wtorek, 15 grudnia 2009

Fakt, cień, trumna

Jeszcze nie tym razem. Ale już niedługo. Już wnet. Napiszę o świecie Malebranche'a, z którego powróciłem jakiś czas temu. Dzisiaj skreślę kilkanaście, może kilkadziesiąt zdań o pewnej koncepcji człowieka uwikłanego w drobny, acz istotny - przynajmniej dla niego - fakt z drugiego tygodnia września bieżącego roku. Fakt ten rzuca cień w kształcie trumny, symbolizując pochówek. Pochówek bohatera tej notki. William P. Alston - amerykański filozof, autor artykułów i książek mających istotne znaczenie dla rozwoju dwudziestowiecznej epistemologii, filozofii języka i filozofii religii uprawianych w analitycznym stylu - zmarł 13 września. Na raka. Czegoś tam. Zmarł i... to już wie albo nie wie sam zmarły.

Nie zamierzam opisywać całego filozoficznego dorobku Alstona. Zainteresowane nim osoby odsyłam tutaj, tutaj i przede wszystkim tutaj. Opiszę jedynie jego fragment w postaci koncepcji epistemicznej kolistości. Niechaj ten opis będzie wyrazem mojego uznania dla wielce przenikliwych, wieloaspektowych, subtelnie i lekko prowadzonych analiz, którymi William P. Alston zasłynął chociażby w artykułach z Epistemic Justification (1989).

Preliminaria

Argument jest to taki układ zdań, w którym co najmniej jedno zdanie pełni rolę przesłanki a co najmniej jedno wniosku. W argumencie dedukcyjnym wniosek wynika logicznie z przesłanek. Oznacza to, że jeśli przesłanki są prawdziwe, to wniosek też jest prawdziwy. Argument, w którym wniosek miał wynikać, i wynika, logicznie z przesłanek, nazwiemy formalnie poprawnym. Argument, w którym przesłanki są prawdziwe, nazwiemy materialnie poprawnym. Argument, w którym każda przesłanka ma Pozytywny Status Epistemiczny (PSE), nazwiemy epistemicznie poprawnym. Argument, którego każdą przesłankę akceptuje nasz oponent w dyskusji, nazwiemy dialektycznie poprawnym.

Przez Pozytywny Status Epistemiczny rozumiem taką cechę zdania p, której posiadanie przez p upoważnia S do wiary w prawdziwość p. Przekonanie S = zdanie uważane przez S za prawdziwe. S = osoba ludzka.

Przyjmuję, że (Definicja Uzasadnienia Zdania) S uzasadnił p wtedy i tylko wtedy, gdy:

(a) S wywnioskował p ze swojego przekonania, którym jest q;
(b) p wynika z q;
(c) q posiada PSE.

Przyjmuję też, że (Definicja Wykazania Prawdziwości Zdania) S wykazał, że p jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy, gdy:

(a’) S wywnioskował p ze swojego przekonania, którym jest q;
(b’) p wynika z q;
(c’) p jest prawdziwe;
(d’) q jest prawdziwe;
(e’) q posiada PSE.

Odpowiednio (Definicja Wykazania Prawdziwości Zdania Innej Osobie) S wykazał S', że p jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy, gdy:

(a’') S wywnioskował p z przekonania S', że q;
(b’) p wynika z q;
(c’) p jest prawdziwe;
(d’) q jest prawdziwe;
(e’) przekonanie S, że q posiada PSE;
(f') przekonanie S', że q posiada PSE.

W (e') i (f') idzie odpowiednio o to, że egzemplarz zdania q, który S uważa za prawdziwy, posiada PSE oraz o to, że egzemplarz zdania q, który S' uważa za prawdziwy, posiada PSE. Niewykluczone więc, że mogą być inne egzemplarze zdania q, które nie mają PSE. Na przykład, może być tak, że jedna osoba zasadnie wierzy, iż Eubulaos jest sceptykiem, natomiast inna żywi to przekonanie bezzasadnie.

Według powyższych definicji, można uzasadnić fałszywe zdanie, nie można jednak wykazać, że jest ono prawdziwe. Z kolei w oparciu o uzasadniony fałsz nie można wykazać prawdy.

Przyjmuję, że (Definicja Wiedzy) S wie, że p wtedy i tylko wtedy, gdy:

(x) p jest prawdziwe;
(y) S jest przekonany, że p;
(z) przekonanie S, że p posiada PSE.

Epistemologia: internalizm a eksternalizm

Według standardowego ujęcia, wiedza to uzasadnione prawdziwe przekonanie. S wie, że p wtedy i tylko wtedy, gdy (1) S jest przekonany, że p, (2) p jest prawdą, (3) p jest uzasadnione (po mojemu: posiada PSE).

Internalizm epistemologiczny jest stanowiskiem, które głosi, że podmiot przekonania p musi mieć refleksyjny dostęp do tego, co uzasadnia to przekonanie, aby mogło ono uzyskać Pozytywny Status Epistemiczny.

Eksternalizm epistemologiczny odrzuca ten wymóg i głosi, że niektóre czynniki uzasadniające przekonanie p mogą być niedostępne w refleksji dla jego podmiotu.

W artykule „An Internalist Externalism” [Alston 1989] Alston zaproponował następującą definicję pojęcia uzasadnionego przekonania (Alstonowska Definicja Uzasadnionego Przekonania):

(ADUP) S jest przekonany zasadnie, że p wtedy i tylko wtedy, gdy p jest oparte na adekwatnej podstawie.

Podstawą przekonania p może być mechanizm poznawczy podmiotu S, który je wygenerował lub jakieś inne przekonanie, z którego S wywnioskował p lub jakieś doświadczenie percepcyjne podmiotu S.

Zarówno pojęcie podstawy, jak i pojęcie jej adekwatności mogą mieć, i mają, interpretacje internalistyczne lub eksternalistyczne.

Tytułem przykładu, niektórzy internaliści twierdzą, że jeśli S jest zasadnie przekonany, że p, to S jest zasadnie przekonany, że podstawa, na której opiera się p, jest adekwatna. Niektórzy internaliści dodają do tego, że podstawą tą może być jedynie inne przekonanie S, i to takie, które jest już uzasadnione, czyli, według mojej terminologii, posiada PSE.

Eksternaliście wystarczy to, by podstawa żywionego przez S przekonania, że p była adekwatna – niezależnie od tego, czy podstawą tą ma być inne przekonanie, mechanizm poznawczy czy jakieś doświadczenie percepcyjne.

Alston przyjął, że do przekonań percepcyjnych ma zastosowanie następująca interpretacja ADUP:

(ADUP-reliabilizm) S jest zasadnie przekonany, że p wtedy i tylko wtedy, gdy p zostało wygenerowane w S przez jego reliabilny mechanizm percepcyjny.

Jeśli p, będące przekonaniem percepcyjnym S, zostało wygenerowane w S przez jego reliabilny mechanizm percepcyjny, a ponadto p jest prawdziwe, to S wie, że p. Reliabilny mechanizm generowania przekonań = mechanizm generujący na ogół prawdziwe przekonania.

Zaznaczę, że stanowisko Alstona w sprawie warunków koniecznych i wystarczających posiadania PSE przez percepcyjne przekonania jest o wiele bardziej złożone niż to wynika z powyższej prezentacji. Alston twierdził, że PSE przekonania percepcyjnego zależy także od PSE innych przekonań jego podmiotu, zwłaszcza tych, których treść dotyczy reliabilności mechanizmu percepcyjnego. Idzie tutaj o te przekonania S, z których wynika, że ów mechanizm nie działa reliabilnie. W rezultacie Alston dopuszczał możliwość utraty przez dane przekonanie percepcyjne PSE oraz możliwość odzyskania go dzięki zastosowaniu jakiegoś argumentu. Pominąłem te - istotne, mimo wszystko - szczegóły, gdyż nie mają one znaczenia dla objaśnienia treści pojęcia epistemicznej kolistości.

Epistemiczna kolistość

Według Alstona, jeśli prawdziwy jest (ADUP-reliabilizm), to nie jesteśmy w stanie wykazać reliabilności naszej percepcji nie wykorzystując w roli przesłanek przekonań przez nią wygenerowanych. W rezultacie nie jesteśmy w stanie argumentować na rzecz tezy o tym, że nasza percepcja jest reliabilna nie obciążając naszych argumentów epistemiczną kolistością.

Zdaniem Alstona, możemy w następujący sposób sformułować indukcyjny argument na rzecz tezy o reliabilności percepcji zmysłowej: z próbki naszych przekonań percepcyjnych wybieramy te, o których zasadnie sądzimy, że są prawdziwe, a następnie, jeśli stanowią one znaczącą większość naszych przekonań z próbki, wnioskujemy, że nasza percepcja jest reliabilna. Schematycznie argument ów przedstawia się tak (A1):

(1) W czasie t1, S uformował percepcyjne przekonanie, że p1 i p1 jest prawdziwe.
(2) W czasie t2, S uformował percepcyjne przekonanie, że p2 i p2 jest prawdziwe.
(3) .
(4) .
(5) .
(6) .
(7) .
(8) W czasie tn, S uformował percepcyjne przekonanie, że pn i pn jest prawdziwe.
(9) Zatem percepcja zmysłowa jest reliabilna.

Jeśli wierząc zasadnie w prawdziwość każdego z moich przekonań percepcyjnych wykorzystanych w roli przesłanek argumentu (A1), wywnioskuję z nich prawidłowo tezę, że moja percepcja jest reliabilna, to nadam jej PSE. Jeśli ponadto przesłanki i wniosek (A1) będą prawdziwe, to dzięki (A1) wykażę prawdziwość tezy o reliabilności mojej percepcji, czyli uzyskam wiedzę o tym, że jest ona reliabilna.

Alston nazwał argumenty w stylu argumentu (A1) epistemicznie kolistymi. Można powiedzieć, że epistemicznie kolisty jest każdy argument, w którego wniosku znajduje się teza o reliabilności percepcji, a jego przesłankami są percepcyjne przekonania, które posiadają PSE, o ile teza z wniosku jest prawdziwa.

Epistemiczna versus logiczna kolistość

Epistemiczna kolistość bywa mylona z kolistością logiczną. Różnicę między oba typami kolistości wyjaśnię na przykładzie dwóch argumentów wziętych z Medytacji o filozofii pierwszej Kartezjusza.

(A2):

(1) Cokolwiek jasno i wyraźnie postrzegam jest prawdą
(2) Jasno i wyraźnie postrzegam, że Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem.
(3) Zatem Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem.

(A3):

(4) Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem.
(5) Jeśli Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem, to cokolwiek jasno i wyraźnie postrzegam jest prawdą.
(6) Zatem cokolwiek jasno i wyraźnie postrzegam jest prawdą.

Z obu tych argumentów można zbudować argument (A4), który jest argumentem logicznie kolistym, czyli takim, w którym wniosek jest identyczny z jedną z przesłanek.

(A4):

(1) Cokolwiek jasno i wyraźnie postrzegam jest prawdą
(2) Jasno i wyraźnie postrzegam, że Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem.
(3) Zatem Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem.
(4) Jeśli Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem, to cokolwiek jasno i wyraźnie postrzegam jest prawdą.
(5) Zatem cokolwiek jasno i wyraźnie postrzegam jest prawdą.

W (A4) wniosek, czyli (5) jest identyczny z przesłanką (1). Argument logicznie kolisty ma ten feler, że albo jest bezużyteczny, albo zbędny. Oto dlaczego: można uzasadnić (5) w oparciu o (3), o ile (3) posiada PSE. Natomiast (3) można uzasadnić w oparciu o (5), o ile (5) posiada PSE. Zatem jeśli (5) nie ma PSE, to i tak nie uzyska go dzięki (A4). Jeśli zaś (5) ma PSE, to i tak nie uzyskało go dzięki (A4).

Argument (A4) nie jest epistemicznie kolisty: posiadanie przez jego przesłanki PSE nie zakłada prawdziwości wniosku.

Można tak zinterpretować argument (A3), że okaże się on epistemicznie kolisty [DeRose 1992, Sosa 1997]. Przyjmijmy na próbę, że kartezjańska koncepcja jasnych i wyraźnych percepcji jest odmianą epistemologicznego eksternalizmu (Kartezjański Eksternalizm):

(KE) dla każdego p, S wie (jest pewien), że p wtedy i tylko wtedy, gdy S jasno i wyraźne postrzega p, a jasne i wyraźne percepcje S są reliabilne.

Załóżmy, że zasada (KE) jest prawdziwa. Zatem jeśli percypuję jasno i wyraźnie, że istnieje Bóg, a moje jasne i wyraźne percepcje są reliabilne, to wiem, że istnieje Bóg. W rezultacie wiedzę o tym, że istnieje Bóg mogę uzyskać nieinferencyjnie, bez jakiegokolwiek argumentu, w tym argumentu (A2):

(1) Cokolwiek jasno i wyraźnie postrzegam jest prawdą
(2) Jasno i wyraźnie postrzegam, że Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem.
(3) Zatem Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem.

Wiedząc, nieinferencyjnie, że istnieje Bóg, który nie jest zwodzicielem, mogę posłużyć się argumentem (A3), aby uzyskać wiedzę o reliabilności jasnych i wyraźnych percepcji, czyli o tym, że każde p, które percypuję jasno i wyraźnie, jest prawdziwe.

(4) Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem.
(5) Jeśli Bóg istnieje i nie jest zwodzicielem, to cokolwiek jasno i wyraźnie postrzegam jest prawdą.
(6) Zatem cokolwiek jasno i wyraźnie postrzegam jest prawdą.

Argument (A3), przy założeniu (KE), jest epistemicznie kolisty – wiedza o prawdziwości (4) zakłada prawdziwość wniosku, czyli (6), w którym jest mowa o reliabilności jasnych i wyraźnych percepcji. (A3) nie jest jednak logicznie kolisty, gdyż wśród jego przesłanek nie ma wniosku - ani implicite, ani explicite.

Uogólniając, epistemicznie kolisty jest każdy argument w którego wniosku znajduje się teza o adekwatności źródła przekonań X, a jego przesłankami są przekonania wygenerowane przez X, które posiadają PSE, o ile teza z wniosku jest prawdziwa.

Epistemiczna kolistość kontrowersyjna

William P. Alston artykułem "Epistemic Circularity" [Alston 1989] rozpętał w anglosaskiej filozofii analitycznej trwającą do dziś dyskusję między epistemologicznymi internalistami i eksternalistami na temat poprawności epistemicznie kolistych argumentów.

