wtorek, 28 kwietnia 2009

Pomidorki, diabeł i sorites

Dzień, w którym napisałem recenzję debiutanckiego nie-debiutu bezczelnie roz-starczonych starością starych wyjadaczy z reanimowanego pod inną nazwą Black Sabbath, był kolejnym dniem, w którym w mającej wiele wspólnego ze stosem Polsce nadal nie wykonano kary śmierci na jakimkolwiek z osadzonych morderców, a ja nie uśmiechnąłem się na myśl, że właśnie teraz, w tej oto chwili, tuż po moim przebudzeniu, w mdłym blasku świtu wieszają chociażby jednego z nich - złodziei życia, dla których w rodzimym kodeksie karnym nie przewidziano sprawiedliwej kary.

Stos, wspomniany porównawczo w kontekście Polski, nie jest - pewnie kogoś rozczaruję - metaforą jakiejkolwiek sytuacji - trwającej, narastającej lub panującej - gdziekolwiek w obrębie nieostrych granic państwa, w którym, siedząc przy stole, napisałem te słowa - jakieś kilka godzin po beztrupim przebudzeniu. Tamtego dnia myśląc o stosie za-piłem do Ungerowskich argumen-soryt-ów, którymi ten prześmiewczo poważny filozof analityczny jakże analitycznie, krok po kroku, dowodził (formalnie bez zarzutu) w artykule 'Skepticism and Nihilism' , że żadna osoba (łącznie z nim samym) nie wie, że istnieje.

W oparciu o argument stosu, skonstruowany albo za pomocą modus ponendo ponens (MPP), albo za pomocą MMP i dictum de omni, można wyprowadzić np. tezę np. o tym, że nie istnieje Ziemia lub tezę o tym, że 15 milionów ofiar powikłań wywołanych Hiszpanką nie konstytuuje epidemii lub tezę o tym, że nikt nie jest łysy (wysoki, niski, chudy, gruby) lub tezę o tym, że nie istnieje coś takiego jak państwo lub - wspominany już - stos (kamyczków, muszelek, guzików, kawałków drewna, jakikolwiek). Złodziej może argumen-soryt-ować, że kradzież, dajmy na to, miliona złotych cechuje się niską społeczną szkodliwością. Natomiast przed złotoustym draniem tudzież złotoustą dranicą (samicą drania, większą, szybszą i generalnie groźniejszą niż jej bardziej włochaty partner) pełniącą rolę adwokata argumen-soryt-owanie otwiera bezpłatną drogę do tezy, że zadanie osobie zatrzymanej za popełnienie występku tysiąca uderzeń pięścią nie stanowi przesadnego użycia siły ze strony policjanta*. Zwolennikowi stosowania wobec dzieci klapsów w roli środków wychowawczych mający odpowiednią treść argumen-soryt pozwoli wyprowadzić wniosek, że jeśli zadanie jednego po drugim dwóch klapsów jest moralnie dopuszczalne, to zadanie tysiąca w ten sam sposób również. Przeciwnikowi przyda się zaś do wyprowadzenia tezy, że jeśli zadanie jednego po drugim tysiąca klapsów jest moralnie niedopuszczalne, to niedopuszczalne moralnie jest także zadanie jednego klapsa.

Eubulides byłby pewnie zaskoczony słysząc, do jakich celów można wykorzystać obmyślony przez niego paradoks stosu. Nie wiem, czy zaskoczyłoby go Ungerowskie rozwiązanie owego paradoksu polegające w gruncie rzeczy na uznaniu, że wniosek każdego negatywnego argumen-sorytu jest prawdziwy, zaś kategoryczna przesłanka odpowiadającego mu pozytywnego argumen-sorytu fałszywa, a tym samym na uznaniu, że pojęcia nieostre - w tym pojęcie osoby, stołu, chmury, państwa, epidemii, suszy, nadmiernego użycia siły, czynu o niskiej szkodliwości społecznej, czynu moralnie dopuszczalnego - są puste. Rozwiązanie za swą oszczędność płacące daleko idącą nihilistyczną demolką zarówno zdroworozsądkowych obrazów świata, jak i niektórych naukowych teorii i koncepcji, w tym również tych na bakier ze zdroworozsądkowym postrzeganiem świata.

