środa, 28 stycznia 2009

Something Wicked This Way Comes

I jest to kolejny sceptyk. Pan E. Wychowany na pismach Kartezjusza, biegły w dialektyce, czyli w sztuce dyskusji, jak mało kto. Fan Arkezylaosa i Karneadesa. Miłośnik Manchester United i papierosów marki Silk Cut, które kupuje przez Internet. W rodzinnym mieście krążą o nim legendy. Ponoć to on powstrzymał inwazję zombich. Sam jeden. Jak w jakimś westernie. Tyle, że zamiast coltów użył jednego ze swoich sceptyckich argumentów. Wykrzyczał go przez megafon. W efekcie każdemu z livingujących deadów eksplodowała głowa. I to był koniec inwazji, a początek sprzątania cuchnących resztek.

Jakiś czas po tym wydarzeniu pewien dziennikarz napisał artykuł, w którym stwierdził, że pan E. jest mordercą, bo za jednym zamachem uśmiercił kilkaset zombich, a zombi, wbrew pozorom, jest człowiekiem - tyle, że o ograniczonej percepcji, zwiększonej odporności na ból, zredukowanych zdolnościach lokomocyjnych i niepohamowanym apetycie na ludzkie mięso. Dziennikarz był człowiekiem religijnym, wyznawał bodajże katolicyzm, więc, rzekomo w zgodzie ze swoją religią, uznał, iż zabici przez pana E zombie-ludzie byli osobami. Chociaż, co tu kryć, niestandardowymi. Dziennikarz wywodził dalej, że zabijając będące zombimi osoby ludzkie pan E postąpił, rzecz jasna, źle, gdyż umyślne uśmiercenie osoby jest moralnie złe.

Pan E nie przejął się zarzutami dziennikarza. Pan E jest bowiem sceptykiem moralnym. Po pierwsze, nie wierzy on, że istnieje coś, co jest moralnie dobre. Po drugie, sądzi, że nikt nie wie, iż istnieje coś, co jest moralnie dobre. Po trzecie, wierzy, że wie, iż nikt nie wie, że istnieje coś, co jest moralnie dobre. Po czwarte, analogiczne przekonania żywi w kwestii istnienia tego, co jest moralnie złe. A po piąte, denerwuje się wielce, kiedy czyta teksty, w których występuje nadmiar egzemplarzy słówek "że" i "iż".

Pan E wyznaje sceptycyzm wyłącznie w zakresie moralności. I tym się różni od opisanego w poprzedniej notce pana Q. To dlatego pan E może mniemać, nie wpadając w sprzeczność, że wie, iż nikt nie wie, że istnieje coś, co jest moralnie dobre.

Kartezjański sceptycyzm: wiedza o świecie

Panu E bardzo podoba się zainspirowany metodologicznym wątpieniem Kartezjusza argument przeciwko wiedzy o świecie oparty o tzw. Hipotezę Złośliwego Demona. Jedna ze współczesnych wersji tego argumentu wygląda tak:

(1) Jeśli S wie, że p, to S wie, że nie-q.
(2) Nieprawda, że S wie, iż nie-q.
(3) Zatem: nieprawda, że S wie, iż p.

S = dowolna osoba ludzka. "p" = dowolne zdanie o świecie; np. "Mam 2 ręce", "Wskutek zderzenia furgonetki z jeepem zginęły 3 osoby" lub "ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej". "q" = to dowolna sceptycka hipoteza.

Hipoteza jest sceptycka wtedy i tylko wtedy, gdy (a) jej negacja wynika z dowolnego zdania o świecie i (b) nie da się uzasadnić, że jej negacja jest prawdziwa. Przykładową sceptycką hipotezą jest tzw. Hipoteza Złośliwego Demona. Głosi ona, że świat, który percypujesz, jak również zamieszkujący go ludzie oraz twoje ciało to nic innego jak iluzja wygenerowana przez Złośliwego Demona. Tak naprawdę nie ma innych ludzi poza tobą, ty sam nie posiadasz ciała, lecz jesteś duszą, której zdaje się, iż posiada ciało, a świat nie istnieje. Jest tylko piekło, w którym Złośliwy Demon poddaje cię wpływowi misternej iluzji.

Załóżmy, że jesteś przekonany, iż ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej. Załóżmy też, że jesteś przekonany, że jeśli (A) ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej, to (B) nie jest prawdą, że istniejecie tylko i wyłącznie ty oraz Złośliwy Demon, który poddaje cię wyrafinowanej i misternej iluzji świata.

Jedno z praw logiki epistemicznej głosi, że jeśli S wie, że (jeśli p, to q), to (jeśli S wie, że p, to S wie, że q). Za "p" i "q" podstawmy odpowiednio (A) i (B). Natomiast za S ciebie, drogi czytelniku. Otrzymamy:

(1') Jeśli wiesz, że (jeśli (A), to (B)), to (jeśli wiesz, że (A), to wiesz, że (B)).

Załóżmy teraz, że wiesz, że jeśli (A) ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej, to (B) nie jest prawdą, że istniejecie tylko i wyłącznie ty oraz Złośliwy Demon, który poddaje cię wyrafinowanej i misternej iluzji świata. Zapiszemy to tak:

(2') Wiesz, że jeśli (A), to (B)

W oparciu o (1') i (2') możemy poprawnie uznać, że (3') jeśli wiesz, że (A), to wiesz, że (B). Dalej argumentacja sceptyka szermującego Hipotezą Złośliwego Demona przebiega mniej więcej w ten sposób.

(3') Jeśli wiesz, że (A), to wiesz, że (B)
(4') Nieprawda, że wiesz, iż (B)
(5') Zatem: nieprawda, że wie, iż (A).

To wnioskowanie też jest logicznie poprawne. Ale czy wystarczające do uzasadnienia wniosku? Tak, o ile (3') i (4)' to wiarygodne przesłanki. Argument na rzecz wiarygodności (3') mamy wyżej. Jest to argument konkluzywny. Więc (3') jest wiarygodne. Ale co z (4')? Cóż, proszę spróbować wykazać, że (B) jest prawdą - proszę wykazać, że Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa. W jaki sposób możesz o zrobić?

Chociażby powołując się na to, że przecież percypujesz otaczający cię świat, żyjących w nim ludzi oraz swoje ciało. Tak, ale, słusznie zauważy sceptyk, Hipoteza Złośliwego Demona głosi, iż po pierwsze, doświadczasz jedynie iluzji tego wszystkiego, a po drugie, twoje doświadczenie tej iluzji jest jakościowo takie samo, jak doświadczenie świata - różni się tylko źródłem. To drugie pochodzi ze świata. To pierwsze z woli i mocy Złośliwego Demona. Zatem twoje doświadczenie jest zgodne zarówno z Hipotezą Złośliwego Demona, jak i z Hipotezą Świata. W oparciu o nie nie da się odrzucić żadnej z tych hipotez. A to oznacza, że nie wiesz, iż (B) - że nie wiesz, iż nie jest prawdą, że istniejecie tylko i wyłącznie ty oraz Złośliwy Demon, który poddaje cię wyrafinowanej i misternej iluzji świata. Jeśli zaś tego nie wiesz, to nie wiesz, że (A) - że ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej.

Oczywiście, jeśli nie przeraża cię brak wiedzy w kwestii tego, czy ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej, za (A) podstaw sobie dowolne inne zdanie kategoryczne - np. takie: "Mam 2 ręce", "Jestem przystojny"/"Jestem urodziwa", "Zarabiam miesięcznie 10 tys. złotych netto", "Wczoraj przeżyłam/przeżyłem orgazm tak silny, że przez kilka minut wyłam/wyłem do księżyca".

