wtorek, 10 lutego 2009

Into The Night

Gdyby w jakimś westernie wszystkie zespoły spod znaku nowej fali thrashu były czarnymi charakterami, a Enforcer jedynym szlachetnym cynglem w mieście, to żadna z młodych thrashowych załóg nie dałaby mu rady w pojedynku na main street. Enforcer strzela szybciej i celniej niż cała thrashowa młódź razem wzięta. A nie gra przecież thrashu. Domeną Olofa Wikstranda (wokal) i jego kolegów są szczenięce lata metalu. Przeżywane szybko i intensywnie. W szybkiej i intensywnej muzyce.

Nic dziwnego, że dwa utwory Enforcer trafiły na wydaną w 2007 roku przez Heavy Artillery Records składankę 'Speed Kills... Again'. Faktycznie, w przypadku muzyki z 'Into The Night' speed rzeczywiście kills again, again i znów again. Enforcer prezentuje speeeeeeeeeed metal, korzeniami sięgający do NWOBHM. Wszystko zagrane cholernie energicznie i szczerze. Zupełnie jakby metal dopiero co wszedł w szczenięcy wiek i miał przed sobą kilka lat beztroskiego balowania w świecie, który zachłysnął się pierwszymi krążkami Iron Maiden, Angel Witch, Exciter, Savage Grace, Mercyful Fate i Metalliki. Można powiedzieć, że muzyka z ‘Into The Night’ gwarantuje słuchaczowi nostalgiczny powrót we wczesne lata osiemdziesiąte. Równie dobrze, biorąc pod uwagę rajdowe tempa większości numerów, można rzec, że debiut Szwedów jest udanie nieudaną ucieczką ze wczesnych lat osiemdziesiątych. Z wyjątkiem brzemienia noszącego zdecydowanie współczesny szlif – owszem, jest ono akustyczne, ale cechuje się taką przejrzystością, jaka dla większości kapel metalowych na początku lat osiemdziesiątych była nie do osiągnięcia. Dla przykładu, kapitalnie zostały nagłośnione partie basu akurat w żwawej muzyce Enforcer odgrywającego razem z perkusją rolę nigdy niegasnącego silnika, który zawsze pracuje na najwyższych obrotach.

Metamorficzny ten silnik. Tu i ówdzie, w instrumentalnym ‘City Lights’ chociażby, pogrywa on w żelaznie zdziewiczały sposób, ale już w ‘Scream Of The Savage’ i ‘Evil Attacker’ warczy wczesnometallikowo. Na modłę ‘Kill’em All’. Pomimo tych ewidentnych nawiązań perkusista i basista chadzają własnymi ścieżkami, a że ścieżki, którymi wędrują, są zawiłe, to i dowolny z dziewięciu utworów nawet po n-tym przesłuchaniu potrafi jakimś dźwiękowym smaczkiem zaskoczyć słuchacza – nawet tak bezkrytycznie oddanego ‘Into The Fire’ jak ja. Kręgosłup muzyki Enforcer mamy z głowy. Pora przejść do pierwszych skrzypiec. Na tych – a ściślej na gitarze – pogrywa, według książeczki, niejaki Adam Zaars (aktualnie w zespole jest dwóch gitarzystów; drugi to Joseph Toll). I robi to niesamowicie. Bez jego riffów i solówek debiut Enforcer nie byłby w jednej setnej tak udany, jak jest. Dobrze, gdy riffy i solówki są zabójcze, prawda? A jeszcze lepiej, gdy są mordercze? No, więc te, na których widnieje podpis Zaarsa, są właśnie mordercze. A przejawia się to w tym, że temu, kto ich posłucha, odechciewa się słuchania czegokolwiek innego. Haczyk tkwi w wielkim, zwalistym i bezczelnie szczerzącym kły fakcie, że mordercze riffy i solówki Zaarsa nie działają na pozerów. Pozostaje jeszcze wokalista - wisienka na torcie. Olof Wikstrand ma mocny głos. Śpiewa zaś wysoko. Bardzo wysoko. Co dla niektórych osób może stanowić nie lada problem. Cóż, żaden to argument, wiem, wiem, ale powiem, że z trudem wyobrażam sobie utwory takie jak ‘Speed Queen’, ‘On The Loose’ czy ‘Curse The Light’ zaśpiewane przez wokalistę o zupełnie innym głosie – niższym, bardziej szorstkim. To byłaby zupełnie inna bajka. Zdecydowanie mniej frapująca. Raczej nie pasująca do historyjek o treściach mniej lub bardziej korespondujących z okładką.

Obecny skład Enforcer gwarantuje muzykę, to prawda, oldschoolową, brzmiącą jednak, jak również wykonaną, z wigorem, tupetem i szczerością właściwą niesfornej młodości. Każdy element tej retro-układanki jest na swoim miejscu i powinien tam pozostać. Na kolejnych płytach również.

Brak komentarzy: