środa, 28 stycznia 2009

Something Wicked This Way Comes

I jest to kolejny sceptyk. Pan E. Wychowany na pismach Kartezjusza, biegły w dialektyce, czyli w sztuce dyskusji, jak mało kto. Fan Arkezylaosa i Karneadesa. Miłośnik Manchester United i papierosów marki Silk Cut, które kupuje przez Internet. W rodzinnym mieście krążą o nim legendy. Ponoć to on powstrzymał inwazję zombich. Sam jeden. Jak w jakimś westernie. Tyle, że zamiast coltów użył jednego ze swoich sceptyckich argumentów. Wykrzyczał go przez megafon. W efekcie każdemu z livingujących deadów eksplodowała głowa. I to był koniec inwazji, a początek sprzątania cuchnących resztek.

Jakiś czas po tym wydarzeniu pewien dziennikarz napisał artykuł, w którym stwierdził, że pan E. jest mordercą, bo za jednym zamachem uśmiercił kilkaset zombich, a zombi, wbrew pozorom, jest człowiekiem - tyle, że o ograniczonej percepcji, zwiększonej odporności na ból, zredukowanych zdolnościach lokomocyjnych i niepohamowanym apetycie na ludzkie mięso. Dziennikarz był człowiekiem religijnym, wyznawał bodajże katolicyzm, więc, rzekomo w zgodzie ze swoją religią, uznał, iż zabici przez pana E zombie-ludzie byli osobami. Chociaż, co tu kryć, niestandardowymi. Dziennikarz wywodził dalej, że zabijając będące zombimi osoby ludzkie pan E postąpił, rzecz jasna, źle, gdyż umyślne uśmiercenie osoby jest moralnie złe.

Pan E nie przejął się zarzutami dziennikarza. Pan E jest bowiem sceptykiem moralnym. Po pierwsze, nie wierzy on, że istnieje coś, co jest moralnie dobre. Po drugie, sądzi, że nikt nie wie, iż istnieje coś, co jest moralnie dobre. Po trzecie, wierzy, że wie, iż nikt nie wie, że istnieje coś, co jest moralnie dobre. Po czwarte, analogiczne przekonania żywi w kwestii istnienia tego, co jest moralnie złe. A po piąte, denerwuje się wielce, kiedy czyta teksty, w których występuje nadmiar egzemplarzy słówek "że" i "iż".

Pan E wyznaje sceptycyzm wyłącznie w zakresie moralności. I tym się różni od opisanego w poprzedniej notce pana Q. To dlatego pan E może mniemać, nie wpadając w sprzeczność, że wie, iż nikt nie wie, że istnieje coś, co jest moralnie dobre.

Kartezjański sceptycyzm: wiedza o świecie

Panu E bardzo podoba się zainspirowany metodologicznym wątpieniem Kartezjusza argument przeciwko wiedzy o świecie oparty o tzw. Hipotezę Złośliwego Demona. Jedna ze współczesnych wersji tego argumentu wygląda tak:

(1) Jeśli S wie, że p, to S wie, że nie-q.
(2) Nieprawda, że S wie, iż nie-q.
(3) Zatem: nieprawda, że S wie, iż p.

S = dowolna osoba ludzka. "p" = dowolne zdanie o świecie; np. "Mam 2 ręce", "Wskutek zderzenia furgonetki z jeepem zginęły 3 osoby" lub "ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej". "q" = to dowolna sceptycka hipoteza.

Hipoteza jest sceptycka wtedy i tylko wtedy, gdy (a) jej negacja wynika z dowolnego zdania o świecie i (b) nie da się uzasadnić, że jej negacja jest prawdziwa. Przykładową sceptycką hipotezą jest tzw. Hipoteza Złośliwego Demona. Głosi ona, że świat, który percypujesz, jak również zamieszkujący go ludzie oraz twoje ciało to nic innego jak iluzja wygenerowana przez Złośliwego Demona. Tak naprawdę nie ma innych ludzi poza tobą, ty sam nie posiadasz ciała, lecz jesteś duszą, której zdaje się, iż posiada ciało, a świat nie istnieje. Jest tylko piekło, w którym Złośliwy Demon poddaje cię wpływowi misternej iluzji.

Załóżmy, że jesteś przekonany, iż ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej. Załóżmy też, że jesteś przekonany, że jeśli (A) ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej, to (B) nie jest prawdą, że istniejecie tylko i wyłącznie ty oraz Złośliwy Demon, który poddaje cię wyrafinowanej i misternej iluzji świata.

Jedno z praw logiki epistemicznej głosi, że jeśli S wie, że (jeśli p, to q), to (jeśli S wie, że p, to S wie, że q). Za "p" i "q" podstawmy odpowiednio (A) i (B). Natomiast za S ciebie, drogi czytelniku. Otrzymamy:

(1') Jeśli wiesz, że (jeśli (A), to (B)), to (jeśli wiesz, że (A), to wiesz, że (B)).

Załóżmy teraz, że wiesz, że jeśli (A) ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej, to (B) nie jest prawdą, że istniejecie tylko i wyłącznie ty oraz Złośliwy Demon, który poddaje cię wyrafinowanej i misternej iluzji świata. Zapiszemy to tak:

(2') Wiesz, że jeśli (A), to (B)

W oparciu o (1') i (2') możemy poprawnie uznać, że (3') jeśli wiesz, że (A), to wiesz, że (B). Dalej argumentacja sceptyka szermującego Hipotezą Złośliwego Demona przebiega mniej więcej w ten sposób.

(3') Jeśli wiesz, że (A), to wiesz, że (B)
(4') Nieprawda, że wiesz, iż (B)
(5') Zatem: nieprawda, że wie, iż (A).

To wnioskowanie też jest logicznie poprawne. Ale czy wystarczające do uzasadnienia wniosku? Tak, o ile (3') i (4)' to wiarygodne przesłanki. Argument na rzecz wiarygodności (3') mamy wyżej. Jest to argument konkluzywny. Więc (3') jest wiarygodne. Ale co z (4')? Cóż, proszę spróbować wykazać, że (B) jest prawdą - proszę wykazać, że Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa. W jaki sposób możesz o zrobić?

Chociażby powołując się na to, że przecież percypujesz otaczający cię świat, żyjących w nim ludzi oraz swoje ciało. Tak, ale, słusznie zauważy sceptyk, Hipoteza Złośliwego Demona głosi, iż po pierwsze, doświadczasz jedynie iluzji tego wszystkiego, a po drugie, twoje doświadczenie tej iluzji jest jakościowo takie samo, jak doświadczenie świata - różni się tylko źródłem. To drugie pochodzi ze świata. To pierwsze z woli i mocy Złośliwego Demona. Zatem twoje doświadczenie jest zgodne zarówno z Hipotezą Złośliwego Demona, jak i z Hipotezą Świata. W oparciu o nie nie da się odrzucić żadnej z tych hipotez. A to oznacza, że nie wiesz, iż (B) - że nie wiesz, iż nie jest prawdą, że istniejecie tylko i wyłącznie ty oraz Złośliwy Demon, który poddaje cię wyrafinowanej i misternej iluzji świata. Jeśli zaś tego nie wiesz, to nie wiesz, że (A) - że ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej.

Oczywiście, jeśli nie przeraża cię brak wiedzy w kwestii tego, czy ZUS jest wzorcem sprawiedliwej instytucji społecznej, za (A) podstaw sobie dowolne inne zdanie kategoryczne - np. takie: "Mam 2 ręce", "Jestem przystojny"/"Jestem urodziwa", "Zarabiam miesięcznie 10 tys. złotych netto", "Wczoraj przeżyłam/przeżyłem orgazm tak silny, że przez kilka minut wyłam/wyłem do księżyca".

Sęk w tym, że niezależnie od tego, jakie zdanie wybierzesz, analogiczny argument można zastosować wobec dowolnego zdania o świecie. To po pierwsze. Po drugie, wiesz, że p wtedy i tylko wtedy, gdy wykazałeś, iż p albo p, które uznajesz za prawdziwe, jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym oraz prawdziwym. Po trzecie, wśród zdań o świecie nie ma zdań wewnętrznie wiarygodnych. Po czwarte, aby zdanie o świecie było wiarygodne musi ono zostać wywnioskowane z wewnętrznie wiarygodnego zdania o doświadczeniu. Wiedza o świecie, w odróżnieniu od wiedzy o doświadczeniu, jest inferencyjna.

Jeśli więc wykażemy, że jakiś sąd o świecie jest prawdziwy, to wykażemy, że fałszywa jest Hipoteza Złośliwego Demona. Jednocześnie to, że wykażemy prawdziwość jakiegoś sądu o świecie sprawi, iż będziemy wiedzieli, że jest on prawdziwy. Tym samym będziemy wiedzieli, że fałszywa jest Hipoteza Złośliwego Demona. Szkopuł w tym, że między sądami o doświadczeniu a sądami o świecie nie zachodzi logiczne wynikanie. Natomiast wnioskowanie indukcyjne od pierwszych do drugich wymaga użycia sądu mieszanego, stwierdzającego, że takie a takie doświadczenie jest wiarygodnym wskaźnikiem tego, że to a to ma miejsce w świecie – a takie sądy mogą zostać przez nas uzasadnione wyłącznie wtedy, gdy będziemy dysponowali jakimiś uzasadnionymi sądami o świecie. W obu przypadkach – ślepy zaułek.

W rezultacie niczego o świecie nie wiemy. Sceptyk kartezjański ma jednak w zanadrzu jeszcze coup de grace.

W oparciu o podane wyżej tezy kartezjański sceptyk konkluduje (co jest dość kontrowersyjne), że aby móc wiedzieć coś o świecie, należy uprzednio wykazać lub jedynie uzasadnić, iż Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa (fałszywa w tym sensie, że fałszywe są wszystkie zdania, które się na nią składają - z wyjątkiem zdania o tym, że istnieje ten, do którego jest skierowana). Dopóki nie wykażesz lub nie uzasadnisz twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona, nie będziesz mógł niczego o świecie wiedzieć.

Według kartezjańskiego sceptyka, człowiek wie coś o świecie, o ile posiada stosowne świadectwa. Rolę świadectw potwierdzających lub obalających sądy o świecie mają pełnić idee, wrażenia lub dane zmysłowe – to, co składa się na doświadczenie. Idee, wrażenia lub dane zmysłowe potwierdzają opisujące je sądy.

Załóżmy, że kartezjańsko rozumiane doświadczenie e potwierdza sąd p. Jeśli sąd p wynika z sądu q, który jest sądem o świecie, to doświadczenie e potwierdza także sąd q. Jeśli zaś doświadczenie e spośród sądów o świecie potwierdza tylko i wyłącznie sąd q, to w oparciu o e, via sąd p, można zasadnie uznać za prawdziwy sąd q.

Hipoteza sceptycka ma to do siebie, że jest zgodna z każdym kartezjańsko rozumianym doświadczeniem, a więc również z doświadczeniem e. Te ostatnie potwierdza poza sądem q Hipotezę Złośliwego Demona.

W tej sytuacji nie można zasadnie uznać w oparciu o doświadczenie e, via sąd p, że q jest prawdziwe. Co można zrobić, aby doświadczenie e znów było wystarczające do uznania prawdziwości q? Należy obalić sceptycką hipotezę. Jak? W oparciu o jakieś inne doświadczenie. Jeśli to zrobimy, to wtedy w oparciu o doświadczenie e będzie można zasadnie uznać sąd q za prawdziwy. Niestety, w oparciu o kartezjańsko rozumiane doświadczenie nie da się obalić sceptyckiej hipotezy.

Jeśli więc warunkiem koniecznym możliwości wiedzy o świecie jest możliwość obalenia sceptyckiej hipotezy w oparciu o doświadczenie, to wiedza o świecie nie jest możliwa. Żaden człowiek niczego o świecie wiedzieć nie może.

Oczywiście, stanowisko kartezjańskiego sceptyka nie jest teoretycznie niewinne. I to z wielu powodów. Oto jeden z nich. Otóż nasz sceptyk przyjmuje m. in., że wiesz, iż p wtedy i tylko wtedy, gdy wykazałeś, że p albo p jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym. A tym samym, świadomie lub nie, kartezjański sceptyk odrzuca taką możliwość, że wiesz, iż p, mimo że nie wykazałeś p, a wiesz, bo p zostało wygenerowane przez jakiś twój reliabilny mechanizm poznawczy. Mechanizm poznawczy - rozum, zmysły, intuicja - jest reliabilny wtedy i tylko wtedy, gdy, powiedzmy, 90% z generowanych przez niego przekonań jest prawdziwe. Jeśli, dajmy na to, dzięki swoim reliabilnym zmysłom jesteś przekonany, że (A) masz ciało, i faktycznie je masz, to wtedy wiesz, że (A) masz ciało. Jeśli nadto zachodzi (3'), to wiesz, że (B) - czyli wiesz, że Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa.

Warto tutaj zaznaczyć jedno: kartezjański sceptyk nie musi wierzyć w Hipotezę Złośliwego Demona. Aby zostać kartezjańskim sceptykiem, wystarczy uznać, że warunkiem koniecznym posiadania jakiejkolwiek wiedzy o świecie jest uprzednie wykazanie fałszywości Hipotezy Złośliwego Demona.

Wariacja na temat

Kartezjański sceptycyzm w kwestii wiedzy o świecie można sformułować również inaczej. Mianowicie tak:

(3'') Jeśli jesteś zasadnie przekonany, że (A), to jesteś zasadnie przekonany, że (B)
(4'') Nieprawda, że jesteś zasadnie przekonany, iż (B)
(5'') Zatem: nieprawda, że jesteś zasadnie przekonany, iż (A).

Kartezjański sceptyk uznaje następującą definicję uzasadnionego przekonania: S jest zasadnie przekonany, że p wtedy i tylko wtedy, gdy: albo (a'') S przytoczył na poparcie p inne swoje przekonanie, mianowicie przekonanie q, (b''') q jest wiarygodne, (c''') p wynika z q; albo (a''') p jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym. Według naszego sceptyka, zdanie, które nie jest wewnętrznie wiarygodne, aby uzyskało status wiarygodnego musi zostać uzasadnione, czyli wywnioskowane z innego zdania, które albo jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym, albo samo uzyskało status wiarygodnego na drodze wnioskowania z innego wiarygodnego zdania. Niestety, zdaniem kartezjańskiego sceptyka, nie ma żadnych zdań wewnętrznie wiarygodnych, wobec czego, założywszy powyższe definicje, nie ma zdań uzasadnionych.

Dalej jego rozumowanie wygląda tak:

(1''') Warunkiem koniecznym możliwości uzasadnienia twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona jest istnienie takich zdań, które są wewnętrzne wiarygodne i mają taką treść, że z ich koniunkcji wynika logicznie lub indukcyjnie, iż Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa.
(2''') Nie ma zdań wewnętrznie wiarygodnych.
(3''') Ergo nie ma zdań o których jest mowa w (1''')
(4''') Zatem: nie jest możliwe uzasadnienie twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona.

I dalej:

(5''') Jeśli możliwe jest posiadanie jakiegoś uwiarygodnionego na drodze wnioskowania przekonania, to możliwe jest uzasadnienie twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona.
(6''') Nie jest możliwe uzasadnienie twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona.
(7''') Zatem: nie jest możliwe posiadanie jakiegoś uwiarygodnionego na drodze wnioskowania przekonania.

Jeśli trafne są przedstawione wyżej poglądy kartezjańskiego sceptyka na warunki konieczne i wystarczające do tego, aby jakieś przekonanie - zdanie uznawane za prawdziwe - było wiarygodne, to (7''') jest prawdą - nawet jeśli sama Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa.

Znamienne, że powyższa wariacja na rzecz kartezjańskiego sceptycyzmu prowadzi do wniosku pod pewnym względem o wiele mocniejszego niż wniosek, do którego prowadzi opisany w poprzedniej notce sceptycki argument odwolujący się do tzw. Trylematu Agryppy. Wniosek tego drugiego argumentu głosi jedynie, iż żaden człowiek nie żywi żadnego zasadnego przekonania. Natomiast wniosek pierwszego - że nie jest możliwe, by jakiś człowiek był o czymś na drodze wnioskowania zasadnie przekonany.

W każdym razie widać, że posiadanie jakiegoś uwiarygodnionego na drodze wnioskowania przekonania oraz uzasadnienie twierdzenia o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona nie są możliwe z jednego i tego samego powodu - z powodu braku wewnętrznie wiarygodnych zdań, niezależnie od tego, czy są to zdania o świecie, czy też zdania o doświadczeniu.

Ambiwalencje

Napisałem już, że panu E bardzo podoba się zainspirowany metodologicznym wątpieniem Kartezjusza argument przeciwko wiedzy oparty o tzw. Hipotezę Złośliwego Demona. Niemniej w tym przypadku sympatia nie przełożyła się na akceptację. Pan E nie wyznaje kartezjańskiego sceptycyzmu w kwestii wiedzy o świecie. Pan E wyznaje tego typu sceptycyzm wobec wiedzy moralnej. I tylko wobec niej. Oczywiście, pan E jest przekonany, że sceptycyzm wobec wiedzy o świecie jest zarazem sceptycyzmem wobec wiedzy moralnej. Ten pierwszy ma jednak, jego zdaniem, pewną fatalną słabość - mianowicie, nie jest teoretycznie niewinny. Założenia kartezjańskiego sceptyka o naturze wiedzy, uzasadnienia i rozkładzie onus probandi nie są założeniami, które sceptyk w jakikolwiek sposób by uzasadnił. Nie są też założeniami koniecznie prawdziwymi. A to przesądza, iż możliwe jest sformułowanie innej, konkurencyjnej teorii wiedzy, która nie prowadzi ani do wniosku, że nikt niczego nie wie, ani do wniosku, że nikt niczego nie może wiedzieć. Na tej podstawie nie można, rzecz jasna, uznać, że założenia i konsekwencje kartezjańskiego sceptycyzmu w kwestii wiedzy o świecie są fałszywe. Kartezjański sceptyk może mieć, by tak rzec, prawdę po swojej stronie. Jeśli ją ma, to wtedy wszelka inna, konkurencyjna wobec przyjmowanej przez kartezjańskiego sceptyka teoria wiedzy będzie fałszywa. Ilekroć ktoś przypomni panu E o tej możliwości, ten wzrusza ramionami.

-Mam o tym takie samo zdanie, jak mój dobry kolega, Mieszko. Tak to już jest ze sceptycyzmem. Prawdziwy lub fałszywy, wszystko jedno, i tak go nie obalisz, grając według zaproponowanych przez sceptyka reguł gry. Dlatego jedynym rozsądnym posunięciem jest zakwestionowanie tych ostatnich. Jeśli sceptyk ma rację, niczego nie stracisz; jeśli jej nie ma, możesz zyskać.

Znamienne, że powyższą uwagę można odnieść równie dobrze do sceptycyzmu moralnego. Z jakiegoś powodu, nieznanego autorowi niniejszej notki, pan E jeszcze tego nie uczynił. Drugą znamienną cechą postawy pana E wobec moralnego sceptycyzmu jest to, iż moralny sceptycyzm w kartezjańskim wydaniu również nie jest teoretycznie niewinny. Ale jakoś w tym przypadku ten fakt zupełnie nie wadzi naszemu sceptykowi. Zastanawiające.

Kartezjański sceptycyzm: moralność

Pan E argumentuje przeciwko temu, że jakiś człowiek ma jakąś wiedzę moralną w sposób następujący - najpierw formułuje tezę nihilizmu moralnego:

(1) Nie istnieje coś, co byłoby moralnie złe i nie istnieje coś, co byłoby moralnie dobre.

Następnie stwierdza tak:

(2) Torturowanie osoby jest moralnie złe.

Po czym dodaje, że z (2) wynika negacja (1). Jeśli jesteś zasadnie przekonany, że jeśli (2), to (1) jest fałszem, to jeśli jesteś zasadnie przekonany, że (2), to jesteś zasadnie przekonany, że (1) jest fałszem - jest to odpowiednik przytoczonego wyżej prawa logiki epistemicznej. Załóżmy, że jesteś zasadnie przekonany, że jeśli (2), to (1) jest fałszem. Zatem jeśli jesteś zasadnie przekonany, że (2), to jesteś zasadnie przekonany, że (1) jest fałszem. Dalej argumentacja pan E idzie tak:

(3) Jeśli jesteś zadanie przekonany, że (2), to jesteś zasadnie przekonany, że (1) nie jest prawdą.
(4) Nieprawda, że jesteś zasadnie przekonany, że (1) nie jest prawdą.
(5) Zatem: nieprawda, że jesteś zasadnie przekonany, iż (2).

Dlaczego (4) jest prawdą? Bo nie uzasadniłeś twierdzenia, że (1) nie jest prawdą. A dlaczego nie uzasadniłeś? Bo nie uzasadniłeś, że istnieje coś, co jest moralnie dobre i nie uzasadniłeś, że istnieje coś, co jest moralnie złe. Jeśli zaś nie uzasadnisz pierwszego lub drugiego, to twoje przekonanie, że (2) pozostanie nieuzasadnione. Powyższy argument można powtórzyć wobec każdego przekonania moralnego. Załóżmy, że zostało to uczynione. Czy wtedy można uzasadnić, że (1) jest fałszem? Nie. Dlaczego? Bo nie ma jak tego zrobić. Oto dlaczego.

Twierdzenie o fałszu (1) można uzasadnić tylko wtedy, gdy będzie się miało jakiś wiarygodny sąd moralny. Wówczas w oparciu o taki sąd, uznany za prawdziwy, będzie można uznać zasadnie, że (1) jest fałszem. Tak więc jeśli mamy jakiś wewnętrznie wiarygodny sąd moralny, to możemy w oparciu o niego uzasadnić, że (1) jest fałszem. Owszem, taki argument byłby kolisty w następującym znaczeniu - jego przesłanka zakładałaby fałszywość (1), wobec czego sceptyk moralny nie uznałby przesłanki. Tym samym za pomocą takiego argumentu nie moglibyśmy wykazać sceptykowi moralnemu, że (1) jest fałszem. To jednak, wbrew pozorom, nie przesądza, że nie moglibyśmy tego wykazać samym sobie. Tak rozumiana kolistość nie jest bowiem kolistością logiczną, a tylko ta ostatnia czyni argument bezużytecznym nawet w tym przypadku.

Po drugie, jeśli sąd moralny jest uzasadniony/wiarygodny, to został uzasadniony albo jest wewnętrznie wiarygodny. Rozpatrzmy pierwszą opcję. Jeśli sąd moralny został uzasadniony, to albo został wywnioskowany z innego sądu moralnego, który jest wewnętrznie wiarygodny, albo został wywnioskowany z innego sądu moralnego, który swoją wiarygodność uzyskał wskutek wywnioskowania go z innego wiarygodnego sądu. Tak czy inaczej, pierwszym elementem wnioskowania skutkującego nadaniem moralnemu sądowi wiarygodności musi być sąd moralny będący sądem wewnętrznie wiarygodnym.

Po trzecie, kontynuuje pan E, nie ma sądów wewnętrznie wiarygodnych, więc nie ma sądu moralnego, który byłby wiarygodny. Tym samym nie można uzasadnić twierdzenia, że hipoteza nihilizmu jest fałszywa.

Jeśli przesłanki powyższego rozumowania są materialnie poprawne, a ono samo poprawne logicznie, to jego wniosek też jest poprawny materialnie. A wtedy - biada etykom! Biada, bo ich aspiracje teoretyczne są bezprzedmiotowe. A są nie dlatego, że nie ma niczego, co byłoby moralnie dobre ani niczego, co byłoby moralnie złe, lecz dlatego, że żaden etyk nie uzasadni żadnego sądu moralnego. Nawet jeśli ludzkie działania mogą być moralnie dobre lub moralnie złe. Pan E jednak nie tylko nie wierzy, że istnieje coś moralnie dobrego i nie wierzy, że istnieje coś moralnie złego. Pan E również wierzy, że nie istnieje coś moralnie dobrego i wierzy, że nie istnieje coś moralnie złego. Jego zdaniem, ludzkie działania są moralnie obojętne, ani moralnie dobre, ani moralnie złe. Tę wiarę pana E - wiarę, którą ma on, trafnie lub nie, za konstytuującą wiedzę, a której nie uzasadnia kartezjański sceptycyzm moralny - zostawmy na inną okazję. Teraz wróćmy do moralnego sceptycyzmu pana E. Znów wszystko zależy od tego, w jakimś żyjemy świecie.

Możliwe światy

Jeśli żyjemy w świecie, w którym materialnie poprawny jest wniosek przedstawionego wyżej rozumowania, to zarzuty, które panu E postawił wspomniany na początku dziennikarz są nieuzasadnione. Nadto w takim świecie pan E wie, że nikt nie wie, iż coś jest moralnie złe i nikt nie wie, że coś jest moralnie dobre. Oczywiście, ten świat nie musi być światem, w którym nie ma moralnego dobra ani moralnego zła, chociaż pan E wierzy, że w takim właśnie świecie żyjemy. Świat, w którym nie ma ani pierwszego, ani drugiego można określić mianem nihilistycznego. Wspomniany dziennikarz, gdy tylko dowiedział się, że pan E jest moralnym nihilistą, stwierdził, że pan E powinien, jeśli jest konsekwentny, wierzyć, że w naszym świecie wszystko jest dozwolone. Pan E, jakby na złość dziennikarzowi, nie podziela tej wiary. Dlaczego? Bo nie wierzy on w prawdziwość następującej równoważności:

(A) Bóg istnieje wtedy i tylko wtedy, gdy nie wszystko jest dozwolone.

Dziennikarz wierzący, że (A) jest prawdą, uważa, że osoba negująca tezę o istnieniu Boga powinna uznać, że wszystko jest dozwolone. Myli się, bo tylko i wyłącznie osoba wierząca, że (A) jest prawdą, ale negująca tezę o istnieniu Boga, powinna, gwoli zachowania konsekwencji, uznać, że wszystko jest dozwolone. Pan E jest nihilistą moralnym, ale szczególnego rodzaju. Nie powtórzy on za Dostojewskim (i Kołakowskim): jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno. Moralny nihilizm łączy się u pana E ze stanowiskiem tzw. moralnego fikcjonalizmu, w wersji zbliżonej do tej, jaką w książce The Myth Of Morality zaprezentował Richard Joyce.

Niewykluczone, rzecz jasna, że żyjemy świecie, który, wbrew pewnemu mniemaniu pana E, nie jest nihilistyczny. Możliwe też, iż w takim świecie nie da się, zgodnie z pewnymi mniemaniami pana E, uzasadnić w oparciu o jakiś sąd moralny lub ich koniunkcję twierdzenia o tym, że (1) jest fałszem. Taki świat może być zarazem światem, w którym sceptycką hipotezę moralnego nihilizmu da się obalić w inny sposób. Wykazując dwie rzeczy: po pierwsze to, że (a) jeśli istnieje Bóg, to istnieje coś moralnie dobrego; po drugie zaś to, że (b) istnieje Bóg. Wiedząc (a) i wiedząc (b), będziemy również wiedzieć, że hipoteza moralnego nihilizmu jest fałszywa. Wiadomo, że aby móc wykazać (b), musi istnieć Bóg.

Day Of The Living Dead

W nieprzyzwoicie pobieżny sposób opisałem dwa możliwe światy, nie rozstrzygając, czy żyjemy w którymkolwiek z nich. Takich opisów można sformułować więcej. Wyznam, że nie mam na to ani chęci, ani siły. Znużyło mnie już opisywanie sceptyckich peregrynacji pana E. Niezależnie od tego, w jakim świecie, pod względem poznawczego statusu sądów moralnych, żyjemy, jedna rzecz nie daje mi spokoju: ta historia z zombimi.

15 komentarzy:

kojonkoski pisze...

Przeczytałem Twoją notkę i jestem pod wrażeniem pracy jaką wykonałeś.

Poniżej moje uwagi:

Problemy logiczne, które przedstawiłeś powyżej wynikają z niepełności pojęcia "wiedzieć" lub "być przekonanym". Zdania logiczne, które konstruowałeś są meta-zdaniami w meta-logice zbudowanej ponad logiką rzeczywistości i nie traktują o rzeczywistości lecz o wiedzy o rzeczywistości. Ponieważ wiedza o rzeczywistości jest ograniczona, więc wnioski w tej logice mogą dotyczyć tylko świata wiedzy o rzeczywistości a nie samej rzeczywistości. Dlatego sceptyk zawsze wygra, bo zawsze znajdzie luki pomiędzy jednym a drugim światem.

Nie wiemy, czy coś jest moralnie dobre, bo nie _znamy_ założeń z których moglibyśmy to wywnioskować. Możemy _wierzyć_ w dogmaty i z nich wywnioskowywać na temat dobra/zła. Wydaje się więc, że aby ocenić coś moralnie, potrzebna jest wiara w dogmaty. Zatem istnienie moralności powinno implikować istnienie Boga (zgodnie z Twoim zdaniem (A)). Dogmaty pozwalają na proste uzasadnienie wyborów moralnych ale wymaga oparcie się na wierze a nie na wiedzy i logice. Dlatego moralność dla ateistów może być podważana.

Ale ja jednak spróbuję uratować etyków-ateistów. Można uzasadnić moralność bez odwoływania się do Boga, chociaż i tak wyjdzie moralność chrześcijańska.

Moim zdaniem moralność wynika nie musi wynikać z istnienia Boga, ale z istnienia podmiotu oceniającego (PO).

1. Jeśli nie ma PO, to nie da się uzasadnić moralności. Np. zwierzęta nie oceniają, działają pod wpływem instynktów. Dla nich moralność nie istnieje. Podobnie psychopaci.

2. Jeśli PO istnieje, to musi uznać, że jego istnienie jest dobrem. W przeciwnym przypadku powinien się unicestwić i wracamy do p.1

3. Jeśli jego istnienie jest dobrem, to mamy już zaczątek prymitywnej moralności znanej jako "moralność Kalego". Ta moralność jest już spójna i możliwa do uzasadnienia i dowiedzenia. Jej ułomność polega na odrzuceniu wniosku z następnego p.4

Wniosek 1: Z istnienia PO wynika moralność Kalego

4. PO może zauważyć, że wokół niego istnieje więcej bytów, które są bardzo podobne do PO. Nie zauważy tego tylko psychopata (nie potrafi oceniać) oraz idiota (nie potrafi wnioskować). W tym momencie PO zauważa, że on sam nie jest niczym wyjątkowym a jedynie reprezentantem jednego z wielu PO.

5. Jeśli PO zakłada 2 (istnienie PO jest dobrem) i zauważa 4 (inne PO są równorzędne z 4), to musi założyć istnienie jakiegokolwiek PO jest dobrem. Co prawda istnienie innych PO nie jest już tak oczywistym dobrem jak istnienie jego samego, bo wymaga założenia p.4

6. Istnienie mnie jest dobre na pewno. Istnienie innych PO jest dobre z bardzo duzym prawdopodobieństwem. Im bardziej inny PO jest do mnie podobny, tym bardziej jego istnienie jest dobrem. Jednym z najbardziej podobnych do mnie PO jest moja matka. Dlatego należy wspierać rodzinę i naród.

7. Nie można poderżnąć gardła matce bo jest bardzo podobna do mnie i jej istnienie jest z dużym prawdopodobieństwem dobre. Wyjątkowo, jeśli straciła rozum (nie jest PO) i chce zabić mnie, wtedy zagrożone jest większe dobro - ja. Istnienie innych narodów, które niekoniecznie są do mnie podobne też niekoniecznie jest dobrem, szczególnie jeśli nam zagrażają

8. Istnienie innych bytów, nie oceniających, nie podlega moralności. Jest dobre o tyle o ile wspiera istnienie moje i innych PO. Dlatego można zabijać zwierzęta dla zaspokojenia głodu, lub matkę dla ochrony własnego życia. Nie można tego jednak czynić niepotrzebni, gdyż może to zagrozić innym PO.

Wniosek 2: Istnienie PO i uznanie innych PO za równorzędne wystarcza do uzasadnienia moralności niechrześcijańskiej.

Teraz pozostaje już bardzo niewielki krok:

9. PO zauważa, że jego istnienie nie trwa wiecznie. Ma swój początek i koniec. Zdolność oceniania, zależy od jego istnienia i mimo, że w pewnym okresie swego życia (od poczęcia do urodzenia, w czasie snu, narkozy) nie miał możliwości oceniania, to jego istnienie wtedy było dobrem, bo doprowadziło do momentu, kiedy stał się PO.

Wniosek 3: Istnienie PO i uznanie za równorzędne innych PO oraz bytów które chwilowo nie są PO, ale ich istnienie doprowadzi do pojawienia się PO, wystarcza do uzasadnienia moralności bardzo podobnej do chrześcijańskiej.

Oczywiście, możesz się doszukać w tym wnioskowaniu pewnych skrótów myślowych, ale generalnie szkielet rozumowania wydaje mi się poprawny.

Chętnie podyskutuję

Pozdrawiam

Bartek (BD) pisze...

Witam

Dziękuję za uwagi! Przestudiuję je uważnie i w odpowiedzi zamieszczę własne. Za dzień lub dwa. Proszę poczekać.

Pozdrawiam

Nicpoń pisze...

Bartku,
a nie myślałeś o tym, żeby wydać te swoje opowiastki w formie jakiegoś podręcznika dla co bardziej kumatych licealistów? Wiesz, w kontrze do tej dziecinady deMelo.

Zdrówka

Bartek (BD) pisze...

Nie, ale myślałem nad napisaniem kiedyś jakiegoś popularyzatorskiego podręcznika do filozofii. Nad prezentacją zagadnień i problemów filozoficznych w sposób dowcipny i techniczny zarazem. Tyle, że nie napisałbym tego w kontrze do kogokolwiek. Wiec do de Mello również nie.

Pozdrawiam

Bartek (BD) pisze...

Kartezjański sceptycyzm

"Problemy logiczne, które przedstawiłeś powyżej wynikają z niepełności pojęcia "wiedzieć" lub "być przekonanym". Zdania logiczne, które konstruowałeś są meta-zdaniami w meta-logice zbudowanej ponad logiką rzeczywistości i nie traktują o rzeczywistości lecz o wiedzy o rzeczywistości. Ponieważ wiedza o rzeczywistości jest ograniczona, więc wnioski w tej logice mogą dotyczyć tylko świata wiedzy o rzeczywistości a nie samej rzeczywistości. Dlatego sceptyk zawsze wygra, bo zawsze znajdzie luki pomiędzy jednym a drugim światem".

Cóż, nie zgadzam się z takim ujęciem sprawy. Zdania typu "Wiem, że p" i "S wie, że p" są na ogół zdaniami o osobach ludzkich oraz o pewnych zdaniach. Mówiąc "Tomek wie, że jego siostra jest zatrudniona w brytyjskiej firmie" stwierdzam, że (i) prawdą jest, iż siostra Tomka jest zatrudniona w brytyjskiej firmie, (ii) Tomek jest przekonany, że jego siostra jest zatrudniona w brytyjskiej firmie oraz (iii) to przekonanie Tomka jest uzasadnione. Wypowiadam się o Tomku i o pewnym zdaniu będącym jego przekonaniem - o zdaniu, które on uznaje za prawdziwe. Tomek zaś i to zdanie są, by tak rzec, elementami kolektywnego zbioru zwanego potocznie "światem". Wypowiadam sie więc o pewnych elementach świata. Lub rzeczywistości, jeśli wolisz. To po pierwsze.

Po drugie, sceptyk kartezjański nie bazuje wyłącznie na tym, że możliwy jest ludzki błąd - że, mówiąc konkretniej, możliwe, że jakiś człowiek uznaje za prawdziwe zdanie, które jest fałszywe. To jest konieczny warunek kartezjańskiego sceptycyzmu. Ale nie wystarczający. Sceptyk kartezjański, operujący jakąś sceptycką hipotezą, choćby Hipotezą Złośliwego Demona, twierdzi, że aby móc coś wiedzieć należy uprzednio wykazać (lub uzasadnić), że negacja tejże hipotezy jest prawdziwa – a tym samym, że owa hipoteza jest fałszywa. Pułapka, jaką zastawił w swojej argumentacji kartezjański sceptyk, polega na tym, że aby móc wykazać, iż negacja Hipotezy Złośliwego Demona jest prawdziwa należy skorzystać z wiedzy o świecie – z jakiegoś uzasadnionego, prawdziwego przekonania o treści tyczącej się świata – którą możemy mieć wtedy i tylko wtedy, gdy już wykazaliśmy, że Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa. Ten wymóg jest niespełnialny.

A skąd się bierze ten wymóg? Właśnie. Skąd? Zasada „Jeśli W(p), to W(nie-q) i nie-W(nie-q), zatem nie-W(p)” nie rozstrzyga niczego w kwestii tzw. epistemicznego pierwszeństwa – z jej treści wynika tylko tyle, że warunkiem koniecznym tego, by wiedzieć, że p jest to, by wiedzieć, że nie-q. Stąd jednak, że K(nie-q) jest warunkiem koniecznym K(p) nie wynika, że aby móc wiedzieć, że p, w pierwszej kolejności trzeba wiedzieć, że nie-q. Hipoteza Złośliwego Demona, jak każda hipoteza sceptyka, ma jednak pewną ważną dla sceptyka własność – jej treść jest taka, iż negacja tej hipotezy wynika z dowolnego innego zdania o świecie. Z tego też powodu dowolny argument wychodzący od przesłanki zawierającej jakieś zdanie o świecie utworzone za pomocą funktora „wie, że” lub „wiem, że” będzie zakładał wniosek, czyli twierdzenie o fałszu Hipotezy Złośliwego Demona. Ktoś, kto nie uznaje tego wniosku, nie uzna tej przesłanki. Zatem za pomocą takiego argumentu nie da się wykazać sceptykowi, że jego sceptycka hipoteza jest błędna. To jednak jeszcze nie oznacza, że aby przesłanka „Wiem, że p” była prawdziwa, muszę uprzednio wykazać, że Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa. Na jakiej więc podstawie kartezjański sceptyk dochodzi do wniosku, że jednak muszę to zrobić? Przypominam, że sceptyk kartezjański przyjmuje, że S wie, iż p wtedy i tylko wtedy, gdy S wykazał p lub p jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym. Ponadto kartezjański sceptyk przyjmuje, że wśród zdań o świecie nie ma zdań wewnętrznie wiarygodnych – czyli takich, które są wiarygodność zawdzięczają tylko i wyłącznie swojej treści, a nie wnioskowaniu (dlatego takie zdania nazywa się niekiedy wiarygodnymi/uzasadnionymi nieinferencyjnie). Zdaniem sceptyka, to wszystko razem wzięte przesądza o tym, że aby móc coś wiedzieć o świecie, należy obalić Hipotezę Złośliwego Demona. Ale nie w oparciu o wiedzę o świecie, bo tej póki co nie mamy, lecz w oparciu o wiedzę o doświadczeniu – o tym, jak nam się jawią rzeczy. Wśród zdań o tym, jak się nam coś jawi, powiada sceptyk, są bowiem zdania wewnętrznie wiarygodne. Szkopuł w tym, że między zdaniami o doświadczeniu a zdaniami o świecie nie zachodzi logiczne wynikanie. Zaś wnioskowanie indukcyjne od pierwszych do drugich wymaga użycia zdania mieszanego, stwierdzającego, że takie a takie doświadczenie jest wiarygodnym wskaźnikiem tego, że to a to ma miejsce w świecie – a takie zdania mogą zostać przez nas uzasadnione wyłącznie wtedy, gdy będziemy dysponowali jakimiś uzasadnionymi zdaniami o świecie. Tu i tam – ślepy zaułek.

Proszę jednak zauważyć, że gdybyśmy mieli jakieś wewnętrznie wiarygodne zdanie o doświadczeniu, powiedzmy A, z którego wynikałoby logicznie jakieś zdanie o świecie zewnętrznym, powiedzmy B, a nadto wiedzielibyśmy, że jeśli wiemy, iż B, to wiemy, iż Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa, to wtedy uznając B w oparciu o A wykazalibyśmy dwie rzeczy: po pierwsze, że B jest prawdą, a po drugie, że Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa. Co to oznacza? To, że wykazalibyśmy, że A, nie wykazując uprzednio fałszu Hipotezy Złośliwego Demona. A skoro jest to możliwe, to kartezjański sceptyk myli się sądząc, że aby coś wiedzieć o świecie zewnętrznym, należy uprzednio wykazać, że Hipoteza Złośliwego Demona jest fałszywa.

Moralność

„Nie wiemy, czy coś jest moralnie dobre, bo nie _znamy_ założeń z których moglibyśmy to wywnioskować. Możemy _wierzyć_ w dogmaty i z nich wywnioskowywać na temat dobra/zła. Wydaje się więc, że aby ocenić coś moralnie, potrzebna jest wiara w dogmaty. Zatem istnienie moralności powinno implikować istnienie Boga (zgodnie z Twoim zdaniem (A)). Dogmaty pozwalają na proste uzasadnienie wyborów moralnych ale wymaga oparcie się na wierze a nie na wiedzy i logice. Dlatego moralność dla ateistów może być podważana”.

Owszem, możemy wierzyć w dogmaty i z nich wnioskować, co jest dobre, a co jest złe – o ile dogmaty zawierają stosowne terminy moralne. Stąd jednak nie wynika, że warunkiem koniecznym do tego, aby można było coś moralnie wartościować jest istnienie dogmatów. To, że dogmaty, które zawierają terminy moralne, są wystarczające do formułowania sądów moralnych nie oznacza , że są one konieczne. Co więcej z tamtej dość banalnej uwagi o dogmatach nie wynika również, że jeśli coś jest moralnie dobre, to istnieje Bóg. Poza tym dogmat – w znaczeniu nieco szerszym niż religijne – to nieuzasadnione przekonanie. A za pomocą nieuzasadnionego przekonania nie da się uzasadnić żadnego innego. Jeśli dogmat w znaczeniu religijnym jest dogmatem w znaczeniu potocznym, to za pomocą dogmatów religijnych nie da się uzasadnić żadnego przekonania moralnego.

Moim zdaniem, między ateizmem a nihilizmem (rozumianym jako jedno z metaetycznych stanowisk w kwestii istnienia jakości moralnego dobra i moralnego zła) nie ma koniecznego związku. Ateista poza nihilizmem ma do wyboru inne stanowiska metaetyczne – chociażby naturalistyczne, a te nie odmawiają dobru i złu moralnemu realności, lecz traktują je jako cechy jakoś sprowadzalne do cech naturalnych. Więcej na ten temat można sobie poczytać chociażby tutaj: http://plato.stanford.edu/entries/naturalism-moral/. A nawet jeśli ateista wybierze nihilizm – czyli uzna za prawdziwe twierdzenie, że nie istnieje nic moralnie dobrego i nie istnieje nic moralnie złego – to nie oznacza to, że ktoś taki opowiada się za dictum „Jeśli Boga nie ma, to wszystko jest dozwolone”. Otóż taki ateista uzna najwyżej, że jeśli nie ma ani dobra, ani zła, to nie ma też moralnych nakazów i zakazów. W odróżnieniu od niego ateista wierzący, że coś jest zakazane wtedy i tylko wtedy, gdy istnieje Bóg, uzna, że wszystko jest dozwolone – i to nie tylko moralnie, bo prawnie również.

Jeśli chodzi o resztę, to nie uważam, by punkty 1-9 zawierały dedukcyjne wnioskowanie. Moim zdaniem, są to kolejne kroki opisujące klocki, z jakich można zbudować jedną z wielu możliwych moralności. I tak, tytułem przykładu, weźmy pod lupę punkt 1, a potem 4.

„1. Jeśli PO istnieje, to musi uznać, że jego istnienie jest dobrem. W przeciwnym przypadku powinien się unicestwić i wracamy do p.1”.

Nie musi. Stąd, że istnieje ktoś, kto jest PO nie wynika, że ktoś taki uzna, że jego istnienie jest dobrem. Dlaczego? Po pierwsze, nie wynika logicznie, bo schematem wnioskowania od „PO istnieje” do „PO musi uznać, że jego istnienie jest dobre” jest nietautologiczna implikacja. Po drugie, możliwa jest sytuacja, w której poprzednik implikacji jest prawdziwy, a następnik fałszywy – PO może uznać, że jego istnienie nie jest dobrem, bo np. dostarcza mu samych utrapień. Abstrahując od tego, nawet jeśli PO uzna, że jego istnienie jest dobrem, nie oznacza to, że uznał on, iż jest ono dobrem w sensie moralnym, o jaki idzie w klasycznej etyce – może on bowiem uznać, że jego istnienie jest dla niego dobre w znaczeniu „korzystne”. Czyli zająć jakieś stanowisko utylitarystyczne.

„4. PO może zauważyć, że wokół niego istnieje więcej bytów, które są bardzo podobne do PO. Nie zauważy tego tylko psychopata (nie potrafi oceniać) oraz idiota (nie potrafi wnioskować). W tym momencie PO zauważa, że on sam nie jest niczym wyjątkowym a jedynie reprezentantem jednego z wielu PO”.

Owszem, nasz PO może zauważyć, że wokół niego znajdują się inne PO. Stąd jednak, że PO jest jednym z elementów zbioru PO nie wynika wcale, że istnienie innych PO jest równie dobre w sensie korzystne jak istnienie naszego PO. W tym miejscu nasz PO może opowiedzieć za utylitarną moralnością egalitarną – istnienie każdego PO jest równie dobre jak moje – lub utylitarną moralnością elitarną, a ta może mieć dwie podstawowe wersje: (i) istnieje tylko niektórych PO jest równie dobre jak moje; (ii) istnienie żadnego PO nie jest równie dobre jak moje. Stąd już można pójść w kierunku mniej lub bardziej odległym od chrześcijaństwa – o ile (w co wątpię) w ogóle można mówić o moralności chrześcijańskiej, abstrahując od historycznych i teraźniejszych różnic między różnymi chrześcijanami, nawet w obrębie jednej i tej samej religii, w kwestii tego, co jest moralnie dopuszczalne, a co nie jest (diabeł tkwi w szczegółach). Tak czy inaczej, punkty 1-9 nie zawierają dedukcyjnego wnioskowanie, lecz opis klocków użytych do skonstruowania zarysu/szkieletu jednej z wielu możliwych moralności.

kojonkoski pisze...

Sceptyk

Piszesz: "Tomek wie, że jego siostra jest zatrudniona w brytyjskiej firmie"

Rozumiem już jak definiujesz pojęcie "wiedzieć". Jeśli A wie że B to składają się na to trzy rzeczy
1. B jest prawdą
2. A jest przekonany że B
3. Relacja przekonania z p.2 jest uzasadniona

Ta definicja ma wyraźną słabość w p.3. Żadnej wiedzy nie da się uzasadnić do końca. Pytając wciąż: "dlaczego" musimy w końcu dojść do aksjomatów. Nasza wiedza musi się oprzeć na czymś czego uzasadnić dalej się nie da. Ja na przykład nie "wiem" czy świat istnieje, czy Ty istniejesz i ten Twój blog. Może rzeczywiście to jakaś iluzja demona. Nie jestem w stanie tego "wiedzieć" według powyższej definicji. "Wydaje" mi się, że istniejesz, jestem wręcz o tym przekonany, ale mogę się mylić. Jedyna rzecz, którą "wiem" na pewno, to że ja istnieję. I moim zdaniem, to jedyne na czym prawdziwy sceptyk może się oprzeć. Wszystkie dalsze są spekulacją, chociażby założenie, że logika jest dobrym modelem odzwierciedlającym rzeczywistość.

Sceptyk pragnie aby wszystko było "zasadne", czyli jak rozumiem udowodnione. Musi więc założyć, że logika jest dobrym modelem rzeczywistości. Rzeczywiście w większości przypadków się sprawdza. Ale sam przytoczyłeś ten trylemat Agryppy, na przykładzie którego widać, że nie zawsze. Logika w zastosowaniu do rzeczywistości jest o tyle ułomna, że do swego działania wymaga istnienia aksjomatów. Modelując rzeczywistość musimy więc ustalić aksjomaty opisujące tę rzeczywistość, czyli dogmaty, Dlatego sceptyk nieuznający aksjomatów/dogmatów zawsze przegra, bo nie uzasadni tych pierwotnych pojęć.

Z drugiej strony sceptyk zawsze wygra, bo tak jak piszesz "nie da się wykazać sceptykowi, że jego sceptycka hipoteza jest błędna". Sceptyk uzna się za przegranego tylko wtedy, jeśli udowodnisz mu, że jego hipoteza jest błędna. Jak napisałem powyżej, zadając ciągle pytania "dlaczego" zawsze można doprowadzić do momentu, którego nie będziemy potafili udowodnić. Zarówno ja jak i sceptyk. Sceptyk porusza się w próżni. Mówi zawsze "udowodnij mi że…", a jednocześnie odrzuca wszelkie aksjomaty. Przy takich założeniach nic nie udowodnisz, a sceptyk zawsze będzie przekonany, że ma rację. Symetrycznie, jeśli zmusisz sceptyka, aby udowodnił że ty nie masz racji, również nie będzie potrafił tego zrobić.

Sceptyk się myli próbując posługiwać się logiką do opisu rzeczywistości. Logika do tego opisu nie zawsze pasuje. Sceptyk "wierzy" w logikę a wydaje mu się że ją "wie". Sceptyk żąda od Ciebie walki bronią, za pomocą której obie strony przegrają.

Moralność

Piszesz: "za pomocą nieuzasadnionego przekonania nie da się uzasadnić żadnego innego". Powiem więcej: jeśli nie uznamy żadnego dogmatu, to w ogóle nie da się niczego udowodnić. Także dobra i zła. Dlatego ateista, jako system sowich wartości może wybrać cokolwiek: nihilizm, naturalizm czy kalizm. Niektórzy z ateistów mogą również dojść do etyki chrześcijańskiej, ale jak sam piszesz, niekoniecznie. Mogą być ateiści wierzący w dobro i zło, jak i jemu zaprzeczający. Żaden inny ateista nie jest w stanie wartościować tych postaw. Konieczne jest uznanie jakichś wspólnych założeń, aby można było dojść do porozumienia pomiędzy dwoma dyskutantami, ale może się zdarzyć, że takich wspólnych punktów nie da się znaleźć.

Aby dyskutować o dobru, musimy je zdefiniować. Co rozumiesz przez "dobro w sensie moralnym" ? Dla mnie dobro jest tym do czego należy dążyć i co należy pielęgnować, złu należy się przeciwstawiać i niszczyć. Przy takiej definicji, człowiek, który nie uznaje swego życia za dobro powinien je zniszczyć. Jeśli życie jest dla niego udręką to powinien dążyć do dobra i się zabić. Jeśli się nie zabija, to jest nieetyczny, bo utrzymuje w istnieniu zło. Dlatego uważam, że "istnienie mnie jest dobrem" jest tautologią. Złem może być tylko w przypadku PO, które nie mają możliwości się unicestwić. Taka sytuacja jest np. w piekle.

"Stąd jednak, że PO jest jednym z elementów zbioru PO nie wynika wcale, że istnienie innych PO jest równie dobre ". Oczywiście to nie wynika. To jest dogmat, którego nie potrafię udowodnić. Z obserwacji świata wnoszę, że jest to założenie bardzo prawdopodobne, choć oczywiście mogę się mylić. Inne założenia: utylitarne, elitarne, są także możliwe, chociaż mnie nie przekonują. Chciałem jedynie pokazać, że można zbudować etykę spójną, akceptowaną także przez chrześcijan, nie odwołując się do Boga.

Inna sprawa, że ateista, nawet przekonany do jakiejś etyki, nie ma żadnej do końca uzasadnionej motywacji aby ją zawsze stosować. Dlatego jednak "Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno", także zabić własną matkę śpiącą w pokoju obok.

Bartek (BD) pisze...

"Piszesz: "za pomocą nieuzasadnionego przekonania nie da się uzasadnić żadnego innego". Powiem więcej: jeśli nie uznamy żadnego dogmatu, to w ogóle nie da się niczego udowodnić. Także dobra i zła. Dlatego ateista, jako system sowich wartości może wybrać cokolwiek: nihilizm, naturalizm czy kalizm. Niektórzy z ateistów mogą również dojść do etyki chrześcijańskiej, ale jak sam piszesz, niekoniecznie. Mogą być ateiści wierzący w dobro i zło, jak i jemu zaprzeczający. Żaden inny ateista nie jest w stanie wartościować tych postaw. Konieczne jest uznanie jakichś wspólnych założeń, aby można było dojść do porozumienia pomiędzy dwoma dyskutantami, ale może się zdarzyć, że takich wspólnych punktów nie da się znaleźć".

Kilka objaśnień.
Dogmat to nieuzasadnione przekonanie. Nieuzasadnione przekonanie może być prawdziwe lub fałszywe. Zatem dogmat może być prawdziwy lub fałszywy. Dowody w sensie logicznym można budować w oparciu o przesłanki tak prawdziwe, jak i fałszywe. Jeśli przesłanki są fałszywe, a reguła inferencji niezawodna, to wniosek będzie albo prawdziwy, albo fałszywy. Przyjmuje się, że poprawny, a tym samym akceptowalny dowód, jest taki, którzy ma prawdziwe przesłanki oraz jest zbudowany na niezawodnej regule inferencyjnej. Wykazywanie jest podobne do dowodzenia, ale nie jest tym samym. Aby wykazać prawdziwość zdania P, należy posłużyć się jako przesłanką takim zdaniem, które jest prawdziwe, uzasadnione i dedukcyjnie lub indukcyjnie wspiera zdanie P. W obliczu tych ustaleń można uznać, że brak dogmatów, czyli nieuzasadnionych przekonań, nie uniemożliwia wykazywania. Nie uniemożliwia też dowodzenia w sensie logicznym. Brak zdań prawdziwych czyni niemożliwym wykazywanie oraz budowanie poprawnych dowodów w sensie logicznym. Brak zdań uzasadnionych/wiarygodnych - niemożliwym uzasadnianie. Ergo wykazywanie też.

Ateista nie musi przyjmować epistemologii kartezjańskiego sceptyka - może uznać, wbrew niemu, że pewne jego przekonania etyczne są wiarygodne prima facie, mimo że nie są one ani wewnętrznie wiarygodne, ani nie zostały przez nikogo uzasadnione: są one wiarygodne dlatego, że nie zna on, ateista, żadnych powodów, aby sądzić, iż są one fałszywe lub niewiarygodne. W tej sytuacji onus probandi spoczywa nie na takim ateiście, a na osobie, która wątpi w zasadność lub prawdziwość jego przekonań moralnych: to ona ma wykazać lub uzasadnić, że są one fałszywe lub niewiarygodne. Oczywiście, taki ateista przyjmuje zupełnie inną pragmatykę uzasadniania niż kartezjański sceptyk. Może ją również przyjąć teista.

Nihilizm i naturalizm to nie systemy wartości lecz koncepcje metaetyczne, na które składają się jakieś ontologiczne i epistemologiczne twierdzenia o dobru i złu, moralnych wartościach, moralnych powinnościach, moralnych nakazach i zakazach. Np. ateista-naturalista i teista mogą się zgadzać, że umyślne zabicie osoby ludzkiej przez osobę ludzką jest złe, ale różnić się w kwestii tego, co sprawia, iż to działanie jest działaniem złym oraz w kwestii tego, co to znaczy, że coś jest złe. Innymi słowy, ateista i teista mogą zgadzać się bardziej lub mniej co do wartości, ale różnić w kwestii ich, powiedzmy, ontologii i epistemologii.


"Aby dyskutować o dobru, musimy je zdefiniować. Co rozumiesz przez "dobro w sensie moralnym" ? Dla mnie dobro jest tym do czego należy dążyć i co należy pielęgnować, złu należy się przeciwstawiać i niszczyć. Przy takiej definicji, człowiek, który nie uznaje swego życia za dobro powinien je zniszczyć. Jeśli życie jest dla niego udręką to powinien dążyć do dobra i się zabić. Jeśli się nie zabija, to jest nieetyczny, bo utrzymuje w istnieniu zło. Dlatego uważam, że "istnienie mnie jest dobrem" jest tautologią. Złem może być tylko w przypadku PO, które nie mają możliwości się unicestwić. Taka sytuacja jest np. w piekle".

"Istnienie mnie jest dobrem" nie jest tautologią, lecz arbitralną definicją. Owszem, można ją przyjąć, można uznać ją dogmat, czyli za nieuzasadnione zdanie, z którego będzie się w jakiś sposób wnioskowało inne zdania. To jednak nie gwarantuje, że ta definicja jest poprawna - że wyrażające ją zdanie jest prawdziwe. Dogmatami mogą być również zdania fałszywe. Zwracam przy tym uwagę na to, że dogmat to nie to samo, co aksjomat - aksjomat w logice to przyjęta bez dowodu tautologia, na podstawie której dzięki jakimś niezawodnym regułom inferencyjnym dowodzi się inne formuły logiczne, zwane twierdzeniami. Dogmat to nieuzasadnione zinterpretowane (mające jakąś treść) zdanie, w oparciu o które wnioskuje się inne zdania. Nota bene, od dogmatu należy odróżniać zdania, które zostały przyjęte bez uzasadnienia, ale mimo to są z jakiegoś powodu wiarygodne/uzasadnione.

Na podstawie tego, co napisałeś uznaję, że "Istnienie mnie jest dobrem" jest równoważne "Istnienie mnie jest czymś, do czego powinienem dążyć i co powinienem pielęgnować". Natomiast "Istnienie mnie jest złem" jest równoważne "Istnienie mnie jest czymś złym, czemu powinienem się przeciwstawić i co powinienem zniszczyć". Załóżmy, że jeśli jestem przekonany, że moje istnienie jest czymś złym, to jestem przekonany, że jest ono czymś, czemu powinienem się przeciwstawić i co powinienem zniszczyć. Załóżmy też, że uznaję poprzednik tej implikacji. Sęk w tym, że chociaż nie popełniając w tej sytuacji samobójstwa, postępuję nieetycznie, to wcale nie oznacza to, iż nie wierzę w następnik tej implikacji, a tym samym, że odrzucam jej poprzednik. Mogę mniemać, że coś jest złe i z jakiegoś powodu z tym nie walczyć, a nawet to pielęgnować.


"Inna sprawa, że ateista, nawet przekonany do jakiejś etyki, nie ma żadnej do końca uzasadnionej motywacji aby ją zawsze stosować. Dlatego jednak "Jeśli Boga nie ma, to wszystko wolno", także zabić własną matkę śpiącą w pokoju obok".

To jest stanowisko teisty (i to nie każdego, lecz tylko tego, który uznaje, że istnienie Boga jest warunkiem koniecznym istnienia wystarczającej - moralnej lub nie - racji, aby nie krzywdzić siebie lub innych) a nie ateisty odrzucającego dictum Dostojewskiego i jego założenie. W pewnym sensie to teista jest nihilistą, a nie ów ateista. Ale o tym, z braku czasu, później.

O twoich uwagach o sceptycyzmie wypowiem się później. Pewnie po weekendzie (bo ten będzie dla mnie pracowity).

Pozdrawiam

kojonkoski pisze...

Dzięki, że chcesz jeszcze ze mną dyskutować. Obaj poszukujemy Prawdy. Ta dyskusja może nas do Niej zblizyć.

Zgadzamy się, że z kartezjańskim sceptykiem ciężko dyskutować. Generalnie dlatego, że jego ścisła logika żąda dowodów na wszystko. A tego, jak wiadomo, nie da się zrobić. Musimy więc oprzeć się, tak jak piszesz, na przesłankach.

Dyskusje powstają wtedy, kiedy mamy różnice zdań. Różnice te pojawiają się, jeśli dwie osoby wnioskują z innych przesłanek i dochodzą tym samym do różnych wniosków. Jeśli teista i ateista uznają przeciwstawne przesłanki za prawdziwe, to nigdy się nie porozumieją, dopóki nie rozstrzygną o prawdziwości spornych przesłanek. Jednemu wydaje się to, drugiemu tamto. Nie wiem, dlaczego teista ma dowodzić a ateista nie musi (tak zrozumiałem co napisałeś). Ciężar dowodu spoczywa na obu stronach tak samo. Dogmaty teisty mogą być prawdziwe jak i fałszywe, takoż i przesłanki ateisty. Wystarczy się skupić na rozstrzygnięciu przesłanek.

Mamy więc teistę i ateistę. Obaj zgadzają się co do wielu przesłanek, na podstawie których wnioskują. I obaj dochodzą do wielu wspólnych wniosków, np. do tego że nie należy zabijać matki w pokoju obok. Różni ich zasadniczo jedna z przesłanek. Teista wierzy (taką przesłankę przyjął jako prawdziwą), że cały świat został stworzony przez coś. Ateista odrzuca tę przesłankę. Na czym zatem opiera się ateista? Teista wybiera punkt 3 trylematu Agryppy. Ateista odrzuca dogmaty, nie popełnia błędnego koła z p.2, zostaje mu więc wersja z p.1 trylematu, czyli regres w nieskończoność. Jak to zinterpretować ? Nie ma praprzyczyny ? Czy w to wierzy ateista? Wszystko wynika z siebie nawzajem i napędza się samoczynnie ? Jakaż to siła wprawiła to w ruch ? Moim zdaniem, albo istnieje praprzyczyna i wtedy rację ma teista, albo gdzieś musi się załamywać reguła przyczyna-skutek i wtedy sceptyk traci grunt pod nogami. Jak ateista-sceptyk odpowie na pytanie: "skąd to wszystko się wzięło?"

"Mogę mniemać, że coś jest złe i z jakiegoś powodu z tym nie walczyć, a nawet to pielęgnować." - to zdanie jest sprzeczne z moja definicją dobra. Jaka jest Twoja definicja ?

Ja bym Dostojewskiego trochę zmodyfikował: Jeśli Boga nie ma, to dlaczego nie być skurwysynem ?

Pozdrawiam

Bartek (BD) pisze...

Dziękuję za twe celne uwagi. Odpowiem na nie, ale jak już napisałem po weekendzie (bo weekend zapowiada mi się pracowity, i muszę się do niego przygotować), w poniedziałek wieczorem powieszę odpowiedź.

Pozdrawiam

Bartek (BD) pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Bartek (BD) pisze...

Najpierw kilka kwestii znaczeniowych. Przez „ateistę” rozumiem kogoś, kto nie wierzy/nie jest przekonany, że istnieje Bóg. Przez „teistę” kogoś, kto wierzy/jest przekonany, że istnieje Bóg.

Przyjmuję, że „wierzyć, że p” to tyle, co „być przekonanym, że p” – jedno i drugie polega na uznawaniu p za prawdziwe. Tak rozumianą wiarę odróżniam od wiary pojmowanej jako zaufanie. Zgodnie z podaną wyżej definicją, teista to osoba, która wierzy, że istnieje Bóg, ale niekoniecznie osoba, która wierzy w Boga – wierzy w Niego, czyli Mu ufa. Zgodnie ze średniowieczną angelologią i demonologią, Lucyfer jest teistą – wierzy/jest przekonany, że istnieje Bóg. Ale Mu nie ufa. Kogoś, kto jest teistą i ufa Bogu określam jako osobę religijną. Zgodnie z podaną definicją, Lucyfer nie jest osobą religijną.

Ateista różni się od Lucyfera brakiem wiary w Boga oraz brakiem wiary, że Bóg istnieje – (1) ateista nie wierzy, że Bóg istnieje. Stąd jednak nie wynika, że ateista (2) wierzy, że nie ma Boga. Wynikanie zachodzi w przeciwną stronę – z (2) wynika (1). Ateista może od (1) w oparciu o jakieś dodatkowe przesłanki przejść – logicznie poprawnie lub nie – do (2) lub do (3) – do „nie wierzę, że nie istnieje Bóg”.

Przez „sceptyka” rozumiem kogoś, kto wierzy/jest przekonany, że (A) nie jest możliwe, by jakiś człowiek w coś zasadnie wierzył/był o czymś zasadnie przekonany lub kogoś, kto wierzy/jest przekonany, że (B) żaden człowiek w nic zasadnie nie wierzy/nie jest o czymś zasadnie przekonany.

Związek między (A) i (B) jest taki, że z (A) wynika (B), ale nie odwrotnie. Z (A) wynika też (C) – to, że nie jest możliwe, by jakiś człowiek coś wiedział. Z kolei z (B) wynika (D) – żaden człowiek niczego nie wie. Warto jeszcze dodać, że z (C) wynika (D). W rezultacie otrzymujemy następującą implikację: jeśli (A) to (B) i jeśli (A) to (C), zatem jeśli (A), to (B) i (C).

I teraz tak: można być sceptykiem i teistą, sceptykiem i ateistą. Mówiąc to, mam na uwadze tylko to, że jedna i ta sama osoba może niesprzecznie wierzyć, że (A) lub wierzyć, że (B) oraz albo wierzyć, że Bóg istnieje, albo nie wierzyć, że Bóg istnieje. Nie twierdzę wszakże, że każda wersja sceptycyzmu jest spójna z każdą wersją ateizmu oraz z każdą wersją teizmu. Kartezjusz, na przykład, mniemał, że osoba, która nie wie, że istnieje Bóg, nie wie wiedzieć, ani tego że ma ona ciało, ani tego, że istnieją substancje materialne. Według tego stanowiska, osoba, która nie wierzy, że istnieje Bóg nie wie wiedzieć żadnej z tych rzeczy. Z poglądów Kartezjusza wynika, że sceptycyzm wobec wiedzy o świecie przynajmniej wyklucza się z tezą o istnieniu Boga. Nie należy wyciągać stąd wniosku, że skoro sceptycyzm w wersji sformułowanej przez Kartezjusza wyklucza się z teizmem w wersji sformułowanej przez autora „Rozważań o metodzie”, to każda wersja sceptycyzmu wyklucza się z każdą wersją teizmu. Takie wnioskowanie jest błędne. Sceptykiem w kwestii wiedzy o świecie był bodajże Pascal, człowiek religijny (teista i wierzący w Boga) – znamienne, że Pascal od założeń racjonalizmu Kartezjusza doszedł do sceptycyzmu wobec wiedzy o świecie, a tenże sceptycyzm pogodził ze swoim jansenistycznym, ergo poniekąd augustiańskim, teizmem.

Onus probandi

„Dyskusje powstają wtedy, kiedy mamy różnice zdań. Różnice te pojawiają się, jeśli dwie osoby wnioskują z innych przesłanek i dochodzą tym samym do różnych wniosków. Jeśli teista i ateista uznają przeciwstawne przesłanki za prawdziwe, to nigdy się nie porozumieją, dopóki nie rozstrzygną o prawdziwości spornych przesłanek. Jednemu wydaje się to, drugiemu tamto. Nie wiem, dlaczego teista ma dowodzić a ateista nie musi (tak zrozumiałem co napisałeś). Ciężar dowodu spoczywa na obu stronach tak samo. Dogmaty teisty mogą być prawdziwe jak i fałszywe, takoż i przesłanki ateisty. Wystarczy się skupić na rozstrzygnięciu przesłanek”.

Źle zrozumiałeś.
Ale po kolei.

Sztuka dyskutowania, jak każda stuka, podlega pewnym regułom. Regułom, które określają dopuszczalne dla jej uczestników posunięcia. Inne są dopuszczalne dla proponenta, inne dla oponenta.

Proponentem jest osoba, która wierzy, że p. Oponentem osoba, która nie wierzy, że p. Celem proponenta jest przekonanie oponenta, że p jest prawdą. Celem zaś oponenta jest przekonanie proponenta, że p jest fałszem lub że p nie jest uzasadnione, ergo wiarygodne, ergo akceptowalne.

Oponent może przekonać proponenta, że p jest fałszem wykazując mu, że prawdą jest inne zdanie, powiedzmy q, sprzeczne z p. Ewentualnie może przekonać proponenta, że p nie jest wiarygodne, ergo akceptowalne. Tutaj oponent ma dwie możliwości do wyboru: może wykazać proponentowi, że jedno ze zdań, w oparciu o które proponent uznaje za prawdziwe p, nie jest wiarygodne. Może też wykazać proponentowi, że jakieś przejście inferencyjne między przesłankami p a samym p (jako wnioskiem) jest logicznie błędne (w przypadku wnioskowanie dedukcyjnego) lub za słabe (w przypadku wnioskowanie redukcyjnego). W każdym razie, oponentowi do uzasadnienia własnej niewiary w p wystarczy wykazanie, że p nie jest wiarygodne, ergo akceptowalne.

Proponenta i oponenta wiąże zasada argumentowania w oparciu o zdania, które uznaje rozmówca. Jest tak, bowiem, zgodnie z definicją pojęcia wykazania prawdziwości jakiegoś zdania, nie da się wykazać, że p w oparciu, powiedzmy, o zdanie q osobie, która nie wierzy, że q.

Dyskusja może być symetryczna lub asymetryczna. Załóżmy, że mamy dwóch dyskutantów. W asymetrycznej tylko jeden z nich jest proponentem. W symetrycznej obaj są proponentami i oponentami zarazem. Onus probandi ciąży na proponencie – zgodnie z zasadą, że uzasadnia się tylko zdania pozytywne, a nie zdania zbudowane za pomocą funktora negacji. W wersji karno-procesowej zasada ta występuje jako zasada domniemania niewinności (dowodzi się przed sądem winy oskarżonego, a nie jego niewinności).

Zilustruję to następującym przykładem. Osoba A wierzy, że (1) pan P w chwili t, będącej chwilą śmierci pana Q, przebywał u siebie w domu. Na tej podstawie osoba A uznaje, że pana P nie było w chwili t przy panu Q. Całkiem przeciwnie mniema osoba A – według niej, (2) pan S przebywał w chwili t przy panu Q. (1) i (2) to zdania pozytywne (nie zawierające negacji), które się wzajemnie wykluczają. Oba nie mogą prawdziwe, ale oba mogą być fałszywe. Na A i B ciąży onus probandi – obowiązkiem A jest wykazanie prawdziwości (1), obowiązkiem B wykazanie prawdziwości (2). Z tego względu nie ma znaczenia, kto zacznie dyskusję – w dyskusji asymetrycznej zaczyna ją proponent. W tej dowolny z dyskutantów. Na marginesie, należy zauważyć, że nawet jeśli A wykaże B fałszywość (2), to kwestia prawdziwości (1) pozostanie otwarta. Dlatego jeśli A wykaże B fałszywość (2), to na A nadal będzie spoczywał obowiązek wykazania B prawdziwości (1) – B będzie miał prawo zażądać od B przedstawienia argumentu na rzecz (1).

Weźmy teraz pod lupę dyskusję asymetryczną. Między teistą a ateistą. Obaj spierają się o prawdziwość zdania „Istnieje Bóg”. Teista jest tutaj proponentem. Ateista oponentem. Oznacza to, że ciężar dowodu ciąży na teiście – to on ma obowiązek wykazać ateiście prawdziwość zdania „Istnieje Bóg”. Jest to bowiem zdanie pozytywne. Ateista, jako oponent, nie formułuje żadnego pozytywnego zdania, które byłoby sprzeczne ze zdaniem „Istnieje Bóg”, lecz ogranicza się do wykazywania teiście do co najmniej jednej z dwóch rzeczy: (a) tego, że jedna z przesłanek zdania „Istnieje Bóg” nie jest wiarygodna lub (b) tego, że jedno z inferencyjnych przejść między przesłankami „Istnieje Bóg” a samym tym zdaniem jest błędne lub za słabe. W obu przypadkach ateista próbuje wykazać teiście, że jego przekonanie o istnieniu Boga nie jest wiarygodne, ergo akceptowalne. Oczywiście, wykazywanie (a) lub (b) wymaga formułowanie przez ateistę jakichś pozytywnych zdań (nie zawierających negacji) – ale są to zdania, z których nie wynika, że zdanie „Istnieje Bóg” jest fałszem. W tego typu dyskusji ateista może w ogóle powstrzymać się od jakiejkolwiek argumentacji i zażądać od teisty, i to zasadnie, by ten podobał ciążącemu na nim onus probandi i wykazał ateiście prawdziwość zdania „Istnieje Bóg”.

Tak czy inaczej, niezależnie od tego, kto z kim dyskutuje jedna z reguł sztuki dyskutowania stanowi, że argument sformułowany przez proponenta w celu przekonania oponenta o prawdziwości jakiegoś zdania, powiedzmy p, nie może zawierać przesłanek, których nie uznaje oponent, przesłanek zakładających prawdziwość wniosku oraz przesłanek, które mogą zostać uzasadnione dopiero po uzasadnieniu wniosku – błędne koło logiczne jest przykładem użycia nieuzasadnionego wniosku do uzasadnienia wniosku.

Załóżmy, że między dwoma osobami, A i B, toczy się dyskusja dotycząca odpowiedzi na pytanie „Kto zamordował panią Wiktimkę?”. A i B to prawnicy. A jest prokuratorem. B obrońcą. A oskarża pannę Killewnę o zamordowanie pani Wiktimki. B broni panny Killewny przed prokuratorskim oskarżeniem. W sprawie zeznaje pan Evildence. Pan Evildence widział, jak panna oskarżona zamordowała panią Wiktimkę. W chwili zajścia jego percepcja, skądinąd reliabilna, działała prawidłowo, więc pan Evildence zna tożsamość mordercy. Pan B przepytuje świadka. Ten opowiada o tym, co widział. Potem głos zabiera prokurator. Przedstawia ławie oskarżonych dokumenty potwierdzające, że świadek ma na koncie trzy wyroki – za kradzież, za oszustwo, a ostatni za krzywoprzysięstwo. Na domiar złego oskarżona była przed pięcioma laty wspólniczką świadka, z którą ten pokłócił się o zysk, po czym rozstał we wzajemnej wrogości. Przedstawione przez prokuratora racje przekonały ławę przysięgłych, że należy uznać zeznanie świadka za niewiarygodne. Nadto uwiarygodniły/uzasadniły podzielane przez członków ławy przekonanie, że to, co powiedział świadek nie jest wiarygodne. Co to oznacza dla wiedzy pana Evildence o morderstwie pani Wiktimki? Nic. Pan Evildence nadal wie, że mordercą pani Wiktimki jest panna Killewna. Dlaczego tak jest? Bo stąd, że świadek lub obrońca za pomocą świadka nie wykazał, że oskarżona zamordowała panią Wiktimkę nie wynika, że świadek przestał wiedzieć, że mordercą w tym przypadku jest panna Killewna.

Analogicznie jest w przypadku sporu między ateistą i teistą o prawdziwość zdania „Istnieje Bóg”. Stąd, że teista nie wykazał ateiście, że istnieje Bóg nie wynika, że teista – jeśli przed dyskusją wiedział, że istnieje Bóg – wskutek poniesienia porażki w dyskusji przestał wiedzieć, że istnieje Bóg. I odwrotnie: stąd, że ateista nie wykazał teiście, że nie istnieje Bóg nie wynika, że ateista – jeśli przed dyskusją wiedział, że nie ma Boga – wskutek poniesienia porażki w dyskusji przestał wiedzieć, że istnieje Bóg.

Wyobraźmy sobie, że A, tym razem będący teistą, wie, że istnieje Bóg, a wie to dzięki mistycznemu doświadczeniu. A w dyskusji z B, ateistą, próbuje wykazać oponentowi, że istnieje Bóg posługując się w tym celu ontologicznym argumentem Kartezjusza. W odpowiedzi B wykazuje A, że argument ontologiczny Kartezjusza jest logicznie kolisty, a ponadto zawiera przesłankę, której nie akceptuje B, a która zakłada prawdziwość wniosku. Już jedna z tych rzeczy zmieni argument A w pragmatycznie nieakceptowalny – jeśli będzie to logiczna kolistość, to poza pragmatyczną nieakceptowanością na argumencie teisty ciążyć będzie błąd formalny, który uniemożliwi przesłankom, a tym samym wnioskowi, uzyskanie statusu zdania uzasadnionego/uwiarygodnionego. W rezultacie ateista będzie zasadnie mniemał, że teista nie wykazał mu istnienia Boga. Jednak ten fakt nie pozbawi pana A wiedzy o tym, że istnieje Bóg.

Analogiczną uwagę można sformułować o ateiście wiedzącym, że nie ma Boga.

Pora na sceptyka. Co robi sceptyk? Po pierwsze, przyjmuje, że wszelka ludzka wiedza jest inferencyjna, uzyskana dzięki wnioskowaniu. Po drugie, człowiek coś wie, jeśli wykazał, że to wie. Po trzecie, ilekroć jakiś człek coś stwierdzi pozytywnie, tylekroć przyjmuje na siebie bezwarunkowy obowiązek wykazania tego, co pozytywnie stwierdził. Oznacza to, że każdy inny człek wątpiący w prawdziwość tego, co zostało stwierdzone przez tego pierwszego ma prawo zażądać od niego wykazania tego, co tamten stwierdził – nawet jeśli ten drugi nie ma żadnych racji, aby wątpić w to, co stwierdził pierwszy. Jeśli, dajmy na to, stwierdziłeś, że po łące przechadza się krowa, a ktoś zapyta „Skąd wiesz, że tak jest?” lub „Na jakiej podstawie tak twierdzisz?”, to tym samym zasadnie żąda od ciebie realizacji ciążącego na tobie onus probandi w kwestii zdania „Po łące przechadza się krowa”. Bezwarunkowość owego onus probandi oznacza, że aby zasadnie żądać wykazania lub uzasadnienia nie trzeba mieć żadnych uzasadnionych wątpliwości wobec tego, co zostało pozytywnie stwierdzone. Zresztą sam to zgrabnie uchwyciłeś, pisząc:

„Zgadzamy się, że z kartezjańskim sceptykiem ciężko dyskutować. Generalnie dlatego, że jego ścisła logika żąda dowodów na wszystko. A tego, jak wiadomo, nie da się zrobić. Musimy więc oprzeć się, tak jak piszesz, na przesłankach”.

W niewłaściwie przez ciebie zrozumianym fragmencie napisałem, że ateista, ale również i teista, jak zresztą każdy z wyjątkiem sceptyka, może przyjąć inną niż sceptyk epistemologię, a tym samym pragmatykę uzasadniania – podałem przykład takiej pragmatyki, według której pewnego typu przekonania, zdania uznawane za prawdziwe, są wiarygodne prima facie, mimo że nie są one ani wewnętrznie wiarygodne, ani nie zostały przez nikogo uzasadnione: W tej sytuacji onus probandi spoczywa na osobie, która wątpi w zasadność lub prawdziwość takich przekonań: to ona ma wykazać lub uzasadnić, że są one fałszywe lub niewiarygodne. Tego typu pragmatykę implikują, rzecz jasna, tylko niektóre teorie poznania – np. internalistyczny eksternalizm Williama P. Alstona oraz kontekstualizm inferencyjny (inna nazwa – kontekstualizm epistemologiczny) Michaela Williamsa. Sęk w tym, że rzeczone teorie dotyczą przede wszystkim przekonań percepcyjnych. Kwestią otwartą pozostaje rozciągnięcie ich na przekonania normatywne, a tym samym na moralne. Inna kwestia, nie mniej ciekawa, to ewentualne konsekwencja takich koncepcji epistemologicznych dla reguł konstytuujących znaną nam sztukę dyskusji.

„Mamy więc teistę i ateistę. Obaj zgadzają się co do wielu przesłanek, na podstawie których wnioskują. I obaj dochodzą do wielu wspólnych wniosków, np. do tego że nie należy zabijać matki w pokoju obok. Różni ich zasadniczo jedna z przesłanek. Teista wierzy (taką przesłankę przyjął jako prawdziwą), że cały świat został stworzony przez coś. Ateista odrzuca tę przesłankę. Na czym zatem opiera się ateista? Teista wybiera punkt 3 trylematu Agryppy. Ateista odrzuca dogmaty, nie popełnia błędnego koła z p.2, zostaje mu więc wersja z p.1 trylematu, czyli regres w nieskończoność. Jak to zinterpretować ? Nie ma praprzyczyny ? Czy w to wierzy ateista? Wszystko wynika z siebie nawzajem i napędza się samoczynnie ? Jakaż to siła wprawiła to w ruch ? Moim zdaniem, albo istnieje praprzyczyna i wtedy rację ma teista, albo gdzieś musi się załamywać reguła przyczyna-skutek i wtedy sceptyk traci grunt pod nogami. Jak ateista-sceptyk odpowie na pytanie: "skąd to wszystko się wzięło?"”

Odróżnijmy dwie rzeczy. Trylemat dotyczący uzasadniania od, powiedzmy, trylematu dotyczącego wyjaśniania. Pierwszy dotyczy zdań pełniących funkcję racji. Drugi tego, co istnieje przygodnie. W pierwszym mamy wybór między (a) nieskończonym regresem racji, (b) racją przyjętą bez uzasadnienia i (c) błędnym kołem logicznym. W drugim natomiast, stajemy przed wyborem między (a’) nieskończonym regresem wyjaśnień, ewentualnie przyczyn, uznaniem, że (b’) to, co ma być wyjaśnione żadnego wyjaśnienia nie ma, a optowaniem za tym, że (c’) to, co ma być wyjaśnione ma wyjaśnienie swojego istnienia w samym sobie.

W przypadku Trylematu Agrypy ratunkiem przed (a), (b) i (c) ma być to, że (d) istnieją takie zdania, które są wewnętrznie wiarygodne: swą wiarygodność zawdzięczają tylko i wyłącznie samym sobie, swojej treści lub budowie. W przypadku drugiego trylematu, zwanego dalej Trylematem Eksplanacyjnym, ratunkiem przed (a’), (b’) i (c) ma być to, że istnieje taki explanans, który ma wyjaśnienie swojego istnienia w samym sobie, oraz, w odróżnieniu od tego, co wyjaśnia (a co nie jest nim), istnieje koniecznie.

Zdanie p jest uzasadnione/wiarygodne wtedy i tylko wtedy, gdy zostało uzasadnione/uwiarygodnione albo jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym. Zdanie p zostało uzasadnione/uwiarygodnione wtedy i tylko wtedy, gdy zostało wywnioskowane z innego zdania, które albo jest zdaniem wewnętrznie wiarygodnym, albo zdaniem wywnioskowanym z innego zdania wiarygodnego. Nawet jeśli istnieją jakieś zdania wiarygodne, to nie oznacza to, że dla każdego zdania niewiarygodnego istnieje takie zdanie wiarygodne, z którego to pierwsze wynika. Przyjęcie założenia o istnieniu zdań wewnętrznie wiarygodnych nie przesądza też przyjęcia założenia, że istnieją takie zdanie wewnętrznie wiarygodne, z których wynika każde zdanie, które nie jest wiarygodne. Tutaj załamuje się analogia między tym, czego szuka zwolennik substancjalnego fundacjonalizmu a tym, czego szuka osoba chcąca wyjaśnić istnienie każdego bytu przygodnego, łącznie z wszechświatem, uznanym przez nią za przygodny.

Między powyższymi Trylematami zachodzi jeszcze jedna istotna różnica. Otóż o ile, zgodnie z podaną wyżej definicją uzasadnionego zdania, s uzasadnia q, q uzasadnia r, a r uzasadnia p wtedy i tylko wtedy, gdy s jest już uzasadnione, o tyle w przypadku wyjaśniania r wyjaśnia p, zaś q wyjaśnia r, nawet jeśli s nie wyjaśnia q. Z tego względu krytyka nieskończonego regresu wyjaśnień w oparciu o krytykę nieskończonego łańcucha racji jest błędna – stąd, że odrzuca się nieskończony regres racji, nie wynika, że powinno odrzucić się nieskończony łańcuch wyjaśnień. Oczywiście, z tej uwagi nie wynika z kolei to, że łańcuch wyjaśnień, przyczyn, jest nieskończony.

Trylematem Agrypy się nie kłopoczę, bo poglądy epistemologiczne mam zbliżone do poglądów Alstona i Williamsa. Z kolei w kwestii Trylematu Eksplanacyjnego żadnego rozstrzygnięcia nie powziąłem, bo żadne ze znanych mi argumentów nie skłoniły mnie ku żadnemu ze spornych stanowisk, więc zachowuję tutaj iście klasycznie sceptycką postawę – nie wierzę, że p i nie wierzę, że nie-p.

Do kwestii etycznych, związanych z przeformułowanym przez ciebie dictum Dostojewskiego, nawiążę jutro.

Pozdrawiam

kojonkoski pisze...

Dostałem naprawdę ciężką, heavymetalową cegłę do przeczytania ;-)
Ja raczej wolę upraszczać, dlatego spróbuję jakoś w skrócie usystematyzować kwestie, których się trochę namnożyło i skupić się na jednej, moim zdaniem najważniejszej.

Definicje:
Teista/ateista - tu nie zrozumieliśmy się, gdyż ja posługiwałem się definicją ateisty, który odrzuca istnienie Boga (silny ateizm) a Ty nie rozstrzygasz, czy on istnieje (słaby ateizm). Sprawa jasna.

Onus probandi:
Nie musiałeś pisać tak dużo nt. tego, kto ma obowiązek udowodnić. Zgadzam się, że oczywiście ten, kto wysuwa twierdzenie. "Silny" ateista musi udowodnić nieistnienie Boga, tak samo jak teista musi udowodnić jego istnienie. "Słaby" niczego nie rozstrzyga, więc ma prawo oczekiwać dowodu, aczkolwiek dziwne, że słaby ateista nie próbował sam sobie odpowiedzieć, która wersja jest prawdziwa. Jeśli przyjmiemy stanowisko słabego ateizmu, to tutaj onus probandi spoczywa oczywiście na teiście. Tu się też zgadzamy.

Sceptyk-ateista i trylematy:
To jest dla mnie najciekawsza kwestia, więc się na niej skupię. Podałeś próbę wyjaśnienia Trylematu Eksplanacyjnego. Ratunkiem przed nim ma być teza, że "istnieje taki explanans, który ma wyjaśnienie swojego istnienia w samym sobie". To jest chyba to samo, co (c') ? ("co ma być wyjaśnione ma wyjaśnienie swojego istnienia w samym sobie")

Nie rozstrzygasz, które z wyjaśnień Trylematu Eksplanacyjnego jest wiarygodne. Jak można pozostawić to bez odpowiedzi ? Prawdziwy filozof zadaje pytania do końca. Moim zdaniem powinieneś spróbować to rozstrzygnąć. Mnie to nie daje spokoju. Rezultat jest kluczowy dla wszelkich dalszych wniosków.

Mamy 3 hipotezy
(a'): nieskończony regres wyjasnień
(b'): istnieje coś dla czego brak wyjaśnienia
(c'): "co ma być wyjaśnione ma wyjaśnienie swojego istnienia w samym sobie"

Wszystkie trzy wersje, zastosowane do opisu rzeczywistości, oznaczają w jakiś sposób załamanie się reguły przyczyna-skutek, oznaczającej, że każda rzecz ma swoją przyczynę. Z tego wniosek, że tak rozumiana reguła przyczyna-skutek nie jest uniwersalna. Zatem próbując używać logiki do tłumaczenia rzeczywistości jesteśmy skazani na ograniczenie się tylko do pewnego zakresu tej rzeczywistości. W tej sytuacji nawet to zdanie, które przed chwilą napisałem nie jest do końca wiarygodne. Zadając pytania w nieskończoność musimy stwierdzić, że dalej nasze wnioskowanie się załamuje. Logika jest tylko modelem wycinka rzeczywistości. Są rzeczy niepoznawalne, niewyjaśnialne przez ludzką logikę. Dalej możemy już tylko wierzyć. W coś wierzyć musimy. Tu się chyba zgodzisz.

Zobacz, jak to można prosto ująć inaczej:

(a') to wiara, że Wszechświat istnieje odwiecznie, sam przez się
(b') to wiara w cuda
(c') to wiara w praprzyczynę

Nie rozstrzygasz, która z tych wersji jest prawdziwa, ale zakładasz, że jedna z nich jest. Zauważ, jak każda z nich jest metafizyczna. Ateiści z reguły odrzucają wersje b' i c'. Muszą wtedy przyjąć prawdziwość a'. Czyż nie ?
Czy zakładasz, że Trylemat Eksplanacyjny jest prawdziwy ? Jeśli tak, to oznaczałoby, że wierzysz, że istnieje praprzyczyna lub istnieją cuda lub Wszechświat istnieje odwiecznie. Czy tak ?