Wielu filozofów uważa, że epistemicznie koliste argumenty są wadliwe – i to tak wadliwe, że w ogóle nie działają. Opinia ta jest dosyć rozpowszechniona wśród epistemologicznych internalistów. Zasadniczy zarzut wobec epistemicznie kolistych argumentów jest taki, że nie da się użyć percepcji do uzasadnienia tezy o reliabilności percepcji, nie da się użyć pamięci do uzasadnienia tezy o reliabilności pamięci, nie da się użyć indukcji do uzasadnienia tezy o reliabilności indukcji, nie da się użyć racjonalnej intuicji do uzasadnienia tezy o reliabilności racjonalnej intuicji, i tak dalej. Pozostaje jednak pytanie: dlaczego?

Cóż, omówię tylko jedną z odpowiedzi, dość, jak sądzę, poważną. Oto jej treść: aby przesłanki epistemicznie kolistego argumentu posiadały PSE, osoba chcąca się nimi posłużyć musi wiedzieć, że źródło tych przesłanek jest adekwatne. Na przykład, przekonania będące przesłankami epistemicznie kolistego argumentu (A1) posiadają PSE, a nawet mają status wiedzy, o ile mechanizm percepcyjny, który je wygenerował jest reliabilny, a podmiot tych przekonań jest zasadnie przekonany, że ów mechanizm działa reliabilnie. Przesądza to, że wśród przesłanek (A1) powinna znaleźć się teza o reliabilnym działaniu mechanizmu, który je wygenerował. Jeśli wśród przesłanek (A1) znajdzie się ta teza, to omawiany argumenty zmieni się w kolisty logicznie. W rezultacie (A1) okaże się albo bezużyteczny, albo zbędny.

Dlaczego krytyk epistemicznie kolistych argumentów uważa, że warunkiem koniecznym posiadania PES przez przesłanki (A1) jest wiedza S (lub przynajmniej jego zasadne przekonanie), że mechanizm poznawczy, który je wygenerował, jest reliabilny? Czy nie dlatego, że przyjmuje on zasadę, iż dla każdego p, będącego przekonaniem S, S wie (lub jest zasadnie przekonany), że p, o ile wie (lub jest zasadnie przekonany), że podstawa p jest adekwatna?

Zasada ta ma ten mankament, iż generuje ona nieskończony regres warunków posiadania wiedzy (lub zasadnego przekonania). Wynika z niej bowiem, że co najmniej jedną z podstaw danego przekonania musi być inne przekonanie - mianowicie przekonanie o adekwatności jego podstawy. Zatem: jeśli wiem, że p, to wiem, że q, będące podstawą p, jest adekwatne, czyli posiada PSE. Ale jeśli wiem, że q posiada PSE, to wiem, że r, będące podstawą mojego przekonania, że q posiada PSE, też posiada PSE. I tak dalej - w nieskończoność. Gdyby ta zasada była prawdziwa, żaden człowiek nie tylko niczego by nie wiedział, ale również nie mógł wiedzieć!

William P. Alston uznał, że zwolennik tej zasady popełnia błąd pomylenia poziomów. To prawda, że warunkiem koniecznym tego, aby S wiedział (był zasadnie przekonany), że wie (jest zasadnie przekonany), iż p, jest to, by wiedział (był zasadnie przekonany), że p. Prawdą jest też to, że warunkiem koniecznym tego, aby S wiedział, (był zasadnie przekonany), że wie (jest zasadnie przekonany), iż p, jest to, by wiedział (był zasadnie przekonany), że podstawa, na której opiera się p, jest adekwatna - na przykład, jeśli podstawą mojego przekonania, że p jest inne moje przekonanie, mianowicie q, to warunkiem koniecznym tego, abym wiedział, że wiem, iż p jest to, bym wiedział, że q jest adekwatne, czyli posiada PSE. Jednakże żadna z tych prawd nie przesądza, że warunkiem koniecznym posiadania wiedzy, że p jest posiadanie wiedzy o adekwatności podstawy p!

Oczywiście, zarzutów wobec epistemicznie kolistych argumentów sformułowano o wiele więcej. Omówiłem je, wraz z innymi typami kolistości, w artykule, który - mam nadzieję - ukaże się w pewnej zbiorówce już w przyszłym roku.

Teraz mogę zabrać się za spisanie wspomnień z pobytu w świecie Malebranche'a.


Bibliografia

1. Alston [1989] – W. P. Alston, Epistemic Justification. Essays in the Theory of Knowledge, Cornell University Press, Ithaca-London 1989.
2. Alston [1991] – W. P. Alston, Perceiving God. The Epistemology of Religious Experience, Cornell University Press, Ithaca-London 1991.
3. Alston [1993] – W. P. Alston, The Reliability of Sense Perception, Cornell University Press, Ithaca-N.Y. 1993.
4. Alston [2005] – W. P. Alston, Beyond "Justification": Dimensions Of Epistemic Evaluation, Cornell University Press, Ithaca-N.Y. 2005.
5. DeRose [1992] – K. DeRose, “Descartes, Epistemic Principles, Epistemic Circularity and Scientia” w: Pacific Philosophical Quarterly 73, s. 220-230.
6. Sosa [1997] – E. Sosa, “Reflective Knowledge in the Best Circles” w The Journal of Philosophy 97/9408, s. 410-430.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Dzieła wiedźmy

Droga usiana różami

Weszli do studia z zamiarem nagrania coveru utworu Alice Coopera, ale ostatecznie, choć grali ze sobą krótko, bo raptem kilka miesięcy, zarejestrowali pięcioutworową epkę. O zadziorne, ciężkie i klarowne brzmienie instrumentów zadbał Eric Klingier (ex-Pro-Pain) sprawiając, że utrzymane w stylistyce klasycznego heavy kawałki zabrzmiały nie tylko jak żywcem przeniesione z lat osiemdziesiątych, lecz również magicznie, kumulując w sobie złowieszczość muzyki Mercyful Fate, epickość wczesnych albumów Fates Warning i Queensryche, przebojowość Dokken, Whitesnake oraz moc Jag Panzer i Helstar. Zarazem czterem młodym muzykom udało się zaprezentować styl, który doświadczonemu słuchaczowi może nasunąć skojarzenia z Iron Maiden, Judas Priest, czy - jak mnie (laikowi) - z wczesnym Jacob's Dream, ale mimo to nie wyczerpujący się w podobieństwach do twórczości wymienionych zespołów. Dzięki 'Roses On A White Lace' narodził się zespół z ogromnym potencjałem twórczym, grający klasyczny heavy tak, jakby lat dziewięćdziesiątych w ogóle nie było.

Epkę otwiera utwór tytułowy, czyli wspomiany cover. Płyty Alice Coopera nie znam, więc nie porównam coveru z oryginałem, choć wątpię, aby ten drugi został lepiej zagrany niż kawałek, który Icarus Witch zaserwował słuchaczom na dzień dobry, od razu wprowadzając nas w magiczno-mistyczny klimat kolejnych numerów. Zresztą w oryginale solówki nie zagrał Michael Romero (Symphony X). Mocne, smakowite uderzenie, w którym zespół pokazuje się z najlepszej strony, ale potem jest jeszcze lepiej. Wyraziste, mięsiste riffy, średnie tempa, klimatyczne zwolnienia, dobrze słyszalny bas, wystrzałowe solówki i - rewelacja - wspaniały śpiew Matthew Bizilli, mocny, wysoki, drapieżny, a przede wszystkim idealnie pasujący do mrocznej atmosfery muzyki Icarus Witch. Jeśli klasyczny metal z USA, to tylko z co najmniej dobrym wokalistą! Bizilla nie zawodzi i... nie zawodzi, przeciwnie, nawet w wysokich partiach śpiewa mocno, z jajami. Jakieś skojarzenia lub podobieństwa? Może Bruce Dickinson? Może James Rivera? Może Geoff Tate? Może David Taylor (ex-Jacob's Dream)? Może, kto wie?! Każdy usłyszy to, co zechce.

Najlepsze utwory na krążku? Żartujecie, prawda? Mamy tutaj same killery - 'Curse Of The Ice Maiden', 'Winds Of Atlantis' i 'Dragon Ryder'. Smoczy jeździeć? Pierdy Atlantydy? Klątwa Lodowej Dziołchy? Bez obaw! Owszem, tematyka tekstów Icarus Witch jest, powiedzmy, baśniowa, jednak zarówno klimat poszczególnych kawałków, jak i same teksty nie mają nic wspólnego z lukrowanym fantasy rodem ze setnych popłuczyn po Tolkienie straszących erpegowymi stereotypami, językowymi kalkami i bezmyślnie zaprojektowanymi neverlandami. W muzyce Icarus Witch czuć atmosferę pogańskiego święta, moc zaklęć czarnej magii i wicher wiejący z prastarych krain rodem z wyobraźni Howarda, Lovecrafta czy Wagnera. Nic tylko słuchać, machać łbem, cieszyć japę, przytupywać nóżką. Dla miłośników - a cóż dopiero fanatyków - heavy metalu 'Roses On A White Lace' to konieczny element kolekcji!

W pogoni za magią

'Capture The Magic' miał być wielkim albumem. Miał być dla Icarus Witch tym, czym dla Queensryche był 'Warning' a 'Number Of The Beast' dla Iron Maiden. Nadzieje były wielkie, entuzjazm zespołu ogromny, a końcowy efekt okazał się... dobry. Obyło się bez fajerwerków, wiwatów i powszechnego zachwytu.

Epka 'Roses On A White Lace' spotkała się z pozytywnym odzewem branżowych mediów, zapewniła zespołowi rozgłos i zasłużone uznanie, a także kontrakt płytowy z Cleoparta Records. Produkcją albumu ponownie zajął się Eric Klingier (ex-Pro-Pain). Gościnny udział w nagraniach wzięli Frank X. Aresti (gitara/ex-Fates Warning) i George Lynch (gitara/Dokken). Pierwszy zagrał solówkę w utworze 'The Ghost Of Xavier Holmes', drugi w coverze 'S.A.T.O.' - numeru Ozzy'ego Osbourtne'a z albumu 'The Diary Of The Madman'. Tym razem pod okładką - skądinąd równie dobrą jak okładka epki wykonana przez Mattiasa Norena - podpisał się Garry Shape-Young, Trzy czaszki skierowane w różne strony świata, pomiędzy nimi pięcioramienna gwiazda, a to wszystko na tle okrągłej, drewnianej klapy zamontowanej w pokrytym listowiem kamiennym murze. Klimat znajomy, znany już z epki - pogańska symbolika tekstów, między wersami i riffami czarna magia, a w kolejnych utworach mroczne i krwawe baśnie dla dużych dzieci, które nie wyrosły z prozy Howarda, Lovecrafta i Wagnera.

Zaczynamy od przejmującego dramaturgią szturmu na twierdzę ('Storming The Castle'), potem próbujemy ujarzmić zaklętą w lustrze magię ('Capture The Magic'), szukamy pięknej cyganki i własnego przeznaczenia ('Soothsayer'), śledzimy tragiczny romans shoguna i córki tyrana ('Forevermore'), przeżywamy horror na szkunerze Xaviora Holmesa ('The Ghost Of Xavior Holmes'), walczymy o blask dnia w krainie pogrążonej w odwiecznych ciemnościach ('Darklands'), świętujemy po pogańsku w zaklętym lesie ('Nemeton Forest'), wreszcie jesteśmy świadkami przebudzenia się Górskich Gigantów ('Awakening The Mountain Giants'). Heavymetalowe słuchowisko kończymy na znakomicie wykonanym coverze 'S.A.T.O.'.

Opowiedziane na tej płycie historie można zobrazować posępnymi, surowymi i barbarzyńskimi dziełami Franka Frazetty. Obrazy takie jak Conan The Barbarian, Dark Kingdom, The Silver Warrior, Snow Giants czy najbardziej bodajże znany The Death Dealer, będący niemalże ikoną twórczości Frazetty, idealnie wręcz pasują do fantastycznych światów z tekstów Icarus Witch, a przynajmniej, jeśli znacie wymienione dzieła, unaocznią wam, jakiego klimatu powinniście się spodziewać po utworach z 'Capture The Magic'.

Pod względem muzycznym album zawiódł moje oczekiwania. Zamiast rewelacyjnej płyty otrzymałem tylko dobrą. Zespół skupił się na kompozycjach utrzymanych w średnim tempie, z licznymi zwolnieniami, bardzo rytmicznych, budując w nich, dzięki mocnym riffom, wspaniałym harmoniom i soczystym solówkom, klimat mrocznej baśni, pełnej groźnej magii i sekretów skrywanych na każdej rogatce. Ciepłe, chwilami parne brzmienie, mięsista perkusja, wyeksponowany bas, a wśród selektywnie brzmiącego instrumentarium wokal Matthew Bizilli, jak zwykle mocny, wysoki (ale bez przesady), zależnie od historii drapieżny lub tajemniczy. W każdym dźwięku heavymetalowy. Pierwsze trzy utwory - 'Storming The Castle', 'Capture The Magic' i 'Soothsayer' - nie rzucają na kolana ani nie rozdziawiają japy słuchacza, są ponadto do siebie bardzo podobne, a to z powodu zbliżonego tempa. Najlepiej z tej trójki prezentuje się 'Soothsayer', bardzo melodyjny, rock n' rollowy jak hicior Dokken czy Def Leppard, z ciekawymi liniami wokalnymi i wystrzałową solówką. Numer tytułowy robi naprawdę dobre wrażenie dopiero razem z nakręconym do niego teledyskiem. Szczerze mówiąc, jest to jeden z lepszych klipów heavymetalowych, jakie widziałem. Od czwartego utworu, czyli niesamowicie przebojowego 'Forevermore' zaczyna się lepsza część albumu, z samymi hiciorami, wśród których najlepsze są nastrojowy i dynamiczny 'The Ghost Of Xavior Holmes' oraz posępny, desperacki 'Darklands'. Ten pierwszy powala świetnie oddanym klimatem morskiej tragedii, przepięknym zwolnieniem przed solówką i wreszcie samą solówką, którą zagrał Frank X. Aresti (ex-Fates Warning). Szkoda, że cover 'S.A.T.O.' jest jedynym kawałkiem, w którym Bizilla i spółka znacznie przyspieszają, wręcz galopują, co, jak sądzę, powinni uczynić również w kilku wcześniejszych utworach. Niestety, na 'Capture The Magic' zabrakło porządnych galopad.

