czwartek, 11 grudnia 2008

Motorizer


W Barze Wszystkich Barów, w którym na Stołach Wszystkich Stołów tańczą Dziwki Wszystkich Dziwek słucha się tylko jednej kapeli – Kapeli Wszystkich Kapel.

Wiem, wiem, jesteś tutaj nowy, zmarłeś przedwczoraj, nie zgłosił się po ciebie żaden anioł i diabeł, poczułeś się odrzucony przez niebiosa i piekło, zrozumiałeś, jak podłe jest to uczucie, a potem, po bezsennej nocy spędzonej w cuchnącym szczynami zaułku, trafiłeś do nas – do miejsca, w którym wieczność zabijają nader specyficzne osoby. Nie będę owijał w bawełnę. Z jakiegoś powodu nie załapałeś się przed narodzinami na casting do dramatu zbawienia i potępienia. Bóg nie przewidział dla ciebie żadnej roli. Diabeł również. Z perspektywy bosko-diabelskiej historiozofii jesteś anomalią. Proszę, nie patrz na mnie krowim wzrokiem. Zewrzyj paszczę. Wyprostuj plecy. I usiądź tutaj. Tak, dokładnie przy tym stoliku. Popatrz na rudą dziwkę tańcująca po blacie. Ale ręce trzymaj przy sobie. Jeszcze zdążysz poużywać.

Co to za zespół? To Motorhead, głupcze. Za mikrofonem, pląsając paluchami po strunach basu, stoi 62 letni facet. Perkusję maltretuje czterdziestopięciolatek. A z gitary ostatnie tchnienie wyciska jegomość, któremu do pięćdziesiątki zostały tylko trzy lata. Lemmy, Dee i Campbell. Wpadli na gościnny występ. Nie, oni żyją. Jak to możliwe? Wiem tylko, że Lemmy i spółka mogą koncertować w Barze Wszystkich Barów. Nie, raczej nie zdają sobie sprawy z tego, w jakim miejscu grają. Zadajesz strasznie dużo pytań. Na mój gust, za dużo. Spójrz, chyba się spodobałeś tej rudej lisicy. Po czym poznałem? Cóż, nie przed każdym kręci ona pupą z zapałem godnym lepszej sprawy. Bez obawy! Tutejsze dziwki nie są umarlakami. One nawet nie były ludźmi. To duszyce. Staną się tym, czy zechcesz, aby były. Pod warunkiem, że wiesz, jak to zrobić. Obecny szef Baru Wszystkich Barów wie. Poczekaj, zaraz wrócę.

Co to jest? Kurde, człowieku, umarłeś przedwczoraj, a już nie pamiętasz, jak wygląda drink? Posmakuj. Śmielej, nie bądź mięczakiem. I jak? Jasne, że mocny. Nie może być inny, skoro zwie się ‘Motorizer’. Przyjrzyj się mu. Ma jedenaście warstw. Każdą nazwano inaczej. Dlaczego? Bo każda opowiada inną historię. No, łyknij sobie. Dobrze, duży łyk. Że co? Tak właśnie powinno być. Usłyszałeś muzykę, nic wielkiego. Hałaśliwa perkusja, chroboczący bas, przesterowana gitara, przepity głos? To ‘Runaround Man’. Pewnie, że buja. Ma bujać. Byś się, przepraszam za słowo, ożywił. W porządku, kiepski żart. Nie obrażaj się. Po śmierci nie warto. Kolejny łyk! Siup! Brawo. Teraz to już oni ‘Teach You How To Sing The Blues’. Nóżki podrygują, łepetyna kiwa się miarowo. Gardziel rwie się do śpiewania. You better shake your moneymaker. Mówisz, że ten utwór brzmi jak twoje życie? Niech ci będzie. Łyknij sobie! Słyszysz trzepot orlich skrzydeł. Rześkie powietrze owiewa twój dziób? Pociski rozrywają twą pierś? Wszędzie terkot, wybuchy i ryk potężnych silników? To ‘When The Eagle Screams’. Małe tam i z powrotem pomiędzy pewną śmiercią na bitewnym polu a egzystencjalną peregrynacją na tonący w chmurach szczyt pewnej góry. Brawo! Sążnisty łyk! Here comes the bass, thunder in the guts. Rock ‘til you can’t stand. Now the guitar speaks, gonna drive your nuts. Nie lękaj się, synu, to tylko koncert. XXI-wieczna wariancja na temat ‘Asów Pikowych’. Brud, czad, ciężar i moc. Wystarczy na bluesowe ‘One Short Life’. Tak smakuje nostalgia, prawda? Kolejny łyk i zostajesz ‘Buried Alive’. Czujesz się przygnieciony ścianą dźwięku? To tylko bas Lemmy’ego. I szalona reszta. Nie zwlekaj! Do dna zostało pięć łyków. Mówię ci, że ‘English Rose’ to zdzira nad zdziry. Uważaj na jej uda. Niech cię nie zwiodą chwytliwe refreny. Pilnuj portfela. Ta mała bestia zasysa szmal lepiej niż czarna dziura światło. Zmieniamy scenografię. Nie, to nie ‘Bonnie i Clyde’. To ty i Ona – dowolna ona - uciekający z łupem przed glinami. Nie chcesz znaleźć się ‘Back On The Chain’. Więc krzyczysz do niej: Keep your foot on the gas baby now. Szybka jazda bez pasów bezpieczeństwa opustoszałą międzystanową. Wśród świszczących kul. Wypij sobie! O, tak dobrze. Teraz coś o ‘Heroes’. Balladowo, refleksyjnie, majestatycznie. Mówisz, że to epicki rock n’ roll? Jak najbardziej. Posłuchaj tej solówki! Majstersztyk! I siup! ‘The Time Is Right’. Tematyka podobna. Znów walka. Masz rację – brzmi to bardzo punkowo. I dobrze. Zespół nie zapomniał o swoich korzeniach. Został ci tylko jeden łyk. Pijesz czy poddajesz się? Zuch chłopak. Ech, ta twoja głupia mina. Tak, to są stery bombowca. Tak, to huk jego silników. Tak, dookoła samolotu wybuchają pociski przeciwlotnicze. All of the doomsday birds are flying. Skup się. Namierz cel. Zrzuć trochę bomb. Usłyszysz ‘The Thousands Names Of God’. Zawsze będzie jakaś wojna. Zawsze będą ginąć jacyś ludzie. Widocznie tak ma być. Bo tak jest dobrze. A jest, bo Bóg nie robi nic, by było inaczej. Ta Jego bezczynność dobra jest. Musi być. Gdyż On – czy to działając, czy to dopuszczając się zaniechania – nie postępuje źle. No, ale będąc w Barze Wszystkich Barów nie musisz przejmować się Bogiem. Jesteśmy istotami spoza dramatu potępienia i zbawienia.

Dobra, dość ględzenia, spójrz na tę rudą. Ależ ma pośladki! Pięknie pachną, prawda? Weź ją na górę. I zabaw się. Dobrze wykorzystaj ten czas. Bo potem masz widzenie z szefem tego miejsca. A z nim bywa różnie. Nieprzewidywalny typ. Oczywiście, zawsze możesz zabrać ze sobą butelkę 'Motorizer'. Mamy też inne - 'Inferno', 'Kiss Of Death' oraz coś z klasyki: 'Overkill', 'Bomber', 'Ace Of Spades', 'Iron Fist' i 'Orgasmatron'. Ty wybierasz.

Brak komentarzy: