czwartek, 12 marca 2009

Ravenous


Jak to miło, że poświęcili mi piosenkę.

Nie spodziewałem się, że to zrobią. Nie dlatego, że spodziewałem się po nich czegoś innego. Do niedawna w ogóle nie wiedziałem o istnieniu szwedzkiego Wolfa. Utwór ‘Curse The Salem’ promujący ich nowy album usłyszałem przypadkiem. Byłem na przyjęciu zorganizowanym przez jedno z moich ludzkich wcieleń. Nowa dziewczyna mojego wcielenia – bladolica gotka z nadmiarem oczek w czarnych pończochach i stereotypowym bagażem młodzieńczych kompleksów – przyniosła świeżutki egzemplarz ‘Ravenous’. Z ciekawości zajrzałem do książeczki z tekstami. Od razu moją uwagę przykuł tytuł utworu ‘Hail Caesar’. To coś dla mnie, pomyślałem, a kiedy przeczytałem tekst, przez myśl przemknęło mi, że może również i o mnie. „I like to tear the wings of flies and watch them crawl around”– przecież podmiot liryczny tego wyznania to ja. Następne wersy, a zwłaszcza ten “The purpose of all life is to be sacrificed to me”, potwierdziły moje podejrzenia.

Późno w nocy, już po przyjęciu obudziłem moje wcielenie i zasiadłem wraz z nim przed komputerem. Przykryta po szyję kołdrą gotka mruczała przez sen. Mężczyzna przez chwilę zastanawiał się, dlaczego opuścił ciepłe łóżko, zaraz jednak odegnałem od niego te myśli, a na ich miejsce delikatnie podsunąłem chęć dowiedzenia się czegoś więcej o szwedzkim Wolfie. Przejrzeliśmy kilkadziesiąt stron poświęconych muzyce metalowej, na których choćby słowem wspomniano o muzyce Szwedów. Na jednej z nich znaleźliśmy recenzję poprzedniego albumu Wolfa, noszącego trącący fałszem tytuł 'The Black Flame'.

Uczniowie przerośli mistrzów. Jeśli chcecie posłuchać muzyki ucieleśniającej wszystko, co było i jest najlepsze w heavy metalu, tym starym, z lat osiemdziesiątych, i tym nowszym, z przedrostkiem 'neo' w nazwie, zakup ostatniego wcielenia Wilka jest dla was, mości metalowcy, obowiązkowy! I nie myślcie, że Szwedzi zadowalają się jedynie naśladowaniem kapel, które niegdyś były wielkie a obecnie, od wielu lat, słyną z odcinania kuponów od zasłużonej sławy, podkopując własną legendę i wiarygodność. Nic podobnego! Wolf przestał być pomysłowym naśladowcą Iron Maiden. Na czwartym albumie zaprezentował taki styl (wypracowywany wytrwale na poprzednich), że można o nim powiedzieć bez wahania jedno: jest to granie, które reanimuje ducha NWOBHM i przenosi go bez uszczerbku w czasy nam współczesne, do XXI wieku, i to z zuchwałością, brawurą i polotem, z jakimi przed eonami muzycy Manowar, Iron Maiden, Judas Priest, Saxon, Accept i Mercyful Fate nagrywali swoje najlepsze albumy.

Moje ówczesne wcielenie w odróżnieniu ode mnie nie znało języka polskiego, więc gdy ja czytałem, ono, a raczej jego ciało, siedziało bez ruchu, jakby zagapione bezmyślnie w ekran, z lekko rozdziawionymi ustami, z których skapywała powoli ślina. Skończyłem czytać i, przejąwszy całkowitą kontrolę nad ciałem mężczyzny, otarłem świeżo nabyte usta, a następnie wstukałem w przeglądarce cztery słowa „Wolf Black Flame torrent”. Kwadrans później, pogwałciwszy czyjeś prawa autorskiej, wsłuchiwałem się w dźwięki otwierającego album ‘I Will Kill You Again' Autor przytoczonej recenzji miał rację.

Skóry, dżinsy, katanki, pasy z nabojami, pieszczochy, podwójny gitarowy atak, diamondowsko-osbournowski wokal, huraganowa sekcja rytmiczna, a wszystko to, łącznie z cmentarno-demonicznymi tekstami upchanymi w pomysłowo zaaranżowanych jak na tak wąską konwencję utworach, zawiera właściwą dla gatunku dawkę nieodzownego kiczu. Jest bezczelnie, głośno i jazgotliwie, a jednocześnie, wszak to heavy metal, chwytliwie, i to pod każdym względem, zaczynając od riffów, przez zwrotki, refreny, a kończąc na rozbudowanych solówkach. Zero plastiku. Tylko tłuste brzmienie wszystkich instrumentów, z którego przebija nieskrępowana radość z grania w stylu pochodzącym sprzed dwudziestu lat.

Potem przyszła kolej na ‘Ravenous’. Zmysłami łowiłem wolfie riffy, harmonie, melodie i solówki, splatające się przebojowo w killerskie kawałki. Jednocześnie słyszałem rozbrzmiewający w czeluściach mojej istoty skowyt umierającej duszy. Bo, wiecie, dusze, które umierają, skowyczą. A im głośniej rozlega się ich skowyt, im więcej w nim cierpienia i daremnej woli przetrwania, tym bardziej jestem zadowolony. Wieżę wyłączyłem dopiero o świcie. Zdjąłem słuchawki. Gotka przewróciła się z boku na bok i zamruczała. Taka bezbronna, kompletnie nieświadoma zagrożenia.

Zabawne, pomyślałem, zacytowane fragmenty recenzji idealnie pasują do nowego dzieła Wolfa. Może, pewności nie mam, ‘Ravenous’ jest odrobinę mniej drapieżny, bardziej niż wilka przypomina przyczajone kocisko, panterę, na przykład. A ja lubię kociska. Nie mniej niż wilki. I pazurzaste solówki gitarowe, a tych, w porównaniu z ‘The Black Flame’, jest na ‘Ravenous’ więcej, i dłuższe są, przemyślniej skonstruowane, bardziej popisowo wykonane. Najlepszą Szwedzi upchnęli w ‘Curse Your Salem’, którego treść zaciągnęła mą pamięć do końcówki wieku XVII, kiedy dobrzy mieszkańcy Salem nawet o tym nie wiedząc zapewnili mi godziwą rozrywkę. Inne nuty mej pamięci trącił utwór ‘Voodoo’. Nowy Orlean. Zombie. Huragan Kathrina. Jeszcze więcej zombich. Oczywiście, nie pisano o nich w gazetach. Tyle cierpienia i modłów, na które nikt nie odpowiedział. I love it! Kolejne utwory nie przywołały wspomnień. Za to 'Hail Caesar' mile połechtał mą boską próżność.

Obudziłem gotkę. Dziewczyna przeciągnęła się ziewając. Niepewnym wzrokiem powiodła po sypialni. Podeszła do swojego kochanka. Sprawdziła mu puls. Niczego nie wyczuła. Ponowiła próbę. Nic. Zagryzła wargi. Kiełkujący w niej strach zgasł jak płomień świecy – zdmuchnięty mą wolą. Posłuszna jej podszeptom, dziewczyna ubrała się, spakowała do torby wszystkie swoje rzeczy, zabrała mężczyźnie portfel, odtwarzacz CD i nowy album Wolfa. Zanim wyszła z apartamentu, podsunąłem jej myśl, by zerknęła na moment do Internetu. Jej i moją uwagę przyciągnęła informacja o szaleńcu, który zastrzelił w USA dziesięć przypadkowo napotkanych osób, w tym matkę z dzieckiem, zanim, osaczony przez policję w starym magazynie, popełnił samobójstwo. Gotka wyraźnie zniesmaczona pokręciła głową. Ja zachichotałem bezgłośnie. To jest to, pomyślałem. Małe, a cieszy.

Zbieraj się, poleciłem. Zapolujemy na grubą rybę. Wiedziałem, co będzie dalej. Zanim taszczące mnie dziewczę dotrze do USA, z zagubionej, acz jeszcze dobrej osoby przemieni się w złonośne stworzenie o wyglądzie człowieka, żywiące się cudzą krzywdą i cierpieniem. A potem, gdy będzie gotowa, mała, zła gotka urządzi jakimś niewinnym frajerom jesień średniowiecza. Zyska sławę, a jeśli przeżyje, trafi do pudła, może nawet na krzesło elektryczne. Wtedy przesiądę się na grubego zwierza. I zmuszę go, aby zrobił to samo.

Ja. Malissimus*.



*Malissimus to fikcyjne, mam nadzieję, bóstwo opisane przez prof. Jana Woleńskiego. Opis Malissimusa znajduje się w ostatnim akapicie tekstu "O jakim Bogu mowa?", będącego głosem profesora w przeprowadzonej na łamach DIAMETROS dyskusji pt. "Co wiemy o istnieniu Boga?".