Pomimo tych zastrzeżeń radzę wam, byście na własną rekę zagłębili się w magiczne światy wykreowane dźwiękami i słowami przez Icarus Witch. Tym bardziej, że zespół ma potencjał na zostanie spóźnionym klasykiem lub, jeśli wolicie, spóźnioną legendą heavy metalu. Oczywiście, po wysłuchaniu 'Capture The Magic' możecie sięgnąć po...

Songs Of The Lost

Jeszcze wolniej. Tylko jeden, otwierający album, utwór jest utrzymany w żwawszym tempie, bliskim galopady, ale nawet on emanuje opisanym powyżej klimatem, tym razem jeszcze bardziej namacalnym, wręcz lepkim, zatykającym pory i nozdrza, dusznym, mogącym kojarzyć się z aurą złowieszczej obietnicy. Spowici dźwiękową mazią rodem z rondelka wiedźmy, usłyszmy historię o nocnych łowach, po której na ustach zostanie nam posmak krwi ('Out For Blood'). Czując ponętny zapach iskrzącej z naszych palców magii żywiołów, będziemy w niemym podziwie spoglądać na niebiosa pełne znaków odsłaniających rąbki przeznaczenia ('Written In The Stars'). Kołysani hipnotyczną grą basu i perkusji, wnikającą aż w molekularne głębiny naszych trzewi, ujrzymy niebo uderzające z hukiem o ziemię ('The Sky Is Falling'). Oddamy się rozważaniom nad naturą bestii, której odbicie będzie spoglądało na nas z lustra ('Nature Of The Beast'). Królowa wszelkich abominacji spróbuje uwieść nas mową gładką a kłamliwą ('Queen Of Lies'). Potem spróbujemy uciec z imprezy pełnej rozmodlonych nieznajomych w szpiczastych kapturach, żywcem przeniesionej z jakiegoś horroru o czcicielach Lucyfera nakręconego w latach siedemdziesiątych XX wieku ('Devil's Hour') Uniknąwszy krwawego końca na ołtarzu, spróbujemy wywikłać się z rodzinnej tragedii w domu Usherów ('House Of Usher'). Tuż przed metą w postaci piosnki o kolejnej miłości, która has passed away, poćwiczymy się w epikurejskim podejściu do śmierci i rzekomego afterlife. W międzyczasie, dla wytchnienia, posłuchamy 'Mirror Mirror', coveru Głuchego Leoparda, zaśpiewanego gościnnie przez Joe Lynn Turnera.

Ot, wiedźmowaty heavy metal. Czy lepszy niż ten z 'Capture The Magic'? Nie odpowiem.

środa, 2 września 2009

Prawda 2: Łotrzyca

Zamordowali rodzinę. Kobietę, mężczyznę i dziecko. Dokładnie w tej kolejności. Mąż patrzył na śmierć żony, dziecko na śmierć rodziców, a jedynymi świadkami agonii dziecka byli mordercy. Czterej mężczyźni, którzy w gęstwinie nocy ciemniejszej niż inne włamali się do naszego domu. Mordercy nie uważali się za morderców, chociaż nie zaprzeczali, że tamtego dnia umyślnie uśmiercili trzy osoby. Przeciwnie – byli dumni z dokonanego zabójstwa, a dumę z przelanej krwi wspierali racjami, z których wynikało, że nie było ono morderstwem.

Dranie. Skundleni.

W żadnym z sześciu
czaskątków Ziemi, w których zginęła jedna z moich sześciu rodzin, nie rozległ się mój płacz. W żadnym nie nauczyłam się czytać i pisać. Nie poznałam smaku męskiego przyrodzenia. Nie przeczytałam książki. Nie zachwyciłam się zachodem słońca. W żadnym nie pomodliłam się do LOVE ani żadnego innego bóstwa z ziemskich panteonów. W żadnym im nie złorzeczyłam.

Mordercy. Dranie. Skundleni. Moją siostrę też zabili. To dziecko z pierwszego akapitu. Po drugiej stronie macicy niż ja. Przynajmniej widziała gwiazdy.


Set the world on fire

-Słuchaj, moja spandeksowa suko, jesteś odmieńcem - powiedziała Aimee tamtej nocy, kiedy podpaliłam miasto, a jego obrońców rzuciłam na kolana. Aimee była wówczas brunetką o oliwkowej cerze, drobną, z piwnymi oczyma, z których, jak się wnet przekonałam, potrafiła wykrzesać całą gamę elektryzujących spojrzeń. - Masz anomalną metafizykę. I, co rzadkie, wiesz o tym.

Uśmiechała się urokliwie, pełnią ust, błyskając bielą dużych, równych zębów. Dokładnie takich, za jakimi przepadałam u kobiet. Miała, bestia, rację. Moja metafizyka była anomalna. Sądziłam, że, pomijając LOVE, tylko ja o tym wiem - ludzie brali mnie za zwykłą łotrzycę. I tak miało pozostać. Zacisnęłam pięści i przygotowałam się do skoku. Dzieliło nas dwieście metrów dachu najwyższego wieżowca biznesowego centrum Melhizabet. Drobnostka. Wtedy jej głos ponownie rozbrzmiał w mym czarnym od łotrostwa wnętrzu.

-Opowiem ci historię o sześciu rodzinach, sześciu mordach i dziecku, które nie narodziło się sześć razy. Potem podejmiesz decyzję.

Miasto płonęło od pięciu godzin; od dwóch dogorywało. Moje bestie - szablozębne, szabloręczne, szablonożne, szabloduszne, świecące refleksami eksplodujących neonów i rozszalałego ognia - były wszędzie, niszcząc organiczne i nieorganiczne formy materii. Nie było już Ligi Prawych, Młodych i Seksownych (LPMiS), do której - nie licząc stada hipersamczych, w większości jawnie homoseksualnych, po apolińsku wyrzeźbionych herosów, przy których Superman był wzorcem męskiego zniewieścienia - należały trzy komiksowo krągłodupne heroiny: jednojajowe trojaczki, każda z grzywą srebrzystych włosów, oczami czarnej pantery, ustami Szatana i językiem zdolnym wyrwać duszę z trzewi. Zginęły na samym początku, z mojej ręki. Potem przyszła kolej na pozostałych nad-nad-nad-nad-ludzi, pod fikuśnym spandeksem przywiązanych do mieszczańskich wartości w rodzaju zimnego piwa, rozgrywek piłkarskich i pikantnego seksu - niekoniecznie monogamicznego i heteroseksualnego. Zbryzgana szczątkami Silver Sisters,
wmaszerowałam bezceremonialnie, w akompaniamencie szablistej kanonady moich bestii, do gotyckiego zamku będącego domem, centrum logistycznym, ośrodkiem treningowym oraz spa Ligi, po czym - lawirując bez wysiłku pomiędzy samonaprowadzającymi się ostrzami, zaprogramowanymi wcześniej na odszukiwanie i zabijanie wszelkiego sortu good guys and good girls - pomogłam zaskoczonym przywódcom LPMiS wyzbyć się sił, sprawności, zdrowia, życia i marzeń. Niekoniecznie w podanej kolejności.

Pięć godzin później usłyszałam głos brunetki o oliwkowej cerze. Zaraz po skręceniu karku kuloodpornej i latającej maskotce Melhizabet, Kapitanowi Braveheart, który, warto dodać, od doby żywił do mnie wydestylowaną z sentymentów nienawiść za to, że zabiłam jego brzemienną żonę. Przez kwadrans walczyliśmy na dachach wysokościowców, za scenografię mając panoramę rozgrzanego do białości centrum biznesowego. Zanim drań wyzionął swą duszę prosto w moją nieziemsko piękną paszczę, zniszczyliśmy osiem drapaczy chmur, zabijając - ja umyślnie, on niezamierzenie - kilka tysięcy osób.

-Dobrze - powiedziałam, strzepując pył z ramion. Uznałam, że mogę zabić ją później. - Opowiadaj.

Opowiedziała. Oliwkowa bestia.

Etyka zabijania

-Sześć rodzin. Sześć mordów.

Brunetka spogląda na port, w którym płoną jachty. Obrzuca roziskrzonym spojrzeniem śmigające między budynkami ciemne, ciche i zabójczo skuteczne helikoptery, za którymi podążają chmary szablokształtnych skrzydeł.

-Zabójcy działali w dobrej wierze, intencję mieli czystą jak łza dziewicy tak dziewiczo dziewiczej, że nawet wszechmocne bóstwo nie mogłoby jej rozdziewiczyć. Wierzyli, że postępują dobrze. Różnili się jednak racjami, którymi uzasadniali swój czyn. Dwunastu wierzyło, że realizuje wolę bóstwa. Ośmiu sądziło, że robi to, co leży w interesie państwa. Czterech twierdziło, że realizuje dziejowy cel klasy robotniczej. Bóstwo, państwo, dziejowy cel - miały pełnić tę samą funkcję. Usprawiedliwiać. Czynić dobrym. Uwalniać od winy.


Mam na nią mówić Aimee.


-Zginęłaś sześć razy, spandeksowa łotrzyco. Za każdym razem zabita we wnętrzu innej matki. Sześć razy - aby odrodzić się za siódmym, z anomalną metafizyką i pieprzykiem na czole.

-Kłamiesz.

Odzywam się ze spokojem zawstydzającym kamienie. Wiem jednak, że ona mówi prawdę. Chcę tylko, aby mi ją pokazała. Co też robi. Wbija palce w powietrze - tuż przed swoją twarzą. Rozczapierza je, a faktura rzeczywistości zaczyna się pruć. Mocnym szarpnięciem zdziera kawałek teraźniejszości i woła, abym zajrzała na drugą stronę. Podchodzę bliżej, a ona pokazuje mi prawdę. Nie jedną. Sześć prawd - sześć rodzin i sześć mordów. Zupełnie jak w kinie, myślę, z tą jednak różnicą, że jestem widzem i aktorką zarazem.

Znajdujemy się w Rosji. Moją rodzinę zabijają komuniści. Za to, że jesteśmy chrześcijanami - przeszkodami na trasie przemarszu klasy robotniczej ku utopii jaśniejącej w mrokach przyszłości. Skaczemy na południe. Tam matkę, ojca i siostrę - Ormian - zabijają czterej młodoturcy. Za to, że są Ormianami mieszkającymi na terytorium Turcji - przeszkodami na drodze realizacji interesów państwa tureckiego. Powrót do przeszłości - i jesteśmy w Langwedocji. Moja rodzina ginie z rąk bogobojnych chrześcijan. Ponieważ jesteśmy katarami, heretykami, wrogami LOVE. W Kanaanie zabijają nas - Kananejczyków - Żydzi. Taka jest wola PANA: zabijcie ich wszystkich, nawet kobiety i dzieci. Na Wołyniu zabijają nas Ukraińcy - jako Polacy zamieszkujący Wołyń należymy, ex definitione, do wrogów ukraińskiego narodu. W Wielkiej Brytanii giniemy z rąk wahhabitów
- powód: jesteśmy Żydami, wrogami Allaha.


Mam sześć rodzin i każdą tracę. W sześciu czaskątkach Ziemi. Nasi zabójcy wierzą, że zabijając nas, postępują słusznie. Pomimo faktu, że moi rodzice nie są ani mordercami, ani złodziejami. Nikogo nie oszukali, nie zgwałcili, nie porwali i nie pobili. Moja siostra - a ściślej: każda z sześciu sióstr - również. A jednak uznano ich za winnych. Dlaczego?

-Oczywiście, ty, spandeksowa łotrzyco, wiesz, że zabójcy się pomylili, prawda?


Prawda i tylko prawda

Źródło źródeł. Alfa alf. Omega omeg. Matryca matryc. Opowieść opowieści. Ziarno ziaren. Prawda prawd.

Opowiedziała mi o sobie. Nie była człowiekiem, to jasne. Ciało oliwkowej brunetki, celowo w moim guście, służyło jej za przebranie. Ona sama nie miała płci. Znała każdą prawdę, którą mogła znać - każdą minioną i dopiero zaczynającą przemijać prawdę światów (w tym świata LOVE), w których przyszłość nie była zdeterminowana. Znała też wszystkie prawdy światów z zafiksowaną przyszłością. Minione, przemijające i te, które zaczną przemijać.

Można rzec, że żyła z prawdy.

Aimee nie była bóstwem. Ale w każdym bóstwie maczała palce. Kilka bóstw, zanim zostało bóstwami, maczało palce - albo jakichś ich funkcjonalny odpowiednik - w niej: a ściślej, w jakimś jej, jak zwykle tymczasowym, przebraniu, dostosowanym do metafizyki konkretnego świata i natury jego mieszkańców. Chociażby bóstwo mojego świata.
Once upon a time a puzzling non-human person from another world, but now LOVE, która nie mogła sobie ze mną poradzić, gdyż z racji mej anomalnej natury znajdowałam się poza zasięgiem jej boskich kompetencji.

Oliwkowa brunetka - później rudowłose dziewczę o bladej cerze zsuwające z ramion satynowy szlafrok albo platynowa blondynka ubrana jedynie w bitą śmietanę albo umięśnione zielonookie stworzenie o ambiwalentnej płciowości, mające twarz mej pierwszej ofiary... - powiedziała prawdę. Byłam odmieńcem. Anomalią. Nieproszonym gościem. Jej, w końcu, dziełem.

Designed to...

Zamknęłam oczy. Nie, nie cofnęłam się myślami w przeszłość, to fragment przeszłości dopadł mnie w teraźniejszości - jako ilustracja istotnej różnicy między mną a innymi łotrami świata egzystującego w rzeczywistości, której
wewnętrznym suwerenem była LOVE.

Na początku mej łotrowskiej kariery w Melhizabet poznałam dwie długonogie, zwinne i gibkie łotrzyce. Z gatunku
homo sapiens sapiens. Annę i Juliet. Och, uwiodłam je kolejno i robiłam z nimi zaiste perwersyjne rzeczy. Anna była ruda, biuściasta, z talią osy, generalnie nieco komiksowa. Specjalizowała się w zabijaniu. Na zlecenie. Dla mafii. Mordowała - bez litości, spokojnie, metodycznie - jej wrogów. Cnotliwych i niecnych. Moralny profil ich charakteru nie miał dla niej żadnego znaczenia. Juliet - łysa, wytatuowana, lubiąca Mohito, cygara i sukienki w kolorze bzu - nienawidziła kapitalizmu i wszystkiego, co uważała za jego symbol, symptom lub skutek. Oko miała celne, libido niezaspokajalne, sumienie cięte na fakt, że Ziemię nadal zaludniają pracownicy korporacji.

Dziewczyny były
zabójcze.

Anna zabijała dla pieniędzy. Juliet dla sprawy. Obie wierzyły, że status moralny zabijania jest względny: uwarunkowany tym kto, kogo, jak i dlaczego umyślnie uśmierca. Obie sądziły, że postępują dobrze - aczkolwiek każda z innych powodów. Obie też, co ważne w tej historii, chciały czynić tylko to, co jest dobre.
Naprawdę dobre. Nie mogły tego nie chcieć. Tak bowiem zostały zaprojektowane przez LOVE.

W tym cały - smakowity - sęk. Jeżeli jesteś zwierzakiem z gatunku
homo sapiens sapiens, to bez względu na to, co w danej chwili konkretnego robisz, chcesz czynić wyłącznie rzeczywiste dobro - nawet jeśli nie wiesz, czym ono jest. Po prostu czasami w oparciu o błędne przekonania robisz coś, co wcale nie jest dobre. Wtedy jednak, tak naprawdę, nie chciałeś tego zrobić. Ot, stara sokratejska prawda - wola człowieka jest przyśrubowana do tego, co jest rzeczywistym dobrem każdego podwójnego sapiensa. A co jest tym rzeczywistym dobrem? Cóż, jest nim szczęście, happiness, eudaimonia - telos ludzkiego życia.

The good human is the human good at getting the human good*.

Sokrates - ten biegły w dialektyce satyrzy akuszer wiecznych prawd - miał rację: dobry egzemplarz rodzaju K to taki egzemplarz rodzaju K, który spełnia funkcję rodzaju K, a dzięki temu realizuje cel Z rodzaju K. Jeśli rodzaj K ma funkcję F i cel Z, to rodzaj K został zaprojektowany przez Y do realizowania Z w sposób, lub
via, F. Dobre jest to działanie, które realizuje lub przybliża do realizacji Z w sposób, lub via, F. W ten schemat wpisuje się podwójny sapiens. Mniej więcej tak: funkcją podwójnego sapiensa jest rozumne działanie, a jego celem - tym ostatecznym, nie służącym żadnemu innemu - eudajmonia. Każdy podwójnie rozumny człek chce czynić wyłącznie dobro, nie każdy jednak wie, jakie działania są rozumne, ergo zbliżające go do osiągnięcia eudajmonii, którą w tej rzeczywistości - o czym wiedziałam lepiej niż jakikolwiek inny śmiertelnik - była "umiejscowiona" poza czasem i przestrzenią randez vous z LOVE.

Anna i Juliet pragnęły szczęścia. I zdawały sobie sprawę z tego, że go pragną. Niestety, nie wiedziały, czym, tak naprawdę, jest szczęście, którego pragnęły. I właśnie dlatego nie były
good at getting the human good. Nawet je lubiłam. Każda myślała, że jestem jej przyjaciółką. Istotnie - wobec każdej zachowywałam się jak przyjaciółka. Ale nią nie byłam. Obie kolejno zauroczyłam, uwiodłam, rozkochałam w sobie, następnie porzuciłam i wreszcie - szast-plast! - z rozmysłem odesłałam przed oblicze LOVE. To, co zrobiłam było, i jest, w pewnym sensie złe. I właśnie dlatego to zrobiłam. Aimee powiedziała prawdę: jestem anomalią.

Anna i Juliet były złymi ludźmi. Nie dlatego, że pragnęły zła. Bo go nie pragnęły. Były złymi ludźmi, gdyż, pragnąc swojego rzeczywistego dobra, nie wiedziały ani co nim jest, ani co należy robić, aby je urzeczywistniać.

The bad human is the human good at getting the human badness.

Ja działałam poza dobrem i złem. Po pierwsze, byłam nieomylną znawczynią moralności, dobra i zła. Znałam moralny status wszystkich możliwych ludzkich działań, wszystkie człowiecze cnoty, każdą potrafiłam behawioranie zasymulować - nigdy jednak, według ludzkich kryteriów, nie postępowałam cnotliwie: jeśli, na przykład, ratowałam komuś życie to dlatego, że chciałam wyrządzić mu krzywdę, przy której utrata życia będzie wyglądać na niewielką szkodę. Po drugie, jak łatwo zgadnąć, odczuwałam silną potrzebę czynienia ludzkiego zła. Po trzecie, jeśli już robiłam coś po ludzku złego, to jednym z elementów powodu, z jakiego to robiłam, był fakt, iż jest to - właśnie - coś po ludzku złego. Po czwarte, zostałam
zaprojektowana do czynienia ludzkiego zła w optymalnie racjonalny i przyjemny sposób celem osiągnięcia takiego stanu, w którym moje zadowolenie z dotychczas popełnionych złych uczynków będzie tak ogromne, intensywne i trwałe, że przestanę odczuwać potrzebę czynienia zła. Po piąte, każdy po ludzku zły uczynek, popełniony w sposób adekwatny dla mojej natury, doskonalił mnie pod względem duchowym lub fizycznym - w zależności od istoty popełnionego zła.

Czy byłam
homo sapiens sapiens? Jeśli być homo sapiens sapiens to tyle, co być zwierzęciem z rodzaju homo, którego funkcją jest rozumne działanie, a celem - tym ostatecznym, nie służącym żadnemu innemu - eudajmonia w formie "umiejscowionej" poza czasem i przestrzenią randez vous z LOVE - to ja, łotrzyca łotrzyc, nie byłam podwójnym sapiensem.

Wiedziałam natomiast, że jestem osobą, istotą mającą pierwszoosobową perspektywę, zdolną do myślenia o sobie samej jako podmiocie swoich myśli i działań, przygodnie ucieleśnioną w ciele samicy z gatunku
homo sapiens sapiens.

Wszechogarniająca i nieprzemijalna radość z human badness było moją eudajmonią.

Propozycja

Stałam z zamkniętymi oczami, rozkoszując się chmuropodobnymi skupiskami zła unoszącymi się nad ulicami dogorywającego Melhizabet. Czułam, że Aimee mi się przygląda. Nic nie mówiła. Po prostu patrzyła na swoje dzieło - ta, która opowiedziała mnie, opowiedziała tę rzeczywistość, i samą LOVE również. LOVE też mi się przyglądała; dostrzegałam jej oblicze pod fakturą rzeczywistości - czekała na to, co zrobi ze mną Aimee. Aimee - z racji tego, że mnie opowiedziała - mogła zrobić ze mną, co tylko zechce. I z tą rzeczywistością, i z samą LOVE, także.

Podeszła do krawędzi dachu i powędrowała wzrokiem kilkadziesiąt pięter niżej, na ulicę, którą pełzła monstrualna szablosienica. Stworzenie zasysało ruchliwymi wypustkami rozrzucone na chodniku i jezdni ciała. Ludzkie resztki były łatane, modyfikowane szablodżetami i re-animowane przez posłuszne mi SI. Po re-animacji szablosienica wydalała je przez odwłok. Miały tylko jeden nadrzędny cel. Ten sam, co reszta moich bestii.

-Rzuciłaś to miasto na kolana - stwierdziła Aimee.

Rzucić Melhizabet na kolana to niemalże rzucić na kolana całą północno-zachodnią, trans-humanistyczną cywilizację, pomyślałam i odparłam z uśmiechem będącym marzeniem każdego szelmy:

-Zrobiłam coś więcej. Wrogowie wszystkiego, co symbolizuje... symbolizowało Melhizabet, ludzie, którzy nie załapali się na trans-humanistyczną utopię, którym nie pozostało nic poza starymi bóstwami, czekali na ten dzień od dziesiątek lat. To dopiero początek, Prawdo, początek wojny, która będzie największą w dotychczasowych dziejach... ludzkości.

-A tę wojnę... wygrasz ty, łotrzyco?

Uśmiech szelmy zastąpiłam uśmiechem będącym marzeniem każdego łotra. Pytanie było retoryczne.

-Oczywiście. Przecież komuś takiemu jak ja zawsze chodzi wyłącznie o... własne dobro, którym, dzięki tobie, moja twórczyni, jest możliwie maksymalne cierpienie jak największej liczby
ludzi. Doceniam to, że akurat dzisiaj wpadłaś do rzeczywistości LOVE i odpowiedziałaś na nękające mnie od lat pytanie o moje pochodzenie. Od dawna przeczuwałam, że nie jestem dziełem LOVE, niestety ona, tutejsza alfa i omega, trzymała język za zębami, pomimo faktu, że nie ma ani zębów, ani języka. Nie wiem jednak, dlaczego umieściłaś mnie w świecie przez nią stworzonym.

Nad miastem przetoczył się grzmot. Porywisty wicher rozwiał włosy Aimee i moje. Prawda zadarła głowę. Ze skłębionych chmur, zwiastujących deszcz i burzę, wyłonił się świetlisty punkt
. Roześmiałam się głośno i zaśpiewałam - wściekle, wysoko:

Faster than a bullet
Terrifying scream
Enraged and full of anger
He's half man and half machine
Rides the Metal Monster
Breathing smoke and fire
Closing in with vengeance soaring high**

Mój generał - faster than a lazer bullet, louder than an atom bomb, chromium plated boiling metal, brighter than a thousand suns - wylądował obok nas, w oparach dymu. Zeskoczył z ożywionego motoru, którego kierownica przechodziła płynnie w smoczy łeb, złożył skrzyła i, minąwszy bez cienia zainteresowania Aimee, przestąpił nad zmasakrowanym ciałem Kapitana Braveheart, aby przede mną uklęknąć. Kazałam mu powstać. Na jego metalicznym ciele tańczyły odbicia ognia trawiącego Melhizabet. Nie uśmiechał się, nie miał zresztą czym - jednak w głębinach swojego mechaniczno-organicznego ciała, żywiącego się duszami ludzi, radował się z naszej wygranej. W milczeniu zdał mi raport.

-Dobra robota, generale - powiedziałam.

Stanął za mną i objął w pasie. Mój generał, mój kochanek.

-Co teraz? - zwróciłam się do Aimee.

-Mam dla ciebie propozycję, łotrzyco. Jeśli na nią przystaniesz, wszyscy - ty, ja, LOVE - skorzystamy.

-LOVE ma już mnie dosyć? - zapytałam z przekąsem.

-Nie jesteś jej dziełem, lecz moim, a żadne bóstwo, nawet LOVE, nie ma, mówiąc waszym językiem, jurysdykcji nad moimi dziełami. LOVE nie może cię zniszczyć. Nie bierzesz udziału w jej historiozofii, w snutym przez nią opatrznościowo dramacie potępienia i zbawienia. Jednak tak długo, jak przebywasz w stworzonym przez nią świecie, niweczysz, umyślnie lub nie, jej plany. Więc jeśli stąd odejdziesz, LOVE wielce się ucieszy.

-A co ja będę z tego mieć?

Aimee odsłoniła w uśmiechu duże bielutkie zęby. Dokładnie takie, jaki lubiłam u kobiet.

-Posłuchaj... - odparła.


Mortal Kombat

Zamordowali rodzinę. Kobietę, mężczyznę i dziecko. Dokładnie w tej kolejności. Mąż patrzył na śmierć żony, dziecko na śmierć rodziców, a jedynymi świadkami agonii dziecka byli mordercy. Czterej mężczyźni, którzy w gęstwinie nocy ciemniejszej niż inne włamali się do naszego domu. Mordercy nie uważali się za morderców, chociaż nie zaprzeczali, że tamtego dnia umyślnie uśmiercili trzy osoby. Przeciwnie – byli dumni z dokonanego zabójstwa, a dumę z przelanej krwi wspierali racjami, z których wynikało, że nie było ono morderstwem.

Dranie. Skundleni.

W żadnym z sześciu
czaskątków Ziemi, w których zginęła jedna z moich sześciu rodzin, nie rozległ się mój płacz. W żadnym nie nauczyłam się czytać i pisać. Nie poznałam smaku męskiego przyrodzenia. Nie przeczytałam książki. Nie zachwyciłam się zachodem słońca. W żadnym nie pomodliłam się do LOVE ani żadnego innego bóstwa z ziemskich panteonów. W żadnym im nie złorzeczyłam.

Mordercy. Dranie. Skundleni. Moją siostrę też zabili. To dziecko z pierwszego akapitu. Po drugiej stronie macicy niż ja. Przynajmniej widziała gwiazdy.

Znajdowałam się w przestronnej sali o okrągłej, kamiennej podłodze, posypanej piachem. Stałam na usytuowanym w centrum podwyższeniu, patrząc beznamiętnie na kręcących się wzdłuż ściany ludzi. Było ich dwudziestu czterech. Sami mężczyźni. Z różnych czasów i epok. Dwudziestu czterech zabójców, przekonanych o swej niewinności.

Brzękający kolczugami chrześcijanie spoglądali niepewnie na wystraszonych czerwonoarmistów. Hebrajscy wojownicy z czasów Jozuego łypali podejrzliwie na brodatych Wahhabitów noszących wojskowe kamizelki i uzbrojonych w AK-47. Zdezorientowani młodotureccy żołnierze próbowali porozumieć się z jeszcze bardziej zdezorientowanymi żołnierzami UPA - daremnie.

Salę wypełniały coraz głośniejsze uwagi wypowiadane w różnych językach, niekiedy też przekleństwa.

Miałam sześć rodzin i każdą utraciłam.
W sześciu czaskątkach Ziemi. Nasi zabójcy wierzyli, że zabijając nas, postępują słusznie. Pomimo faktu, że moi rodzice nie byli ani mordercami, ani złodziejami. Nikogo nie oszukali, nie zgwałcili, nie porwali i nie pobili. Żadna z moich sześciu sióstr również. A jednak uznano ich za winnych. Dlaczego?

Pierwsza z moich sześciu rodzin była rodziną Kananejczyków. Hebrajczycy, którzy nas zabili, wierzyli, że Kananejczycy są wrogami Pana, i że nie ma niczego złego w zabijaniu wrogów Pana - o ile robi się to z Jego rozkazu. Byli przekonani, że Pan rozkazał im - de facto, całemu Izraelowi - eksterminację wszystkich Kananejczyków. Więc do niej przystąpili.