Tamtego dnia wśród ziemskich filozofów nadal nie było konsensusu w sprawie właściwego rozwiązania paradoksu stosu. Jedni opowiadali się za teorią nadwartościowania, inni za teorią podwartościowania, niektórzy brali stronę epistemologicznej teorii nieostrości, byli też i tacy, którzy za właściwe rozwiązanie brali koncepcję nieostrej trójwartościowości, odwołującą się do logiki trójwartościowej Kleenego**, albo stwierdzali, że właściwym rozwiązaniem paradoksu stosu jest to, które przyjmuje, że nieostrość lingwistyczna jest skutkiem nieostrości metafizycznej (ontologicznej) świata***. Był wreszcie Unger. I inni zwolennicy rozwiązania nihilistycznego.

Cóż, pod tym względem był to dzień jak każdy inny w długo-krótkiej historii podwójnie sapiensiej ludzkości. Nadal były pewne kwestie, w których pewni ludzie żywili odmienne przekonania. Tak sobie płyciutko dumałem, zanim zasiadłem do śniadania, w którym prym wiodły połyskujące czerwienią pomidory rozłożone a-wstydnie na plasterkach indyczej szynki zwisającej mięsistymi płatami po czterech stronach tostowej kromki. Brodzikowe rozważanka nie popsuły mi apetytu. Kanapki spałaszowałem do ostatniego żywego pomidorka, nie biorąc jeńców nawet w postaci rozmazanych na talerzu smug masła. Gdy tylko naczynia wylądowały w zmywarce - sprzęcie AGD nadającym się wręcz doskonale do fundowania znienawidzonym skrzatom zabawy rodem z parku wodnego o wysokim współczynniku śmiertelności - zasiadłem przed laptopem i w dopiero co utworzonym pliku tekstowym napisałem "Jedno jest pewne". Mając w pamięci nieblaknące wspomnienie Ungerowskiego argumentu na rzecz sceptycyzmu epistemologicznego napisałem to bez zwyczajowej pewności siebie, zmagając się z wyrzutami gwałtownie i raczej niedobrowolnie przebudzonego sumienia, dotąd drzemiącego gdzieś poza zasięgiem moich myśli.

Tak więc tamtego dnia co najmniej jedno było dla mnie pewne. Diabeł, którego znamy, powrócił w składzie odpowiedzialnym za ‘Heaven and Hell’ (1980)****, ‘Mob Rules’ (1981) i ‘Dehumanizer’ (1992) z albumem, który spędzi sen z powiek niejednego moralisty. Pomyślałem, że burzliwie czerwona okładka z Luckiem dzierżącym w swej szponiastej dłoni krzyż z bezgłowym ciałem, do którego oddano kilka serii z pistoletu na nine inch nails. pod niejednym świątobliwym czerepem wywoła jednoznaczne skojarzenia. Nie, nie za-piłem w tej myśli o treści przełożonej na zdecydowanie za długie dla pewnych czytelników zdanie do preachers o nozdrzach reagujących nerwowymi skurczami na wszystko, co w dowolny sposób nawiązuje do Złego z ich ulubionej mitologii. Odniosłem się do ludzi, którzy oczekiwali, ba! wręcz cieszyli się (albo symulowali oczekiwanie lub radość) z tego, że nowy album Black Sabbath będzie ZŁY, skoro zespół – co prawda pod innym szyldem – zaadaptował na okładkę obraz szwedzkiego malarza Pera Haagensena zatytułowany wymownie ‘Szatan’, zaś swoje logo, czyli skrzydlatego demona, przyozdobił liczbami 25 i 41 (wskazującymi na pewien werset z Księgi Mateusza).

Po przesłuchaniu płyty i przestudiowaniu książeczki z tekstami, okazało się, że z przyjemnością rozmiarami zbliżoną do kuli ziemskiej muszę ich rozczarować. ‘Devil You Know’ to album zawierający ciężką, potężną i posępną muzykę, zła jednak w tym za-doom-anym heavy metalu jest mniej więcej tyle, ile wstrzemięźliwości w nocnych klubach na Ibizie. Lucek z okładki – tym razem wyposażony w wyjątkowo szkaradną facjatę, z której wystają trzy rozwidlające się na końcach języki, co być może ma wskazywać na jego lingwistyczne zdolności – sugeruje piekielny wyziew, a tu niespodzianka: na krążku nie ma wyziewu, tym bardziej piekielnego. Muzyka i teksty są względnie grzeczniutkie (choć nie ma w nich nic o smokach, tęczy i elfach), natomiast ta pierwsza, dla wielu – choć nie są analfabetami – najważniejsza, grzeszy nadto konserwatyzmem. Nie politycznym, rzecz jasna, lecz twórczym – polegającym na realizowaniu wymogów dość znacznie już wyeksploatowanej konwencji. A że Heaven and Hell realizują Jaśnie Panią Heavymetalowość profesjonalnie, ze znawstwem i kunsztem charakterystycznym dla starych wyjadaczy, to nie mam podstaw, aby narzekać lub – co jest jeszcze bardziej żałosne – pouczać zespół. Tym bardziej, że byłoby to pouczanie zespołu, którego liderem jest człowiek odpowiedzialny za sprowadzenie na nasz świat Jaśnie Pani Heavymetalowości.

