poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Heavy Metal

Najpierw był komiksowy magazyn. Potem film. A teraz jest opowiadanie. Pastisz. Nieskromnie dodam, że mojego autorstwa. Wisiało w necie od trzech lat. Na pewnej stronie z "terra" w nazwie. Strona nie działa od dłuższego czasu. Dlatego postanowiłem zamieścić je na łamach mojego bloga. W samym tekście zmieniłem niewiele.

Siesta

Siedzieliśmy na werandzie, w cieniu rzucanym przez drewniane zadaszenie. Było południe. Słońce królowało na bezchmurnym niebie. Pot lał się z nas strumieniami. Dookoła starej stacji benzynowej z trzema dystrybutorami, nieczynnym warsztatem samochodowym i opuszczonym motelem, w którym od lat mieszkało wyłącznie robactwo, panowała cisza. Nic nie mąciło spokoju bezkresnej prerii i przecinających ją szarych, prostych dróg. Od dawna nie przejeżdżał tędy żaden samochód.

- Dziadku - powiedział chłopiec, otwierając napój wzięty z psującej się lodówki - to prawda, że kiedyś ten świat był całkiem inny niż teraz?

- Skąd ci to przyszło do głowy? - zapytałem zatroskany.

- Babcia powiedziała mi w sekrecie, że kiedyś, razem z tobą, robiła rzeczy, które obecnie są niemożliwe...

Westchnąłem.

- ...a od miejsca, w którym stoi twoja stacja, rozciągały się przepiękne, bujne, zielone łąki, doliny, wzgórza, poprzecinane gęsto wartko płynącymi strumykami. To prawda?

Wnuk wbił we mnie badawcze spojrzenie. Ten dzieciak był niesamowity. Miał raptem sześć lat a czasami mówił tak jak dobrze wyedukowany, a przy okazji kumaty dorosły. Po kim mógł odziedziczyć ten językowy talent? Na pewno nie po tępych rodzicach.

- Twoja babcia - odparłem - zdecydowanie za dużo papla...

- Ale czy to prawda? - chłopak nie chciał ustąpić.

- Prawda, prawda... - potwierdziłem.

- Wobec tego prawdą jest również to, że kiedyś byłeś bogiem...

- Tak powiedziała babcia?

Malec przytaknął a jego siostra, dotychczas cicho siedząca między nami, ziewnęła głośno.

- Nie, wnuczku, nie byłem bogiem - wyjaśniłem cierpliwie.

Na twarzy chłopca pojawił cień zawodu.

- Byłem bóstwem - dodałem po chwili.

- A jest między nimi jakaś różnica?

- Tak, bóstwo to śmiertelnik, taki jak ty lub ja, który tymczasowo pełni obowiązki boga...

- Jesteś nim nadal?

Pokiwałem głową.

- I to ty sprawiłeś, że nasz świat wygląda tak, a nie inaczej...

- Za większość zmian możesz winić mnie, ale twoja babcia również nie jest bez winy. Niektóre rzeczy są jej pomysłu.

- Ale możesz przestać być bóstwem?

- Tak, to możliwe, jednak nie mam wpływu na to, kiedy to się stanie.

Malec ucichł. Dopił napój, a pustką butelkę postawił na parapecie.

- Wiem, o co chcesz poprosić - powiedziałem.

- Zajrzałeś w moje myśli?

- Nie - zaprzeczyłem głośno. - Skąd ten pomysł?

- Przecież jesteś bóstwem!

- ...od którego odeszła żona - dopowiedziałem z przekąsem. - Mój drogi, obecnie przede wszystkim jestem dziadkiem, a dziadkowie zazwyczaj potrafią uprzedzić pytanie wnuka lub wnuczki. Moja odpowiedź brzmi: tak. Opowiem ci o dawnych czasach, niekoniecznie dobrych, siądź więc wygodnie, słuchaj uważnie i nie przerywaj! Ta historia nie jest przeznaczona dla uszu dzieci, ale dla ciebie, wnusiu, zrobię wyjątek. Twoja siostra też może posłuchać.

Rozdziobią nas foki

Czekaliśmy w milczeniu, aż wedrą się do środka, tłumnie, zbrojnie, pałając żądzą zemsty za niespodziewaną rzeź, którą urządziliśmy na dziedzińcu gospody. Zbryzgani krwią, uspokojeni, bez pośpiechu kończyliśmy przegląd rynsztunku. Karczmarz wraz żoną i dwiema córkami spozierali ku nam zza kontuaru. Śmierdzieli strachem. Goście również. Skuleni pod stołami, przy ścianach, za krzesłami, byle z dala od nas, rzemieślników śmierci, drżeli, szlochali... kilku utytłanych własnym gównem i moczem skomlało, a przecież nie wyrządziliśmy im krzywdy. Jeszcze. Gdziekolwiek spojrzałem, widziałem twarze koloru kredy. Jak zawsze. Tam krew. Tu strach. Tak to już było. Taki fach. Zwłaszcza dzisiaj.

Na zewnątrz zagrzmiało.

- Wychodzimy - powiedziałem i przygotowałem broń.

Kolejne grzmoty przetoczyły się nad gospodą. Zamarliśmy w bezruchu. Każdy z nas przez chwilę myślami był gdzie indziej, ale ciałem i nawykami ukształtowanymi w tysiącu podobnych zleceń zmierzaliśmy w jedno miejsce. Przyszło otrzeźwienie. Ruszyliśmy.

Pierwszy wybiegł Garm; błyskawicznie skręcił w prawo, unikając strzał, które wbiły się we framugę drzwi, niebezpiecznie blisko mojej głowy. Ktoś wciągnął mnie do izby i zatrzasnął drzwi. Usłyszałem głośne splunięcie Stróżka i przekleństwo Perełki. Chwilę później, gdy już przywarliśmy do ziemi, ognisty podmuch wybił ze ścian murowanego budynku okna, drzwiami cisnął przez salę, tuż nad naszymi głowami, a drewniany dach zmienił w morze ognia.

- Droga wolna - wrzasnął Garm.

Nie oglądając się za siebie, ścigani krzykami spanikowanych gości, wybiegliśmy na dziedziniec. Po strażnikach nie było śladu, za to przed nami, w odległości kilkunastu metrów, rozciągał się olbrzymi krater, w którym dogasały resztki smoczej kuli.

- Przebiła się - skomentowała Perełka.

Stróżek zmełł w ustach kolejne przekleństwo i mruknął coś niewyraźnie o magach i ich matkach.

Pobiegliśmy dalej, przez krater, a potem, szybciej, w równym tempie, pnącą się w górę ulicą. Prowadził Stróżek. Garm zamykał oddział. Biegłem jako drugi, za mną Perełka, osłaniana przez Yointa i Wibana, potem rzucający długi cień Grizliusz i mglisty, jak to wampir za dnia, Petrek.

Był wczesny poranek, a do południa mieliśmy dotrzeć na ostatni poziom Neszkaru, na najwyżej położony balkon Wieży Bardwana.

Problem naszej ósemki polegał na tym, że od tygodnia w mieście Wieżyc nie działały teleporty umożliwiające codzienną komunikację między poszczególnymi poziomami -dzielnicami, dlatego skazani byliśmy na kilkugodzinny bieg ciasnymi i cuchnącymi uliczkami od jednych schodów, wiodących z poziomu na poziom, do następnych, i tak w kółko, bez wytchnienia, przelewając co kilka przecznic ludzką i nieludzką krew.

Za gospodą – obowiązkowym przystankiem dla wszystkich osób wyruszających na łowy do siedliska grundzarzy – stacjonował oddział straży miejskiej. Dwa tuziny ciężkozbrojnych chłopa i sześciu łuczników strzegło wrót, za którymi znajdowały się schody i most prowadzące na niższy poziom. Gdyby nie fart ze smoczą kulą, Perełka musiałaby użyć zaprawdę wrednego zaklęcia, aby utorować nam drogę.

Z wrót i strażników pozostał tylko popiół.

Zbiegliśmy ze schodów na most, wypatrując w oddali grundzarzy. Pod mostem płynęła brudna, śmierdząca rzeka, której ciemne wody niosły wszelkie miejskie nieczystości. Kątem oka dojrzałem zakopany w brzegu aż po przednią szybę samochód. Ślad po dawnych czasach, sprzed ostatniej transformacji Metalii, sprzed nadejścia młodych królestw, państw-miast należących do magów, bezkresnych smoczych krain, sprzed przebudzenia się prastarej magii, ukształtowania podziemi i zalania północnych obszarów Metalii hordami demonów z najczarniejszych czeluści piekielnych.

Ale i tak, powtarzał Petrek, to wszystko było lepsze niż Metalia sprzed dekady, zaraz po Transformacji Alternatywno-Klimatycznej, po której władzę nad rzędem dusz Metalian podzieliły między sobą dwa zwalczające się obozy. Pierwszy spod znaku nirwany i wszystkiego, co alternatywne! Drugi, maszerujący pod sztandarami smutku i rozpaczy, wszelkich odmian mroku i wszystkiego, co gotyckie!

Petrek, jak to wampir oświecony, gardził depresją, mrokiem i gotykiem.

- Grundzarz! - ostrzegł Garm, gdy zbiegliśmy z mostu i zatrzymaliśmy się na niewielkim, brukowanym placu, na którym resztki architektury typowej dla Alternatywy i Klimatu tworzyły surrealistyczną całość z architekturą rodem z ilustracji do Zapomnianych Krain. Slumsy, katakumby i quasi-średniowieczne miasteczko z wyobraźni jakiegoś amerykańskiego rysownika-ignoranta.

Stwór łypał na nas zielonymi ślepiami stojąc obok budynku, który w przeszłości – na co wskazywał zardzewiały szyld – pełnił rolę gotyckiego pubu.

- Przygotujcie się - powiedziałem i sięgnąłem po broń.

Stanęliśmy w kręgu: Perełka w środku, za Yointem i Wibanem, przygotowując zaklęcia lecznicze. Stróżek spokojnie, z ironicznym uśmieszkiem, po mojej prawej, długocienisty Grizliusz z lewej, koło mglistego Petrka.

Gdy tylko dostrzeżony grundzarz wybiegł zza rogu pubu, kilkadziesiąt zgarbionych stworów w rozciągniętych swetrach wystrzeliło w naszą stroną z każdego zakamarka placu. Tym razem nie było czasu na broń białą. Tutaj, gdzie prawidła Alternatywno-Klimatycznej Transformacji zmagały się z prawidłami Transformacji Quasi-Tolkienowskiej, możliwe było używanie zabawek dla dużych chłopców. Bez pośpiechu dobyliśmy śmiercionośnych pukawek i otworzyliśmy ogień.

Nasza hojnie okalibrzona broń o komiksowym wyglądzie w ciągu kilkunastu sekund oczyściła plac z niemodnych szumowin

- Duże spluwy, mali chłopcy - skwitowała nasz wyczyn Perełka.

Ale to był dopiero początek przeprawy przez dzielnicę, która od kilku lat służyła władcom Neszkaru jako źródło sowitego dochodu. Z rozkazu Arcymaga Bardwana siedlisko grundzarzy przemieniło się w plac zabaw dla żądnych krwi Metalian. Za kilka sztabek złota każdy Metalianin mógł uzyskać pozwolenie na odstrzał od jednego do kilkunastu pokracznych stworzeń, które na Ziemi, przed śmiercią, były fanami muzyki grunge. Odstrzał grundzarzy był limitowany, bowiem w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku, po utracie przez grunge popularności, liczba miłośników tej odmiany rocka gwałtownie zmalała. Im mniej grundzarzy, tym większa cena za licencję na polowanie, niemniej nie odstraszało to wszelkiej maści prawdziwków i truelli – zwłaszcza tych o wyglądzie Hell’s Angels z trupim makijażem – od wydawania grabieżczych fortun na kolejne krwawe polowanka.

Stróżek, który za młodu poznał od zgniłej podszewki bycie złym, zamroczonym i twardym jak kieł morsa blackowcem, twierdził, że magowie klonują grundzarzy, bo na Ziemi nie ma już ani jednego fana zarazy, na której w latach dziewięćdziesiątych wielkie koncerny muzyczne zarobiły krocie! Tak czy inaczej, biznes kwitł, magowie gromadzili złoto a okoliczne królestwa – i ich delikatni, wyperfumowani władcy, wychowani na włoskich klawiszowo-gitarowych przytupajkach – drżeli z obawy przed dalekosiężnymi ambicjami Bardwana.

A my – ośmiu desperatów z misją do wykonania – tkwiliśmy w tym wszystkim po uszy.

Nie wiedzieliśmy, dlaczego wydarzenia w świecie ziemskiej muzyki rockowej i metalowej generują kolejne połacie Metalii. Akceptowaliśmy to bez sprzeciwu, starając się przeżyć w tym dziwnym, zwariowanym, ciągle rozlatującym się świecie, do którego ostatnimi czasu napływały co dnia dziesiątki cudacznych postaci prosto z tekstów kapel, które nagle odkryły literaturę fantasy i postanowiły dopisać kolejny przypis do Tolkiena. Przypominaliśmy Ziemian, którzy również nie wiedzieli, czy ich krótka egzystencja ma jakikolwiek sens, poza typowo ewolucyjnym, oczywiście. Ani Ziemianie, ani Metalianie nie znali odpowiedzi na pytania, skąd przychodzą, dokąd zmierzają, na co mogą liczyć i czy to wszystko ma jakieś szczęśliwe zakończenie. Byłem skłonny powtarzać, że nie ma.

Pobiegliśmy dalej.

W labiryncie wąskich uliczek, zaśmieconych placów, na gruzowiskach zawalonych budynków, w miejscu nałożenia się na siebie dwóch wersji Metalii, toczyliśmy co kilka przecznic zaciekły bój z kolejnymi grundzarzami. Nasze hiperrealistyczne karabiny wypluwały z komiksowym wizgiem wielgachne pociski rozpryskowe. Byliśmy błyskawicznie przemieszczającym się ośrodkiem szybkostrzelnej zagłady. Perełka, jak zwykle osłaniana przez kurzącego zioło Yointa i popijającego ostro z flaszki Wibana, czuwała nad naszym zdrowiem, co pewien czas wspomagając któregoś z towarzyszy leczniczym zaklęciem, a także, co było jej zadaniem od początku wyprawy, stosowną muzyką, rzecz jasna metalową. Puszczała klasykę: Black Sabbath, Iron Maiden, Judas Priest, Metallica, Testament, Exodus, Kreator, Running Wild. Na początek nazwy znane wszystkim. Dobre zaklęcie i przenośne radio okazuje się zbędne.

Biegliśmy bez wytchnienia, upojeni adrenaliną i widokiem rozbryzgujących się dookoła stworków w dziurawych swetrach.

Nie mieliśmy już wątpliwości, że magowie klonują grundzarzy.

I wtedy, wbiegając na kolejny plac, przed cudem ocalałą gotycką katedrą spotkaliśmy łowców. Czterech blackowców ze skłonnością do ładnych, ludowych melodii, najlepiej z Finlandii, znad jeziorka Bodom. Bodomiaki pastwili się nad skrępowanym grundzarzem dźgając go trójzębami. Gdy wpadliśmy przed katedrę, terkot broni palnej wyrwał wytapetowanych młodzianów w strojach Cenobitów z krwawej refleksji nad nieszczęsnym losem fana grunge. Jeden z nich, wielki jak niedźwiedź, dobił stworka i zaryczał tak donośnie, że ze ścian okolicznych budynków posypał się tynk. Wybiliśmy resztki pogoni i wycelowaliśmy broń w obcych.