Dlaczego Hebrajczycy uznali nas za wrogów Pana? Twierdzili, że Pan dał im prawo do naszych ziem, a my utrudniając przejęcie ich mieliśmy przeciwstawiać się realizacji boskiego planu. Twierdzili też, że gdybyśmy pozostali jedynie sąsiadami, niektórzy z nas mogliby nakłaniać ich do bałwochwalstwa lub zawierania małżeństw z Kananejkami, a tym samym do apostazji. Gdyby ulegli naszym namowom, ściągnęliby na siebie gniew swojego bóstwa. Dlatego uważali, że dopóki żyjemy, stanowimy dla nich zagrożenie. Oskarżali nas o składanie ofiar z dzieci Molochowi, o praktykowanie homoseksualizmu, zoofilię oraz o to, że Kananejczycy uprawiają seks z Kananejkami, gdy te przechodzą menstruację. I, oczywiście, Hebrajczycy mieli rację - my, Kananejczycy, byliśmy wrogami Pana. Wrogami LOVE.

Kiedy Aimee zapytała mnie ironicznie, nie kryjąc, że zna właściwą odpowiedź: "(...) wiesz, że zabójcy się pomylili, prawda?", odrzekłam, że wszyscy z wyjątkiem czterech hebrajskich wojowników.
Żaden z nich, zabijając nas, nie zrobił niczego złego. Wręcz przeciwnie. Ojcu poderżnęli gardło. Siostrze rozbili głowę kamiennym młotem. Matce, która zdołała wybiec przed dom, wbili w brzuch nóż. Ostrze przebiło macicę i rozcięło pępowinę. Minęło mą twarz o cal. Sześciomiesięczny embrion, w którym byłam ucieleśniona, zaczął obumierać.

Teraz - dzięki Aimee, która umieściła mnie razem z zabójcami moich rodzin w mini-świecie wykreowanym w obrębie rzeczywistości LOVE - mogłam się zemścić na osobach mających na rękach krew moich kananejskich rodziców i siostry. Pragnęłam tej zemsty. Bo była zła. Tak cudownie, po ludzku, zła.

Gdy zabójcy mnie zauważyli, ruszyłam do ataku. Po piętnastu sekundach na piaszczystym podłożu zaległy cztery bezgłowe ciała. Hebrajczyków miałam z głowy.

Pozostali zabójcy, owszem, pomylili się. Byli mordercami, pomimo faktu, że zabicie moich rodziców i siostry uzasadniali według tego samego schematu, co Hebrajczycy: jeśli zabijasz X, który jest wrogiem Y, z rozkazu Y lub z rozkazu Z uprawnionego do rozkazywania w imieniu Y, to nie ma niczego złego w tym, że zabijasz X.


Bronili się zawzięcie; naszpikowali mnie kulami, pocięli nożami, kilka razy pchnęli bagnetami, ale, tak czy inaczej, umierali. Na początku radowałam się ich śmiercią, ale wnet - co było jednym z warunków, jakie postawiła Aimee - moja natura zaczęła się zmieniać. Nadal byłam nieomylną znawczynią dobra i zła, jednak z każdą bezlitośnie upływającą sekundą wszechogarniająca i nieprzemijalna radość z human badness przestawała być moją eudajmonią, a ja zaczynałam odczuwać coraz silniejsze obrzydzenie wobec tego, co robiłam, nie wspominając już o obrzydzeniu, jakie wywoływały we mnie wspomnienia z łotrowskiej kariery w Melhizabet. Gdy przy życiu pozostało dwóch zabójców - żołnierz UPA przeładowujący rozpaczliwie karabin i chrześcijanin dźwigający się z mieczem w dłoni spod ciała kamrata - stwierdziłam, że jeśli zaraz nie pochłonę ich dusz, to niebawem osiągnę stan, w którym z konieczności zrobię coś, co byłoby dobre, gdyby uczynił to podwójny sapiens... Na przykład, wybaczę im.

Nie mogłam sobie na to pozwolić. Chciałam wygrać grę, którą przygotowała dla mnie Aimee. Grę, w której stawką była nowa rzeczywistość. Calutka moja. Zacisnęłam więc palce na rękojeści katany i posłałam mym wrogom uśmiech godny łotrzycy łotrzyc.

Epilog

Oliwkowa brunetka - później rudowłose dziewczę o bladej cerze zsuwające z ramion satynowy szlafrok albo platynowa blondynka ubrana jedynie w bitą śmietanę albo umięśnione zielonookie stworzenie o ambiwalentnej płciowości, mające twarz mej pierwszej ofiary... - powiedziała prawdę. Byłam odmieńcem. Anomalią. Nieproszonym gościem. Jej, w końcu, dziełem.

Abominacją.
Once upon a time...



*Terry Penner,
Socrates Ethics: Ultra-Realism, Determinism, and Ethical Truth w: Virtue, Norms and Objectivity - Issues in Ancient and Modern Ethics, Oxford University Press 2005, s. 157-187.

**Zacytowane wersy to fragment tytułowego utworu z albumu "Painkiller" (1990) Judas Priest.

sobota, 15 sierpnia 2009

Natural born...

Fantasy

A long time ago byliśmy zwierzętami rozumnymi. A wcześniej, na długo przed Sokratesem, który nauczał, że aby dowiedzieć się, co jest cnotą człowieka, należy poznać jego naturę, niektórzy z nas należeli do Ludu Wybranego. Inni egzystowali na wciąż przesuwających się rubieżach boskiej historiozofii ograniczonej do jednego etnosu. I na tych rubieżach też umierali. Niekiedy za przyzwoleniem Boga, a niekiedy z Jego rozkazu. Potem każdy z nas, podwójnie sapiensich ludzi, został wliczony w poczet Ludu Wybranego, w poczet istot, które mogą być zbawione, nie każdego jednak podwójnego sapiensa Bóg, dawniej w swej Hojności ograniczający się do jednego etnosu, predestynował do bycia elementem zbioru istot, które zostaną tak czy inaczej zbawione, a właściwie, z perspektywy nunc stans, już zostały, choć, co tu kryć, jeszcze o tym nie wiedzą. Zbawione, rzecz jasna, od śmierci. Z gwarancją pośmiertnego życia w brave new world.

W dniach, które nastały później, jedno tylko pozostało bez zmian: to, że nadal byliśmy istotami, których powinnością było wieść życie zgodnie z własną naturą. Ale nasza natura się zmieniała. Przez pewien czas byliśmy rozumnym złożeniem formy i materii, istotami duchowo-cielesnymi, pragnącymi szczęścia, a żyjącymi w teleologiczno-teokratycznej rzeczywistości. Potem zmieniliśmy się w substancje myślące, znające swój umysł, a ściślej wypełniające go treści, idee i wrażenia, lepiej niż tzw. świat zewnętrzny, który rządził się prawami klasycznej mechaniki, i mające niemały problem z wiarygodnym wyjaśnieniem tego, jak możliwe są relacje przyczynowo-skutkowe między rex cogitans a rex extensa. Czasami traciliśmy umysł - wtedy byliśmy tylko i wyłącznie ciałami. But sometimes traciliśmy ciała. Wtedy byliśmy jedynie umysłami, którym ciało zastępowała skutecznie jego idea tudzież wiązka wrażeń. Traciliśmy też i odzyskiwaliśmy świat - traciliśmy go, gdy był tożsamy z tym, co leżało poza granicami naszych zdolności poznawczych. Odzyskiwaliśmy, gdy przyznawał się do bycia fenomenem.

W wędrówce przez ludzkie natury i odpowiadające im światy, byliśmy (tylko lub aż) dziełami bogów, Allacha, historii, ducha (później: kultury), społeczeństwa, biologii. Byliśmy ludźmi cywilizowanymi, a przez to, w odróżnieniu od ludzi z plemion pierwotnych, albo zdegenerowanymi, albo w pełni ludzkimi. Przezwyciężającymi swą zwierzęcość w imieniu cywilizacji i walczącymi z cywilizacją po to, aby odzyskać przezwyciężoną zwierzęcość. Byliśmy istotami o umysłach, w których zwierzęce Id toczyło bój o Ego ze społecznym Super Ego, nagimi małpami sterowanymi przez mentalne moduły najlepiej sprawdzające się w warunkach plejstocenu, a nie późniejszego, najpierw rolniczego, potem przemysłowego, a obecnie postindustrialnego holocenu. Byliśmy istotami historycznymi i ahistorycznymi. Zdolnymi do panowania nad dziejami i całkowicie im podporządkowanymi. Zasiadaliśmy w permanentnie rewolucyjnym trybunale sądzącym nie dość postępową rzeczywistość. Kiedy indziej odpowiadaliśmy przed nim za przynależność do zbioru elementów nie pasujących do historiozofii postępu. Byliśmy świadomościami żyjącymi w świecie moralnie nihilistycznym, wyzbytym jakości dobra i zła, w którym każdy ludzki czyn jest moralnie obojętny - świadomościami, których istota sprowadzała się do nicowania rzeczywistości, a które poza tym nie miały żadnej istoty godnej jakiejkolwiek historiozofii. De-szyfrowaliśmy niedeszyfrowalne szyfry transcendencji, o której nic pozytywnego nie mogliśmy prawdziwie rzec, waliliśmy głową w mur milczenia Boga po XX-wiecznych ludobójstwach, a jako nadludzie tańczyliśmy na grobach ostatnich ludzi zmagających się z doświadczeniami granicznymi, a na domiar złego śniadających w McDonald's.

Niedawno zostaliśmy cyborgami.

Garść faktów

W 1410 roku na polach Grunwaldu cyborg Mszczuj ze Skrzynna zabił w walce cyborga Ulricha von Jungingena. W 1633 roku cyborg Galileusz został skazany przez trybunał inkwizycyjny na karę dożywotniego aresztu domowego za publiczne głoszenie uznanej za heretycką heliostatycznej teorii Mikołaja Kopernika, skądinąd też cyborga. W 1749 roku pewna cyborżka zostawiła Casanovie zapisaną diamentem na szybie wiadomość: "Henriettę też zapomnisz". W 399 roku przed narodzinami Chrystusa, jednego z cyborgów ukrzyżowanych gdzieś pomiędzy 30 a 33 rokiem naszej ery, cyborg o wyglądzie satyra, nauczyciel Platona, wypił cykutę, wykonując tym samym wyrok śmierci wydany przez ateński sąd. Od 41 do 47 roku p. n. e. cyborżka Messalina organizowała huczne orgie seksualne, w których sama brała ochoczo udział. W pierwszej połowie XX wieku w porewolucyjnej Rosji wskutek rządów cyborga Stalina życie straciło około 20 milionów cyborgów. W latach pięćdziesiątych cyborg Billy Graham urządzał na parkingach w Los Angeles wielotysięczne nabożeństwa. W stacjach radiowych puszczano “That’s All Right (Mama)” cyborga Elvisa, a w kinach można było obejrzeć „W samo południe” z cyborgiem Garym Cooperem w roli głównej.

T-1000

Człowiek z ołówkiem w dłoni, pochylony nad kartką papieru, rozwiązuje matematyczne zadanie. Jest cyborgiem. Człowiek z zegarkiem na ręce - spogląda na podświetloną tarczę. Jest cyborgiem. Człowiek kartkujący słownik w poszukiwaniu słowa, którego treść chce sobie przypomnieć. Jest cyborgiem. Człowiek wbijający gladius w brzuch innego. Jest cyborgiem. Człowiek obsługujący ręczną skrzynię biegów - jest cyborgiem. Człowiek piszący wiersz w edytorze tekstu. Jest cyborgiem. Człowiek pobudzający swoją łechtaczkę wibratorem. Jest cyborgiem. Człowiek komunikujący się przez telefon komórkowy. Jest cyborgiem.

For we shall be cyborgs not in merely superficial sense of combinig flesh and wires but in the more profound sense of being human-technology symbionts: thinking and reasoning systems whose minds and selves are spread across biological brain and nonbiological circuity*.

Andy Clark - autor książki Natural-born Cyborgs, z której pochodzi zacytowane zdanie, jak większość z nas mający ciało będące elektroniczną dziewicą - twierdzi, że ludzie, a ściślej ludzie z gatunku homo sapiens sapiens są, dosłownie, cyborgami - biologicznymi istotami zdolnymi, i ewolucyjnie przystosowanymi, do używania artefaktów, i to do używania ich w sposób niwelujący różnicę między artefaktem a ciałem jego użytkownika. Bezpośrednie połączenie ludzkiego układu nerwowego z artefaktem wyposażonym w odpowiedni interface jest jedynie szczególnym przypadkiem cyborgizacji - wymagającą chirurgicznej interwencji modyfikacją tzw. body image i body schema**.

Standardowa cyborgizacja polega na tworzeniu przez ludzki umysł, mózg, ciało i artefakty systemów, w których procesy poznawcze są rozproszone między różnego typu - personalne, subpersonalne, zewnętrzne i wewnętrzne wobec ciała - ośrodki, zaś same artefakty funkcjonują w taki sposób, że z perspektywy pierwszoosobowej - z perspektywy body image - prezentują się jako naturalne przedłużenie ludzkiego ciała, w normalnych okolicznościach doświadczalnie równie przeźroczyste jak ono samo.

Zasada jest ta sama w przypadku ołówka, okularów, zegarka, rakiety tenisowej, miecza, telefonu, pilota do telewizora, komputera, przeglądarki internetowej, kierownicy, deski rozdzielczej, protezy ręki lub nogi, egzo-szkieletu, implantu słuchowego oraz tych wszystkich artefaktów, które już teraz można, co prawda eksperymentalnie, podłączyć do układu nerwowego, aby uzyskać nad nimi kontrolę równie bezpośrednią, jak ta, którą sprawujemy do pewnego stopnia i w pewnym zakresie nad naszym ciałem (tutaj za przykład może posłużyć umieszczony w ręce profesora Kevina Warwicka implant, którym profesor - za pomocą sygnału radiowego, przetworzonego przez komputer - otwierał i zamykał drzwi***).

Skóra opinająca ciało jest, z tej perspektywy, jedynie arbitralną i przygodną granicą tak ludzkiego umysłu, jak i tożsamości osobowej.