W tekstach, które, jak wspomniałem, są wolne od afirmacji diabelstwa (choć już nie od odniesień do niego), znajdziemy refleksję liczącego sześćdziesiąt siedem wiosen Dio nad podłościami świata współczesnego przystrojoną w popową wersję metaforyki potępienia i zbawienia, w muzyce zaś wzmiankowany już powrót do przeszłości. Osoby, które czekały na powrót do czasów ‘Heaven and Hell’ (1980) oraz ‘Mob Rules’ (1981) mogą poczuć się zawiedzione, gdyż nowemu dziełu Iommi’ego i spółki najbliżej jest do kultowego w pewnych kręgach ‘Dehumanizer’ (1992). ‘Devil You Know’ jest cięższy i mroczniejszy niż ten ostatni. Co prawda, na ‘Dehumanizer’ na dziesięć utworów tylko dwa – ‘TV Crimes’ i ‘Time Machine’ – zostały zagrane szybciej, na przebojową nutę, a dla na ‘Devil You Know’, dla porównania, aż trzy – mianowicie: ‘The Turn Of The Screw’, ‘Eating The Cannibals’ i ‘Neverwhere’, ale nawet te trzy szybsze kawałki nie tracą nic z masywności i posępności zdecydowanie wolniejszych ‘Atom and Evil’, ‘Fear’, 'Bible Black' (singiel), ‘Double The Pain’ czy ‘Follow The Tears’. Nawet ‘Eating The Cannibals’ (warto zwrócić uwagę na jego kulinarno-polityczną treść) – arcyprzebojowy w kontekście takich doomowych buldożerów jak otwierający album ‘Atom and Evil’ i zamykający go ‘Breaking Into Heaven’ - ma ten sam, co i one hipnotyczny szlif bijący od cyrkulujących żywiołowo riffów Iommi’ego.

Iommi w formie wręcz piekielnej. Riffuje tak, jakby świat miał się skończyć lada dzień. A niekiedy tak, jakby od jego monstrualnej riffiady zależał los rzeczywistości. Jakby każdy zagrany przezeń mamuci riff był jednym z filarów podtrzymujących przegrywający z entropią świat. Riffuje tak, aby za każdym recenzenckim „jakby” porównanie skręcało ku pojęciom rzeczy rozległych, masywnych, ciężkich, olbrzymich, wykonanych z rozmachem iście kosmicznym. Niemalże siedemdziesięcioletni Dio, a raczej DIO, bo to wielki mały człowiek, śpiewa w charakterystycznym dla siebie stylu, jakby starość omijała go szerokim łukiem – pewnie dlatego, że mały wielki człowiek mający na sumieniu piosenki o smokach, tęczy i elfach, nie wspominając już o piosnce o pewnym nurku ze świętością będącym za pan brat, nie zapuszcza się w wysokie rejestry, a w niższych jego głos nadal brzmi mocno, głęboko, młodzieńczo. Geezer Butler swą grą na świetnie nagłośnionym basie – grą zadziorną, dynamiczną – nadaje majestatycznym utworom, w których prym wiodą monstrualne riffy Iommi’ego i na ogół wooooooolny śpiew Dio, dynamiczny szlif niezbędny do uniknięcia przez słuchacza nudy. Vinny Appice jest. Po prostu. Wybija sprawnie rytm. I tyle można o nim uczciwie napisać.

Odpowiedź na pytanie, które z głębin mózgu przecisnęło się na usta niejednego czytelnika napisanej tamtego dnia recenzji nadal brzmi „Nie”. Nie, nie, i jeszcze raz nie. ‘Neon Nights’, ‘Heaven and Hell’, ‘The Sign Of The Southern Cross’, ‘Mob Rules’ czy ‘Falling Off The Edge Of The World’ – nie, na „debiucie” Heaven and Hell nie ma kawałków, które mogłyby zostać tak zmitologizowane, a w rezultacie osiągnąć tak kultowy status jak wymienione. ‘Devil You Know’ to przykład więcej niż solidnego rzemiosła, dzieło fachowców, jednak nie genialne.

Wypruwszy z siebie powyższe myśli, nadawszy im ładu i składu, przystąpiłem do pisania recenzji. Do widniejącego na ekranie monitora zdania "Jedno jest pewne" dopisałem kolejne: "Diabeł, którego znamy, powrócił w składzie odpowiedzialnym za ‘Heaven and Hell’ (1980)****, ‘Mob Rules’ (1981) i ‘Dehumanizer’ (1992) z albumem, który spędzi sen z powiek niejednego moralisty". Następne zdania same pchały się na ekran. Recenzję zakończyłem tak, dość banalnie, muszę przyznać: "Jeśli nie oczekiwaliście, że ‘Devil You Know’ zasłuży na miano dzieła genialnego, a chcecie posłuchać czegoś, co bez żadnej skazy łączy w sobie epickość ‘Heaven and Hell’ (1981) z ciężarem przerastającym ten znany słuchaczom ‘Dehumanizer’ (1992), to, rzecz jasna, sprawcie sobie (najlepiej drogą kupna) tę płytę".

Kiedy wstałem od stołu, na którym leżał laptop, było tuż przed południem. W domu panował przyjemny chłód, ostro kontrastujący z gorącem, które zagarnęło ogród i okolicę o nieostrych granicach. Kawa, pomyślałem i ruszyłem do kuchni, mijając się w drzwiach z gubiącą sierść Alzą. Labradorka merdała ogonem i mruczała niepokojąco, skupiona, jak odgadłem, na paterze z dorodnymi pomidorkami. Ale nie o moje ulubione warzywa jej chodziło, nie nimi się przejęła na tyle, by zjeżyć przetrzebioną sierść i, gdy do niej dołączyłem, obnażyć bohatersko kły. Udałem, że nie zauważyłem dziwnego zachowania psa i podszedłem do okna. Odsunąłem firankę i zacząłem cicho pogwizdywać.

Człowiek, który przesłuchał daną płytę tylko jeden raz, nie poznał jej zawartości na tyle, aby móc ją rzetelnie ocenić. Jeśli człowiek, który przesłuchał daną płytę tylko jeden raz, nie poznał jej zawartości na tyle, aby móc ją rzetelnie ocenić, to człowiek, który przesłuchał daną płytę tylko dwa razy, nie poznał jej zawartości na tyle, aby móc ją rzetelnie ocenić. Zatem człowiek, który przesłuchał daną płytę tylko dwa razy, nie poznał jej zawartości na tyle, aby móc ją rzetelnie ocenić.

Powtarzamy to rozumowanie 1000 razy i otrzymujemy wniosek, że człowiek, który przesłuchał daną płytę tylko tysiąc razy, nie poznał jej zawartości na tyle, aby móc ją rzetelnie ocenić. Zadrżałem na myśl o tym, co by się stało, gdybym przeprowadził tę argumentację we właściwy sposób. A potem błyskawicznie sięgnąłem za paterę, strącając na blat dwa pomidorki. Pochwycony skrzat wbił pazury w moje palce, a gdy to nic mu nie dało, zaczął swym piskliwym głosikiem szeptać jakieś zaklęcia.

-Skrzat, z którego ciała zabrano jedną komórkę, nadal będzie istniał. Jeśli skrzat, z którego ciała zabrano jedną komórkę, nadal będzie istniał, to skrzat, z którego ciała zabrano dwie komórki, nadal będzie istniał. Zatem skrzat, z którego ciała zabrano dwie komórki, nadal będzie istniał...

Tym razem argumen-soryt-owałem na głos, zginając palce lewej dłoni, aby uzyskać pożądany efekt. Kiedy doszedłem do tysiąca komórek, skrzat zamigotał, zajaśniał, a potem zaczął robić się przeźroczysty. Zamilkłem. Jednak nie dlatego, że jego błagania wzbudziły we mnie litość. Po prostu zmieniłem zdanie. Podszedłem do zmywarki, wyjąłem z niej talerz i czerwony kubek-reklamówkę. Wrzuciłem do środka skrzata i wybrałem standardowy program.

-Popełniłeś błąd zadzierając z moimi pomidorkami.

Zanim zatrzasnąłem drzwi zmywarki, machnąłem mu przed wykrzywioną w skrajnym przerażeniu twarzą, odznaką zawodu znienawidzonego przez wszystkie skrzaty. Urządzenie zaczęło powoli wypełniać się wodą. Pogłaskałem Alzę po głowie i wróciłem do salonu, aby upewnić się, że recenzja nie zawiera błędów.

11 i pół godziny później rozpoczął się kolejny dzień bez wykonania kary śmierci.


