środa, 11 lutego 2009

Ballady Umrzyka


Dobra, nie ma bogów i boginek, przepadło dobro i zło, stępiły się miecze i topory, a kobiece powaby diabli porwali, jeśli muzyka zawarta na ‘Ballads Of A Hangman’ nie dorównuje jakością, i wszystkimi metalowymi cnotami, okładce albumu, na której zakapturzona Kostucha gra na mandolinie, nogi skazańca dyndają przed jej kościotrupią twarzą, a stojący w szpalerze misi spozierają z lękiem w górę – na trupa, na niebiosa, na skrzeczące kruki; w tle majaczy katedra. Bez jaj, tak właśnie pomyślałem, choć, sami pewnie przyznacie, była to długa i zawiła myśl, więc nic dziwnego, że kilka razy musiałem przebiec się tam i z powrotem po jej treści, aby pojąć, co takiego wyroiło mi się pod sklepieniem czaszki. Odetchnąłem z ulgą większą niż największa możliwa ulga podatkowa, więc, tak naprawdę, z niezbyt wielką, raczej małą, jeśli nie malusieńką – ale, tak czy inaczej, odetchnąłem zasadnie, gdyż Grave Digger odzyskał formę, wenę i polot. Muzyka okazała się nie gorsza niż zawartość okładki. I jakże z tą zawartością kompatybilna! Bogowie, boginki, dobro i zło, miecze i topory oraz kobiece powaby zostały uratowane. Niekoniecznie w podanej kolejności.

Zespół powrócił do formuły sprawdzonej na albumach takich jak Heart Of Darkness’, ‘Tunes Of War’ i ‘Grave Digger’. Zrezygnował z bombastycznych chórków, mających nadawać utworom epicki szlif – na rzecz prostych, wielce przyziemnych refrenów, z epickością dzielących tyle cech, co toporny kamienny młotek. Doszedł drugi gitarzysta, Thilo Hermann, i zaraz w departamencie gitarowym, dotychczas niepodzielnie rządzonym przez Manni’ego Schmidta, zrobiło się gęściej, ciężej, bardziej czadowo, żwawiej, nawet nieco kawaleryjsko. I ta zmiana, dobra, jakby nie patrzeć, udzieliła się z równie pozytywnym skutkiem wsparciu artyleryjskiemu, zwanemu skromnie sekcją rytmiczną. Tutaj też zaszedł swoisty Dawn Of The Dead – zaświtało gravediggerianom, że w ramach zmumifikowanej konwencji, zwanej szumnie heavy metalem, można jednak reanimować granie agresywne, żywiołowe i szczerze, brzmiące mocarnie, potężnie – niczym tąpnięcie olbrzyma. I tak chłopaki zagrali. Co słychać wyśmienicie! Nawet Chris Boltendahl przejął się zmianami. Zaśpiewał, po swojemu oczywiście, pijackim, niskim i chrapliwym głosem, a zrobił to z przekonaniem, bez smęcenia, zdecydowanie z większą werwą niż na poprzednim krążku, zatytułowanym ‘Liberty Or Death’.

Skoro już mowa o przeszłości, to z głębokim żalem, gnany poczuciem obowiązku i niezmordowaną uczciwością, stwierdzam, że wśród Opowieści Umrzyka nie ma utworów dorównujących dwóm grabarskim hitom - ‘Rebellion’ i ‘Circle Of Witches’. Na pocieszenie dodam, iż wszystkie kawałki trzymają jeden i ten sam, zdecydowanie zwyżkujący poziom, w głęboki cień spychając swoich kamratów z trzech poprzednich krążków Grabarza. Poza utworem tytułowym – zilustrowanym teledyskiem, w którym jakieś obleśne mnisie typki ścigają niewiastę w białej i zwiewnej szacie, torturują kolesia o wyglądzie Jezusa, a potem tej ściganej robią jesień średniowiecza z tego i owego – do mojego, w czeluściach piekła wyhodowanego, gustu przypadły najbardziej następujące utwory: ‘Sorrow Of The Dead’, ‘Grave Of The Addicted’, ‘The Shadow Of Your Soul’, ‘Funneral For A Fallen Angel’ i singlowy ‘Pray’. Prawda, że tytuły są milusie i milusią zwiastują treść? Groby, ożywieńcy, zagubione dusze, upadły anioł. It’s just heavy metal. W ‘Lonely The Innocence Dies’ Chrisa Boltendahla wsparła swoim testosteronowym śpiewem Veronica Freeman z Benedictum. Przed talentem i twórczością panny Freeman padam na kolana. Wie to każdy, kto przeczytał moją grafomańską recenzję albumu ‘Seasons Of Tragedy’. W ‘Lonely…’ panna Freeman wypadła tylko nieźle, rzemieślniczo. Cały zaś kawałek, sam w sobie w porządku, z pięknym przyspieszeniem pod koniec, kojarzy mi się z Where The Wild Roses Will Grow’. No, ale Boltendahl to nie Nick Cave, a panna Freeman to nie Kyle Minoque. To jest bardzo luźne skojarzenie. Lojalnie uprzedzam.

Dobra, bogowie i boginki mają się dobrze; dobro i zło, niegrzeczne psubraty za łby się biorą, nie bezpośrednio, rzecz jasna, lecz rękami ludzi; topory i miecze ranią jak dawniej, a kobiece powaby zostały zwrócone właścicielkom. A my, maniacy, możemy cieszyć się nowym dziełem Grabarza. Pal licho, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego, jakiś jednak wstęp musiałem napisać, a że ten się zjawił nieproszony, to wykorzystałem okazję.

2 komentarze:

Dąbrówka Sierp pisze...

o, mamo.
jestem na samym końcu świata od dźwięków, motywów i tematów, jakie prezentuje szeroko pojęty heavy metal...
i zachodzę w głowę, skąd bierze się nasza wrażliwość na taką, a nie inną muzykę (zastanawiam się, wiedząc, że wrażliwość na dźwięki zmienia się przez całe życie, a przynajmniej POWINNA zmieniać się przez całe życie).
hm, ciekawe.
madrugada

Bartek (BD) pisze...

Witam

Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z naszym układem limbicznym - układem nagrody, aktywowanym także przez jedzenie, napoje, seks i narkotyki. Z czasem uzależniamy się od pewnego typu bodźców. A zetknięcie się po raz pierwszy z tym, od czego się później uzależniliśmy, jest na ogół kwestią przypadku. Ja generalnie lubię muzykę, różną, ale świadomie specjalizuję się w heavy metalu, i to raczej wąsko pojmowanym, stroniąc od ekstremy. Zdaję sobie przy tym sprawę z ograniczeń tej muzycznej i lirycznej konwencji, jaką jest heavy metal. Na dobrą sprawę, wszystko, co można było istotnego i nowego w jej ramach powiedzieć, powiedziano w latach osiemdziesiątych. Obecnie idzie wyłącznie o lepsze lub gorsze korzystanie z wymogów konwencji. To zupełnie tak samo, jak z czarnym kryminałem - Hammett i Chandler zdefiniowali konwencję, napisali klasyczne dla niej dzieła, można powiedzieć, że ją wyczerpali - co nie zmienia faktu, że do dzisiaj ich epigoni piszą lepsze lub gorsze kryminały, wśród których można trafić na teksty, które u zarania XX wieku zostałyby klasykami. Z heavy metalem, tym wąsko rozumianym, jest podobnie.

Pozdrawiam (jako niedawno upieczony, acz wierny czytelnik twojego bloga)