krzyczysz do niej: Keep your foot on the gas baby now. Szybka jazda bez pasów bezpieczeństwa opustoszałą międzystanową. Wśród świszczących kul. Wypij sobie! O, tak dobrze. Teraz coś o ‘Heroes’. Balladowo, refleksyjnie, majestatycznie. Mówisz, że to epicki rock n’ roll? Jak najbardziej. Posłuchaj tej solówki! Majstersztyk! I siup! ‘The Time Is Right’. Tematyka podobna. Znów walka. Masz rację – brzmi to bardzo punkowo. I dobrze. Zespół nie zapomniał o swoich korzeniach. Został ci tylko jeden łyk. Pijesz czy poddajesz się? Zuch chłopak. Ech, ta twoja głupia mina. Tak, to są stery bombowca. Tak, to huk jego silników. Tak, dookoła samolotu wybuchają pociski przeciwlotnicze. All of the doomsday birds are flying. Skup się. Namierz cel. Zrzuć trochę bomb. Usłyszysz ‘The Thousands Names Of God’. Zawsze będzie jakaś wojna. Zawsze będą ginąć jacyś ludzie. Widocznie tak ma być. Bo tak jest dobrze. A jest, bo Bóg nie robi nic, by było inaczej. Ta Jego bezczynność dobra jest. Musi być. Gdyż On – czy to działając, czy to dopuszczając się zaniechania – nie postępuje źle. No, ale będąc w Barze Wszystkich Barów nie musisz przejmować się Bogiem. Jesteśmy istotami spoza dramatu potępienia i zbawienia.

Dobra, dość ględzenia, spójrz na tę rudą. Ależ ma pośladki! Pięknie pachną, prawda? Weź ją na górę. I zabaw się. Dobrze wykorzystaj ten czas. Bo potem masz widzenie z szefem tego miejsca. A z nim bywa różnie. Nieprzewidywalny typ. Oczywiście, zawsze możesz zabrać ze sobą butelkę 'Motorizer'. Mamy też inne - 'Inferno', 'Kiss Of Death' oraz coś z klasyki: 'Overkill', 'Bomber', 'Ace Of Spades', 'Iron Fist' i 'Orgasmatron'. Ty wybierasz.