Ich przywódca, o posturze tura i bystrym spojrzeniu misia koala, ponownie zaryczał głosem knura obdzieranego ze skóry. W odpowiedzi, za plecami sadomasochistycznych pisanek wielkanocnych wylądowały cztery fokopodobne stworzenia.

- Spokojnie - powiedziałem do Grizzliusza, drużynowego blackowca starej daty, który stracił uszy słuchając płyt Voivod, Death SS, Hellhammer i Celtic Frost. Grizzliusz nie przepadał za umelodyjnionym blaczkiem, a jego zwolenników hobbistycznie obdzierał ze skóry lub nabijał na pal.

- Stróżek, tłumacz - poleciłem.

- Powiedział, że mamy natychmiast opuścić ich teren, bo...

Niedźwiedzi blackowiec znów wydał z siebie knurzy ryk.

- Bo?

- ...nasze ciała zostaną rozszarpane przez ich foki...

Perełka parsknęła śmiechem.

- ...a poza tym - kontynuował Stróżek - nie wpuszczą nas do katedry.

Więc wiedzieli, kim jesteśmy. Nie zamierzaliśmy odejść. Nie po tak długim i wyczerpującym biegu przez miejskie szambo. Poza tym mieliśmy broń palną, a oni, poza latającymi fokami, tylko białą. Inna kolidowała z ich kodeksem honorowym określającym dokładnie sedno bycia metalowym prawdziwkiem.

Sekunda dzieliła nas od pociągnięcia za spusty, gdy Petrek krzyknął:

- Smok!!!

Perełka zareagowała najszybciej. Szepnęła słowo aktywujące zaklęcie i niewidzialny parasol ochronny otoczył naszą ósemkę. Chwilę później olbrzymie, złotawo-srebrne cielsko uderzyło z potwornym impetem w plac miażdżąc blackowców razem z ich drapieżnymi fokami. Chmura pyłu i gruzu wzbiła się w powietrze. Umierająca bestia zatrzepotała połamanymi skrzydłami, rycząc przeraźliwie z bólu. Podmuch zburzył budynek stojący przy katedrze, której przednia ściana runęła na smoka. O ziemię rozbiły się posągi świętych gotyckiego rocka – w tym, ku radości Perełki, lidera Lacrimosy, Tillo Wolfa, i jego towarzyszki Anne.

Po kilku minutach, gdy opadł pył, zapytałem Garma:

- Jesteś pewien, że trafisz w to miejsce?

Garm wyszczerzył bielutkie zęby.

- Jasne, szefie, byłem tutaj z babcią, zaraz po Transformacji Alternatywno-Klimatycznej, na koncercie.

Babcia Garma, by nie było wątpliwości, jeździła na wózku inwalidzkim, była miłośniczką Amona, znała ICH oraz przyrządzała wyjątkową herbatę, sam zaś Garm, pod pancerzem, nosił stary, przepocony podkoszulek z napisem: MISSY.

- Pamiętam, że tamtego lata babcia dała na scene niezapomniany show, pokazując tym wszystkim smutaśnym gotom na czym polega rock n’ roll!

Chłopak nie bez powodu brał udział w wyprawie. Globalne ufantazjowienie Metalii zmiotło z jej powierzchni rodzinne strony Garma, zasiedlone głównie przez barwne postaci z albumów Kinga Diamonda. Garm liczył przynajmniej na słodką zemstę.

- Zatem prowadź! - zarządziłem.

Perełka zlikwidowała osłonę. Ominęliśmy smoka i zaczęliśmy przedzierać się przez gruzowisko powstałe z przedniej ściany katedry. Stróżek klął pod nosem pod adresem magów i ich matek.

Znalezienie wejścia do katakumb, odgruzowanie go a w międzyczasie ustrzelenie kilkudziesięciu grundzarzy zajęło nam około dwóch godzin. Martwiłem się, bo nadal byliśmy na najniższym poziomie Neszkaru, a do południa zostały nam dwie godziny. Nie mogliśmy się spóźnić.

Portal wybudowano na końcu katakumb, za długim i wąskim korytarzem, w którego ścianach wmontowano kapsuły miłości. Dawniej, w dobie największej potęgi Gotyckiego Cienia, tego rodzaju przybytki – katedry zmienione w domy rozrywek dla gotów – nie były w Metalii rzadkością. Razem z wielopoziomowymi (sic!) cmentarzami, spowitymi wieczystą nocą, stanowiły gigantyczne kompleksy rekreacyjne dla całych wspólnot gotyckich. Kapsuły miłości były jedną z licznych ofert dla Metalian rozkochanych w smutku i rozpaczy. Seks pod ziemią, w trumnopodobnym pomieszczeniu, w miejscu bardzo gotyckim, mrocznym i wilgotnym, był dla wielu zbłąkanych duszyczek obiektem nieposkramialnego pożądania.

- Jesteśmy - oznajmił radośnie Garm, zatrzymując się przed szklaną i ciemną powierzchnią portalu.

- To naprawdę działa? - zapytał Petrek.

- Tak, bracie, obecnie jest to jedyny działający portal w całym Neszkarze. Magowie nie mają do niego dostępu ze swoich wieżyc, a włączyć i wyłączyć można go tylko ręcznie i to po wpisaniu hasła, które wymyśliła moja babcia.

- Jakie to hasło? - zainteresowała się Perełka.

- Król Diament.

Garm wystukał kod na tkwiącej w ścianie klawiaturze i potwierdził. W jednolitej dotychczas powierzchni portalu pojawiła się biegnąca z góry na dół szpara, z której buchnęło światło. Weszliśmy do środka i zajęliśmy pozycje w teleportach.

- Dokąd teraz? - zapytałem.

- Dokąd chcesz, szefie, z wyjątkiem Wieży Bardwana.

- Zatem do Wieży Nekrocjusza - zarządziłem i spowił nas snop przeraźliwie jasnego światła.

We are here, we’re queer, give us beer!

Teleporty wygasły, a my po chwili przyzwyczailiśmy się do półmroku zalegającego w niewielkim pomieszczeniu. Przed nami, na wyciągnięcie ręki, wisiały w jednym rzędzie ściśnięte damskie stroje. Wyglądało na to, że wylądowaliśmy w szafie jakieś damy.

- Sprytne - uśmiechnął się Stróżek i rozsunął powoli wiszące przed nim suknie. Dalej, w drugim i trzecim rzędzie wisiały kolejne.

Powoli i cicho, zachowując ostrożność, zaczęliśmy przeciskać się przez garderobę. Krok za krokiem byliśmy coraz bliżej dużych drewnianych drzwi.

- Śmierdzi krwią – warknął Grizzliusz.

Zatrzymaliśmy się nasłuchując. Perełka szturchnęła mnie w bok:

- Suknie są zakrwawione.

- Wiem - odparłem, artykułując obrzydzenie w każdej wypowiedzianej literze, i zastanowiłem się nad tym, w co tym razem wdepnęliśmy. Wiedzieliśmy, że tutaj, gdzie prawidła Transformacji Quasi-Tolkienowskiej są niebywale silne, definiując bez przeszkód rzeczywistość, komiksowa broń palna była bezużyteczna. Dlatego znów dobyliśmy białej, tamtą schowawszy na odpowiedniejszą okazję.

Petrek zmglił się do cna i wyfrunął z szafy. Po chwili otworzył nam drzwi. Były zaryglowane od zewnątrz.