Sęk w tym, że niezależnie od tego, jakie zdanie wybierzesz, analogiczny argument można zastosować wobec dowolnego zdania o świecie. To po pierwsze. Po drugie, wiesz, że p wtedy i tylko wtedy, gdy wykazałeś, iż p albo p, które uznajesz za prawdziwe, jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym oraz prawdziwym. Po trzecie, wśród zdań o świecie nie ma zdań wewnętrznie wiarygodnych. Po czwarte, aby zdanie o świecie było wiarygodne musi ono zostać wywnioskowane z wewnętrznie wiarygodnego zdania o doświadczeniu. Wiedza o świecie, w odróżnieniu od wiedzy o doświadczeniu, jest inferencyjna.

Jeśli więc wykażemy, że jakiś sąd o świecie jest prawdziwy, to wykażemy, że fałszywa jest Hipoteza Złośliwego Demona. Jednocześnie to, że wykażemy prawdziwość jakiegoś sądu o świecie sprawi, iż będziemy wiedzieli, że jest on prawdziwy. Tym samym będziemy wiedzieli, że fałszywa jest Hipoteza Złośliwego Demona. Szkopuł w tym, że między sądami o doświadczeniu a sądami o świecie nie zachodzi logiczne wynikanie. Natomiast wnioskowanie indukcyjne od pierwszych do drugich wymaga użycia sądu mieszanego, stwierdzającego, że takie a takie doświadczenie jest wiarygodnym wskaźnikiem tego, że to a to ma miejsce w świecie – a takie sądy mogą zostać przez nas uzasadnione wyłącznie wtedy, gdy będziemy dysponowali jakimiś uzasadnionymi sądami o świecie. W obu przypadkach – ślepy zaułek.

W rezultacie niczego o świecie nie wiemy. Sceptyk kartezjański ma jednak w zanadrzu jeszcze coup de grace.

W oparciu o podane wyżej tezy kartezjański sceptyk konkluduje (co jest dość kontrowersyjne), że aby móc wiedzieć coś o świecie, należy uprzednio wykazać lub jedynie uzasadnić, iż Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa (fałszywa w tym sensie, że fałszywe są wszystkie zdania, które się na nią składają - z wyjątkiem zdania o tym, że istnieje ten, do którego jest skierowana). Dopóki nie wykażesz lub nie uzasadnisz twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona, nie będziesz mógł niczego o świecie wiedzieć.

Według kartezjańskiego sceptyka, człowiek wie coś o świecie, o ile posiada stosowne świadectwa. Rolę świadectw potwierdzających lub obalających sądy o świecie mają pełnić idee, wrażenia lub dane zmysłowe – to, co składa się na doświadczenie. Idee, wrażenia lub dane zmysłowe potwierdzają opisujące je sądy.

Załóżmy, że kartezjańsko rozumiane doświadczenie e potwierdza sąd p. Jeśli sąd p wynika z sądu q, który jest sądem o świecie, to doświadczenie e potwierdza także sąd q. Jeśli zaś doświadczenie e spośród sądów o świecie potwierdza tylko i wyłącznie sąd q, to w oparciu o e, via sąd p, można zasadnie uznać za prawdziwy sąd q.

Hipoteza sceptycka ma to do siebie, że jest zgodna z każdym kartezjańsko rozumianym doświadczeniem, a więc również z doświadczeniem e. Te ostatnie potwierdza poza sądem q Hipotezę Złośliwego Demona.

W tej sytuacji nie można zasadnie uznać w oparciu o doświadczenie e, via sąd p, że q jest prawdziwe. Co można zrobić, aby doświadczenie e znów było wystarczające do uznania prawdziwości q? Należy obalić sceptycką hipotezę. Jak? W oparciu o jakieś inne doświadczenie. Jeśli to zrobimy, to wtedy w oparciu o doświadczenie e będzie można zasadnie uznać sąd q za prawdziwy. Niestety, w oparciu o kartezjańsko rozumiane doświadczenie nie da się obalić sceptyckiej hipotezy.

Jeśli więc warunkiem koniecznym możliwości wiedzy o świecie jest możliwość obalenia sceptyckiej hipotezy w oparciu o doświadczenie, to wiedza o świecie nie jest możliwa. Żaden człowiek niczego o świecie wiedzieć nie może.

Oczywiście, stanowisko kartezjańskiego sceptyka nie jest teoretycznie niewinne. I to z wielu powodów. Oto jeden z nich. Otóż nasz sceptyk przyjmuje m. in., że wiesz, iż p wtedy i tylko wtedy, gdy wykazałeś, że p albo p jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym. A tym samym, świadomie lub nie, kartezjański sceptyk odrzuca taką możliwość, że wiesz, iż p, mimo że nie wykazałeś p, a wiesz, bo p zostało wygenerowane przez jakiś twój reliabilny mechanizm poznawczy. Mechanizm poznawczy - rozum, zmysły, intuicja - jest reliabilny wtedy i tylko wtedy, gdy, powiedzmy, 90% z generowanych przez niego przekonań jest prawdziwe. Jeśli, dajmy na to, dzięki swoim reliabilnym zmysłom jesteś przekonany, że (A) masz ciało, i faktycznie je masz, to wtedy wiesz, że (A) masz ciało. Jeśli nadto zachodzi (3'), to wiesz, że (B) - czyli wiesz, że Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa.

Warto tutaj zaznaczyć jedno: kartezjański sceptyk nie musi wierzyć w Hipotezę Złośliwego Demona. Aby zostać kartezjańskim sceptykiem, wystarczy uznać, że warunkiem koniecznym posiadania jakiejkolwiek wiedzy o świecie jest uprzednie wykazanie fałszywości Hipotezy Złośliwego Demona.

Wariacja na temat

Kartezjański sceptycyzm w kwestii wiedzy o świecie można sformułować również inaczej. Mianowicie tak:

(3'') Jeśli jesteś zasadnie przekonany, że (A), to jesteś zasadnie przekonany, że (B)
(4'') Nieprawda, że jesteś zasadnie przekonany, iż (B)
(5'') Zatem: nieprawda, że jesteś zasadnie przekonany, iż (A).

Kartezjański sceptyk uznaje następującą definicję uzasadnionego przekonania: S jest zasadnie przekonany, że p wtedy i tylko wtedy, gdy: albo (a'') S przytoczył na poparcie p inne swoje przekonanie, mianowicie przekonanie q, (b''') q jest wiarygodne, (c''') p wynika z q; albo (a''') p jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym. Według naszego sceptyka, zdanie, które nie jest wewnętrznie wiarygodne, aby uzyskało status wiarygodnego musi zostać uzasadnione, czyli wywnioskowane z innego zdania, które albo jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym, albo samo uzyskało status wiarygodnego na drodze wnioskowania z innego wiarygodnego zdania. Niestety, zdaniem kartezjańskiego sceptyka, nie ma żadnych zdań wewnętrznie wiarygodnych, wobec czego, założywszy powyższe definicje, nie ma zdań uzasadnionych.

Dalej jego rozumowanie wygląda tak:

(1''') Warunkiem koniecznym możliwości uzasadnienia twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona jest istnienie takich zdań, które są wewnętrzne wiarygodne i mają taką treść, że z ich koniunkcji wynika logicznie lub indukcyjnie, iż Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa.
(2''') Nie ma zdań wewnętrznie wiarygodnych.
(3''') Ergo nie ma zdań o których jest mowa w (1''')
(4''') Zatem: nie jest możliwe uzasadnienie twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona.

I dalej:

(5''') Jeśli możliwe jest posiadanie jakiegoś uwiarygodnionego na drodze wnioskowania przekonania, to możliwe jest uzasadnienie twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona.
(6''') Nie jest możliwe uzasadnienie twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona.
(7''') Zatem: nie jest możliwe posiadanie jakiegoś uwiarygodnionego na drodze wnioskowania przekonania.

