piątek, 9 stycznia 2009

Carnival Of Lies


W 2006 roku napisałem tak:

"Nie sądzę, aby podczas czterech miesięcy dzielących nas od 2007 wyszedł krążek, który podbije moje serce równie mocno i zachłannie jak trzeci w dorobku album Obsession, zatytułowany 'Carnival Of Lies'. Tak, niewątpliwie mam już płytę roku. Moją ulubioną płytę, rzecz jasna, bo muzyka to nie zawody".

Czytelnikom, którzy słyszą nazwę 'Obsession' po raz pierwszy, wyjaśniam usłużnie, że kryje się za nią zespół z lat osiemdziesiątych grający heavy metal w ciut mocniejszym wydaniu niż europejskie. Na epce 'Marshall Law' (1984) i na albumach 'Scarred For Life' (1986) i 'Method Of Madness' (1987) zespół tworzyli Mike Vescera (wokal), Art Maco (gitara), Bruce Vitale (gitara), Matt Karagus (bas) i Jay Mezias (perkusja). Obecnie ze starego składu pozostali tylko Vescera i Mezias. Nowi muzycy to John Bruno (gitara), Scott Boland (gitara) i Christ McCarvill (bas). Na nowej płycie zagrali gościnnie szwedzki wirtuoz gitary Robert Marcello i shredder Joe Stump (Reign Of Terror).

Muzyka Obsession nie zmieniła się w żaden sposób. Słuchając 'Carnival Of Lies', odnoszę wrażenie, że dla Vescery i spółki czas zatrzymał się w miejscu. Na tej płycie nadal trwają lata osiemdziesiąte, a o dwóch późniejszych dekadach nikt nie słyszał. Nawet brzmienie, choć zmajstrowane współczesnymi środkami, pochodzi z tamtych lat, nie wspominając o wokalu i gitarowych pojedynkach na długie, smakowite i wystrzałowe solówki, którymi można zdefiniować pojęcie 'dobrego heavymetalowego sola'. Tak, lata osiemdziesiąte pełną gębą, na dobre i na złe. Wciąż nie dowierzam, że ten niepozorny krążek kryje w sobie niezawodny wehikuł czasu. Obsession z okresu 'Scarred For Life' (1986) i 'Method Of Madness' (1987) to tapirowane włosy, stroje typowe dla gwiazd hard rocka i luzackie zachowanie sceniczne, trochę w stylu szaleństw Poison (obejrzyjcie teledysk do utworu 'For The Love Of Money' z albumu 'Method Of Madness'). Obsession z 2006 roku to pięciu starszych panów o statecznych wyglądzie, z których żaden nie wygląda jak heros rocka sprzed dwudziestu lat. Nawet Vescera nie przypomina samego siebie z lat młodości. Tylko muzyka pozostała młoda, ale pewnie niektórzy powiedzą, że zestarzała się razem z jej twórcami. I tak, i nie. Jeśli jest stara - a lat osiemdziesiątych (będących metonimią określonego stylu grania heavy metalu) może nie usłyszeć w niej jedynie osoba kompletnie głucha - to mamy do czynienia z bardzo szczerą, młodzieńczą i dziarską staruszką.

Jest to zasługą między innymi nowych członków zespołu, a mianowicie basisty Christa McCarvilla oraz gitarzystów Johna Bruno i Scotta Bolanda. McCarvill jest starym wyjadaczem, znanym z albumów House Of Lords, Jeffa Scotta Soto, Eddie'go Ojeda, X Factor X i Liplok. Facet gra na basie ponadprzeciętnie, wirtuozersko, a jego znakiem rozpoznawczym są niesamowie solówki. To pewnie dlatego bas na 'Carnival Of Lies' jest bardzo dobrze nagłośniony i hasa niesfornie pomiędzy gitarami niczym słynny Tygrysek z Kubusia Puchatka. Boland siedzi w branży od dwudziestu lat i bez problemów odnajduje się w różnych stylach grania (funk, ska, reggae, heavy metal), ale podstawę jego gry stanowi blues i hard rock, co zresztą słychać w charakterystycznym groove obecnym we wszystkich utworach z 'Carnival Of Lies'. Przed dołączeniem do Obsession, Boland grał w Street Legal, Mike Vescera Project (album 'Windows') i w nowojorskim Furious Styles. John Bruno (X Factor X) to inna para kaloszy. Też utalentowany shredder, nie mniej wszechstronny niż Scott, razem z kolegą utworzył wspaniały gitarowy duet, nagrywając na omawianym albumie wspaniałe riffy i solówki, których nie zawaham się określić mianem klasycznych.