My sense of my physical body depends on my experience of direct control, and these can be extended, via new technologies, to incorporate both new biomechanical attachments and spatially disconnected, thought-controlled equipment. (...) Such extensions should not be thought of as rendering us in any way post-human; not because they are not deeply transformative but because we humans are naturally designed to be the subjects of just such reapeted transformations!****

Nagły zwrot akcji

Nie zamierzam krytykować głównej tezy książki Clarka. Pewnie dlatego, że mam ją za banalną. Opisane przez niego przykłady systemów poznawczych, w których procesy poznawcze zachodzą między różnego rodzaju biologicznymi organizmami i artefaktami, a także przykłady modyfikowania za pomocą technologii naszych body image i body schema są, po pierwsze, bardzo wiarygodne, po drugie, dobrze udokumentowane. Reszta to semantyczna sztuczka polegająca na przeformułowaniu definicji cyborga zaproponowanej przez Manfreda Clynes i Nathana Kline w artykule 'Cyborgs and Space' (1960). Rezultat jest, w pewnym sensie, banalny: jesteśmy cyborgami, czyli biologicznymi istotami zdolnymi do używania artefaktów w sposób niwelujący różnicę między artefaktem a jego użytkownikiem. I co z tego? It depends. Od czego? Od tego, czy opowieść Clarka o człowieku jako cyborgu - skądinąd propozycja konceptualnego gestalt switch - może być normatywną opowieścią o ludzkiej naturze. Może być, o ile da się ją niesprzecznie wzbogacić o tezę, że działanie, które leży w ludzkiej naturze, jest dobre.

Technikalia

Natura rodzaju N to swoistość prosta lub złożona taka, że po usunięciu z niej choćby jednej własności przestaje ona być swoistością N. Swoistość rodzaju N to współwłasność przysługująca tylko i wyłącznie egzemplarzom N. Współwłasność egzemplarzy rodzaju N to własność prosta lub złożona (tj. koniunkcja własności prostych) przysługująca każdemu egzemplarzowi rodzaju N. Natura rodzaju N może być realna lub nominalna. Realna natura rodzaju N to swoistość prosta lub złożona taka, że po usunięciu z niej choćby jednej własności przestaje ona być swoistością N, a jej posiadanie jest warunkiem koniecznym bycia N i warunek ten nie jest prawdą analityczną, lecz syntetyczną.

Naturą gatunku homo sapiens sapiens jest zbiór własności, które przysługują każdemu egzemplarzowi gatunku homo sapiens sapiens i tylko im. Naturą realną gatunku homo sapiens sapiens jest swoistość prosta lub złożona taka, że po usunięciu z niej choćby jednej własności przestaje ona być swoistością gatunku homo sapiens sapiens, a jej posiadanie jest warunkiem koniecznym bycia egzemplarzem gatunku homo sapiens sapiens i warunek ten nie jest prawdą analityczną, lecz syntetyczną

Być chomikiem

Proste, prawda? Aby poznać naturę człowieka, wystarczy ustalić, jakie cechy przysługują wszystkim egzemplarzom gatunku homo sapiens sapiens i tylko im. Szkopuł w tym, że nie da się tego zrobić, jeśli nie przebada się wszystkich egzemplarzy gatunku homo sapiens sapiens. Aby przebadać wszystkie egzemplarze gatunku homo sapiens sapiens, należy najpierw dokonać ich identyfikacji. Nie da się zidentyfikować wszystkich egzemplarzy gatunku homo sapiens sapiens bez znajomości koniecznych i wystarczających warunków przynależności do gatunku homo sapiens sapiens, czyli bez znajomości cech, które posiadają wszystkie egzemplarze gatunku homo sapiens sapiens i tylko one.

Vicious circle?

Rozprawka o leżeniu...

Mniejsza z tym. Wróćmy do pojęcia ludzkiej natury. Normatywna opowieść o ludzkiej naturze przedstawia tę ostatnią jako pełniącą pewną normatywną funkcję. Różnie ta funkcja może być pojmowana. Tutaj interesuje mnie taki jej koncept, z którego wynika, że jeśli jakieś działanie leży w naturze człowieka, to wykonanie go nie jest złe. Dla uproszczenia wywodu przyjmuję, że jeśli dane działanie nie jest złe, to jest ono dobre, a jeśli nie jest ono dobre, to jest złe.

Zakładam też, że wśród założeń normatywnej opowieści o ludzkiej naturze występują m. in. następujące zasady:

(D1) działanie, które leży w naturze człowieka, jest dobre;

(D2) działanie, które nie leży w naturze człowieka, jest złe.

Według normatywnej opowieści o ludzkiej naturze, fakt, że działanie x leży w ludzkiej naturze może zostać wykorzystany do usprawiedliwienia sprawcy x, o ile ten jest człowiekiem. Jeśli chcemy wykazać, że dane działanie jest dobre, to, zakładając (D1), musimy wykazać, że leży ono w naturze ludzkiej.

Oczywiście, idzie o dobro (i zło) moralne.

Dygresja

Ktoś może zarzucić temu ujęciu ludzkiej natury błąd naturalistyczny. Wszak stąd, że działanie x leży w naturze człowieka nie wynika, że działanie x jest dobre. Uważam ten zarzut za chybiony, ale nie dlatego, że ze zdania "Działanie x leży w naturze człowieka" wynika zdanie "Działanie x jest dobre".

Po pierwsze, osoba, która stwierdza "Działanie, które leży w naturze człowieka, jest dobre" nie przeprowadza wnioskowania, lecz stwierdza współwystępowanie dwóch cech: leżenia w naturze człowieka i bycia dobrym - ilekroć pierwsza cecha przysługuje jakiemuś x, tylekroć przysługuje mu również druga. Z koniunkcji (D1) i (D2) wynika, że ta zależność jest obustronna.

Po drugie, nawet gdyby ktoś wnioskował "Działanie x leży w naturze człowieka. Zatem działanie x jest dobre", to nie popełniłby błędu naturalistycznego, lecz błąd logiczny. Dokładnie taki sam, jak ten, który popełniłby ktoś wnioskując w ten sposób: "George Clooney jest mężczyzną. Zatem ma owłosione piersi". Logika jest konserwatywna: w prawidłowo przeprowadzonym wnioskowaniu wniosek znajduje się wśród przesłanek.

Po trzecie, to, co George Moore określił mianem błędu naturalistycznego nie polega na uznaniu zdania normatywnego w oparciu o zdanie nienormatywne, lecz na błędnym utożsamieniu jakiejś normatywnej cechy (np. dobra) z jakąś cechą nienormatywną (np. przyjemnością). Błąd naturalistyczny jest, de facto, przypadkiem błędu ogólniejszego, polegającego na uznaniu dowolnego typu numerycznie różnych cech za jedną i tę samą.

Nie twierdzę, że w (D1) i (D2) predykaty "jest dobre" i "leży w ludzkiej naturze" desygnują jedną i tę samą cechę. Przyjmuję, że w (D1) i (D2) są one koekstensjonalne, acz różnią się desygnatami.

...o leżeniu rozprawki ciąg dalszy...

Załóżmy, że działanie x leży w naturze T wtedy i tylko wtedy gdy: (a) y jest naturą T; (b) jeśli działanie x jest możliwe do zrealizowania przez T, to y jest cechą T, i jeśli y nie jest cechą T, to działanie x nie jest możliwe do zrealizowania przez T.

Podaną równoważność można zinterpretować albo jako definicję "działanie x leży w naturze T" ustalającą synonimiczność obu jej członów, albo jako tezę o tym, że obie strony tej równoważności są jedynie równozakresowe. Zasadnicza różnica między obiema interpretacjami polega na tym, że tylko przy założeniu drugiej z nich można wyjaśnić to, że x leży w naturze T, którą jest y, tym, że bez y nie byłoby możliwe zrealizowanie x przez T. Niżej operuję pierwszą interpretacją.

Jeśli za zmienną y podstawimy rozum, a za zmienną T człowieka, to wyjdzie nam, że w naturze człowieka leży zarówno zorganizowanie ludobójstwa, jak i zapobiegnięcie mu. Wszak tylko istota rozumna jest w stanie zorganizować ludobójstwo lub mu zapobiec. Przy założeniu prawdziwości (D1) okaże się więc, że zorganizowanie ludobójstwa jest dobre. Przy założeniu, że zorganizowanie ludobójstwa jest złe, otrzymamy wniosek, iż zasada (D1) jest fałszywa.

Co za dużo, to niezdrowo, można rzec. Wygląda na to, że trzeba zawężyć koncept działania leżącego w naturze T. Można zrobić to w ten sposób:
  • działanie x leży w naturze T wtedy i tylko wtedy gdy: (a) y jest naturą T; (b) jeśli działanie x jest możliwe do zrealizowania przez T, to y jest cechą T, i jeśli y nie jest cechą T, to działanie x nie jest możliwe do zrealizowania przez T; (c) y został zaprojektowany przez z do realizowania x.
Powyższa definicja została skonstruowana tak, aby za zmienną T można było podstawić zarówno podmiot (np. osobę ludzką), jak i przedmiot (np. jakiś artefakt). Jeśli y jest naturą T i y zostało zaprojektowane przez z do realizowania x, to ze względu na to, iż w tym przypadku bycie T polega na posiadaniu y, równie dobrze można stwierdzić, że to T zostało zaprojektowane do realizowania x. Jeśli przyjmiemy, że realizowanie x jest właściwą funkcją y wtedy i tylko wtedy, gdy:
  • (i) y jest cechą T; (c) y został zaprojektowany przez z do realizowania x,
to definicja działania leżącego w naturze T będzie wyglądać tak:
  • działanie x leży w naturze T wtedy i tylko wtedy gdy: (a) y jest naturą T; (b) jeśli działanie x jest możliwe do zrealizowania przez T, to y jest cechą T, i jeśli y nie jest cechą T, to działanie x nie jest możliwe do zrealizowania przez T; (c') realizowanie x jest właściwą funkcją y.
Definicja artefaktu (A) jest następująca:
  • T jest artefaktem wtedy i tylko wtedy, gdy: (a) y jest naturą T; (c) y został zaprojektowany przez z do realizowania x.
Wychodzi więc na to, że jeśli coś jest artefaktem, to ma właściwą funkcję. Zatem ostateczna definicja działania leżącego w naturze T przedstawia się następująco:
  • (DWLN) działanie x leży w naturze T wtedy i tylko wtedy gdy: (a'') T jest artefaktem; (b) jeśli działanie x jest możliwe do zrealizowania przez T, to y jest cechą T, i jeśli y nie jest cechą T, to działanie x nie jest możliwe do zrealizowania przez T.
Mother Nature's workshop

Jeśli więc Mamuśka Natura - ponoć ponętna niewiasta, która lubi ostro baraszkować ze zgrupowanym w pięciu milionach gatunków potomstwem, wykorzystując w tym celu ulubiony pejczyk zwany pieszczotliwie selekcją naturalną - zaprojektowała nas, zwierzaki z gatunku homo sapiens sapiens, do tego, abyśmy przechodzili proces cyborgizacji, to, zakładając (D1), przechodzenie tego procesu, w taki czy inny sposób, jest - pod względem moralnym - dobre.

Ktoś jednak zaoponuje: przecież nikt twierdzi, że istnieje coś takiego jak Matka Natura, swoisty analogon jakiegoś bóstwa, które najpierw nas zaprojektowało, a potem, posiłkując się ewolucją, wykonało, dzięki czemu rezultaty jej wysiłków możemy podziwiać do dziś. Cóż, w książce Natural-born Cyborgs można znaleźć takie fragmenty:

It is the presence of this unusual plasticity that makes human (but not dogs, cats, or elephants) natural-born cyborgs: beings primed by Mother Nature to annex wave upon wave of external elements and structures as part and parcel of their own extended minds.*****

Ale. Ale. Ale.
I nie o piwie mówię!
Zgłaszam jedną małą uwagę. There is no Mother Nature!

Zatem wszelakie zdania, które presuponują jej istnienie nie są prawdziwe. W ten sam sposób należy podejść do zdań przypisujących procesowi selekcji naturalnej stany intencjonalne w postaci przekonań, pragnień i zamiarów. Selekcja naturalna nie jest podmiotem intencjonalnym, ergo nie posiada żadnych stanów intencjonalnych, a więc również żadnych przekonań, pragnień i zamiarów, a tym samym również żadnego celu - jeśli cel to tyle, co stan rzeczy zamierzony przez podmiot intencjonalny. Literalnie odczytane zdania przypisujące selekcji naturalnej intencjonalną aktywność (projektowanie, wyznaczanie celu, zobowiązywanie do realizowania wyznaczonego celu, i tak dalej) nie są prawdziwe. Na szczęście, można odczytać tego typu zdania jako metaforyczny sposób wyrażania tego samego, co wyrażają ich wolne od antropomorfizmów parafrazy.

W tej sytuacji fragmenty, w których Andy Clark twierdzi, że to Matka Natura zaprojektowała nas, podwójnych sapiensów, do przechodzenia procesu cyborgizacji potraktuję jako mówiące w metaforyczny sposób, że zdolność do poddania się temu procesowi jest ADAPTACJĄ. Gdybym odczytał te fragmenty dosłownie, musiałbym uznać je za fałszywe.

Z wymienionych wyżej powodów opowieści Clarka o człowieku-cyborgu, opowieści ewolucjonistycznej, nie da się niesprzecznie wzbogacić o (D1), jeśli w (D1) występuje podana wyżej definicja DWLN. Osobie chcącej przekształcić opowieść Clarka w normatywną opowieść o ludzkiej naturze potrzebna jest ina definicja DLWN - mianowicie, definicja opierająca się na pojęciu adaptacji. Zanim jednak sformułuję kolejną definicję DLWN, zatrzymam się na chwilę przy pierwszej.

Załóżmy, że Mamuśka Natura zaprojektowała naszą naturę do tego, abyśmy przechodzili proces cyborgizacji. Jeśli przyjmiemy wyżej podaną definicję DLWN, to będziemy musieli uznać, że jesteśmy artefaktami Mamuśki Natury. I to artefaktami szczególnego sortu, bo będącymi zarazem swoimi użytkownikami! To po pierwsze. Po drugie, wróćmy na chwilę do (D1) i (D2). Przypominam:

(D1) działanie, które leży w naturze człowieka, jest dobre;

(D2) działanie, które nie leży w naturze człowieka, jest złe.

Występujące w (D1) predykaty "jest dobre" i "leży w naturze człowieka" różnią się treścią, ale są koekstensywne: desygnują współwystępujące ze sobą cechy. To samo tyczy się predykatów "jest złe" i "nie leży w naturze człowieka" z (D2). Z (D1) nie wynika jednak, że dane działanie, powiedzmy działanie x, jest dobre, ponieważ leży w naturze człowieka - mówiąc inaczej, (D1), zinterpretowane w taki sposób, w jaki ja to uczyniłem, nie głosi, że przyczyną tego, iż jakieś działanie ma moralny status dobrego jest to, że leży ono w ludzkiej naturze. Współwystępowanie dwóch cech nie implikuje żadnej relacji przyczynowej między nimi!

Załóżmy, że żyjemy w świecie, w którym - z woli Mamuśki Natury - prawdziwe są (D1) i (D2). Załóżmy też, że w tymże świecie jesteśmy natural born killers - mówiąc inaczej, Mamuśka Natura zaprojektowała nas, podwójne sapiensy, do tego, abyśmy zabijali, a ponadto - korzystając z selekcji naturalnej - wykonała naszą naturę tak, że zabijanie (także osobników z naszego gatunku), dzięki naszej naturze, na którą składają się adaptacje, przychodzi nam łatwo. Jeśli tak jest, to ilekroć zabijamy, tylekroć robimy coś, co zarazem leży w naszej naturze i jest dobre. I to niezależnie od tego, kogo, jak i dlaczego zabijamy. Dlaczego jednak w omawianym świecie zabijanie, i to dowolnego typu, miałoby być, pod względem moralnym, dobre? Cóż, mamy dwie możliwości:

(a) jest ono dobre, gdyż takim uczyniła je Mamuśka Natura, quasi-boska persona;

(b) jest ono dobre, gdyż jest zgodne z istotą Mamuśki Natury, quasi-boskiej persony.

W przypadku (a) Mamuśka Natura może dowolnie, wedle swojego widzimisię, kształtować status moralny ludzkich działań. W przypadku (b) statut ten kształtuje istota Mamuśki Natury, niezależnie od jej woli. Jednakże, zarówno w (a), jak i w (b), dane działanie ma określony status moralny nie dlatego, że leży w ludzkiej naturze, a dlatego, że znajduje się w odpowiedniej relacji wobec Matki Natury - jej woli albo istoty.

Nie zmienia to jednak faktu, że nawet w takim świecie możliwe jest usprawiedliwienie czyjegoś działania za pomocą (D1) i (D2). Jeśli, żyjąc w takim świecie, wiesz, że (D1) jest prawdą, wiesz, że Tomek dopuścił się x, wiesz, że x, którego dopuścił się Tomek, leży w ludzkiej naturze, to w oparciu o wymienione przesłanki, poprzedzone funktorem "wiem, że", jesteś w stanie uzyskać w trywialny sposób wiedzę o tym, że x, którego dopuścił się Tomek, jest, pod względem moralnym, dobry. Rzecz jasna, w takim świecie do wiedzy o tym, że x jest moralnie dobre wiedzie także inna ścieżka - wystarczy wiedzieć, że to Mamuśka Natura uczyniła x moralnie dobrym.

Rozpatrzmy teraz inną możliwość. Załóżmy, że żyjemy w świecie, w którym prawdą jest, że (D1'') działanie jest dobre dzięki temu, iż leży w ludzkiej naturze". Przyjmijmy też, że to, iż działanie leży w ludzkiej naturze jest zarazem konieczne i wystarczające do tego, aby było ono dobre. Z przyjętych założeń wynika (D1) i (D2). Jednak, co ważne, z koniunkcji (D1) i (D2) nie wynika wcale (D1''). Załóżmy też, że (D1'') jest prawdziwe, bo takim uczyniła je Mamuśka Natura - inaczej mówiąc, nadała ona leżeniu w ludzkiej naturze moc czynienia ludzkich działań dobrymi. Czy stąd wynika, że, tak czy inaczej, to Mamuśka Natura swą wolą czyni ludzkie działania dobrymi? I tak, i nie. Sprawę załatwię cytatem. Tylko za Boga wstawcie Mamuśkę Naturę.

It's sometimes thought that universal divine agency is incompatible with the reality of created agency, so that if we hold that God nourished the cow, we must deny that the grass did. To dispel this impression we only need note that action ivolves different roles for different agents and that the filling of one role by no means implies that the others are empty. Whenever an agent uses an instrument to do something, both the (ultimate) agent and the instrument are doing something, and if they were not both doing their job, the effect would not be forthcoming, at least not in that way. The hammer will not pick itself up and drive in the nail, but neither can I drive the nail by my bare hands. Just so, the grass will not nourish the cow unless God endows it with its properties and sustains its being. To be sure, God could perfectly well bring it about the cow is sustained without using grass or any other created agency. However, if God chooses to nourish the cow by the ingestion of grass, the grass must do its thing metabolically if God is to do it that way. (...) Thus we must reject the theological version of the National Rifle Association principle: "Diseases don't kill people; God kills people". We can recognize that both God and the disease kills, both God and the grass nourishes, each in its distinctive way".******

Podsumowując: podana wyżej definicja DWLN jest bezużyteczna dla kogoś, kto nie traktuje literalnie ewolucji jako analogonu projektanta, a więc pewnego typu podmiotu intencjonalnego. Jeśli jednak ktoś chce się bawić w antropomorfizowanie ewolucji, to niechaj wie, iż rzeczona definicja wraz z zasadami (D1) i (D2) nie wystarczy do wyjaśnienia genezy statusu moralnego ludzkich działań. Tutaj trzeba czegoś więcej - mianowicie, jakiejś historyjki o ewolucji przebranej za Mamuśkę Naturę. Chociażby takiej, jaką można znaleźć na kartach książki Stevena Pinkera pt. How The Mind Works?:

Was the human mind ultimately designed to create beauty? To discover truth? To love and to work? To harmonize with other human beings and with nature? The logic of natural selection gives the answer. The ultimate goal that the mind was designed to attain is maximizing the number of copies of the genes that created it. Natural selection cares only about the long-term fate of entities that replicate…*******

Zacytowany fragment zgrabnie skwitował Jerry Fodor:

Fiddlesticks. The human mind wasn’t created, and it wasn’t designed and there is nothing that natural selection cares about; it just happens. This isn’t Kansas, Toto.********

Ewolucja, selekcja naturalna, adaptacje

Cóż, czy da się przeformułować ewolucyjną opowieść o ludzkiej naturze w ten sposób, aby zyskała ona status opowieści normatywnej? Odpowiedź brzmi: tak, da się. Tyle, że to dopiero początek kłopotów. Zacznijmy od objaśnienia, bardzo pobieżnego, kilku pojęć kluczowych dla dalszych rozważań.

W pierwszej kolejności wrzućmy na ruszt - przy milczącej aprobacie Mamuśki Natury - koncept selekcji naturalnej. Otóż - adresuję to również do osób uważających się za dzieciaczki quasi-boskiej persony w lateksowych stringach pamiętających wymieranie dinozaurów u schyłku kredy - selekcja naturalna nie jest podmiotem intencjonalnym, co oznacza, że nie ma ona przekonań, pragnień i zamiarów. Niczego więc, dosłownie rzecz biorąc, nie projektuje. Jej rola jest następująca - znów poslużę się anglojęzycznym cytatem:

Whether or not a phenotype is the product of single or several saltations or several mutations that confer small incremental phenotyphic changes makes no difference to wheter natural selection can explain the evolution of the trait. Natural selection explains why one trait rather than some other is present in a population. For example, if long necks are an adaptation, natural selection explains why giraffes have long necks as opposed to, say, short or medium necks. There are three conditions for a trait to evolve by natural selection: variation, heritability and fitness. If it is heritable, the the fittes variant, the one that, on average, confers the higher probability of surviability and/or reproductive success, is most likely increase in frequency in a population. (Of course, this story assumes certain conditions about the reproductive scheme, the population number, etc. - the details are well-worked out in any standard textbook on natural selection.) So, presumably, at one time there where variants in neck size among ancestral giraffes and the ones with the longest necks survived and reproduced like offspring more succesfully (on average) than those with shorter necks.

There is an important consequence to this story. For a trait to be product of natural selection it must be the case that phenotypes pre-exist their selection; as it were, the trait has to be there before natural selection can favor it. So, natural selection, in this instance, explains why traits, e. g. long necks, are present by explaining the increase of frequency of long necks over other variants, not how the trait originated in an individual in the first place. Therefore, an explanation for the origins of a phenotype, i. e. how it first appeared in a member of the population, does not explain a trait's spread in a population.*********

Kolej na pojęcie adaptacji. Znów po angielsku.

By definition, adaptations are traits that have a history of preservation and modification under selection in the direction of greater functional effectiveness. And selection occurs only when three conditions are met: (1) there must be variation in traits; (2) this variation must produce fitness differences; and (3) the variation must be heritable. Heritability, in turn, requires that differences in the traits responsible for differential fitness be due to genetic differences. Thus, if a trait is an adaptation, we know three things about it. (1) At some point in the evolutionary history of the lineage with that trait, there was variation with respect to the possession of the trait; some individuals had it and some didn’t. (2) The individuals with that trait had higher fitness, on average, than individuals without. And, most importantly, (3) the difference between having and not having the trait was due to a genetic difference between individuals with and without the trait.**********

Treść pojęcia adaptacji można wyrazić w ten sposób - tak, jak to uczynił Elliot Sober:

X is an adaptation for task F in population P if and only if X became prevalent in P because there was selection for X, where the selective advantage of X was due to the fact that X helped perform task F.***********

Frazę "there was selection for X" należy odczytywać tak: posiadanie przez organizm cechy X ułatwiało mu przeżycie i reprodukcję. Wspomniany Elliot Sober, filozof nauki specjalizujący się w filozofii biologii, opatrzył powyższą definicję następującymi objaśnieniami:

First, we should distinguish between a trait that is adaptive and a trait that is an adaptation. Any number of traits can be adaptive without those traits being adaptations. A sea turtles forelegs are useful for digging in the sand to bury eggs but they are not adaptations for nest building. Also, traits can be adaptations without being currently adaptive for a given organism. Vestigial organs such as our appendix or vestigial eyes in cave dwelling organisms are examples of such traits.

Second, we should distinguish between ontogenic and phylogenetic adaptations. The adaptations of interest to evolutionary biologists are phylogenetic adaptations, which arise over evolutionary time and impact the fitness of the organism. Ontogenetic adaptations, including any behavior we learn in our lifetimes, can be adaptive to the extent that an organism benefits from them but they are not adaptations in the relevant sense.

Finally, adaptation and function are closely related terms. On one of the prominent views of function—the etiological view of functions—adaptation and function are more or less coextensive; to ask for the function of an organ is to ask why it is present.************

DWLN kontratakuje!

Mając wstępnie określoną treść pojęć selekcji naturalnej i adaptacji, możemy sformułować nową, wyzbytą antropomorfizmów, definicję działania leżącego w naturze - w skrócie DWLN. Oto i ona:
  • (DWLN*) działanie x leży w naturze T wtedy i tylko wtedy gdy: (a) y jest naturą T; (b) jeśli działanie x jest możliwe do zrealizowania przez T, to y jest cechą T, i jeśli y nie jest cechą T, to działanie x nie jest możliwe do zrealizowania przez T; (C) y jest adaptacją T do x.
Rozwinięcie (C) przedstawia się następująco:
  • y jest adaptacją T do x w populacji P wtedy i tylko wtedy, gdy y upowszechniło się w P, gdyż posiadanie y przez organizmy z populacji P ułatwiało im przeżycie oraz reprodukcję, a ułatwiało im to dlatego, że albo umożliwiało im realizowanie x, albo samo realizowało x.
Jeśli y jest adaptacją T do x, to realizowanie x jest właściwą funkcją y. W tym przypadku pojęcie właściwej funkcji nie ma żadnego związku z pojęciem intencji. Właściwą funkcją y, będącego adaptacją T w populacji P, jest realizowanie przez niego tego, co sprawiło, że y upowszechnił się w populacji P.

It is the/a proper function of an item (X) of an organism (O) to do that which items of X's type did to contribute to the inclusive fitness of O's ancestors, and which caused the genotype, of which X is the phenotypic expression, to be selected by natural selection.*************

Komplikacje

Według psychologii ewolucyjnej, ludzki umysł składa się z wielu tysięcy, jeśli nie setek tysięcy, a nawet milionów, tzw. modułów, będących algorytmami wyspecjalizowanymi w rozwiązywaniu różnych problemów związanych z reprodukcją. Te moduły, zwane mentalnymi, mające swoje neurofizjologiczne implementacje, są adaptacjami. Co więcej, według niektórych psychologów ewolucyjnych, składają się one na ludzką naturę. Pozwolę sobie na kolejny anglojęzyczny cytat:
  1. The brain is a computer designed by natural selection to extract information from the environment.
  2. Individual human behavior is generated by this evolved computer in response to information it extracts from the environment. Understanding behavior requires articulating the cognitive programs that generate the behavior.
  3. The cognitive programs of the human brain are adaptations. They exist because they produced behavior in our ancestors that enabled them to survive and reproduce.
  4. The cognitive programs of the human brain may not be adaptive now; they were adaptive in ancestral environments.
  5. Natural selection ensures that the brain is composed of many different special purpose programs and not a domain general architecture.
  6. Describing the evolved computational architecture of our brains “allows a systematic understanding of cultural and social phenomena.**************
I tak, tytułem przykładu, jesteśmy ponoć nie tylko natural born cyborgs, ale, co ciekawe, również natural born killers. Przy czym "natural born" oznacza tyle, co "zaadaptowani do". Jesteśmy więc zaadaptowani - w podanym wyżej znaczeniu - do przechodzenia cyborgizacji oraz do zabijania. O tym, że wśród modułów mentalnych składających się na naturę homo sapiens sapiens występują moduły, którą funkcją (właściwą funkcją) jest ułatwianie nam zabijania, przekonuje psycholog ewolucyjny David M. Buss w książce Murderer Next Door: Why The Mind Is Designed To Kill. Mniejsza z tym - przynajmniej tu i teraz, w moim blogowym zakątku wszechświata - czy teoretyczne założenia psychologii ewolucyjnej, ich konsekwencje oraz formułowane na ich podstawie hipotezy są prawdziwe. Przypominam, że interesuje mnie coś innego - czy da się przekształcić ewolucyjną opowieść o ludzkiej naturze w opowieść normatywną, dołączając niesprzecznie do tej pierwszej (D1) i (D2). Odpowiedź brzmi: tak, da się. W trywialny i banalny sposób - dopisując do niej, za pomocą koniunkcji, (D1), (D2) i DWLN*.

Jeśli założymy DWLN* oraz (D1) i (D2), to trzymamy wniosek, że jeśli jakieś działanie, którego podmiotem jest człowiek, powiedzmy działanie x, jest moralnie dobre, to wśród cech składających się na ludzką naturę znajduje się adaptacja do x. I odwrotnie. Tylko, że znów, bez przyjęcia dodatkowych założeń, (D1) i (D2) nie przesądzają, że fakt, iż wśród cech składających na ludzką naturę znajduje się adaptacja do x, wyjaśnia to, iż x jest moralnie dobre. Tytułem przykładu - nawet jeśli człowiek ma adaptację lub adaptacje do dbania o zdrowie i życie swojego potomstwa, samo zaś dbanie o zdrowie i życie swojego potomstwa jest moralnie dobre, to nie wynika stąd, że dbanie przez człowieka o zdrowie i życie swojego potomstwa jest moralnie dobre dzięki temu, że został on do tego ewolucyjnie przystosowany.

Oczywiście, ktoś może zaprotestować - przecież działanie, które skutkuje zwiększeniem lub jedynie zwiększa prawdopodobieństwo maksymalizacji inkluzywnego fitness (inclusive fitness) jest dobre. Owszem, jest dobre - dobre, czyli korzystne dla sprawcy takiego działania. Korzystne pod pewnym, ściśle określonym względem. Co, rzecz jasna, nie znaczy, że pod każdym. Chociażby pod moralnym.

Rozpatrzmy jednak dwa - możliwe wszak - scenariusze. Jeśli chodzi o pierwszy, to załóżmy, że "dobry moralnie" to tyle, co "maksymalizujący prawdopodobieństwo zwiększenia inkluzywnego fitness", zaś oba terminy desygnują jedną i tę samą cechę. Z kolei w przypadku drugiego scenariusza przyjmijmy założenie, że moralna dobroć oraz maksymalizowanie prawdopodobieństwa zwiększania inkluzywnego fitness są cechami współwystępującymi - jeśli x jest moralnie dobre, to x maksymalizuje prawdopodobieństwo zwiększenia inkluzywnego fitness, i odwrotnie. Dodatkowo załóżmy, że jeśli x jest moralnie dobre, to jest takie dzięki temu, że maksymalizuje prawdopodobieństwo zwiększenia inkluzywnego fitness.

Cóż, oba scenariusze mają - przez niejednego uważane za negatywne - istotne konsekwencje dla this peculiar institution zwanej moralnością. Z pierwszego wynika, że termin "dobry moralnie" można wyeliminować z ludzkiego dyskursu na rzecz terminu "maksymalizujący prawdopodobieństwo zwiększenia inkluzywnego fitness", skoro znaczenie tego pierwszego jest identyczne ze znaczeniem tego drugiego, a ponadto oba terminy desygnują jedną i tę samą cechę. Z drugiego scenariusza wynika natomiast, że jedno i to samo działanie w jednej sytuacji będzie moralnie dobre, o ile będzie ono maksymalizować prawdopodobieństwo zwiększenia inkluzywnego fitness, w innej zaś, jeśli nie będzie tego czynić, uzyska status moralnie złego. I tak, tytułem przykładu, zabójstwo, kradzież, oszustwo, szantaż, torturowanie i wiele innych działań powszechnie, na ogół jednak z bliżej lub dalej idącymi zastrzeżeniami, uznawanych za moralnie złe - będzie zmieniało swój status moralny w zależności od kontekstu.

I tak źle, i tak niedobrze. Cóż, bywa i tak. Warto odnotować, że na przypadłość, którą, by tak rzec, skutkuje pierwszy scenariusz, cierpią również te wersje etyki teistycznej, które definiują eliminacyjnie pojęcie dobra moralnego przez, dajmy na to, pojęcie boskiego nakazu lub zezwolenia, pojęcie boskiej woli, pojęcie boskiej aprobaty lub pojęcie boskiej miłości. Proszę zwrócić uwagę na to, że nie twierdzę, iż ci, którzy w taki właśnie sposób definiują pojęcie moralnego dobra, popełniają błąd naturalistyczny. Twierdzę, że tego typu definicje są, w istocie swej, eliminacyjne - z ich pomocą nie da się wyjaśnić, dlaczego coś jest moralnie dobre. Na przykład, jeśli zdefiniujemy - eliminacyjnie - moralne dobro przez maksymalizowanie fitness, to, uznawszy tę definicję, nie będziemy mogli wyjaśnić tego, że dane działanie jest moralnie dobre tym, iż maksymalizuje ono fitness. Mówiąc, że działanie x jest moralnie dobre, gdyż maksymalizuje ono fitness, powiemy wtedy, że działanie x maksymalizuje fitness, gdyż... maksymalizuje fitness - a to, rzecz jasna, nie zasługuje na miano wyjaśnienia.

Znamienne, że niektóre wersje etyki teistycznej cierpią też na przypadłość drugiego scenariusza, czyli moralny relatywizm - mam na uwadze chociażby te wersje etyki teistycznej, z których wynika, że, owszem, mordowanie ludzi jest moralnie złe, ale zabijanie ich za boskim zezwoleniem nie jest morderstwem, a zatem nie ma w nim moralnego zła. Nie wierzycie, że pod sklepieniem niebieskim żyją i umierają również zwolennicy takich odmian etyki teistycznej? To zajrzyjcie tutaj: Canaaite Genocide. I tutaj, jeśli zechcecie przywrócić spokój swojemu sumieniu: Did God Command Genocide?

Zamiast zgrabnej puenty

Zakończę - ten już zdecydowanie za długi tekst, który zaczął się niewinnie od kilku uwag o naturze cyborgów - cytatami z artykułu 'Fugitive Thought' autorstwa Richarda Joyce, znamienitego moralnego nihilisty (a ściślej: metaetyka opowiadającego się - nie bez mocnych racji, ale też nie dogmatycznie - za metaetycznym stanowiskiem moralnego nihilizmu).

Moral imperatives are claimed to be inescapable. The moral felon who convinces us that he desired to commit his crimes, that he had no desires that the actions thwarted, does not incline us to withdraw our judgment that he did what he ought not to have done. We do not permit him to evade his moral culpability by citing unusual desires or interests. This thesis of moral inescapability seems familiar and yet is notoriously difficult to make sense of. Philippa Foot calls it “the fugitive thought,” and argues that there is no coherent thought to be brought into the light, but thinks that we could carry on moral discourse purged of claims of inescapability.1 Her pessimism about locating the fugitive is justified, but moral discourse may well not survive its elimination. Inescapability—our tendency to morally condemn the criminal regardless of his desires or interests—lies at the heart of our moral framework; indeed, we might well think that it is the whole point of having a moral language. For this reason our moral discourse is hopelessly flawed in the sense of there not being an acceptable explication of the central moral concepts, though it is not without practical merit. Participating in moral discourse may be warranted in pragmatic terms, despite its defects.

Moral imperatives do not continue to apply to us regardless of our motives or interests in the way that the rules of etiquette or chess do. We have reason to follow them regardless of out motives or interests. We might put the point in terms of all-things-considered “oughts.” When Mike has a very good reason for ignoring etiquette, then all-things-considered, he ought to ignore it, despite a remaining sense in which he should not speak with his mouth full. Reasons go along with all-things-considered “oughts,” but not necessarily institutional “oughts.” The unusual thought of the person who stands to gain a million dollars by being rude shows that it may be the case that someone ought to φ without having a reason to φ. But this is not an all-things-considered sense. By comparison, it would do violence to our concepts to hold that a person ought, all-things-considered, to φ, but has no reason to φ.

Moral prescriptions are all-things-considered judgments, though not all all-things-considered judgments are moral. If I decide, after weighing all considerations, that I ought to pop down to the café at one o’clock rather than noon, it does not make the associated ought-statement a moral imperative. But that all moral judgments are all-things-considered judgments seems correct. The moral judgment “Mary ought not to have lied” has an overriding quality. It may be that according to prudence Mary ought to have lied, according to etiquette she ought to have lied, according to a utilitarian concern for the interests of the person addressed she ought to have lied, but if, morally speaking, she ought to tell the truth, then there is nothing else to consider when she asks herself what she ought to do. That morality prescribes φ-ing implies that all the other prescriptive systems have already been taken into account in so far as they are relevant, and balanced. In contrast, that etiquette may prescribe φ-ing does not imply anything about the requirements of other systems, and it does not imply that φ-ing is what she must do.

A body of rules, according to Foot, yields prescriptions that we have reason to follow only if we have a standing interest in that body of rules. For most of us, etiquette does provide prescriptions that not only apply to us in the weak categorical sense, but which we must follow, because we care about etiquette. We have good reasons not to speak with our mouths full, but these reasons are escapable. Her complaint about a dominant thread of post-Kantian ethics is that morality is perceived as a body of rules that we have reason to follow regardless of our interests, desires, or concerns about morality.

We may consider a case of an unwilling gladiator. When the gladiator, against his will, is thrust into the arena, he immediately becomes subject of various rules of conduct: he must not throw sand in his opponent’s eyes, he must not drop his weapons and run, for instance. These are weak categorical imperatives. Nevertheless, the gladiator may have no reason to refrain from throwing sand in his opponent’s eyes. He may have no reason to do what he ought to do. Let us say that the unwilling gladiator has various imperatives applying to him whether he likes it or not, but it is not the case that he must follow them whether he likes it or not. If the authority of morality were no more than imperatives applying, then it would have no more authority than the Romans had over their unwilling prisoners. It would just be a set of rules which we have decided to apply to everyone, possibly with the threat of punishment for violators. But ordinary moral thinkers understand an unrepentant criminal differently from an unwilling gladiator. It is not merely that there exists a body of rules backed with punishment, and that the criminal has violated those rules. We think that he must follow those rules whether he accepts them or not. We think that the rules are, in some sense, his rules whether he accepts them or not. In trying to make sense of this inescapability, the most promising avenue is to seek a theory of reasons whereby the felon would have reasons for good behavior. Suppose he were to say, “I admit that I ought not to have broken my promise, but that is just an according-to-the-rules-of-morality-ought. I do not have an interest in that system of rules. Following that system of rules goes against my interests and desires. Therefore I have no reason to obey it.” Our moral discourse certainly does not fold in the face of this. We insist that the felon, all-things-considered, ought to have kept his promise, and that he has a reason to follow the moral injunction. The question is whether these insistences are philosophically defensible.***************

Tak więc, cyborgi, whether or not we are cyborgs, jeśli chcecie mieć wiarygodną ewolucyjno-normatywną opowieść o ludzkiej naturze, powinniście uwzględniając naturę moralnego dyskursu wyjaśnić, co sprawia - w ewolucyjnych kategoriach - że moralnie złe działanie to takie działanie, którego nie powinno się podejmować, niezależnie od tego, jakie posiada się przekonania, pragnienia, zamiary i interesy.


Przypisy

* Andy Clark, Natural-born cyborgs: Minds, Technologies and the Future of Human Intelligence, Oxford University Press 2001, s. 5

** Obraz ciała (body image) = system perceptów, przekonań i postaw dotyczących własnego ciała. Na obraz ciała składają się nie tylko te przekonania i postawy, które są aktualnie uświadamiane przez podmiot, lecz także takie, których podmiot aktualnie nie jest świadomy, choć je posiada, a które są uświadamialne (w stosownych okolicznościach). Na obraz ciała składają się percepty, koncepty i afekty. (a) percept ciała: percepcyjne doświadczenie własnego ciała przez podmiot; (b) koncept ciała: pojęciowe rozumienie własnego ciała przez podmiot; (c) afekt ciała: emocjonalna postawa podmiotu wobec jego własnego ciała.

Schemat ciała (body schema) = system sensomotorycznych zdolności, mechanizmów, procesów, które funkcjonują bez udziału świadomości podmiotu lub konieczności świadomego monitorowania ich przebiegu

Schemat ciała, w przeciwieństwie do obrazu ciała, funkcjonuje głównie poniżej progu świadomości, w sposób zasadniczo zbliżony do automatycznego, aczkolwiek – i to jest ważne – często podporzadkowuje się zamiarom/intencjom podmiotu. Ruchy kontrolowane przez schemat ciała mogą być kształtowane przez zorientowane na cel (czyli intencjonalne) zachowanie podmiotu (na przykład, gdy sięgamy po szklankę z zamiarem wypicia z niej napoju, schemat ciała, bez udziału świadomości, dostosowuje ułożenie palców, kształt dłoni i napięcie mięśni do tego, abyśmy mogli chwycić szklankę, nie miażdżąc jej). Zasadniczą funkcją schematu ciała jest utrzymywanie postawy i kontrolowanie ruchów ciała. Mimo to świadoma percepcja własnego ciała może również przyczynić się do utrzymywania postawy i kontrolowania ruchów ciała, na przykład podczas nauki gry w tenisa, jednak nawet wtedy (monitorując wykonywane ruchy) podmiot nie uświadamia sobie wszystkich elementów aktywności schematu ciała (choć z drugiej strony, dzięki stosownej edukacji, może wiedzieć, co zachodzi w ciele człowieka, gdy ten wykonuje dany ruch).

*** Andy Clark, Natural-born cyborgs: Minds, Technologies and the Future of Human Intelligence, s. 18-19.

**** Andy Clark, Natural-born cyborgs: Minds, Technologies and the Future of Human Intelligence, s. 142.

***** Andy Clark, Natural-born cyborgs: Minds, Technologies and the Future of Human Intelligence, s. 31.

****** William P. Alston, Divine Nature and Human Language, Cornel University Press, Ithaca/London 1989, s. 200-201.

******* Warto odnotować, że Steven Pinker nie odczytuje zacytowanego fragmentu dosłownie.

******** Jerry Fodor, Against Darwinism

********* Andre Ariew, Natural Selection Doesn't Work That Way: Jerry Fodor vs. Evolutionary Psychology on Gradualism and Saltationism, Mind & Language, Vol. 18 No. 5 November 2003, s. 478-483.

********** David Buller, Evolutionary Psychology, Meet Developmental Neurobiology: Against Promiscuous Modularity, Brain and Mind 1: 307–325, 2000.

*********** Ron Amundson, George V. Lander, Function without purpose: The uses of causal role function in evolutionary biology, Biology and Philosophy v. 9, 1994, pp. 443-469

************ http://plato.stanford.edu/entries/evolutionary-psychology/#BioVsEvoPsy

************* Function without purpose: The uses of causal role function in evolutionary biology

************** http://plato.stanford.edu/entries/evolutionary-psychology/#MasModHyp

*************** Richard Joyce, Fugitive Thought, Journal of Value Inquiry 34 (2000) 463-478