Jeśli trafne są przedstawione wyżej poglądy kartezjańskiego sceptyka na warunki konieczne i wystarczające do tego, aby jakieś przekonanie - zdanie uznawane za prawdziwe - było wiarygodne, to (7''') jest prawdą - nawet jeśli sama Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa.

Znamienne, że powyższa wariacja na rzecz kartezjańskiego sceptycyzmu prowadzi do wniosku pod pewnym względem o wiele mocniejszego niż wniosek, do którego prowadzi opisany w poprzedniej notce sceptycki argument odwolujący się do tzw. Trylematu Agryppy. Wniosek tego drugiego argumentu głosi jedynie, iż żaden człowiek nie żywi żadnego zasadnego przekonania. Natomiast wniosek pierwszego - że nie jest możliwe, by jakiś człowiek był o czymś na drodze wnioskowania zasadnie przekonany.

W każdym razie widać, że posiadanie jakiegoś uwiarygodnionego na drodze wnioskowania przekonania oraz uzasadnienie twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona nie są możliwe z jednego i tego samego powodu - z powodu braku wewnętrznie wiarygodnych zdań, niezależnie od tego, czy są to zdania o świecie, czy też zdania o doświadczeniu.

Ambiwalencje

Napisałem już, że panu E bardzo podoba się zainspirowany metodologicznym wątpieniem Kartezjusza argument przeciwko wiedzy oparty o tzw. Hipotezę Złośliwego Demona. Niemniej w tym przypadku sympatia nie przełożyła się na akceptację. Pan E nie wyznaje kartezjańskiego sceptycyzmu w kwestii wiedzy o świecie. Pan E wyznaje tego typu sceptycyzm wobec wiedzy moralnej. I tylko wobec niej. Oczywiście, pan E jest przekonany, że sceptycyzm wobec wiedzy o świecie jest zarazem sceptycyzmem wobec wiedzy moralnej. Ten pierwszy ma jednak, jego zdaniem, pewną fatalną słabość - mianowicie, nie jest teoretycznie niewinny. Założenia kartezjańskiego sceptyka o naturze wiedzy, uzasadnienia i rozkładzie onus probandi nie są założeniami, które sceptyk w jakikolwiek sposób by uzasadnił. Nie są też założeniami koniecznie prawdziwymi. A to przesądza, iż możliwe jest sformułowanie innej, konkurencyjnej teorii wiedzy, która nie prowadzi ani do wniosku, że nikt niczego nie wie, ani do wniosku, że nikt niczego nie może wiedzieć. Na tej podstawie nie można, rzecz jasna, uznać, że założenia i konsekwencje kartezjańskiego sceptycyzmu w kwestii wiedzy o świecie są fałszywe. Kartezjański sceptyk może mieć, by tak rzec, prawdę po swojej stronie. Jeśli ją ma, to wtedy wszelka inna, konkurencyjna wobec przyjmowanej przez kartezjańskiego sceptyka teoria wiedzy będzie fałszywa. Ilekroć ktoś przypomni panu E o tej możliwości, ten wzrusza ramionami.

-Mam o tym takie samo zdanie, jak mój dobry kolega, Mieszko. Tak to już jest ze sceptycyzmem. Prawdziwy lub fałszywy, wszystko jedno, i tak go nie obalisz, grając według zaproponowanych przez sceptyka reguł gry. Dlatego jedynym rozsądnym posunięciem jest zakwestionowanie tych ostatnich. Jeśli sceptyk ma rację, niczego nie stracisz; jeśli jej nie ma, możesz zyskać.

Znamienne, że powyższą uwagę można odnieść równie dobrze do sceptycyzmu moralnego. Z jakiegoś powodu, nieznanego autorowi niniejszej notki, pan E jeszcze tego nie uczynił. Drugą znamienną cechą postawy pana E wobec moralnego sceptycyzmu jest to, iż moralny sceptycyzm w kartezjańskim wydaniu również nie jest teoretycznie niewinny. Ale jakoś w tym przypadku ten fakt zupełnie nie wadzi naszemu sceptykowi. Zastanawiające.

Kartezjański sceptycyzm: moralność

Pan E argumentuje przeciwko temu, że jakiś człowiek ma jakąś wiedzę moralną w sposób następujący - najpierw formułuje tezę nihilizmu moralnego:

(1) Nie istnieje coś, co byłoby moralnie złe i nie istnieje coś, co byłoby moralnie dobre.

Następnie stwierdza tak:

(2) Torturowanie osoby jest moralnie złe.

Po czym dodaje, że z (2) wynika negacja (1). Jeśli jesteś zasadnie przekonany, że jeśli (2), to (1) jest fałszem, to jeśli jesteś zasadnie przekonany, że (2), to jesteś zasadnie przekonany, że (1) jest fałszem - jest to odpowiednik przytoczonego wyżej prawa logiki epistemicznej. Załóżmy, że jesteś zasadnie przekonany, że jeśli (2), to (1) jest fałszem. Zatem jeśli jesteś zasadnie przekonany, że (2), to jesteś zasadnie przekonany, że (1) jest fałszem. Dalej argumentacja pan E idzie tak:

(3) Jeśli jesteś zadanie przekonany, że (2), to jesteś zasadnie przekonany, że (1) nie jest prawdą.
(4) Nieprawda, że jesteś zasadnie przekonany, że (1) nie jest prawdą.
(5) Zatem: nieprawda, że jesteś zasadnie przekonany, iż (2).

Dlaczego (4) jest prawdą? Bo nie uzasadniłeś twierdzenia, że (1) nie jest prawdą. A dlaczego nie uzasadniłeś? Bo nie uzasadniłeś, że istnieje coś, co jest moralnie dobre i nie uzasadniłeś, że istnieje coś, co jest moralnie złe. Jeśli zaś nie uzasadnisz pierwszego lub drugiego, to twoje przekonanie, że (2) pozostanie nieuzasadnione. Powyższy argument można powtórzyć wobec każdego przekonania moralnego. Załóżmy, że zostało to uczynione. Czy wtedy można uzasadnić, że (1) jest fałszem? Nie. Dlaczego? Bo nie ma jak tego zrobić. Oto dlaczego.

Twierdzenie o fałszu (1) można uzasadnić tylko wtedy, gdy będzie się miało jakiś wiarygodny sąd moralny. Wówczas w oparciu o taki sąd, uznany za prawdziwy, będzie można uznać zasadnie, że (1) jest fałszem. Tak więc jeśli mamy jakiś wewnętrznie wiarygodny sąd moralny, to możemy w oparciu o niego uzasadnić, że (1) jest fałszem. Owszem, taki argument byłby kolisty w następującym znaczeniu - jego przesłanka zakładałaby fałszywość (1), wobec czego sceptyk moralny nie uznałby przesłanki. Tym samym za pomocą takiego argumentu nie moglibyśmy wykazać sceptykowi moralnemu, że (1) jest fałszem. To jednak, wbrew pozorom, nie przesądza, że nie moglibyśmy tego wykazać samym sobie. Tak rozumiana kolistość nie jest bowiem kolistością logiczną, a tylko ta ostatnia czyni argument bezużytecznym nawet w tym przypadku.

Po drugie, jeśli sąd moralny jest uzasadniony/wiarygodny, to został uzasadniony albo jest wewnętrznie wiarygodny. Rozpatrzmy pierwszą opcję. Jeśli sąd moralny został uzasadniony, to albo został wywnioskowany z innego sądu moralnego, który jest wewnętrznie wiarygodny, albo został wywnioskowany z innego sądu moralnego, który swoją wiarygodność uzyskał wskutek wywnioskowania go z innego wiarygodnego sądu. Tak czy inaczej, pierwszym elementem wnioskowania skutkującego nadaniem moralnemu sądowi wiarygodności musi być sąd moralny będący sądem wewnętrznie wiarygodnym.

Po trzecie, kontynuuje pan E, nie ma sądów wewnętrznie wiarygodnych, więc nie ma sądu moralnego, który byłby wiarygodny. Tym samym nie można uzasadnić twierdzenia, że hipoteza nihilizmu jest fałszywa.

Jeśli przesłanki powyższego rozumowania są materialnie poprawne, a ono samo poprawne logicznie, to jego wniosek też jest poprawny materialnie. A wtedy - biada etykom! Biada, bo ich aspiracje teoretyczne są bezprzedmiotowe. A są nie dlatego, że nie ma niczego, co byłoby moralnie dobre ani niczego, co byłoby moralnie złe, lecz dlatego, że żaden etyk nie uzasadni żadnego sądu moralnego. Nawet jeśli ludzkie działania mogą być moralnie dobre lub moralnie złe. Pan E jednak nie tylko nie wierzy, że istnieje coś moralnie dobrego i nie wierzy, że istnieje coś moralnie złego. Pan E również wierzy, że nie istnieje coś moralnie dobrego i wierzy, że nie istnieje coś moralnie złego. Jego zdaniem, ludzkie działania są moralnie obojętne, ani moralnie dobre, ani moralnie złe. Tę wiarę pana E - wiarę, którą ma on, trafnie lub nie, za konstytuującą wiedzę, a której nie uzasadnia kartezjański sceptycyzm moralny - zostawmy na inną okazję. Teraz wróćmy do moralnego sceptycyzmu pana E. Znów wszystko zależy od tego, w jakimś żyjemy świecie.

Możliwe światy

Jeśli żyjemy w świecie, w którym materialnie poprawny jest wniosek przedstawionego wyżej rozumowania, to zarzuty, które panu E postawił wspomniany na początku dziennikarz są nieuzasadnione. Nadto w takim świecie pan E wie, że nikt nie wie, iż coś jest moralnie złe i nikt nie wie, że coś jest moralnie dobre. Oczywiście, ten świat nie musi być światem, w którym nie ma moralnego dobra ani moralnego zła, chociaż pan E wierzy, że w takim właśnie świecie żyjemy. Świat, w którym nie ma ani pierwszego, ani drugiego można określić mianem nihilistycznego. Wspomniany dziennikarz, gdy tylko dowiedział się, że pan E jest moralnym nihilistą, stwierdził, że pan E powinien, jeśli jest konsekwentny, wierzyć, że w naszym świecie wszystko jest dozwolone. Pan E, jakby na złość dziennikarzowi, nie podziela tej wiary. Dlaczego? Bo nie wierzy on w prawdziwość następującej równoważności:

(A) Bóg istnieje wtedy i tylko wtedy, gdy nie wszystko jest dozwolone.

Dziennikarz wierzący, że (A) jest prawdą, uważa, że osoba negująca tezę o istnieniu Boga powinna uznać, że wszystko jest dozwolone. Myli się, bo tylko i wyłącznie osoba wierząca, że (A) jest prawdą, ale negująca tezę o istnieniu Boga, powinna, gwoli zachowania konsekwencji, uznać, że wszystko jest dozwolone. Pan E jest nihilistą moralnym, ale szczególnego rodzaju. Nie powtórzy on za Dostojewskim (i Kołakowskim): jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno. Moralny nihilizm łączy się u pana E ze stanowiskiem tzw. moralnego fikcjonalizmu, w wersji zbliżonej do tej, jaką w książce The Myth Of Morality zaprezentował Richard Joyce.

Niewykluczone, rzecz jasna, że żyjemy świecie, który, wbrew pewnemu mniemaniu pana E, nie jest nihilistyczny. Możliwe też, iż w takim świecie nie da się, zgodnie z pewnymi mniemaniami pana E, uzasadnić w oparciu o jakiś sąd moralny lub ich koniunkcję twierdzenia o tym, że (1) jest fałszem. Taki świat może być zarazem światem, w którym sceptycką hipotezę moralnego nihilizmu da się obalić w inny sposób. Wykazując dwie rzeczy: po pierwsze to, że (a) jeśli istnieje Bóg, to istnieje coś moralnie dobrego; po drugie zaś to, że (b) istnieje Bóg. Wiedząc (a) i wiedząc (b), będziemy również wiedzieć, że hipoteza moralnego nihilizmu jest fałszywa. Wiadomo, że aby móc wykazać (b), musi istnieć Bóg.

Day Of The Living Dead

W nieprzyzwoicie pobieżny sposób opisałem dwa możliwe światy, nie rozstrzygając, czy żyjemy w którymkolwiek z nich. Takich opisów można sformułować więcej. Wyznam, że nie mam na to ani chęci, ani siły. Znużyło mnie już opisywanie sceptyckich peregrynacji pana E. Niezależnie od tego, w jakim świecie, pod względem poznawczego statusu sądów moralnych, żyjemy, jedna rzecz nie daje mi spokoju: ta historia z zombimi.

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Pytanie Wyrusa

Wyrus powiesił na swoim blogu taką wielce krótką notkę:

"Etyka, zaprawdę, jest najłatwiejszą ze wszystkich nauk.
Arthur Schopenhauer. O podstawie moralności.

W związku z tym kawałkiem z Schopenhauera mam pytanie: czy ktoś umie uzasadnić twierdzenie, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce, która właśnie śpi w drugim pokoju?"

Pytanie proste. A co z odpowiedzią? Cóż, jest ona pozytywna, o ile są spełnione pewne warunki. Po pierwsze, muszą istnieć racje o takiej treści, że z ich koniunkcji logicznie wynika, iż nie powinno się podrzynać gardła swojej matce. Po drugie, takie racje muszą być akceptowalne - albo dlatego, że zostały uzasadnione, albo dlatego, że chociaż nikt ich jeszcze nie uzasadnił, to są one wiarygodne*, a tym samym uznanie ich za prawdziwe jest jak najbardziej zasadne. Po trzecie, musi istnieć osoba znająca owe racje. Po czwarte, osoba, która je zna, musi wiedzieć, że z tychże racji wynika logicznie to, iż nie powinno się podrzynać gardła swojej matce. Po czwarte, ta sama osoba musi być w stanie przytoczyć omawiane racje na poparcie rzeczonego wniosku. Po piąte, ani racje, ani wniosek, o których jest tutaj mowa, nie muszą być prawdziwe, aby mogły zostać uzasadnione, a tym samym być akceptowalne. Po szóste - poprzednia zasada dotyczy również racji wiarygodnych, chociaż nieuzasadnionych. Jeśli wymienione warunki są spełnione, to odpowiedź na pytanie Wyrusa jest następująca: tak, istnieje ktoś, kto umie uzasadnić twierdzenie, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce, która właśnie śpi w drugim pokoju.

Proste? Dopóki nie pojawi się sceptyk. Zwierz filozoficzny o starożytnym rodowodzie. Sapiensi. Wyspecjalizowany w demolce. Co demoluje sceptyk? Wiedzę. Sceptyk obdziera dowolne z człowieczych przekonań ze statusu wiedzy. Ale, co ciekawe, prawdę i fałsz pozostawia nietknięte. Sceptyk nie jest relatywistą aletycznym - nie twierdzi, że nie ma ani prawdy, ani fałszu jako takich, a są jedynie prawdy-dla-kogoś i fałsze-dla-kogoś. Twierdzi za to, że żadne z naszych przekonań nie jest wiedzą. Także przekonanie, że żadne z naszych przekonań nie jest wiedzą - dopowie sceptyk, o ile jest konsekwentny. Po czym zamilknie lub wzorem Pirrona - sceptyka nad sceptykami - dokona epoche.

Trylemat Agryppy

Wyobraźmy sobie, że żyjemy w świecie, w którym istnieje pewien sceptyk, powiedzmy pan Q. I że tenże sceptyk wierzy m. in. w następujące rzeczy: w to, że (a) żyjemy w świecie, w którym spełnione są wymienione wyżej warunki - poza warunkiem drugim; w to, że (b) w naszym świecie możliwy jest sceptyk; w to, że (c) naszym świecie istnieje pewien sceptyk, a jest nim pan Q; oraz w to, że (d) pan Q, o którym jest mowa w (c) jest identyczny z panem Q, który wierzy, że (c) jest prawdą. Pan Q wierzy ponadto w to, że (e) żadne z jego przekonań, łącznie z (e), nie jest przekonaniem żywionym przez niego zasadnie.

Pan Q przyjmuje następującą definicję wiedzy: S wie, że p wtedy i tylko wtedy gdy: (a') p jest prawdą; (b') S jest przekonany, że p; (c') p jest uzasadnione. "S" zastępuje dowolną osobę ludzką. "p" dowolne człowiecze przekonanie, czyli dowolne zdanie uznawane za prawdziwe przez jakiegoś podwójnego sapiensa. Ponadto nasz sceptyk uznaje następującą definicję uzasadnionego przekonania: jeśli S jest zasadnie przekonany, że p, to albo (a'') S przytoczył na poparcie p inne swoje przekonanie, mianowicie przekonanie q, (b''') q jest uzasadnione, (c''') p wynika z q; albo (a''') p jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym.

Pan Q nie wziął tych definicji z powietrza. Wziął je od filozofów. Od tych mianowicie, którzy za wzór uzasadniania uznali matematyczne dowodzenie i przyjęli, że tak jak w geometrii mamy zdania, które nie dość, że są prawdziwe, to jeszcze wewnętrznie wiarygodne** - wiarygodne wyłącznie z racji swojej treści lub budowy - tak i w innych dziedzinach ludzkiego poznania występują analogiczne zdania. Pełnią one role fundamentów wiedzy. Fundament wiedzy to nic innego jak zdanie, które jest (i) wewnętrznie wiarygodne i (ii) może być racją dla zdania, które nie jest wewnętrznie wiarygodne. Zgodnie z tą koncepcją, zwaną substancjalnym fundacjonalizmem***, zdanie, które nie jest wewnętrznie wiarygodne, aby uzyskało status wiarygodnego musi zostać uzasadnione, czyli wywnioskowane z innego zdania, które albo jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym, albo samo uzyskało status wiarygodnego na drodze wnioskowania z innego wiarygodnego zdania.

Pan Q jest zwolennikiem substancjalnego fundacjonalizmu. Ale, wbrew innym jego zwolennikom, uważa, że (A) w naszym świecie nie ma zdań, które byłyby wewnętrznie wiarygodne. Przypominam, że pan Q wierzy również, że w naszym świecie zdanie będące racją musi być wiarygodne, aby było racją wystarczającą do uznania jakiegoś innego zdania. Nadto pan Q wierzy, że (B) w naszym świecie jakieś zdanie jest akceptowalne wtedy i tylko wtedy, gdy zostało uzasadnione albo jest wewnętrznie wiarygodne.

W oparciu o podane wyżej definicje wiedzy i uzasadnionego przekonania oraz powołując się na (C) pan Q wnioskuje, że w przypadku dowolnego ludzkiego przekonania uzasadnianie zakończy się albo (1) regresem w nieskończoność, albo (2) błędnym logicznie kołem, albo (3) przyjęciem dogmatycznego założenia. Tak czy inaczej, w żadnym z tych trzech przypadków nadanie jakiemuś ludzkiemu przekonaniu wiarygodności nie dojdzie do skutku.

Ten klasyczny sceptyki argument, odwołujący się do tzw. trylematu Agrypy (alternatywa rozłączna z (1), (2), (3)), kończy się wnioskiem, że żadne z ludzkich przekonań nie jest uzasadnione. Wniosek ów w koniunkcji z przytoczoną wyżej definicją wiedzy prowadzi do wniosku kolejnego - takiego, że żadne z ludzkich przekonań nie jest wiedzą.

W jakim świecie żyjemy?

Jeśli pan Q ma rację co do (C), to wtedy w naszym świecie właściwą odpowiedzią na pytanie, które zadał Wyrus, będzie ta, że nikt nie jest w stanie uzasadnić twierdzenia, iż nie powinno się podrzynać gardła swojej matce, która właśnie śpi w drugim pokoju.

Załóżmy jednak, że żyjemy w świecie, w którym (C) jest fałszem, bo (D) w naszym świecie niektóre zdania są wiarygodne, mimo że nie zostały uzasadnione. Przyjmijmy też, że żyjemy w świecie, w którym fałszem jest (B), dlatego, że (E) w naszym świecie niektóre ze zdań mogą uzyskać status wiarygodnych dzięki uzasadnieniu lub dzięki temu, iż zostały wygenerowane przez tzw. reliabilny mechanizm poznawczy. Mechanizm poznawczy - rozum, zmysły, intuicja - jest reliabilny wtedy i tylko wtedy, gdy, powiedzmy, 90% z generowanych przez niego przekonań jest prawdziwe. Załóżmy wreszcie, że (F) żyjemy w świecie, w każdy podwójny sapiens, nawet sceptyk, posiada moralną intuicję będącą reliabilnym mechanizmem poznawczym.

Wyrus kontra sceptyk

Tyczy się to także Wyrusa. Jeśli w naszym świecie koniunkcja (D), (E) i (F) jest prawdziwa, a reliabilna intuicja moralna Wyrusa wygenerowała przekonanie, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce, to wtedy Wyrus jest zasadnie przekonany, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce. Jeśli nadto (G) w naszym świecie prawdą jest, iż nie powinno się podrzynać gardła swojej matce, to wtedy Wyrus wie, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce.

Czy, zakładając powyższe, Wyrus, który wie, iż nie powinno się podrzynać gardła swojej matce, jest w stanie wykazać, że sceptyk myli się sądząc, iż w naszym świecie żaden człowiek nie wie, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce?

Definicja wykazania prawdziwości jakiegoś zdania - definicja, którą zna nawet Scarlett Johansson - głosi, że S wykazał, iż p wtedy i tylko wtedy, gdy zostały spełnione łącznie następujące warunki: (1) p jest prawdą, (2) S przytoczył na poparcie p takie zdanie q, że (a) q jest prawdą, (b) p wynika z q i (c) S jest zasadnie przekonany, że q. Proszę porównać tę definicję z definicją uzasadnienia - wykazując uzasadniamy, ale uzasadniając niekoniecznie wykazujemy.

Jeśli powyższa definicja jest poprawna, to Wyrus jest w stanie wykazać, że sceptyk myli się w powyższej kwestii. Wykazać komu? Każdej osobie wierzącej zasadnie, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce. A zatem sceptykowi nie, prawda? A dlaczego akurat jemu nie? Nie, bo nie podziela on tej wiary. A nie podziela, bo sądzi, że w naszym świecie żaden człowiek nie wie, iż nie powinno się podrzynać gardła swojej matce. Prawda? W żadnym wypadku! Bo stąd, że sceptyk sądzi, iż w naszym świecie żaden człowiek nie wie, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce nie wynika, iż sceptyk nie jest przekonany, że nie powinno się tego robić. Jeśli sceptyk wierzy, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce, a nadto, choć sądzi inaczej, wierzy w to zasadnie, to i jemu Wyrus będzie w stanie wykazać, że błędne jest mniemanie, iż żaden człek nie wie, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce. Inna sprawa, że najprawdopodobniej sceptyk nie uzna wniosku wyrusowego argumentu.

Świat według sceptyka

A jeśli pan Q ma rację? Jeśli żyjemy świecie, w którym prawdziwe są twierdzenia (A), (B) i (C)? Co wtedy? Wtedy żaden człowiek nie żywi zasadnego przekonania. Tym samym żaden człowiek niczego nie wie. Na przykład, Wyrus nie wie, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce i nie wie, że powinno się poderżnąć gardło swojej matce. Natomiast pan Q nie wie, że żaden człowiek niczego nie wie i nie wie, że jakiś człowiek coś wie. Można by tak wymieniać długo. Aż do śmierci, o której nikt nie wie, że nadejdzie i nie wie, że nie nadejdzie.

Załóżmy, że żyjemy w świecie, na który (A), (B) i (C) rzucają cień prawdy. Jeśli tak jest, to oczywiście nie możemy tego wiedzieć. Pan Q nie przejmuje się tym faktem. Jest sceptykiem, ale ze sceptycyzmu w sprawie ludzkiej wiedzy wyciąga inne konsekwencje niż Pirron, który uważał, dość paradoksalnie, epoche i afazję za jedyne postawy godne sceptyka. Pan Q posiada przekonania, ale żadnego z nich nie żywi zasadnie. Ponadto pan Q przeprowadza wnioskowania i w oparciu o te zdania, które uznaje za prawdziwe, za takież same uznaje inne, wynikające z tych pierwszych. Wnioskowanie jest konieczne dla uzasadniania, ale nie wystarczające. Uzasadnianie wymaga wnioskowania oraz tego, aby zdania występujące w roli racji były wiarygodne. Jako, że w świecie pana Q nie ma wiarygodnych zdań, to nasz sceptyk wnioskując nigdy nie uzasadnia.

W udzielanych od czasu do czasu wywiadach pan Q powtarza, że nie czuje się źle ze świadomością, iż żadne z jego przekonań nie jest uzasadnione. "Przecież tego nie wiem" - dodaje żartobliwie. Oczywiście, pan Q nie wie, że istnieje dziennikarz, któremu udziela wywiadu. Tak jak nie wie, że nie istnieje pan Q udzielający dziennikarzowi wywiadu.

Taki już los człowieka w świecie sceptyka.

Sceptyk i pytanie Wyrusa

Nie przeszkadza to jednak panu Q w mniemaniu, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce. Owszem, nie może on uzasadnić tego przekonania, może jednak wyjaśnić, dlaczego je podziela. A podziela je, bo uważa, że matka to osoba, zaś fakt, że jakiś x jest osobą ma za wystarczający do tego, aby powstrzymać się od skrzywdzenia x. To stanowisko ma swoje problemy, ale on, pan Q, może z nimi żyć. Więcej kłopotów sprawia mu życie wśród ludzi, którzy wątpią, że nie powinno się podrzynać gardła swojej matce. Pan Q określa takie osoby mianem dupków****.


*Słowo "uzasadnione" jest wieloznaczne. Może znaczyć, że dane zdanie zostało uzasadnione, czyli poddane procedurze uzasadniania, i to skutecznie. Może też znaczyć, że dane zdanie jest wiarygodne. W powyższej notce słowa "uzasadnione" używam wyłącznie w tym drugim znaczeniu - zdanie uzasadnione to zdanie wiarygodne. I odwrotnie.

**Zdaniami wewnętrznie wiarygodnymi miały być zdania niefalibilne, niekorygowalne i niepowątpiewalne.

*** Jest jeszcze fundacjonalizm strukturalny, czyli pogląd, że uzasadniając należy wyjść od jakichś zdań bazowych, które z jakiegoś powodu, niekoniecznie wewnętrznie, mają status wiarygodnych, a następnie z wybranych zdań bazowych wywnioskować zdania nie-bazowe. Fundacjonalizm strukturalny nie przesądza, że podział na zdania bazowe i nie-bazowe jest rozłączny. Jest to założenie fundacjonalizmu substancjalnego - niektóre zdania z racji swej treści lub budowy są wiarygodne. Wszystkie inne zyskają wiarygodność, jeśli zostaną wywnioskowane z jakichś zdań wewnętrznie wiarygodnych. Dla porównania - w tzw. kontekstualizmie epistemologicznym przyjmuje się, że podział zdań na bazowe i nie-bazowe jest funkcjonalny; jedno i to samo zdanie w pewnych kontekstach będzie pełniło rolę zdania bazowego, zaś w innych rolę zdania nie-bazowego. Prekursorem tak rozumianego kontekstualizmu epistemologicznego jest Ludwig Wittgenstein, zaś współczesną obronę tego stanowisko można znaleźć w książce Michaela Williamsa pt. 'Epistemology'.

**** Nie twierdzę, że tyczy się to Wyrusa - jakby ktoś nie zrozumiał.

piątek, 9 stycznia 2009

Kiss Of Death

Fuck. Odzywa się gitara Phila Campbella. Najpierw słyszymy potężniejący z sekundy na sekundę jazgotliwy pisk, potem uderza w nas mięsisty riff, w którym można dosłuchać się echa takich klasyków jak 'Ace Of Spades' czy 'Burner'. Świetne zwrotki, bujający refren i jazgotliwa solówka, a po niej genialne w swej prostocie wersy: 'What we do, is break the law/We tasted in blood and we want more/For we are murder, we like it fine/No quarter, we draw the line/And you so gracious, lost in time/To busy killing, to see the crime'.

Ot, twórczość Motorhead w pigułce. Otwieracz niemalże tak porywający, jak 'Terminal Show' z 'Inferno' (2004). 'Nobody cares if you're in or you're ou/We're gonna give you a smack in the mouth'. Słychać, że jako tekściarz i wokalista Lemmy jest w wyśmienitej formie. 'Sucker' zwiastuje ognistą jazdę!

Zaczęliśmy petardą. Pora więc na boogie! 'One Night Stand' to gitarowa potańcówka, w której Lemmy wyznaje, że kocha amerykańskie dziewczyny. W 'Devil I Know' powracamy do bardziej metalowego oblicza rock n' rolla w wydaniu Motorhead. Riffy, zwrotki i refreny, oczywiście, zabijają. Co to znaczy? To wie każdy metalowiec! Nie ma czasu na tłumaczenie. Jeszcze nie wysiedliśmy z piekielnego ekspresu o nazwie 'Kiss Of Death'. Przed nami 'Trigger' a w nim kompletnie metalowa przejaźdżka, szybka, mroczna, pobłogosławiona bardziej niż zwykle gardłowym śpiewem Lemmy'ego. Ciut niżej strojone gitary i spasiony piwskiem bas. Niezwykle motoryczny numer. Jeden z okazalszych wagonów w składzie. W 'Under The Gun' zwalniamy, wpadając do bluesowego kotła, w którym Lemmy śpiewa niegrzeczny tekst o pewnej fantazji z nim i jakąś dziewczyną w rolach głównych i jedynych. Nie jesteśmy wścibscy, więc odprowadzani solówkami Campbella, nie oglądając się za siebie, przechodzimy do kolejnego wagonu, by przypadkiem dowiedzieć się, że 'God Was Never On Your Side'. Nie wiemy, kto jest adresatem tej romantycznej ballady z akustycznymi zwrotkami i ostrym riffowaniem w refrenach, ale słysząc rozżalony głos Lemmy'ego miękniemy i zaczynamy szlochać metroseksualnie. Zniewieściali, idziemy dalej, by posłuchać kazania o 'Living In The Past'. W umiarkowanym tempie, marszowym rytmem przechodzimy kolejno przez wszystkie alkoholowo zaśpiewane zwrotki, zaliczając po drodze łagodniejsze refreny i cholernie koncertową solówkę. Nota bene, ten utwór przypomina, choćby pierwszymi akordami gitary, 'The Year Of The Wolf' z 'Inferno' (2004). Nastęny wagon to 100% rock n' rolla na cześć niejakiej Christine, o której Lemmy śpiewa: 'She moves like a rattlesnake made out of razorblades/That girl can't help it, just the way she's made'. Genialne! Niestety, punkowe 'Sword Of Glory' sprawia, że przez moment czujemy się jak w pociągu należącym do PKP. To nieprzyjemne wrażenie zaciera zadziorne 'Be My Baby', zbliżone brzmieniowo i stylistycznie do 'Trigger' oraz 'Living In The Past'. 'Kingdom Of The Worm' ciągnie się z głośników smoliście, jak cielsko jakiegoś gigantycznego robala sunącego pod ziemią - ten smutny kawałek to bezpretensjonalna refleksja lidera Motorhead nad ludzkim życiem. Zasadniczo nie nasza działka. Wolimy bawić się beztrosko. Dlatego chyżo biegniemy do ostatniego wagonu, z którego dolatują pierwsze akordy szybkiego 'Going Down' z riffem ostrym jak szpikulec do lodu z pewnego filmu. Znakomite zwieńczenie przejażdżki! Gdy dojeżdżamy do stacji, Motorhead gra na deser 'Whiplash' Metalliki. Świetnie zagrany cover! I to już koniec.