Pozdro

Bartek (BD) pisze...

Krótko.
Na początku dyskusji (później to się może zmienić) onus probandi spoczywa zawsze na tej osobie, która stwierdza coś pozytywnie. Np. mówi "Karol zamordował Matyldę". A nie na tej, która stwierdza coś negatywnie. Np. mówi: "Nieprawda, że Karol zamordował Matyldę". Rozróżnienie na silny i słaby ateizm nie ma tutaj nic do rzeczy.

"To jest dla mnie najciekawsza kwestia, więc się na niej skupię. Podałeś próbę wyjaśnienia Trylematu Eksplanacyjnego. Ratunkiem przed nim ma być teza, że "istnieje taki explanans, który ma wyjaśnienie swojego istnienia w samym sobie". To jest chyba to samo, co (c') ? ("co ma być wyjaśnione ma wyjaśnienie swojego istnienia w samym sobie")"

Pominąłeś jedną rzecz.Napisałem.

"W przypadku drugiego trylematu, zwanego dalej Trylematem Eksplanacyjnym, ratunkiem przed (a’), (b’) i (c) ma być to, że istnieje taki explanans, który ma wyjaśnienie swojego istnienia w samym sobie, oraz, w odróżnieniu od tego, co wyjaśnia (a co nie jest nim), istnieje koniecznie".

(c) = istnieje taki explanans, który ma wyjaśnienie swojego istnienia w samym sobie, oraz, w odróżnieniu od tego, co wyjaśnia (a co nie jest nim), istnieje koniecznie.

"Nie rozstrzygasz, które z wyjaśnień Trylematu Eksplanacyjnego jest wiarygodne. Jak można pozostawić to bez odpowiedzi ? Prawdziwy filozof zadaje pytania do końca. Moim zdaniem powinieneś spróbować to rozstrzygnąć. Mnie to nie daje spokoju. Rezultat jest kluczowy dla wszelkich dalszych wniosków".

Otóż można. Po prostu. W sytuacji, gdy dochodzisz do wniosku, że żaden ze znanych ci argumentów na rzecz spornych stanowisk nie przeważa na argumentami przeciwnymi. Wtedy zawieszasz sąd. Niekoniecznie na zawsze. Jeśli chcesz, możesz uznać na tej podstawie, że nie jestem prawdziwym filozofem. Nie dbam o to, co robią prawdziwi filozofowie. Dbam o to, co robią filozofowie. :)

"Wszystkie trzy wersje, zastosowane do opisu rzeczywistości, oznaczają w jakiś sposób załamanie się reguły przyczyna-skutek, oznaczającej, że każda rzecz ma swoją przyczynę".

Zgoda. Ale zauważ, że reguła przyczyna-skutek jest ciut inna od reguły explanans-explanandum. Ta druga się nie załamuje.

"Z tego wniosek, że tak rozumiana reguła przyczyna-skutek nie jest uniwersalna. Zatem próbując używać logiki do tłumaczenia rzeczywistości jesteśmy skazani na ograniczenie się tylko do pewnego zakresu tej rzeczywistości".

Błędny wniosek. Nie dlatego, że fałszywy, a dlatego, że nie wynika z przesłanki. Nie wynika, bo w przesłance jest mowa o regule przyczyna-skutek, a we wniosku o logice. Reguła przyczyna-skutek nie jest regułą logiki, więc przesłanka mówi o czymś innym niż wniosek. Ponadto stąd, że jakieś nasze narzędzia poznawcze - choćby i reguła "każdy skutek ma swoją przyczynę" - mają ograniczony zakres zastosowania - nie wynika, że każde nasze narzędzie poznawcze tak ma. Owszem, może mieć. I to, że tak jest, wydaje mi się wiarygodne. Ale, póki co, tylko mi się wydaje. Pewności nie mam.

"W tej sytuacji nawet to zdanie, które przed chwilą napisałem nie jest do końca wiarygodne. Zadając pytania w nieskończoność musimy stwierdzić, że dalej nasze wnioskowanie się załamuje. Logika jest tylko modelem wycinka rzeczywistości. Są rzeczy niepoznawalne, niewyjaśnialne przez ludzką logikę. Dalej możemy już tylko wierzyć. W coś wierzyć musimy. Tu się chyba zgodzisz".

Dalej możemy wierzyć, ale nie musimy. W coś, owszem, trzeba wierzyć, ale niekoniecznie w to, w co wierzą niektórzy teiści. Nie ma tutaj żadnego logicznego przymusu.

"Nie rozstrzygasz, która z tych wersji jest prawdziwa, ale zakładasz, że jedna z nich jest. Zauważ, jak każda z nich jest metafizyczna. Ateiści z reguły odrzucają wersje b' i c'. Muszą wtedy przyjąć prawdziwość a'. Czyż nie? Czy zakładasz, że Trylemat Eksplanacyjny jest prawdziwy ? Jeśli tak, to oznaczałoby, że wierzysz, że istnieje praprzyczyna lub istnieją cuda lub Wszechświat istnieje odwiecznie. Czy tak?"

Zakładam, że jest prawdziwy. Czyli zakładam, że wyłącznie jeden z jego elementów jest prawdziwy. Nie wskazuję jednak który. Powód podałem wyżej. Nie wykluczone, że kiedyś uznam, iż najbardziej wiarygodnym rozwiązaniem jest (c). Z (c) jednak nie wynika, że istnieje Bóg, a to, że istnieje coś, co jest konieczne.

Pozdrawiam

kojonkoski pisze...

Dopiero, jak napisałem wczorajszą odpowiedź, uświadomiłem sobie, że skoro podważam uniwersalność zastosowania logiki do rzeczywistości, to również podważam wnioski z Trylematu. Jeśli logika nie odpowiada rzeczywistości, to od momentu, w którym się z nią rozmija nie możemy nic powiedzieć. Ten moment może nastąpić przed dojściem do Trylematu. Możliwe więc, że żadna z trzech opcji nie jest prawdziwa a właściwa jest jeszcze jakaś inna. Nie wiemy, jak P-K się załamuje. Może P-K nie pojawia się nagle, tylko jest przez jakiś czas jest niejako rozmyta. Nie ma praprzyczyny, ani pierwszego cudu a P-K wyłania się stopniowo z nicości.

Zgadzam się, że logika się nie załamuje. Logika jest spójnym zestawem formuł. Jednak zastosowanie jej do wnioskowania o rzeczywistości napotyka na problemy. Np. dochodzimy do wniosku, że reguła przyczyna-skutek (P-K) musi się gdzieś załamać. Dla stosowania logiki konieczne jest zdefiniowanie aksjomatów, które potrafimy jednoznacznie przypisać do obiektów rzeczywistości. Dla większości rozważań potrafimy takie aksjomaty przypisać, ale nie zawsze. Dlatego za pomoca logiki możemy opisywać tylko wycinek rzeczywistości. Z tego powodu, jeśli chcemy dyskutować o rozstrzygnięciu Trylematu musimy posługiwać się innym instrumentem, nie logiką. Sceptyk dalej dyskutować nie może i nigdy nie znajdzie odpowiedzi. Ten smutny wniosek nie oznacza, że jesteśmy skazani na całkowitą porażkę. Jeśli chcemy znaleźć odpowiedź, to musimy zgodzić się, aby dalej stosować inną metodę. Mogę Ci zaproponować intuicję. Jeśli znajdziemy wspólne intuicje, to będziemy mogli dalej dyskutować. Odeszliśmy już jednak dość mocno od tematu notki. Co Ty na to ?

Moje intuicje są takie:
- nieistnienie jest naturalne, istnienie jest czymś dziwnym, wyjątkowym - fenomenem
- entropia jest naturalna, informacja jest czymś dziwnym, wyjątkowym - fenomenem
- są dwie możliwości powstania fenomenu: przypadek lub działanie istoty rozumnej
- proste rozwiązania sa bardziej prawdopodobne od skomplkowanych

Wnioski z moich intuicji:
Zasada antropiczna mówi, że prawdopodobieństwo świata takiego jaki jest, jest wyjątkowo małe. Z tego, co pamiętam 10^-10^250. Wyjaśnienia tego fenomenu są wg mnie dwa:
1. W świat ingerowała istota rozumna - niekoniecznie ta sama, która go stworzyła
2. Istnieje ogromna, prawdopodobnie nieskończona liczba wszechświatów podobnych do naszego - hipoteza Lee Smolina
Jeśli mamy dwie hipotezy, których nie możemy zweryfikować, to bardziej prawdopodobna wydaje mi się hipoteza o prostszej budowie. W powyższym przypadku taką prostszą wydaje mi się pierwsza. Rozstrzygnięcie tego dylematu ciągle nie rozstrzyga samego fenomenu istnienia wszechświata i informacji. Może świat istnieje sam przez się. Jeśli jednak dodatkowo założymy drobną modfikację pierwszej hipotezy, że ta istota rozumna, która ingerowała w świat, go stworzyła, to uzyskujemy bardzo proste wyjaśnienie całości rzeczywistości. Proste rozwiązanie wydaje mi się bardziej prawdopodobne.

Pozdrawiam

Bartek (BD) pisze...

Są rozstrzygnięcia i rozstrzygnięcia. W jednym znaczeniu, (I) rozstrzygnąć coś to tyle, co wybrać jakąś opcję. W innym, (II) wykazać, że wybrana opcja jest najlepszą z możliwych. W przypadku zdań – wykazać, że wybrane zdanie jest prawdziwe. Jak już napisałem, w kwestii genezy bytu wstrzymuję sąd, nie zajmuję żadnego stanowiska, nie rozstrzygam (II) i nie rozstrzygam (I). Rozumiem jednak, że niektórzy chcą lub muszą rozstrzygnąć (I) – nie mam nic przeciwko temu. Niech sobie rozstrzygają (I). Byle odróżniali (I) od (II). W oparciu o intuicje można najwyżej rozstrzygnąć (I), ale już nie rozstrzygnąć (II). Twoich intuicji też się to tyczy. Tak, jak i moich.

Jeśli chodzi o moje, to ja akurat niczego naturalnego w nieistnieniu nie dostrzegam, entropię i informację mam na równi za zjawiska naturalne, entropia, nota bene, to nie to samo, co nicość czy też nieistnienie. Odnośnie tego, jak coś może powstać, to dystynkcja przypadek-działanie istoty rozumnej nie jest ani rozłączna, ani zupełna. Działanie istoty rozumnej może mieć niezamierzone konsekwencje, to po pierwsze. Po drugie, te konsekwencje mogą być przygodne lub konieczne. Po trzecie, samo działanie istoty rozumnej może być przygodne lub konieczne. Po czwarte, zjawiska nieintencjonalne nie muszą być zjawiskami przygodnymi. Mogą być konieczne.

Teraz – zasada antropiczna. Zasada antropiczna głosi tylko tyle, że fundamentalne stałe fizyczne mają dokładnie takie wartości, które są konieczne dla tego, by było możliwe powstanie życia opartego na węglu. Ani słowa o prawdopodobieństwie – to było obliczane niezależnie. Ani słowa o tym, że świat, w którym żyjemy, został przez kogoś dostosowany (fine-tuned), aby mogło pojawić się w nim życie oparte na węglu. Ani słowa o tym, że pojawienie się życia opartego na węglu było niejako konieczne – wbudowane w rozwój świata przebiegający nieuchronnie według jakiegoś schematu.

Koncepcja Lee Smolina – koncepcja kosmicznej selekcji naturalnej – różni się znacznie od odwołującej się do idei strun hipotezy tzw. multiversum. To są nieco inne opowieści. Tak czy inaczej, dalekie od empirycznego potwierdzenia lub obalenia – poczekamy, zobaczymy (może). Ja się nigdzie nie spieszę w tej kwestii; nic mnie zresztą nie motywuje, aby się spieszyć. Dyskusja trwa. I dobrze, bo jest cholernie ciekawa.

Moim zdaniem, hipoteza projektanta – zgodnie z którą ktoś, jakiś podmiot intencjonalny, ustalił w jakiś sposób takie nie inne wartości fundamentalnych stałych fizycznych jest jedną z konkurencyjnych hipotez filozoficznych, i jako taka, w tym sformułowaniu, nie ma konotacji religijnych. Oczywiście, można ją tak sformułować, aby miała. Jeśli ktoś chce się bawić w apologetykę. Ja nie chcę. Nie lubię. I na szczęście nie muszę. Bimbam na bogów i boginki. Niezależnie od ich statusu ontologicznego. Gdybym jednak miał wybrać jakąś tego typu hipotezę, to wybrałbym Hipotezę Mallissimusa. 

O Mallissimusie: ostatni akapit (http://www.diametros.iphils.uj.edu.pl/?l=1&p=deb5&m=17&ii=181)