*********


* L. R. Baker, Methaphysics of Everyday Life. An Essay in Practical Realism, Cambridge Uniwersity Press, Cambridge 2007, s. 138-140.

** J. Odrowąż-Sypniewska, Zagadnienie nieostrości, Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2000, s. 111-145.

*** L. R. Baker, Methaphysics of Everyday Life. An Essay in Practical Realism, s. 123-132.

**** Na albumie 'Heaven and Hell' na perkusji zagrał Bill Ward.





4 komentarze:

max pisze...

super tekst, nie wszystko zrozumiałem na tyle ile by autor zapewne sobie życzył (czytałem raz, a czytając raz...)
pozdrawiam

Bartek (BD) pisze...

A dziękuję, dziękuję. :) Też czasami odnoszę wrażenie, że nie wszystko z tego, co w nim zawarłem rozumiem. :)

Pozdrawiam

max pisze...

Zastanawiam się po prostu jak często autorzy tak dobrych a zarazem wieloznacznych tekstów (przynajmniej dla mnie) postrzegają ludzi którzy to odbierają.

Czy na przykład nie sprawia im zawodu to że mało komentarzy pojawia się pod tekstem- czy to w ogóle jest istotne.
bądź co bądź pierwszy raz spotkałem się z takim połączeniem muzyki i treści.

Dla mnie to wielki plus bo ostatnio jestem w plecy z nowościami a takie recenzje to miód na moje...no właśnie co- pewnie oczy :)
w każdym razie czytam już od jakiegoś czasu, ale z braku wartości dodanej w moich komentarzach (in spe) nie pisałem :)

p.s gdzieś widziałem że przymierzasz się do pisania lekkiego podręcznika filozofii - ja się piszę od razu jakby co :)
Co tu kryć, jak byłem młodszy to zaczynałem od "Świata Zofii", o której co by nie móiwć dała jakiś rzut na historię filozofii innym - dziecięcym okiem

Z tym, że piszę to ze swojej pozycji- laika (tak,to asekuracja:)), nie wiem jak na to patrzą osoby na co dzień się tym zajmujące

pozdrawiam

Bartek (BD) pisze...

"Zastanawiam się po prostu jak często autorzy tak dobrych a zarazem wieloznacznych tekstów (przynajmniej dla mnie) postrzegają ludzi którzy to odbierają. Czy na przykład nie sprawia im zawodu to że mało komentarzy pojawia się pod tekstem- czy to w ogóle jest istotne. bądź co bądź pierwszy raz spotkałem się z takim połączeniem muzyki i treści".

Mógę mówić tylko za siebie - nie, nie sprawia mi zawodu brak komentarzy pod moimi tekstami. Po prostu, piszę o tym, co lubię, w takiej formie, jak lubię i wieszam to od czasu do czasu na blogu, świadomie założym na blogspocie, gdzie, jak mi się zdaje, ruch panuje niewielki. Lubię miejsca kameralne. Jeśli ktoś skomentuje negatywnie lub pozytywnie jaiś mój tekst - to ok. Będzie mi bardzo miło.

"Dla mnie to wielki plus bo ostatnio jestem w plecy z nowościami a takie recenzje to miód na moje...no właśnie co- pewnie oczy :) w każdym razie czytam już od jakiegoś czasu, ale z braku wartości dodanej w moich komentarzach (in spe) nie pisałem :)"

:) Bardzo się cieszę, ża mam stałego czytelnika.

"p.s gdzieś widziałem że przymierzasz się do pisania lekkiego podręcznika filozofii - ja się piszę od razu jakby co :) Co tu kryć, jak byłem młodszy to zaczynałem od "Świata Zofii", o której co by nie móiwć dała jakiś rzut na historię filozofii innym - dziecięcym okiem"

Dzięki. Na razie zbieram materiały i zastanawiam się nad koncepcją tego dziełka. Ma być lekko, niestandardowo, klarownie i... szczerze. :)

"Z tym, że piszę to ze swojej pozycji- laika (tak,to asekuracja:)), nie wiem jak na to patrzą osoby na co dzień się tym zajmujące"

Znam takich speców od filozofii, co książkami pokroju "Świata Zofii" gardzą, mówiąc, że to rzecz napisana nieprofesjonalnie. Po mojemu, nie mają racji. Nie każde wprowadzenie do filozofii musi być podręcznikowym odpowiednikiem monotonnej wędrówki przez tchnący nudą pejzaż. Książka Gardnera z pewnością nie jest, co zaliczam jej na plus.

Pozdrawiam