Tak, historia nie tyle bywa, co jest permamentnie niesprawiedliwa. Gdyby 'Carnival Of Lies' ukazał się w 1988 roku, zaraz po 'Method Of Madness' (1987), to miałby duże szanse na zostanie płytą kultową, jesli nie wtedy, to przynajmniej na przełomie wieków. Mógłby być klasykiem, a tak, spóźniony o niemalże dwadzieścia lat, przejdzie prawdopodobnie bez echa, mimo że to piekielnie dobry album. Omawianie go utwór po utworze to jak lizanie cukierków przez szybę. Nie potrafię znaleźć słów, którymi mógłybym w niewielkim nawet stopniu oddać klasyczność nowej płyty Obsession.

Od otwieracza 'Smoking Gun' do bonusowego 'Panic In The Street', nowej wersji utworu z 'Method Of Madness' (1987), bierzemy udział w nostalgicznej, przebojowej i przecudnej gitarowo jeździe bez trzymanki, czarowani unikalnym śpiewiem Vescery. Melodie nie tylko wpadają w ucho, lecz także wywołują mrownienie na plecach oraz rozszerzają usta w pełnym szczęścia uśmiechu tak, jak kiedyś, robiły to pierwsze krążki Iron Maiden z Brucem Dickinsonem bądź pierwsze pirackie albumy Running Wild. Utwór tytułowy to ikona amerykańskiego heavy metalu. Spóźniona, niestety, jak cała płyta. Zdumiewa melodią chwytliwą jak napalona niewiasta, zaś solówkami Roberta Marcello i Joe'go Stumpa zmienia słuchacza w skamielinę zachwytu. Opisuję, oczywiście, wyłącznie moje wrażenia. Ostatnio tak dobre solówki słyszałem na wydanej w 2005 płycie Iommi'ego pt. 'Fused'. Wirtuozerska lekkość, amerykański luz, heavymetalowa zadziorność i hardrockowa przebojowość, a to wszystko poparte długoletnim doświadczeniem. Bruno i Boland wyczarowują kultowe dźwięki. Duet na miarę dinozaurów z Judas Priest i Iron Maiden. Na tym nie koniec superlatyw! Mike Vescera jest w znakomitej formie wokalnej. Śpiewa bez wysiłku, lekko, energicznie, korzystając z całej skali swojego głosu, a przy tym brzmi tak, jakby cholernie dobrze bawił się przy nagrywaniu 'Carnival Of Lies'. Zresztą nie tylko on, bo wystarczy spojrzeć na fotki ze strony McCarvilla, by zorientować się, iż pozostali muzycy bawili się co najmniej równie dobrze jak lider. To słychać w każdym utworze. Nawet w tych, z których wieje subtelną nostalgią. Przebojową całość dopełnia dynamiczna jak nabuzowany Speedy Gonazales sekcja rytmiczna. McCarvill i Mezias, znakomicie nagłośnieni, dwoją się i troją, aby każdy utwór zapadał w pamięć nie tylko smakowitymi riffami, melodiami lub solówkami, lecz także ciekawymi partiami basu i perkusji. Nowe wersje niespełnionych klasyków, czyli 'Marshall Law' i 'Panic In The Street' nie pozostawiają w uszach słuchacza ani jednego żywego włoska! Moje w każdym razie wydepilowały doszczętnie.

Ten album to dzieło wybitne. Wybitnie oldschoolowe, natomiast spośród innych tego typu krązków wybijające się znakomitymi pomysłami i rewelacyjną realizacją. Wybitne. Nic dodać, nic ująć. Poza jednym: szkoda, że historia tak hojnie i niesprawiedliwie szafuje niesprawiedliwością.

1 komentarz:

meldrago pisze...

Hm...nie powiem też kocham metal ale raczej nie lubie tych starszych zespołów chociaż niektóre są spoko:P Kocham metal w całej jego postaci:P Boski blożek:)
Odwiedź też mój:)
www.metalmuza.blog.onet.pl
Dzieki