Motorhead nadal kopie dupska! I nadal robi to wyśmienicie. Miłośnicy brudnego rock n' rolla proszą o więcej! 'Kiss Of Death' to wyborna pozycja w dyskografii zespołu obejmującej 30 lat grania i imprezowania. Nowatorska, oryginalna, ekstremalna? NIE!!! Jurna, żywiołowa, imprezowa? TAK!!! Nie stawiamy jej tak wysoko, jak wydanego przed przed pięcioma laty 'Inferno', ale, powiedzmy, zaraz za tym krążkiem a przed pochodzącymi z początku nowego stulecia 'Hammered' (2002) i 'We Are Motorhead' (2000). Na równi zaś z zeszłorocznym - i zrecenzowanym niżej - albumem 'Motorizer' (2008).

Carnival Of Lies


W 2006 roku napisałem tak:

"Nie sądzę, aby podczas czterech miesięcy dzielących nas od 2007 wyszedł krążek, który podbije moje serce równie mocno i zachłannie jak trzeci w dorobku album Obsession, zatytułowany 'Carnival Of Lies'. Tak, niewątpliwie mam już płytę roku. Moją ulubioną płytę, rzecz jasna, bo muzyka to nie zawody".

Czytelnikom, którzy słyszą nazwę 'Obsession' po raz pierwszy, wyjaśniam usłużnie, że kryje się za nią zespół z lat osiemdziesiątych grający heavy metal w ciut mocniejszym wydaniu niż europejskie. Na epce 'Marshall Law' (1984) i na albumach 'Scarred For Life' (1986) i 'Method Of Madness' (1987) zespół tworzyli Mike Vescera (wokal), Art Maco (gitara), Bruce Vitale (gitara), Matt Karagus (bas) i Jay Mezias (perkusja). Obecnie ze starego składu pozostali tylko Vescera i Mezias. Nowi muzycy to John Bruno (gitara), Scott Boland (gitara) i Christ McCarvill (bas). Na nowej płycie zagrali gościnnie szwedzki wirtuoz gitary Robert Marcello i shredder Joe Stump (Reign Of Terror).

Muzyka Obsession nie zmieniła się w żaden sposób. Słuchając 'Carnival Of Lies', odnoszę wrażenie, że dla Vescery i spółki czas zatrzymał się w miejscu. Na tej płycie nadal trwają lata osiemdziesiąte, a o dwóch późniejszych dekadach nikt nie słyszał. Nawet brzmienie, choć zmajstrowane współczesnymi środkami, pochodzi z tamtych lat, nie wspominając o wokalu i gitarowych pojedynkach na długie, smakowite i wystrzałowe solówki, którymi można zdefiniować pojęcie 'dobrego heavymetalowego sola'. Tak, lata osiemdziesiąte pełną gębą, na dobre i na złe. Wciąż nie dowierzam, że ten niepozorny krążek kryje w sobie niezawodny wehikuł czasu. Obsession z okresu 'Scarred For Life' (1986) i 'Method Of Madness' (1987) to tapirowane włosy, stroje typowe dla gwiazd hard rocka i luzackie zachowanie sceniczne, trochę w stylu szaleństw Poison (obejrzyjcie teledysk do utworu 'For The Love Of Money' z albumu 'Method Of Madness'). Obsession z 2006 roku to pięciu starszych panów o statecznych wyglądzie, z których żaden nie wygląda jak heros rocka sprzed dwudziestu lat. Nawet Vescera nie przypomina samego siebie z lat młodości. Tylko muzyka pozostała młoda, ale pewnie niektórzy powiedzą, że zestarzała się razem z jej twórcami. I tak, i nie. Jeśli jest stara - a lat osiemdziesiątych (będących metonimią określonego stylu grania heavy metalu) może nie usłyszeć w niej jedynie osoba kompletnie głucha - to mamy do czynienia z bardzo szczerą, młodzieńczą i dziarską staruszką.

Jest to zasługą między innymi nowych członków zespołu, a mianowicie basisty Christa McCarvilla oraz gitarzystów Johna Bruno i Scotta Bolanda. McCarvill jest starym wyjadaczem, znanym z albumów House Of Lords, Jeffa Scotta Soto, Eddie'go Ojeda, X Factor X i Liplok. Facet gra na basie ponadprzeciętnie, wirtuozersko, a jego znakiem rozpoznawczym są niesamowie solówki. To pewnie dlatego bas na 'Carnival Of Lies' jest bardzo dobrze nagłośniony i hasa niesfornie pomiędzy gitarami niczym słynny Tygrysek z Kubusia Puchatka. Boland siedzi w branży od dwudziestu lat i bez problemów odnajduje się w różnych stylach grania (funk, ska, reggae, heavy metal), ale podstawę jego gry stanowi blues i hard rock, co zresztą słychać w charakterystycznym groove obecnym we wszystkich utworach z 'Carnival Of Lies'. Przed dołączeniem do Obsession, Boland grał w Street Legal, Mike Vescera Project (album 'Windows') i w nowojorskim Furious Styles. John Bruno (X Factor X) to inna para kaloszy. Też utalentowany shredder, nie mniej wszechstronny niż Scott, razem z kolegą utworzył wspaniały gitarowy duet, nagrywając na omawianym albumie wspaniałe riffy i solówki, których nie zawaham się określić mianem klasycznych.

Tak, historia nie tyle bywa, co jest permamentnie niesprawiedliwa. Gdyby 'Carnival Of Lies' ukazał się w 1988 roku, zaraz po 'Method Of Madness' (1987), to miałby duże szanse na zostanie płytą kultową, jesli nie wtedy, to przynajmniej na przełomie wieków. Mógłby być klasykiem, a tak, spóźniony o niemalże dwadzieścia lat, przejdzie prawdopodobnie bez echa, mimo że to piekielnie dobry album. Omawianie go utwór po utworze to jak lizanie cukierków przez szybę. Nie potrafię znaleźć słów, którymi mógłybym w niewielkim nawet stopniu oddać klasyczność nowej płyty Obsession.

Od otwieracza 'Smoking Gun' do bonusowego 'Panic In The Street', nowej wersji utworu z 'Method Of Madness' (1987), bierzemy udział w nostalgicznej, przebojowej i przecudnej gitarowo jeździe bez trzymanki, czarowani unikalnym śpiewiem Vescery. Melodie nie tylko wpadają w ucho, lecz także wywołują mrownienie na plecach oraz rozszerzają usta w pełnym szczęścia uśmiechu tak, jak kiedyś, robiły to pierwsze krążki Iron Maiden z Brucem Dickinsonem bądź pierwsze pirackie albumy Running Wild. Utwór tytułowy to ikona amerykańskiego heavy metalu. Spóźniona, niestety, jak cała płyta. Zdumiewa melodią chwytliwą jak napalona niewiasta, zaś solówkami Roberta Marcello i Joe'go Stumpa zmienia słuchacza w skamielinę zachwytu. Opisuję, oczywiście, wyłącznie moje wrażenia. Ostatnio tak dobre solówki słyszałem na wydanej w 2005 płycie Iommi'ego pt. 'Fused'. Wirtuozerska lekkość, amerykański luz, heavymetalowa zadziorność i hardrockowa przebojowość, a to wszystko poparte długoletnim doświadczeniem. Bruno i Boland wyczarowują kultowe dźwięki. Duet na miarę dinozaurów z Judas Priest i Iron Maiden. Na tym nie koniec superlatyw! Mike Vescera jest w znakomitej formie wokalnej. Śpiewa bez wysiłku, lekko, energicznie, korzystając z całej skali swojego głosu, a przy tym brzmi tak, jakby cholernie dobrze bawił się przy nagrywaniu 'Carnival Of Lies'. Zresztą nie tylko on, bo wystarczy spojrzeć na fotki ze strony McCarvilla, by zorientować się, iż pozostali muzycy bawili się co najmniej równie dobrze jak lider. To słychać w każdym utworze. Nawet w tych, z których wieje subtelną nostalgią. Przebojową całość dopełnia dynamiczna jak nabuzowany Speedy Gonazales sekcja rytmiczna. McCarvill i Mezias, znakomicie nagłośnieni, dwoją się i troją, aby każdy utwór zapadał w pamięć nie tylko smakowitymi riffami, melodiami lub solówkami, lecz także ciekawymi partiami basu i perkusji. Nowe wersje niespełnionych klasyków, czyli 'Marshall Law' i 'Panic In The Street' nie pozostawiają w uszach słuchacza ani jednego żywego włoska! Moje w każdym razie wydepilowały doszczętnie.

Ten album to dzieło wybitne. Wybitnie oldschoolowe, natomiast spośród innych tego typu krązków wybijające się znakomitymi pomysłami i rewelacyjną realizacją. Wybitne. Nic dodać, nic ująć. Poza jednym: szkoda, że historia tak hojnie i niesprawiedliwie szafuje niesprawiedliwością.

The Inner Sanctum


Na 'The Inner Sanctum' (2006) zagrał długoletni perkusista Saxon, Nigel Glockner, na poprzednim krążku zastąpiony przez Jorga Michaela ze Stratovarius. Poza tą personalną roszadą Brytyjczycy zrobili jeszcze jeden krok w tył. Mianowicie w kilku utworach nawiązali do albumów sprzed świetnego 'Lionheart' (2004), tym razem zdecydowanie większy nacisk kładąc na kompozycje hardrockowe. Oczywiście, nie ma w tym niczego złego, wspomniany krok jest jedynie dużym krokiem w przeszłość, nawet do czasów 'Strong Arm Of The Law' (1980), a nie pod względem jakości. O tę ostatnią słuchacz nie musi się martwić. Zespół sprostał zadaniu i wypichcił mocny krążek. Tylko nieznacznie słabszy od prześwietnego poprzednika.

Otwierający album 'State Of Grace' nie jest tak bezpośredni, szybki i agresywny jak znany z poprzedniej płyty 'Witchfinder General'. Nastrojowymi dźwiękami, które idealnie współgrają z quasi-religijną wymową okładki, bez pośpiechu, niemalże leniwie, wprowadza nas w zakamarki 'The Inner Sanctum'. Dziwny to kawałek. Co pewien czas gitarki zacinają w nim niemalże tak ostro jak na początku i pod koniec 'Soul Intruders' z 'Tyranny Of Souls' (2005) Bruce'a Dickinsona. W połowie utworu następuje wyciszenie, w którym słychać, poza cichymi dźwiękami basu, szeleszczącymi talerzami i odległą solówką, podniosły śpiew wspomnianego chóru. Niesamowitą atmosferę potęguje dodatkowo ni to fantastyczna, ni to religijna, w każdym razie cholernie metaforyczna, niemalże egzystencjalna treść śpiewanych przez Biffa zwrotek i refrenów. Kolejne dwa utwory to typowe dla Saxon heavymetalowe rollercastery. Oparte na chwytliwych riffach, szybkie, dynamiczne, ze smakowitymi solówkami. 'Let Me Feel Your Power' ze względu na swoje tempo to już kawałek iście speedmetalowy. Na uwagę zasługuje w nim świetna praca sekcji. 'Need For Speed' przypomina natomiast 'Man n' Machine' z poprzedniej płyty. I to nie tylko tematyką. Majestatycznie kroczący 'Red Star Falling' przynosi kolejną zmianę nastroju. Nie dość, że zwalniamy, to jeszcze wpadamy w strumień dziejów, by przyjrzeć się upadkowi komunizmu w Polsce i w Rosji. Po otwieraczu, 'Red...' jest drugim najmocniejszym punktem albumu. Następne trzy numery - niesamowicie przebojowy 'I've Got To Rock', singlowy 'If I Was You' i mój ulubiony 'Going Nowhere Fast' - zabierają nas na wybitnie hardrockową przejażdżkę, podczas której na myśl przychodzą takie krążki jak wspomniane 'Strong Arm Of The Law' (1980) czy 'Solid Ball Of Rock' (1991). Z cięższym i lirycznie poważniejszym 'Ashes To The Ashes' wracamy do heavymetalowej konwencji. Biff śpiewa wspaniale we wszystkich kawałkach, niemniej to właśnie w tym, a z wcześniej wymienionych w 'Red...', wypada, jak sądzę, najlepiej, ujawniając przed słuchaczem cały bukiet swojego głosu, który im starszy, tym lepszy. Zupełnie jak wino. Instrumentalny 'Empire Rising' jest jedynie wstępem do epickiej historii o Hunie Attyli opowiedzianej jak najbardziej heavymetalowymi dźwiękami. Dużo się tutaj dzieje. Zespół co rusz zmienia tempo, nie stroni od orientalizmów i gitarowych nawałnic przeplatanych spokojniejszymi fragmentami, które w barwny sposób odmalowują starożytne czasy. Wystarczy opuścić powieki, by znaleźć się w samym środku piekła zgotowanego Rzymowi przez Attylę. Muzyczny wehikuł czasu. Aż szkoda, że niedosłowny.

Bardzo się uradowałem przedostatnim albumem Saxon. Co prawda nie w takim stopniu, jak poprzednim, tamtego bowiem 'The Inner Sanctum' nie prześcignął, niemniej składowi odpowiedzialnemu za przepyszne 'Unleash The Beast' (1997) należą się brawa. I to tym bardziej, że 'Inner...' jest już osiemnastym studyjnym wydawnictwem Biffa i spółki, a przecież obecnie nagranie porywającej płyty heavymetalowej nie należy do łatwych zadań. W 2006 roku udało się to raptem kilku kapelom, w tym szwedzkiemu Wolf i amerykańskiemu Obsession. Rok później rodzimy Crystal Viper popisał się znakomitym debiutem. Ale że dobrego nigdy za wiele, to kolejnym udanym wydawnictwem Saxon wypada się po prostu cieszyć.