Wnętrze sali nie pozostawiało żadnych wątpliwości co do jej przeznaczenia. Perełka zaklęciem rozpaliła tkwiące w ścianach żagwie i ujrzeliśmy olbrzymią salę tortur żywcem przeniesioną z kazamatów sądu inkwizycyjnego. Żelazne dziewice, hiszpańskie gruszki, urządzenia do rozciągania mięśni i łamania kończyn, kotły z wrzącym olejem, żelastwo do przypalania skóry – zgromadzono tutaj nie byle jakie atrakcje. Kilkadziesiąt stołów było zasłanych krwawymi resztkami. Rzeźnickie haki z kawałkami mięsa zwisały na długich łańcuchach ze stropu.

- Ta sala - oznajmił poważnie, lekko już wstawiony Wiban - to jeden z elementów ogromnego kompleksu, w którym niewolnicy Marty i Edwarda Splatterków, Mistrzów Inżynierii Cielesnej, zwanej potocznie Splatżerią, przetwarzają jeńców z sąsiednich królestw na drapieżne hybrydy, których jedynym celem jest zabijanie. Ludzie, elfy, krasnoludy, każda istota pochodząca z krain, z którymi Arcymag Bardwan toczy wojnę, jeśli dostanie się w łapska Marty i Edwarda, przejdzie przemianę w krwiożercze monstrum o powierzchowności Uruk-Hai i fana death metalu tak podziemnego, że nigdy nie granego, a jeśli już granego to tylko dla pingwinów na Arktyce.

- Marta... i Edward... - zastanowiła się Perełka. - Brzmi znajomo.

- Tak, Marta to Martha Splatterhead, maskotka thrash metalowego Accused z USA, a Edward to Eddie, ulubieniec Iron Maiden - wyjaśnił usłużnie Wiban. - Oboje byli sobie przeznaczeni, odkąd tylko ich wymyślono. Jedni z pierwszych mieszkańców Metalii. Można rzec, że najbardziej kultowi.

- Nie działają tutaj sami - wtrąciłem się, przeglądając brudne i zardzewiałe narzędzia chirurgicznie leżące na pobliskim stoliku. - Jest jeszcze, jeśli nie myli mnie pamięć, Szalony Rzeźnik, monstrum z okładek niemieckiego Destruction. Słyszałem, że od kilku lat pracuje w lochach pod wieżą Bardwana.

- Też słyszałem te plotki - potwierdził Wiban. - Tak czy inaczej, Marta i Edward dbają o to, by Arcymag i jego sprzymierzeńcy mieli pod swoimi rozkazami hordy straszliwych bestii. Założę się, że po opuszczeniu tej sali, niejeden raz natkniemy się na spotworniałych mieszkańców Wieży Nekrocjusza. Bądźmy zatem ostrożni i przygotowani na najgorsze. Ja już jestem - dokończył i pociągnął kolejny łyk z flaszki.

Wiban miał niewątpliwie rację. Magom Neszkaru udała się rzecz niezwykła, bo wbrew głosom pesymistów zjednoczyli pod jednym sztandarem, we wspólnej walce, dotąd skłóconych, wzajemnie nienawidzących się i toczących zawzięte spory Metalian z death i black metalowych kręgów. Metal metalowi bratem? Ależ skąd! Wilkiem, ot co! Bardwan skierował zżerającą Deatlian i Blaklian nienawiść na wspólnego wroga, czyli tych Metalian, którzy stronili od death metalowego gotowania w gardle kartofli i blackowego skrzeku pijanego koguta, a rozmiłowani byli w skocznych rytmach i melodiach, wesoło zacinających gitarkach, przebojowych, bombastycznych chórkach, a przed pójściem spać, po umyciu ząbków śpiewali grzecznie hymny do artefaktów magicznych.

Gdy tylko Neszkar wypowiedział wojnę młodym królestwom, do miasta magów zaczęły zewsząd ściągać grupki Deatlian i Blaklian. Niebawem na ulicach różnych dzielnic-poziomów zaroiło się od nilijczyków, haternali, napallian, disemberian, obituarian, morbidian, deicidian, karkasian, vaderian, behemotian, akerkokian, burzumian, darktronian, mayhemian, immortalian, emperorian i satyrikonian, nie zapominając o wyznawcach hiperpodziemnych, w wielu przypadkach nigdy nie założonych, kapel nie uznających żadnej sceny poza undergroundową. Dzięki zabiegom Marty i Edwarda większość tych Metalian z wkurzonych koczowników zmieniła się w zdyscyplinowanych, cieleśnie zmodyfikowanych wojów o aparycji zmutowanego orka lub trolla skrzyżowanego z szympansem bonobo. .

Wybiegliśmy z sali tortur. Zmierzaliśmy truchtem na najwyższy poziom Wieży Nekrocjusza. Gdy tylko opuściliśmy lochy, skręciliśmy na zewnętrzne schody, okalające więżę, a z nich pobiegliśmy na położony wyżej taras, z niego na kolejne, spiralne schody, i tak w kółko, mijając po drodze zbrojne patrole Deatlian i Blaklian. Zauważeni, byliśmy brani za posłańców, a gdy znikaliśmy z pola widzenia, nikt już nie pamiętał, że przebiegaliśmy.

Było to zasługą magii Perełki.

Pokonując kolejne stopnie i tarasy, mieliśmy znakomity widok na bitwę toczącą się kilkaset metrów wyżej, ponad okalającą niższe poziomy Neszkaru osłoną. Smocze kule raz za razem, niesłychanie regularnie, uderzały w przezroczystą sieć, którą magowie zarzucili na miasto, chcąc uchronić przed zniszczeniem fundamenty Wieżyc i dzielnice-poziomy o strategicznym znaczeniu dla wojny toczonej z młodymi królestwami.

Atakiem Złotych i Srebrnych Smoków – stowarzyszonych w organizacji Dragon Force, walczącej o prawo smoków życia bez zagrożenia ze strony paladynów – kierowała Athelea, przywódczyni Ligi Królestw Zachodnich, władczyni bezpośrednio sąsiadującego z Neszkarem królestwa Erwador. W zamian za pomoc w zniszczeniu Neszkaru i pokonaniu magów, Athelea obiecała srebrno-złotemu Gromirowi, przedstawicielowi obu smoczych rodów, że położy kres typowej palladyńskiej rozrywce polegającej na organizowaniu grupowych napadów na smocze siedliska. Palladyni prowadzeni przez Hektora Młota, znanego Metalianom z okładek albumów Hammerfall, nie byli z postanowienia Athelei zadowoleni, ale dyplomatycznie, ograniczywszy się do kilku karczemnych rozrób, nie skomentowali decyzji przywódczyni Ligi. Co więcej, z jej polecenia dosiedli niektórych smoków, by z ich grzbietów, podczas nalotu na Wieżyce Magów, dokonać desantu!

Ponad setka skrzydlatych bestii krążyła ponad iglicami Wieżyc, plując ognistymi kulami. W odpowiedzi Blaklianie i Deatlianie, obsługujący szybkostrzelne armaty, wystrzeliwali bomby z opóźnionym zapłonem w postaci żądnych ekstremalnych wrażeń grinderów. Wystrzelony grinder, gdy tylko namierzył smoka, ruszał w pościg za bestią, po czym, zbliżywszy się do niej na odpowiednią odległość, wydawał z siebie kakofoniczny wrzask, recytując łacińskie nazwy organów układu trawiennego trolla, i detonował przenoszoną bombę.

Czasami trafiony grinderem smok przebijał się przez magiczną osłonę i spadał do jakiejś dzielnicy. Wtedy to Stróżek przeklinał matki magów.

Problemy zaczęły się, gdy wbiegliśmy do olbrzymiej sali z kolumnami ginącymi w ciemnościach pod stropem. Na środku pomieszczenia kilkudziesięciu Blaklian siodłało skrzydlate foki. Za moment czekał ich ciężki bój ze smokami. W pierwszej chwili nie zauważono nas, więc bez przeszkód, chronieni zaklęciem, przemykaliśmy ku widniejącym w przeciwległej ścianie schodom. Dobrą passę straciliśmy w połowie drogi, zaraz po tym, jak ostatni Blaklianin opuścił na foczym wierzchowcu salę, a nadzorujący jego wylot dryblas, odziany w szarą, kościaną zbroję, zastrzygł niespokojnie spiczastymi uszami.

Gorgar. Maskotka z okładek albumów Gamma Ray. Prawa ręka Nekrocjusza. Książę Ghuli z Ghulaszu.

Zaklęcie Perełki przestało działać. Mieliśmy przerąbane.

Przygotowaliśmy broń, patrząc w milczeniu na to, jak Gorgar pierwszym pstryknięciem szponiastych palców przywołuje potępione dusze Metalkorian i Nutalian, drugim obleka je w gnijące powłoki cielesne, a trzecim, zaśmiawszy się upiornie, wydaje maszkarom jasny dla nas rozkaz.

Pierwszy furiacki atak ożywieńców odparli energicznie Yoint i Wiban osłaniani z obu flank przez Garma i wściekle rozmglonego Petrka. Miecze i topory ze świstem cięły powietrze i cuchnące ciała potępieńców. Petrek raził umarlaków mglistymi biczami.

Grizzliusz ominął spokojnie walczących towarzyszy i krzyknął coś gardłowo do Gorgara. Książe Ghulaszu zaryczał dziko, pstryknięciem palców wyzaklęcił topór obosieczny, o ostrzach z obu stron pokrytych runami, po czym z lepszym niż przed chwilą samopoczuciem, dowartościowany symboliką i śmiercionośnymi możliwościami wyczarowanej broni, zaszarżował na Grizzliusza.

Nasz drużynowy miłośnik starego black metalu był nieraz w ciemię bity, przez niejeden but kopany, bólu się więc nie obawiał, bo przywykł do niego, a walkę z istotą pokroju Gorgara, zaprawdę wredną, traktował, jak trafnie sądziłem, jako znakomitą rozrywkę, a jej bolesne aspekty w rodzaju guzów, sińców, ran ciętych i trwałych okaleczeń miał za nic. Starł się z Gorgarem furiacko, aż podłoga zadrżała, a Perełka straciła równowagę. Splótł się z bestią, przyparł ją do kolumny i kantem hełmu nasuniętego mocno na czoło uderzył w szczękę. Gorgar zawył z bólu, krwią ochlapał siebie i Grizzliusza, ale nie stracił rezonu, odpowiadając rychło podobnym zabiegiem. Przeciwnicy odskoczyli od siebie, starli krew z twarzy i znów natarli wyjąc przeraźliwie. Zaśpiewały hansenowsko ostrza toporu, zabulgotały black metalowo obie maczugi Grizzliusza – Shagrath i Ihsahn, doszło do błyskawicznej wymiany ciosów przeplatanych zręcznymi unikami.

Przed wrotami, przez które wylecieli Blaklianie, przepikował spanikowany smok a chwilę później przeleciał dziko wrzeszczący grinder.

Było źle.

Choć Garm, Yoint, Wiban i Petrek położyli trupem wszystkich reanimowanych Metalkorian i Nutalian, pojawił się nowy wróg – do sali wpadł oddział rosłych i ponurych Deatlian, których zaalarmowały odgłosy walki. Perełka zadbała o stosowną muzykę, puszczając utwór Hell Patrol, a my ponownie rzuciliśmy się w wir starcia.

I kto wie, jak potoczyłyby się losy tej walki, zaiste okrutnej i obfitującej w trupy, szczęśliwie tylko po stronie wroga, gdyby nie niespodziewane pojawienie się w sali, tuż nad głowami walczących wielkiej, żółtej, nowojorskiej taksówki, z której wychyliła się animowana postać w barwnym wdzianku superherosa. Zanim zorientowaliśmy się, co jest grane, trzy kolorowe i dość chude postaci o wyglądzie upalonych drag queens spadły na Deatlian i momentalnie, wykonując cyrkowe ewolucje rodem z Matrixa, odesłały większość z nich do krainy zdartej płyty. Nie pozostaliśmy bierni i dokończyliśmy krwawo walkę.

Grizzliusz trzasnął Shagrathem w łeb Gorgara, a pierwszy cios doprawił następnym, zadanym Ihsahnem, trafiając w prawy bok bestii. Książę Ghuli zatoczył się nad krawędź sali, pomiędzy otwarte na oścież wrota, zachwiał niebezpiecznie i wypadł z Wieżycy, zderzając się z wystrzelonym piętro niżej grinderem.

- Dorwę cię później - rzucił Grizzliusz za malejącym Gorgarem.

Grinder eksplodował, ale nie mieliśmy wątpliwości, że jego przypadkowy pasażer przeżył eksplozję.

Taksówka wylądowała powoli na zwłokach poległych Deatlian. Trójwymiarowa animka o wyglądzie metroseksualnego gwiazdora glam rocka z lat siedemdziesiątych przemówiła z wyraźnie słyszalnym niemieckim akcentem.

- Chyba jesteśmy po tej samej stronie...

- Naprawdę? - zapytałem drwiąco.

- Nie lubimy pachołków Nekrocjusza... wy też... więc choć różnimy się od was strojami, mentalnością, stylem życia i tym, że my jesteśmy animowani a wy, hehe, nie, to mimo różnic możemy się dogadać...

- Co proponujesz? - wtrąciła się Perełka, najwyraźniej zainteresowana animowanymi cudakami, a przede wszystkim - jak podejrzewałem, znając upodobania i chutliwość kompanki - animowaną zawartością ich kroczy mocno uwypuklonych ciasnymi i kolorowymi spodniami.

- Lecimy do Wieży Bardwana z pewną ważną misją...

- Niech zgadnę - zaśmiał się Yoint, odkasłując papierosowy dym. - Przylecieliście po porwane z Ziemi cheerleaderki?

Superherosi pokiwali zgodnie głowami.

- Oczywiście, że chodzi nam o porwane cheerleaderki! - odezwał się heros z łysiejącym czubkiem głowy, długimi blond włosami, ubrany w błyszczący niebieski strój z wymienialną muskulaturą.

- Pussy uber alles! - krzyknęły chóralnie animki.

- Zapomnijcie o portalu na szczycie Wieżycy Nekrocjusza - dodał ich przywódca, Herr Tobias. - Nie przebijecie się przez strażników maga. O mostach łączących obie wieże też zapomnijcie. Zniszczyły je smoki.

- Skąd wiecie, że naszym celem jest Wieża Bardwana?

Tobias zmarszczył krzaczaste brwi i zsunął na czubek szpiczastego nosa wielgachne damskie okulary. Dopiero teraz zauważyłem, że na białym podkoszulku animki widnieje napis: WE ARE HERE, WE’RE QUEER, GIVE US BEER.

- A czy ty nie jesteś... – tutaj zrobił dramatyczną pauzę – nim..?

Potwierdziłem.

- I nie parasz się..?

Ponownie przytaknąłem.

- Zatem wszystko jest jasne. Spodziewasz się zastać w Wieży Bardwana, poza samym Arcymagiem i jego wytapetowanymi cmentarnie pupilkami, królową Atheleę, czyż nie?

Cóż mogłem uczynić? Wyglądało na to, że z jakiegoś powodu najmniej powołane osoby wiedzą o naszej hipertajnej misji.

Przyznałem mu rację.

- Właśnie - uśmiechnął się Herr Tobias, lider Edguy. - Podrzucimy was na najwyższy poziom Wieży Arcymaga pod warunkiem, że pomożecie nam w odbiciu cheerleaderek. Co wy na to?

Mieliśmy inne wyjście? Odpowiedzcie sobie same, wnuczęta.

Nie bacząc na absurdalność całej sytuacji, zapakowaliśmy się do nowojorskiej taksówki, po której obu stronach, na drzwiach, znajdował się czerwony napis LAVATORY LOVE MACHINE.

Herr Tobias odpalił ryczący silnik, samochód wzniósł się kilkanaście metrów nad posadzkę i wyfrunął z piskiem z sali. Obok nas, niebezpiecznie blisko okien, śmignęli w górę dwaj grinderzy, przed przednią maską przeleciała smocza kula, a za tylną zawisł srebrny smok.

- Grizzliuszu - odezwałem się, spoglądając w wielkie ślepia srebrzystej bestii - powiedz mi, dlaczego tak bardzo nienawidzisz Gorgara...

- To proste - zarechotał drużynowy miłośnik starego blacku i właściciel dwóch wyjątkowych maczug. - Kiedyś, gdy Gorgar i ja handlowaliśmy płytami na Allegro, otrzymałem od niego propozycję kupna pierwszych wydań wszystkich albumów Celtic Frost. Wiesz, byłem wtedy wielkim miłośnikiem pierwszych wydań, przekonanym, że jeśli posiadasz w swojej kolekcji tylko pierwsze wydania, to jesteś samcem alfa. Wierzyłem w to fanatycznie. Tak więc ucieszyłem się z propozycji Gorgara i wpłaciłem mu naiwnie dużą zaliczkę. Albumy dostałem, ale, do kurwy nędzy, nie były to ani pierwsze wydania, ani nawet legalne! Gorgar wpłaconej kasy nie zwrócił, a potem drwił ze mnie na jakimś internetowym forum... Menda jedna!

- I to wszystko?

- Tak.... Z kultu pierwszych wydań wyrosłem, bezzasadne i fałszywe przekonania o magicznej mocy pierwszych wydań porzuciłem, ale uczynionego mi świństwa Gorgarowi nie wybaczyłem i nigdy nie wybaczę. Nadal chcę naszczać mu do szyi.

- Rozumiem - pokiwałem w zamyśleniu głową, po czym, łypnąwszy za siebie, na rozdziawiającego paszczę smoka, powiedziałem do Herr Tobiasa:

- Albo teraz przyspieszysz, albo za chwilę lecąca za nami bestia zrobi z tej taksówki grzankę!

Moja błyskotliwa uwaga poskutkowała.

Z włączonym dopalaczem, zostawiając za sobą smugę szarego dymu i zaskoczonego smoka, pomknęliśmy do Wieży Bardwana.

All Guns Blazing
!!!

Po co kultystom Złego gromada cheerleaderek? Pytanie jest, rzecz jasna, retoryczne.

Kiedy wemknęliśmy się do niedużej, zatęchłej sali, w której, przy blasku czarnych świec, kilkudziesięciu zakapturzonych kultystów intonowało w skupieniu bluźniercze słowa, nie mieliśmy wątpliwości, że biedne dziewczęta mają zostać poświęcone w zaiste głupim celu. Nasi superherosi byli zniesmaczeni. Żywili zasadniczo odmienną wizję tego, co powinno się czynić z gromadką młodych, ładnych, kuso odzianych blondynek i brunetek. Szczerze mówiąc, ta wizja, choć w skromniejszej wersji, była mi bardzo bliska. Rozumiałem więc zniesmaczenie tymczasowych towarzyszy broni i pałałem nie mniejszą niż oni chęcią zrobienia natychmiastowego porządku z krótkowzrocznymi kultystami, dla których ważniejszą sprawą było zdobycie najlepszej płyty metalowej w historii tej muzyki, niż pełnokrwista randka z ciekawą dziewczyną.

Bo też o to – w odprawianej przez kultystów ceremonii – chodziło. O pierwsze wydanie najlepszej płyty metalowej. Ciekawe, prawda?

Były dwie możliwości: wezwany demon po przyjęciu ofiary z cheerleaderek (co za marnotrawstwo!) albo podaruje kultystom egzemplarz pierwszego wydania wspomnianej płyty, albo oznajmi, że taka płyta nie została jeszcze nagrana! Obie możliwości były równie prawdopodobne, wszak dzieje metalu nie dobiegły jeszcze do mety, a przynajmniej nie uczyniły tego w 2005 roku (jeśli za punkt odniesienia wziąć kalendarz europejski). Zastanawiało mnie, co będzie, gdy ziści się pierwsza możliwość! Jak kultyści podzielą między sobą jeden egzemplarz albumu? Przeczuwałem bijatykę...

Swoją drogą, stwierdziłem, że biorący udział w mrocznym rytuale Metalianie są albo wyjątkowo twardzi, albo wyjątkowo głupi, albo tacy i tacy, bo porwali się na przyzwanie piekielnego pomiotu podczas zmasowanego ataku naziemnych i lotnych sił Ligi Królestw Zachodnich. Już nie tylko smoki szturmowały wieżyce pośród wystrzeliwanych z armat grinderów. Od wschodu szturm na miasto przypuściły wojska piesze z maszynami oblężniczymi, składające się w większości z najemnych Thraszerów, Powerlian i Progmelian.

Tyle przynajmniej dojrzeliśmy lecąc do Wieży Bardwana taksówką. I fakt, że przylecieliśmy tutaj żółtym pojazdem, którego działanie było niezgodne z prawidłami Transformacji Quasi-Tolkienowskiej – zainspirował mnie do wydania bardzo skutecznego, jak okazało się minutę później, rozkazu.

Moja drużyna nie zaprotestowała. Wszyscy bardziej ceniliśmy pukawki niż miecze. Zanim superherosi zdołali cokolwiek zrobić, problem kultystów został rozwiązany za pomocą chmary pocisków. Shoot all the clowns! Spluwy działały!

- Juuupppiii! - krzyknął radośnie Garm, a Yoint i Wiban zawtórowali mu gromko i z werwą.

Perełka popatrzyła na nas z politowaniem, po czym rzuciła na przerażone cheerleaderki uspokajające zaklęcie.

- Herr Tobias - odezwał się Petrek. - W jaki sposób chcecie przetransportować na Ziemię dziewczęta? Wszystkie nie zmieszczą się w taksówce...

- Oczywiście - potwierdził superheros. - Wzięliśmy to pod uwagę. I dlatego zainstalowaliśmy w bagażniku przenośny portal. Wystarczy, że dziewczyny, jedna za drugą, grzecznie wejdą do bagażnika a błyskawicznie, szybciej niż trwa drgnienie powieki, znajdą się na Ziemi, w pięknej bawarskiej rezydencji, w której nie zabraknie im żadnych luksusów na czele z jodłowaniem na lokalnym święcie piwa...

- Fascynujące - uciąłem dalszą dyskusję, słusznie podejrzewając, że Petrek, jak to wąpierz, mimo że reformowany, ma ochotę na zakosztowanie kilku z uratowanych cheerleaderek. - Wygląda na to, że w tym miejscu rozejdą się nasze drogi, Herr Tobias.

- Niech tak będzie, w każdym razie dziękujemy za skuteczną, choć, jak sądzę, zbędną pomoc, bo nie wątpię, że poradzilibyśmy sobie sami z tą bandą głupców.

- Też w to nie wątpimy. Zatem żegnajcie...

- Do zobaczenia... – odrzekł przywódca animowanych superbohaterów.

Perełka wymieniła jeszcze wizytówki z Herr Tobiasem, po czym czujni, zwarci i gotowi, pobiegliśmy najbliższymi schodami w najwyższe piętro wieży. Wybiegając jako ostatni, dostrzegłem, że blada jak marmur cheerleaderka pokazuje mnie palcem drugiej. Z gestykulacji dziewczyny wyczytałem, iż chodzi o moją twarz.

Nic dziwnego.

Bezdennie czarne, pozbawione ludzkich rysów oblicze z błyszczącymi lubieżnie ślepiami przerażało nieprzywykłych do niego ludzi.

Nie oszczędzaliśmy ani siebie, ani napotykanych w krętych korytarzach Wieży Arcymaga Metalian, kładąc seriami z komiksowych spluw próbujących powstrzymać nas Deatlian i Blaklian.
Znów byliśmy szybkostrzelną, grupową zagładą, która miała tylko jeden cel.

Zostało pół godziny do 12.00.

Perełka dodawała nam sił, zapału i celności rzucanymi w milczeniu zaklęciami, osłaniana tym razem przez Petrka i Garma. Oczywiście biegliśmy i strzelaliśmy przy akompaniamencie stosownej muzyki. All Guns Blazing!!! Herosi nowego świata... Taki był plan. Mój plan. Wypieszczony, dopracowany, sekretny. Nie powstrzymała nas ani broń biała, ani magia. Spluwy terkotały bezlitośnie.

Daruję wam, drogie wnuki, dokładny opis tego morderczego biegu. Grunt, że za pięć dwunasta byliśmy na najwyżej położonym tarasie Wieży, z którego Arcymag Bardwan, wspomagany przez kilkudziesięciu magów, prowadził obronę Neszkaru.

Bardwan był ambitny, przebiegły i zły. Stanowił wielkie zagrożenie dla młodych królestw a jeszcze większe dla powoli utrwalającej się Transformacji Quasi-Tolkienowskiej.

Magowie całkowicie skupieni na latających między Wieżycami smokach i ślący ku nim efekty rozmaitych zabójczych zaklęć, nie dostrzegli naszej obecności. Spowici zaklęciem niewidzialności, w bezruchu przyczailiśmy się pod ścianą, obserwując desperackie wysiłki magów. Bardwan stał w drugim szeregu, miotając się wściekle po tarasie i wydając gniewnie rozkazy podwładnym.

Był groźnym przeciwnikiem. Żadne z nas nie miałoby szans w walce z nim. Moi kompani zdawali sobie z tego sprawę i dlatego mieli nadzieję, że przyszykowałem dla Arcymaga niespodziankę, która ocali nasze tyłki, pozwoli wykonać zadanie i zostawi czas na ucieczkę.

Niespodzianka spoczywała bezpiecznie w mojej torbie.

Nie czekaliśmy długo na pojawienie się królowej Athelei i jej zbrojnej świty dowodzonej przez Paladyna Hektora. Athelea, Hektor i grupa rycerzy wyszła ze zmaterializowanego nad tarasem portalu. Magowie wstrzymali magiczny ogień i zwrócili się ku nowemu przeciwnikowi. Teraz, zapewne, nastąpiłaby barwna konfrontacja, w której magia i miecz byłyby głównymi bohaterami. Nie mogłem na to pozwolić. Mieliśmy zadanie do wykonania.

Po pierwsze, pomijając to, że plany polityczne Bardwana zagrażały młodym królestwom, Athelea zaangażowała się osobiście w wojnę z Neszkarem także z tego powodu, iż Bardwan, jej dawny kochanek, porzucił ją dla młodszej, ładniejszej i mniej pulchnej niewiasty, bodajże jakiejś dwórki. Urażona kobieca duma nie pozwoliła królowej Erwadoru puścić tej zniewagi w niepamięć.

Po drugie, mąż Athelei, król Pumpkin, z dynią zamiast sensownego łba, wiecznie upalony, wiecznie pijany, niezdolny do czegokolwiek poza paleniem i piciem, wiedział o zdradzie małżonki. Stąd nasza obecność tutaj, w samym środku wojny między Neszkarem a Ligą Królestw Zachodnich.

Użyłem niespodzianki.

Zielony klejnot spowolnił czas dla wszystkich poza mną. Spojrzałem na kompanów ostatni już raz. Na Garma tęskniącego za siostrą Missy, babcinymi herbatkami w domu Amona i resztą wymordowanej rodziny; na Grizzliusza. marzącego o rozłupaniu czaszki Gorgarowi i wiecznym odpoczynku w niebie dla black metalowców starej daty; na wiecznie imprezujących Yointa i Wibana, którzy nie pragnęli niczego poza rozrywką; na nazbyt refleksyjnego Petrka, który gardził stereotypowym wizerunkiem wampira i chciał zostać surfującym rockerem; na Stróżka, śniącego o złotej dekadzie metalu; wreszcie na śliczną Perełkę, mistrzynię magii, miłośniczkę rocka gotyckiego z lat osiemdziesiątych XX wieku, obecnie marzącą o świecie mniej kiczowatym i eklektycznym niż Metalia po Transformacji Quasi-Tolkienowskiej.

Nie, przepraszam, na Perełkę nie spojrzałem ostatni raz...

Wolnym krokiem, wyciągnąwszy z kieszeni zwinięty w rulon pozew rozwodowy, podszedłem do królowej Athelei.

Athelea nie przypuszczała, że jej zblazowany i dekadencki małżonek z pestkami dyni pod czaszką wie o starym, niewiadomo przez kogo ustanowionym, prawie małżeńskim, które głosiło, iż mąż zdradzony przez żonę może rozwieść się z nią składając na papierze stosowne oświadczenie woli z własnoręcznym podpisem.

Zajmowaliśmy się dostarczaniem tego rodzaju pism. To był nasz fach.

Odczytałem Athelei oświadczenie Pumpkina. Momentalnie, zgodnie ze wspomnianym prawem, Athelea straciła całą władzę, pozycję i moc magiczną.

Zadanie zostało wykonane. W innych okolicznościach moglibyśmy w końcu pójść na jakiś porządny thrashowy lub power metalowy koncert. Jednak tym razem było inaczej.

Jeśli z dnia na dzień chcesz zmienić od podszewki cały świat, nie możesz nie zaprzedać duszy, choćby animowanej, Loknarowi, zielonemu klejnotowi o nieznanym pochodzeniu. I nieważne, że kiedyś trzeba będzie zapłacić za zaciągnięty u niego światotwórczy dług. To nie ma większego znaczenia w chwili, w której przystępujesz do realizacji zmian.

Loknar odsunął mi spłatę długu daleko, daleko w przyszłość. Mogłem już dawno użyć klejnotu, ale chciałem raz jeszcze zakosztować smaku obecnej wersji Metalii. Stąd przyjęcie zlecenie od Pumpkina i wyprawa do Neszkaru.

Najpierw spełniłem marzenia i życzenia przyjaciół. Potem – upewniwszy się, że każdy z nich znalazł się tam, gdzie chciał, dostając to czego pragnął – zabrałem się za przebudowanie fundamentów Metalii...

Dość fantasy rodem z przeładowanej kliszami gatunku gry fabularnej! Dość magii i mieczy! Krasnoludów i elfów! Dość powielanych w nieskończoność cytatów z twórczości Tolkiena! Precz ze smokami, latającym fokami i morsami! Koniec z papierowymi toposami, pod którymi nie ma ani krwi, ani mięcha, choćby grama korzennego życia. Dajcie mi pełnorkwistą, żyzną, bujną, rumianą i koherentną rzeczywistość a nie plastik i komiks tworzące niespójną, eklektyczną i sztampową całość.

Przecz z byciem prawdziwkiem! Z kvltem, mrokiem, ciemnością i szkołą cmentarnego makijażu. Koniec z rolą mięśniaka bez twarzy z okładek płyt Manowar.

Zaczynałem wszystko od nowa...

Rock n’ roll

...i nie byłem oryginalny.

Luzacki feeling, wiatr we włosach, piasek w zębach, oczy zasłonięte lustrzanymi goglami, na tyłku obcisłe skórzane spodnie, pysk głupawo uśmiechnięty, zaraz za plecami rozmarzone dziewczę o łatwo zaspokajalnych potrzebach. Czego więcej można chcieć, pędząc bez celu na żłopiącym kosmiczne paliwo harleyu. Aby to wszystko było możliwe, młode królestwa, miasta władane przez magów, smocze krainy, prastaria magia, niezmierzone podziemia, i wiele innych stereotypowych elementów nieskończonych krain-nigdy-nigdy musiało zniknąć w mgnieniu oka, za pstryknięciem palców.

Pstryknąłem palcami, a Loknar zachichotał złowieszczo.

Tam gdzie dotychczas znajdował się Neszkar, aż po horyzont rozciągała się olbrzymia, surowa preria rodem z dowolnego amerykańskiego westernu, poprzecinana długimi, szarymi wstęgami szos. Perełka i ja staliśmy przy jednej z nich, owiewani ciepłym wiatrem. Na horyzoncie widniały majestatyczne ośnieżone łańcuchy górskie. Magowie, Athelea, Hektor, rycerze, smoki – cały ten absurdalny i dziecinny bagaż poprzedniej wersji Metalii zniknął.

- Gotowa na nowe życie? – zapytałem, zrzucając z siebie zabytkowy pancerz i wyzbywając wszystkich przedmiotów, które kojarzyły mi się ze starą Metalią.

- W świecie przez ciebie zdefiniowanym?

Poczułem na sobie ciężar jej uważnych, bystrych i cudownych oczu.

- Przez nas...

Milczeliśmy kilka chwil. Pomyślałem o obietnicy złożonej Perełce przed ostatnią wyprawą. Przyrzekłem, że to już nasze ostatnie zlecenie, że potem będziemy już tylko my – my, my i my! – a reszta przestanie się liczyć, zejdzie na dalszy plan, może nawet zniknie z naszego życia. Nowego, lepszego życia.

- Pragnę żyć w świecie rzeczywistym, rzeczywiście rzeczywistym, w którym nasza dzisiejsza wyprawa byłaby niemożliwa. W świecie bez śladu komiksowości, wszechobecnej symulacji, cisnących się zewsząd wirtualnych bytów, słowem bez śmietnika kultury popularnej – powiedziałem onieśmielony tym, że Perełka również wyzbyła się starego ekwipunku.

- Naprawdę? To dlaczego amerykańska preria i szosa ginąca za horyzontem? Przecież to też jest komiksowe... filmowe... to też jest klisza... ikona wolności w amerykańskim stylu.

- Wiem... ale sądzę, że są dobre i złe komiksy. Mam nadzieję, że wspólnie wykreujemy dobry komiks...

- Możliwe - odrzekła Perełka - ale póki co za chwilę nie będziemy tutaj sami.

Wielki, czerwony krążownik szos zatrzymał się z piskiem opon na poboczu. Kierowca – długowłosy facet w ciemnych lustrzankach i białej marynarce – posłał nam wyczekujące spojrzenie. Nic nie mówiąc, wskoczyłem na tylne siedzenie.

- Spokojnie, to ja go tutaj sprowadziłem.

Dziewczyna przesunęła wzrokiem po przedniej masce, na której ktoś namalował dwie płonące i zachodzące na siebie litery M.

- Jedziesz czy zostajesz?

Wsiadła, ale nie zamieniła ze mną ani jednego słowa.

Limuzyna ruszyła. Przed nami, na tle żółtawego nieba, wschodziło powoli słońce. Z głośników leciał Powertrip. Nic dziwnego, skoro kierowcą był Dave Wyndorf z Monster Magnet.

Zmierzch

Dzieci przez moment siedziały cicho. Zaczynało zmierzchać.

- Czas na kolację – powiedziałem i wstałem prostując z trudem obolałe nogi.

- Dziadku – odezwała się wnuczka.

- Słucham?

- Dlaczego nie mieszkasz z babcią?

Dobre pytanie. Bystre dziecko. Usiadłem z powrotem.

- Po dwudziestu latach małżeństwa okazało się, że nie pasujemy do siebie.

- Po dwudziestu? – wnuczek gwizdnął z wrażenia. – Szybko się zorientowaliście.

Zwiesiłem głowę.

- Babcia ma rację, drogie dzieci, mówiąc, że nigdy nie grzeszyłem intelektem i bystrością. Nie wiem tylko, dlaczego ona tak długo ciągnęła nasz średnio udany związek.

- Dziadku?

Wnuczka chwyciła mnie za dłoń.

- Tak?

- To prawda, że jutro obchodzisz siedemdziesiąte urodziny?

Wzruszyłem się. Pamiętały!

- Tak, kochanie...

- Babcia przysłała ci prezent – powiedział wnuczek.

Powiodłem wzrokiem za jego ręką. To był motor. Wielki, chromowany harley, napędzany kosmicznym paliwem. Na baku miał wygrawerowane logo Motorhead. Jednak nie stalowa bestia wywarła na mnie największe wrażenie, a siedząca na niej blond włosa piękność w obcisłych skórach.

- Babcia powiedziała, że motor i dziewczyna należą do ciebie.

- Ale ja się nigdzie nie wybieram, drogie dzieci.

Dziewczynka zachichotała.

- Przeciwnie – odparł chłopczyk tonem, który nie znał sprzeciwu.

W dłoniach malca zobaczyłem zielony klejnot. Loknar.

Więc tak wygląda koniec bóstwa? Nic nadzwyczajnego. Nawet dreszcz mnie nie przeszył.

Zszedłem z werandy. Żałowałem tylko jednego – że pozwoliłem sobie na zestarzenie się, chociaż mogłem zachować wieczną młodość. Ech, chciałem być po prostu ludzki. W rezultacie byłem stary, schorowany, sflaczały. Zmarnowałem życie. Zamiast wykreować dziwny, barwny i ekscytujący świat, wybrałem zachowawczą, stereotypową i w miarę bezpieczną rzeczywistość amerykańskich bezdroży i zagubionych w pustynnej przestrzeni miasteczek, a Perełka poparła mój wybór, mając jak ja dość spoglądania co dzień śmierci w oczy. Cóż, trudno być bóstwem, jeśli wcześniej było się śmiertelnikiem z płytką wyobraźnią.

- Jedź dziadku – powiedziały moje wnuki – jedź najszybciej, jak to możliwe. Babcia powiedziała, że z wielką przyjemnością przejmie twoją rolę i odmieni oblicze tej ziemi, a my z chęcią pomożemy staruszce. Dobiła targu z Loknarem. Twój czas minął. Zbudujemy bez ciebie nowy, lepszy świat.

Wsiadłem na motor. Dziewczyna objęła mnie w pasie.

Luzacki feeling, wiatr we włosach, piasek w zębach, oczy zasłonięte lustrzanymi goglami, na tyłku obcisłe skórzane spodnie, pysk głupawo uśmiechnięty, za plecami rozmarzone dziewczę o łatwo zaspokajalnych potrzebach. Czego więcej można chcieć, pędząc bez celu na żłopiącym kosmiczne paliwo harleyu? Świata nadającego się do przejażdżki. Loknar o tym wiedział. Moja była żona również. Sęk w tym, że oboje zamierzali mi go zabrać.

Już to zrobili.

Więc ruszyłem, nie oglądając się na wnuczęta i nieuchronny koniec.

Brak komentarzy: