czwartek, 2 lipca 2009

Nędzarze

"Nędzarzy" napisałem w maju 2007 roku. Opowiadanie trafiło na łamy portalu TerraFantastica. Strona portalu przestała działać. Dlatego opublikowałem je u siebie.

1.


Wieczór nie był parny, a poranek upalny. Nie musiałem zadzwonić do żony ani odwiedzić dziecka. Nie planowałem dotrzeć do baru na drugim końcu miasta, aby strzelić strzemiennego lub upić się do nieprzytomności z powodu kobiety. Żony i dziecka nie miałem, a od alkoholu (choć nie od barów) stroniłem. Pijałem głównie kawę i mleko. Prawdę mówiąc, było wczesne popołudnie – znów zbyt późno wyszedłem z mieszkania – a temperatura nie przekraczała osiemnastu stopni. Słońce wędrowało za zwiewnymi chmurami, dodatkowo wiał delikatny, rześki wiatr. Dlatego Bydgoszczanie – ci, którzy mieli urlopy lub wakacje, głównie szkolna młodzież i matki z dziećmi, rzadziej tatusiowe – zapełnili tłumnie miejskie parki i inne kwitnące zielenią, zacienione miejsca.

Po parku Witosa niósł się gwar rozmów prowadzonych w grupkach przez wypoczywające matki, krzyki dzieciarni okupującej place zabaw i odgłosy meczu rozgrywanego na piaszczystym boisku przez kajtków z okolicznych bloków. Chłopcy udawali, że są znanymi piłkarzami, oczywiście nie z rodzimej reprezentacji (nic dziwnego po pokazie jej umiejętności na początku trwających jeszcze mistrzostw), i śmigali między zaimprowizowanymi z patyków bramkami, walcząc zaciekle o starą piłkę, po której wyglądzie wnosiłem, iż pamięta ona czasy schyłkowej komuny. Nie było mi spieszno, mimo że powinno. Zanim wyszedłem, wpadła do mnie sąsiadka, pani Mela, lat trzydzieści dwa, całkiem zgrabna mamusia sześcioletniego Kazia, i wsunęła w moją dłoń kartkę z listą zakupów. Nie potrafiłem odmówić. Nigdy jej nie odmawiałem. W rezultacie co drugi dzień, z wyjątkiem weekendów, gdy tatusiowałem Kaziowi, przynosiłem pani Meli dwie, trzy siatki wypełnione artykułami spożywczymi i drogeryjnymi. Cukier, mąka, chleb, bitki wołowe i tampony lub podpaski. Zysk z tego czerpałem tylko jeden – darmowe obiady w soboty i niedziele. I nic więcej. Szkoda, bo sąsiadka naprawdę była wystrzałowa, jak to mawiano w odległych czasach mojej młodości – piersiasta, w dupeczce nie za wąska, mile zaokrąglona, o całkiem ładnej twarzy, której jedynym mankamentem, przynajmniej w moich oczach, był nos - ni to rzymski, ni to kartoflany, niezdecydowany w każdym razie. Z jednej strony patrycjat, z drugiej, już mniej atrakcyjnej, zabita dechami wioska.

Był jeszcze mąż pani Meli, pan Tadeusz; dla przyjaciół Tadek, dla wrogów – Łomot, aktualnie w więzieniu, skazany przed pięcioma laty za rozbój i ciężkie pobicie. Sąsiadka niewiele o nim mówiła. Zapytałem ją kiedyś, czy Tadeusz nie będzie zły, gdy dowie się, iż przez okres jego odsiadki gościła na obiadach innego mężczyznę? Nie doczekałem się odpowiedzi. Zapewne udała, że nie słyszała pytania.

Uśmiechając się grzecznie do najładniejszych mam, zmierzałem wolnym krokiem do kamienicy, której stary i zniszczony front górował nad placem położonym obok parku, zaraz przy budynku Filharmonii Pomorskiej. Zakupy mogły poczekać. Pani Mela, jak większość kobiet, nie potrafiła zrozumieć, że mężczyzna lubi wędrować od punktu A do punktu B. Jeśli ma iść do sklepu, to nie interesuje go nic innego; żadna pralnia, żadna apteka, żaden kiosk, bez względu na to, czy któryś z tego typu obiektów znajduje się po drodze. Jesteśmy prości! Lubimy nieskomplikowane kobiety! Nie cierpimy zbaczać z raz obranej drogi! To są ponadczasowe prawdy! Naprawdę tak trudno to pojąć? Dla mojej sąsiadki było oczywiste, że mogę wyświadczyć jej zawodową przysługę, o którą poprosiła mnie w zeszłym tygodniu, oraz zrobić przy okazji zakupy, najlepiej przed dotarciem do kamienicy! Dobre! Nie skomentowałem pomysłu pani Meli. Z sympatii dla tej bądź co bądź dobrej kobiety ugryzłem się boleśnie w język.

Kamienica wymagała remontu i to niezwłocznego. Zanim zdyszany i zlany potem dotarłem na ostatnie piętro, moja letnia marynarka zdążyła pokryć się tynkiem spadającym ze stropu, spodu schodów i ścian, na których widniały wykonane farbą bohomazy. Śmierdziało tutaj odchodami, kocimi najpewniej, może też szczurzymi, potem (głównie moim) i wyglądającą z każdego zakamarka starością. Miasto już dawno powinno wywłaszczyć lokatorów, w większości żuli, budynek gruntownie odnowić lub wyburzyć, a na jego miejscu postawić nowy, zbliżony stylem bądź całkowicie nowoczesny – dla kontrastu. Przynajmniej straż miejska, po interwencji tutejszych dziennikarzy, wykurzyła z parku lokalną żulernię. Koniec z upijaniem się tanimi winami na parkowych ławkach i z nagabywaniem innych parkowiczów o pieniądze. Z dobrze poinformowanych źródeł wiedziałem, że w nieoficjalnej części akcji miało miejsce skromne pałowanko.

Przetarłem czoło chusteczką higieniczną i zapukałem do drzwi. Na piątym piętrze było tylko jedno zamieszkane lokum. Wejścia do pozostałych dwóch zabito z jakiegoś powodu dechami i żelaznymi sztabami, a sztaby i niektóre deski upaćkano czerwoną farbą. Ponowiłem pukanie.

Odpowiedziała cisza.

Ostrożnie nacisnąłem klamkę, a drzwi odskoczyły od framugi. W moje nozdrza uderzył potworny fetor. Sklep spożywczy, zwłaszcza klimatyzowany, pachnie przyjemniej. Może naprawdę powinienem pójść na zakupy? Zatkałem nos chusteczką i wszedłem powoli do ciasnego i długiego korytarza, w którym po obu stronach znajdowały się przejścia do pokojów. Ostrożnie ominąłem leżący na brudnym dywaniku przy szafce na buty stos butelek po wódce i winiaczach i zacząłem uważnie nasłuchiwać. Nic. Jedynie ten cholerny fetor wzmagany duchotą - mieszkanie nie było od dawna wietrzone. Sprawdziłem kolejno wszystkie z czterech drzwi. Tylko drugie po lewej stronie nie zostały zamknięte od środka. I to nie zza nich śmierdziało najbardziej.

Zajrzałem do pomieszczenia. Kiedyś była to sypialnia, teraz - barłóg niegodny nawet świń. Smród moczu, gówien, alkoholu z niedopitych butelek, które zaściełały podłogę, resztki jedzenia, wymiociny. W łazience, do której prowadziły drzwi z sypialni, znalazłem martwego szczura. Leżał na boku z rozszarpanym gardłem. To pewnie kocia robota, pomyślałem i wróciłem na korytarz. Kuchnia – usytuowana naprzeciwko drzwi wejściowych – prezentowała się jeszcze gorzej. Pani Mela załamałaby się takim widokiem. Dla niej kuchenny zakątek był miejscem świętym. Ostatnim bastionem rozbitej rodziny. Zniesmaczony, pokręciłem głową. Szczerze współczułem przyjaciółce mojej sąsiadki. Naprawdę.

Pieniądze znalazłem na łóżku. Leżały pod poduszką, zwinięte w rulon.

Wróciłem pod pierwsze drzwi z prawej. Przyłożyłem do nich ucho. Coś skrobało po podłodze lub ścianie. Zaczęło dyszeć. Pies? W takim miejscu?! Biedaczek! Wyjąłem z kieszeni komplet wytrychów i zabrałem się za pordzewiały zamek. Przełknąłem ślinę. Nie ukrywam, że bałem się. Byłem tylko człowiekiem, w dodatku mężczyzną, i to z nadciśnieniem, nadwagą, kiepsko ubranym, zbliżającym się za szybko do pięćdziesiątki. W portfelu nosiłem karnet na siłownię, wykupiony pół roku temu. Poszedłem tam tylko raz, aby obejrzeć salę ćwiczeń i zapoznać się ze sprzętem. Żadnego treningu. Nie mogłem powiedzieć, że dbałem o siebie. Cokolwiek skrobało za tymi drzwiami – pies lub żul – mogło z łatwością powalić mnie na ziemię i dać nogę.

- Skup się! – szepnąłem do siebie.

Otworzyłem drzwi. Szkoda, że tak bezceremonialnie, bo zabrakło mi czasu na oswojenie się z tym, co czekało na mnie po drugiej stronie, w głębi pokoju, obok okna wpuszczającego na podłogę plamę światła.

Nie było to nic strasznego, prawdę mówiąc, lecz coś kompletnie niepasującego do meliny. Blondynka około metra siedemdziesięciu, opalona, zgrabna, z tyłeczkiem apetycznie zarysowanym pod krótką sukienką. Stała do mnie bokiem, wyprostowana, prawą rękę opierała o spękaną framugę i skrobała o nią długimi, białymi paznokciami z akrylu. Patrzyła na łóżko ustawione pod ścianą zalepioną plakatami z pisemek pornograficznych.

Gapiłem się bezmyślnie na dziewczynę, oniemiały, zaskoczony, ogłupiały, zapomniawszy o celu, w jakim zjawiłem się w kamienicy. Przestałem zważać na fetor, a muszę dodać, że nie był to zwyczajny fetor – rodem z pijackiej speluny, przetwórni ryb czy bijący od bezdomnego, który wypiął się na higienę. W pokoju śmierdziało trupem. Pachniało również perfumami nieznajomej.
Blondynka zerknęła przez ramię.

Nie powinienem był patrzeć jej w oczy. Spojrzawszy, poczułem, że do końca życia nie zapomnę wyzierającej z nich rozpaczy. Pani Mela miała rację. Trzeba było zrobić zakupy, a do kamienicy udać się później. Może wtedy nie spotkałbym nieznajomej blondynki oraz nie utraciłbym przytomności od silnego ciosu w kark.

Świat pociemniał znienacka.

2.

Ocknąłem się na podłodze, zakneblowany, związany, ciśnięty w kąt jakiegoś małego i dusznego pomieszczenia, chyba piwnicznego, skoro światło wpadało tutaj przez zakratowany otwór w ścianie po prawej. Nie byłem sam. Naprzeciwko , na drewnianym stołku barowym siedział dryblas w kominiarce. Na kolanach trzymał broń. Rozpoznałem pistolet maszynowy. Na lufie tkwił tłumik. Sytuacja nie napawała optymizmem, a brzęczenie muchy krążącej pod sufitem, wokół ledwo żarzącej się żarówki, doprowadzało mnie do szału. Nie cierpiałem much. Zamaskowanych postaci z bronią automatyczną również, jednak z dwojga złego...

Ktoś otworzył drzwi i zapytał szorstkim głosem:

- Ocknął się?

- Tak – mruknął strażnik.

- Odknebluj więźnia i wyjdź.

Mężczyzna zdarł brutalnie taśmę z moich ust. Przysiągłbym, że uśmiechnął się złośliwie pod kominiarką, z której wyzierały zimne, ciemne oczy. Kwadratowa szczęka, atletyczna sylwetka, sprężysty chód, wojskowy strój. Najemnik, pomyślałem. Ciekawe, ilu jest za drzwiami i co robią w moim rodzinnym mieście? Czy zabili tamtą dziewczynę?

- Odpowiesz na kilka pytań – powiedział drugi zamaskowany facet. Był znacznie niższy od poprzedniego i nie poruszał się tak sprawnie, jak tamten; kulał na lewą nogę. Również jednak miał na sobie militarne ubranie, a w lewej ręce trzymał odbezpieczony pistolet z tłumikiem.

Przytaknąłem nieznacznym skinieniem.

- Kim jesteś?

- Barnaba Ochucki – odparłem – do usług.

Zdenerwowany kpiarskim tonem mojej odpowiedzi, wymierzył we mnie spluwę.

– Słuchaj, to poważna sprawa! Jeśli uznamy, że nam zagrażasz, zabijemy cię, zrozumiano?

- Jasne – odpowiedziałem szczękając na pokaz zębami. Dzięki za cenną informację, dodałem w duchu. Mężczyzna odetchnął z wyraźną ulgą i siadł na stołku.

Jeśli rozmawiałem z mordercą, to z takim, który szukał kogoś lub czegoś. Stąd to przesłuchanie. Inny od razu palnąłby mi w łeb. Oczywiście, mogłem się mylić, wziąłem pod uwagę raptem dwie hipotezy, pozostałe – dziesiątki, jeśli nie setki – zignorowałem, ale od czegoś musiałem zacząć błądzenie. Najlepiej od najgorszego z wiarygodnych scenariuszy. W moim fachu nie każdy błąd popełniony na linii startu można naprawić. Niejeden raz byłem zmuszony brać się za bary ze skutkami błędnych decyzji bądź mylnych hipotez, przełykać bez szemrania, w upokorzeniu, przeciwności losu i przeskakiwać nad kłodami rzucanymi pod nogi przez bliźnich.

- Czym się zajmujesz?

- Jestem prywatnym detektywem.

- Więc nieprzypadkowo byłeś w tamtym mieszkaniu?

- Wykonywałem zlecenie.

- Czyje?

Pracowałem kiedyś z ludźmi, którzy zajmowali się przesłuchiwaniem podejrzanych i świadków, dlatego byłem przekonany, że mój rozmówca nie jest zawodowcem. Profesjonał zdołałby ukryć emocje, a przede wszystkim strach i zdenerwowanie. Nie okazałby słabości w obecności osoby, od której ma wydobyć informacje. Mogłem mieć, rzecz jasna, do czynienia z kiepskim specem od przesłuchań. Tak czy inaczej, bez względu na przyczynę, nie byłem odpytywany profesjonalnie.

- Znajoma poprosiła mnie o przysługę – wyjaśniłem.

- Jakiego rodzaju to miała być przysługa?

- Znajoma ma znajomą. Mąż tej drugiej – moczymorda i damski bokser – nie wywiązał się na czas z alimentów. Obiecałem pójść do niego i je odebrać. Siłą lub po dobroci. To wszystko.

- Przyjacielska przysługa?

- Właśnie. Nic więcej.

- I dlatego zabrałeś pieniądze? Ten rulon banknotów w kieszeni twojej marynarki...

- Tak.

Rozmówca podrapał się pod brodzie.

- Zatem nie znasz tej blondynki?

- Widziałem ją po raz pierwszy.

- Piękna, prawda? – zapytał niespodziewanie.

Zgodziłem się z nim niepewnie.

- Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz?

Wybałuszyłem oczy.

- Skąd?

- Powiedz mi, proszę.

- Po pierwsze, masz broń i nie sądzę, byś nie był w stanie jej użyć. Po drugie, spójrz na mnie! Czy ja wyglądam na osobę mogącą wmieszać się w sprawę, w którą są wplątani faceci z pistoletami maszynowymi? Ledwo zipię, pocę się jak prosię, serce wali mi jak oszalałe, a niebawem w moim kroku pojawi się plama moczu! Po trzecie, znalazłeś w mojej marynarce złożoną w pół karteczkę z listą zakupów?

- Tak.

- Przyjaciółka poprosiła mnie, bym po drodze do kamienicy zrobił zakupy.

- Rozumiem.

Wyszedł na dziesięć minut. Pomyślałem o smutnych oczach blondynki. Było w nich coś niepokojącego. Nie tylko przeraźliwy smutek. Te oczy widziały straszne rzeczy. Okropne. Kto wie, czy nie bardziej śmierdzące niż tamta melina.

- Znakomicie maskujesz się lub mówisz prawdę – powiedział po powrocie.

- Mogę też robić obie te rzeczy na raz... – natychmiast pożałowałem wypowiedzianej uwagi.

Przyjrzał się mi bacznie.

- Mądrze mówisz. Jedna rzecz nie zgadza się w twojej historii. Powiedziałeś, że chciałeś odebrać alimenty siłą lub po dobroci. Siłą? Ty? Człowiek, który ledwo zipie?

- Zadzwoniłbym po znajomych.

- Co to za jedni?

Westchnąłem, zły na siebie. Zdecydowanie za dużo mieliłem ozorem.

- Pomocnicy.

- Więcej...

- Znajomki z lat szczenięcych – skłamałem. – Dorabiają u mnie na boku.

- I to wszystko?

- Nie mam nic do dodania – odparłem hardo.

- To twoje życie.

W jego głosie usłyszałem rozbawienie. Zszedł ze stołka, uklęknął tuż przy mnie i wymierzył broń w moją głowę.

- Przekaż znajomej twojej przyjaciółki, że nie musi już zamartwiać się mężem-pijakiem. Mężuś opuścił ziemski padół.

Świat pociemniał boleśnie.

3.

Ocknąłem się na ławce w parku. Bolały mnie kark i głowa. Tabletka przeciwbólowa była koniecznością. Przetarłem oczy i rozejrzałem się po okolicy. Zostawili mnie nieopodal filharmonii, w niewielkim zagajniku, w którym stały trzy ławki i przepełniony kosz na śmieci. Zegarek wskazywał trzecią po południu. Sprawdziłem kieszenie marynarki. Pieniądze i lista z zakupami były na swoim miejscu. Odetchnąłem z ulgą. Przynajmniej nie musiałem z własnej kieszeni pokrywać alimentów koleżanki pani Meli. Podniosłem się ostrożnie i pokuśtykałem zdrętwiały do najbliższego sklepu spożywczego, aby kupić między innymi zioła prowansalskie.

Po powrocie do domu, zostawiłem zakupy na stole w kuchni i pomaszerowałem do biura. Po drodze wziąłem z barku butelkę wody mineralnej i pustą szklankę. Siadłem wygodnie w fotelu za biurkiem i łyknąłem kolejne trzy tabletki przeciwbólowe.

Biuro prowadziłem w swoim czteropokojowym mieszkaniu z kuchnią i łazienką, a mieszkałem w niedawno odnowionej kamienicy, która sąsiadowała z innymi, również na nowo otynkowanymi i pomalowanymi budynkami z XIX wieku. Na parterze znajdowały się siedziby różnych firm i sklepów, a piętra zamieszkiwały rodziny. Okolnica nie była najgorsza, choć po zmroku nietutejszym groziło mordobicie za sam fakt zameldowania w innej dzielnicy. Podchmielonych obiboków chętnych do rękoczynów nie brakowało. Rzecz jasna, mieszkali tutaj też porządni ludzie, bez kryminalnej przeszłości, uczciwie pracujący na chleb; kilku takich było nawet moimi sąsiadami, ale wśród tubylców dominowały typki pokroju męża pani Meli. Na szczęście miałem zapewnioną nietykalność. Dla ciągle zamroczonych alkoholem nieudaczników byłem powodem do dumy! Rozpowiadali wszem i wobec, że w ich dzielnicy mieszka detektyw, który odnalazł zaginioną córkę prezydenta miasta. To prawda, że prezydent poprosił mnie o odnalezienie córki. Płacił sowicie, więc nie potrafiłem mu odmówić. Jednak to było zwyczajne zlecenie. Prezydent miasta też człowiek. Zgłosił się do mnie jako zatroskany ojciec. Sam. Bez ochroniarzy. Nie występował z urzędu. Nie rozumiałem, dlaczego prasa zrobiła z tego wielką sprawę. W każdym razie moje nazwisko pojawiło się na pierwszych stronach lokalnych gazet. Świetna reklama! Darmowa, co najważniejsze!

Zadzwoniłem do Kocura i podałem mu adres kamienicy, w której mieszkał mąż przyjaciółki pani Meli.

- Grzymskiego 8/14 – powtórzył podwładny.

- Idź tam dzisiaj wieczorem. Zachowaj ostrożność. Najlepiej weź ze sobą Strugata i jakąś broń.

- Czego lub kogo mogę się spodziewać?

- Trupa – odparłem krótko i odłożyłem słuchawkę na widełki.

Ktoś zapukał do drzwi. Domyślałem się, kogo licho przyniosło. Pani Mela przyszła odebrać zakupy i alimenty. Podziękowała mi za trud nieśmiałym pocałunkiem. Wolałbym, aby pocałowała mnie w inne miejsce, bardziej interaktywne niż pokryty drobnym zarostem i bujnymi pejsami policzek.

- Twoja przyjaciółka odwiedza czasami męża?

- Skądże! Nienawidzi szubrawca!

- To dobrze, bo jego mieszkanie to okropna melina. Niebezpieczne miejsce.

Wychodząc, odwróciła się dziarsko na pięcie, więc szybko przeniosłem wzrok z jej bujnego tyłka trochę wyżej, na obfity biust, stamtąd – zakłopotany – na twarz z niezdecydowanym nosem, po czym uniosłem pytająco brwi.

- Jeszcze jedno – powiedziała beztrosko. – Pewnie zauważyłeś, że Kaziu od trzech dni nie biegał po podwórku, a to dlatego, że biedak zachorował na ospę. Lekarz był u niego w zeszłą niedzielę, wieczorem. Mówię ci to, bo nie wiem, czy chorowałeś...

- Dziękuję za ostrzeżenie.

Nie chorowałem ani w dzieciństwie, ani później na ospę wietrzną. Na razie nie czułem swędzenia i nie zauważyłem wybrzuszeń wypełnionych szarym płynem. Poczekam, pomyślałem, ale na wszelki wypadek podreptałem do łazienki i dokładnie obejrzałem klatkę piersiową, ramiona, nogi i plecy (w lustrze) szukając podejrzanych zgrubień. Miałem bladą, naszpikowaną gęsto pigmentem skórę, na której w upalne dni, pomimo stosowania odpowiednich kremów, maści i balsamów, wyskakiwały ropiejące pryszcze, jednak wśród tych ostatnich, które sumiennie zliczyłem, nie dostrzegłem mętnawych pęcherzyków. Zadowolony, wziąłem krótki prysznic, przebrałem się w szlafrok i z kubkiem gorącej kawy w dłoni siadłem przed telewizorem, aby obejrzeć ćwierćfinałowy mecz Brazylii z Francją. Liczyłem na zwycięstwo drużyny Ronaldinho. Postawiłem na nich u bukmachera.

Potrzebowałem pieniędzy. I co z tego, że przed dwoma laty media, i to nie tylko lokalne, okrzyczały mnie bohaterem, skoro moda na moje usługi trwała zaledwie rok. Popularność – rzecz ulotna. Konkurencja nie śpi, a firma wymaga rozbudowy, zatrudnienia nowych osób – Kocur i Strugat na dłuższą metę nie poradzą sobie ze wszystkimi sprawami – wyremontowania biura czy nawet przeniesienia go w inne miejsce, najlepiej do centrum miasta. Bez mamony poszerzenie zakresu usług świadczonych przez agencję BARNABA nie będzie możliwe. Znajomości, kontakty i układy z czasów, gdy pracowałem w bydgoskim wymiarze sprawiedliwości, to nie wszystko. Za badania daktyloskopijne trzeba płacić.

Dotrwałem do drugiej części spotkania. Dłużej nie byłem w stanie oglądać tej katastrofy. As brazylijskiej drużyny grał źle, nie dryblował, nie strzelał bramek, nie walczył o piłkę, podawał niecelnie. Jego koledzy zamiast zawzięcie atakować przeciwnika, snuli się od bramki do bramki, większość czasu gry spędzając na własnej połowie boiska. Żegnajcie pieniążki.

Przełączyłem na mecz Anglii z Portugalią. Też lipa.

Obudziłem się koło czwartej nad ranem. Rozmasowałem zdrętwiały kark i ziewnąłem głośno. Z wiekiem kawa przestawała na mnie działać. Śniła mi się blondynka z meliny. Wyglądała ponętnie. Tylko jej twarz szpecił nos mamy Kazia. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Jedno z wielu milczących prawideł fachu prywatnego detektywa głosi, że jeśli wdepniesz w jakąś wielką sprawę, to niebawem odwiedzi cię osoba mająca jakiś związek z kłopotami, w które się wpakowałeś. Zgoda, ale o świcie?! Założyłem kapcie, poprawiłem szlafrok i przecierając oczy poszedłem do przedpokoju.

Na korytarzu nie czekała tajemnicza blondynka ani najemnicy z bronią maszynową. Stało tam czterech rosłych, krótko obciętych facetów, ubranych w dresy, długie, luźne koszulki i bawełniane bluzy. Wpuszczenie ich do środka nie było rozsądne, gdyby jednak zechcieli, weszliby bez mojego pozwolenia razem z drzwiami i fragmentem ściany.

- Panowie do kogo... – zapytałem, cofnąwszy się poza zasięg ramion osiłków.

Głos zabrał wysoki, barczysty brunet ze złotym łańcuchem zawieszonym na byczym karku.

- Barnaba Ochucki?

- Tak.

- Chcę pana wynająć – odparł.

- Proszę wejść.

Zaprowadziłem gości do biura.

- Kawy?

- Przejdę do sedna – powiedział mięśniak.

Jego koledzy, którzy razem mogli ważyć około pół tony, sprawdzili mieszkanie. Nie miałem nic przeciwko.

Nalałem sobie kawy i usiadłem za biurkiem.

- Szukam tej dziewczyny – podał mi zrobione polaroidem zdjęcie.

Szukał blondynki, którą widziałem poprzedniego ranka

- Kim ona jest? – zapytałem.

- Moją siostrą. Ma na imię Hania ale wołamy na nią Nikola.

- Zaginęła?

- Tydzień temu. Niespodziewanie wyjechała z Warszawy z koleżanką i do dziś nie dała znaku życia.

- Skąd przypuszczenie, że jest tutaj?

- To nie przypuszczenie.

- Zatem co?

- Mój człowiek zadzwonił do mnie wczoraj z samego rana i powiedział, że widział Nikolę w tutejszym klubie o nazwie Osmoza.

Złote cacko na szyi mojego rozmówcy kosztowało co najmniej pięć tysięcy złotych.

-I pan chce, bym ją odnalazł?

-Bingo.

Podrapałem się po brodzie.

- Proszę mi wybaczyć śmiałość – powiedziałem ostrożnie. – Jednak nie rozumiem, dlaczego pan i pańscy ludzie... koledzy... nie możecie zająć się tym sami?

Mężczyzna posłał mi ponury uśmiech. Nie powinno się zadawać takich pytań komuś, kto ma mięśnie wielkie jak głazy, na obu policzkach głębokie blizny, bynajmniej po ospie, i na sto procent kryminalną przeszłość na karku godnym mamuta.

- Ładne biuro – stwierdził osiłek.

Nie wyczułem w jego wypowiedzi zakłamania ani złośliwości.

- Dziękuję.

- Możemy je za chwilę zdemolować – dodał ze stoickim spokojem.

- Rozumiem.

Przełknąłem głośno ślinę. Nie symulowałem strachu.

- Nie lubię niewygodnych pytań - wyjaśnił.

- Muszę je zadawać. To mój zawód.

- Dlatego jeszcze rozmawiamy.

- Dziękuję.

Naprawdę byłem mu wdzięczny.

- Jednak najbardziej nie lubię głupich pytań – spuentował, a ja dostałem gęsiej skórki.

- Proszę mi wybaczyć.

Pokiwał głową i spojrzał na oprawione w ramkę zdjęcie miłości mojego życia, Anny.

- Działamy przede wszystkim w stolicy. Węsząc tutaj, możemy obrazić niebezpieczne osoby. Chcemy uniknąć nieporozumień. Zależy nam na pokoju. Wiem, co zawdzięcza panu prezydent miasta. Czytuję gazety. Poza tym zajrzałem na stronę internetową pańskiej agencji. Umie pan znajdywać ludzi.

Położył na stole grubą kopertę. Przeliczyłem pieniądze. Dziesięć tysięcy złotych. Wygrałbym tyle, gdyby Brazylia nie przegrała meczu.

- To jedynie zaliczka. Na działania operacyjne. Pozostałą kwotę – tu ją wymienił – wręczę panu po wskazaniu miejsca, w którym przebywa moja siostra. Dogadaliśmy się?

Wdepnąłem w śmierdzącą historię. Na szczęście, klient płacił sowicie.

-Tak.

Przygotowałem standardową umowę. Kiedy złożył pod nią podpis, zrozumiałem, że mam do czynienia z bardzo niebezpiecznym człowiekiem. Wypytałem go dokładnie o Nikolę. Istotne informacje zapisałem w notesie. Uścisnęliśmy sobie dłonie i odprowadziłem gości do drzwi.

Wszystko wskazywało na to, że pieniądze, które dostałem od Adama Marlewicza, znanego warszawskiego gangstera, zostały wyprane.

5.

Strugat i Kocur przyszli do biura przed dziesiątą. Obaj byli w wyśmienitych humorach. Oczy mieli podkrążone.

- Przypuszczam, że po wizycie w kamienicy imprezowaliście do białego rana – powiedziałem, gdy zajmowali miejsca za swoimi biurkami.

- Kocur zaliczył brunetkę o męskim wyglądzie – powiedział Strugat, zanosząc się złośliwym śmiechem.

- Nieprawda!

- Nie zaliczyłeś jej? – zapytałem.

- Przeciwnie – oburzył się chłopak. – Kochaliśmy się w u niej w domu, ale krótko obcięte włosy to nie męski wygląd!

- Kochaliśmy! – powtórzył drwiąco Strugat – Wyglądała jak żołnierzyk po przysiędze!

- Spieprzaj!

- Ty spieprzaj!

- Spokój – krzyknąłem! – Bez bluzgów w miejscu pracy!

Zachowaniem przypominali braci, którzy są zdolni pozabijać się wzajemnie o błahostkę, ale nie byli ze sobą spokrewnieni. Kocur, młodszy od Strugata o dwa lata, ukończył Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i od czterech lat próbował dostać się na aplikację adwokacką, a że nie miał w rodzinie adwokata ani żadnego innego prawnika (tylko ojca kolejarza, matkę pracującą w drogerii oraz nastoletnią siostrę, którą podejrzewał o puszczanie się za pieniądze), nadal pracował w mojej agencji. Sądziłem, że byłby lepszym sędzią niż adwokatem. Powierzone obowiązki wykonywał sumiennie i twórczo; prowadzonym sprawom rozwodowym – a te powierzałem mu najczęściej – poświęcał każdą chwilę wolnego czasu, sporządzając szczegółowe i wyczerpujące raporty, w których naświetlał z każdej strony wyniki działań operacyjnych, aby pokazać klientowi, że zdradzający go małżonek znajduje się w złożonej i skomplikowanej sytuacji. Dzięki temu nie wszystkie nasze sprawy o zgromadzenie dowodów na małżeńską zdradę kończyły się w sądzie rodzinnym. Zmysł obserwacji, skłonność do bezstronnego analizowania faktów i zebranych informacji, życzliwość wobec ludzi oraz łatwość nawiązywania z nimi kontaktów, także głębszych znajomości, do tego skromność i pogodny sposób bycia (zmącony od trzech tygodni zachowaniem siostry) – to wszystko sprawiało, że Kocur był cennym pracownikiem i dobrym kompanem.

Strugat to całkowicie inna para kaloszy. Z Kocurem łączyły go wyłącznie praca i zamiłowanie do kobiet. Przy czym o ile ten pierwszy traktował dziewczynę podmiotowo, dostrzegając w niej przede wszystkim osobę, w której mógł się zakochać, o tyle ten drugi – wychowanek bydgoskich blokowisk, zdeklarowany miłośnik rodzimego hip hopu i ulicznych bójek – nieustannie główkował nad zaliczaniem (jego ulubione słowo) kolejnych osiemnastek, dziewiętnastek i dwudziestek; od starszych trzymał się z daleka. Profesorowie prawa z UMK nawet nie przypuszczali, że wśród absolwentów ich wydziału znajduje się ktoś taki, jak Strugat – znakomicie wykształcony, oczytany w międzynarodowej literaturze z zakresu kryminalistyki, kryminologii i medycyny sądowej, a przy okazji wygadany, bezczelny, zadziorny, potrafiący zadbać o siebie w starciu z kilkoma zbirami i szczerze nienawidzący toruńskiego wydziału prawa (uczucie typowe dla absolwenta studiów zaocznych). Chłopak nie planował prawniczej kariery. Chciał natomiast pracować w agencji detektywistycznej oraz pisać powieści sensacyjno-obyczajowe osadzone w polskich realiach społeczno-politycznych. Zatrudniłem go, bo wylegitymował się znakomitymi referencjami, które odchodząc na emeryturę wystawił mój kolega po fachu, Ernest Zakropny.

Opowiedziałem współpracownikom o zleceniu, które przyjąłem od Adama Marlewicza. Nie wspomniałem słowem o przygodzie z blondynką i najemnikami.

- Jutro rano chcę mieć na biurku teczkę z dossier naszego gangstera. To jest twoje zadanie, Kocurze, poradzisz sobie?

- Znajdę na to chwilkę czasu pomiędzy czterema prowadzonymi równolegle sprawami o zdradę małżeńską.

-Spokojnie. Jeśli odnajdziemy siostrę Marlewicza, rozbudujemy agencję, także personalnie. Dowiedz się, jakie legalne interesy prowadzi Marlewicz, gdzie dokładnie skupia się jego przestępcza działalność, ustal jej rodzaje i załatw spis jego współpracowników, sojuszników i wrogów. Masz wolną rękę. Możesz skorzystać z moich kontaktów w policji. W razie problemów powołaj się na mnie.

- Jasne, nie ma problemu.

Strugat zabębnił palcami o blat stołu.

- Chcesz coś powiedzieć? – zapytałem.

- Skąd pewność, że nasz klient zapłaci? Przecież to bandyta, niepospolity – to prawda, ale mimo wszystko bandzior. Tylko bogatszy i sprytniejszy niż pozostali.

- Zapłaci dlatego, że jest niepospolitym przestępcą. Co więcej zapłaci pieniędzmi pochodzącymi z legalnego źródła.

- Wypranymi – dopowiedział Kocur, włączając stojący pod biurkiem komputer.

- Nad czym aktualnie pracujesz, Strugat? – zmieniłem temat.

Chłopak westchnął, przekartkował notes i powiedział:

- Jedna sprawa rozwodowa, w której mąż potrzebuje dowodów zdrady żony, aby złożyć do sądu pozew o przeprowadzenie rozwodu z orzekaniem o winie. Analiza wiarygodności dla firmy Grimpex, której szef ma wątpliwości co do prawdomówności trzech nowych pracowników. Nic trudnego. Muszę podzwonić do różnych instytucji i udać się na rozmowę z poprzednim pracodawcą podejrzanych osób. Czeka mnie sporządzenie trzech szczegółowych raportów dotyczących ich poprzedniego zatrudnienia, dotychczasowej edukacji, referencji personalnych, historii długów, przeszłości kryminalnej, cywilnych postępowań sądowych...

- Rozumiem – przerwałem mu. – Masz rację. Agencja potrzebuje nowych pracowników. Dlatego musimy odnaleźć siostrę Marlewicza. Zajmę się tym osobiście, choć będę was na bieżąco informował o postępach w poszukiwaniach. Co znaleźliście w kamienicy?

Kocur oderwał wzrok od monitora.

- Ślady walki – odpowiedział – plamy krwi na podłodze i ścianach, złamany paznokieć z akrylu koło okna i powoli wietrzejący zapach, który wydzielają rozkładające się zwłoki.

- Ktoś uprzątnął trupa – stwierdził Strugat.

- To wszystko?

- Były jeszcze ślady po kulach w okiennej framudze i wybita szyba – dodał.

- Łuski?

- Uprzątnięte. Jeśli ktoś wyskoczył przez okno, to powinien spaść na podwórko między trzema sąsiednimi budynkami i złamać sobie kark. Sprawdziłem. Na podwórku nie ma śladu po ewentualnym upadku.

Uciekła pod obstrzałem, pomyślałem. Czyżby przeskoczyła kilkanaście metrów nad podwórkiem i wylądowała na dachu przeciwległej kamienicy? Czy to możliwe? Dlaczego strzelano do siostry Marlewicza? I co, na litość boską, Nikola – postanowiłem ją tak nazywać – robiła w melinie przy ulicy Grzymskiej?

- Ile metrów dzieli dach następnego budynku od okna? – zapytałem.

Kocur wzruszył ramionami.

- Około trzydziestu – ocenił.

Ta sprawa śmierdziała coraz mocniej.

- Wrócisz do kamienicy – zwróciłem się do Strugata – i pobierzesz odciski palców ze ściany przy oknie oraz z samego okna.

Nie ucieszyła go ta wiadomość.

- Dlaczego?

- Ponieważ ma to związek ze zleceniem Marlewicza – odparłem. – Nie musicie wiedzieć więcej, przynajmniej na razie.

Zaintrygowani, wymienili się spojrzeniami.

- Do pracy, panowie – zakończyłem dyskusję i włączyłem komputer.

Po wypiciu kawy współpracownicy zaczęli zbierać się do wyjścia z biura. Odciągnąłem Kocura na bok i zapytałem o siostrę. Zasmucony, pokręcił głową.

- Przedwczoraj spotkała się z klientem – wyznał. – W odludnej części parkingu pod hipermarketem Geant. Zrobiłem im zdjęcia. To jedno z nich.

Z kieszeni wyjął złożone w pół zdjęcie. Rozpoznałem widocznego na nim mężczyznę.

- Wiesz, kto to jest?

- Tak.

- Nie działaj w tej sprawie na własną rękę. Pomogę ci.

- Dziękuję.

- Nie ma za co – odparłem. – Zrobimy to po mojemu.

Wyszli.



Czwartek był ciepły i parny; zapowiadało się na wieczorną burzę. Włączyłem klimatyzację i położyłem się na kanapie. Od rana byłem w nienajlepszej formie. Bolała mnie głowa, a w gardle czułem suchość i drapanie. Zapewne był to skutek nieprzespanej nocy. Postanowiłem podrzemać i podrzemałem tak do osiemnastej. Klienci pewnie nie byliby zadowoleni, gdyby dowiedzieli się, że przespałem znaczną część dnia pracy... Obudziłem się odrętwiały i zziębnięty; targały mną dreszcze, a moje czoło było rozpalone jak piec hutniczy. Przyniosłem z kuchni termometr i wsunąłem go pod pachę. Przypomniało mi się, że wysoka gorączka – pasek rtęci zatrzymał się na 39 stopniach Celsjusza – jest jednym z objawów ospy wietrznej. Ściągnąłem koszulę i obejrzałem tors. Koło lewego sutka tkwił nieduży pęcherzyk z szarym płynem. Po prawą pachą były trzy kolejne.

- Świetnie – mruknąłem pod nosem i poszedłem się przebrać.

Od Marlewicza dowiedziałem się, że na miesiąc przed zaginięciem Nikola zaczęła spotykać się z fotomodelką o pseudonimie Ariadna. Obie dziewczyny zżyły się mocno ze sobą i spędzały razem każdą chwilę wolnego czasu. Gangster zaprzeczył, by jego siostra miała lesbijskie skłonności, ale nie wykluczył, że mogła eksperymentować w dziedzinie seksu. Miała wielu chłopaków. Marlewicz nie akceptował większości z nich – albo dlatego, że byli do niego podobni (kolejni bandyci), albo dlatego, że nie uznawał ich za wystarczająco męskich (lalusie z normalną pracą). O Ariadnie powiedział mi jedynie, że miała własną stronę internetową, na której po wykupieniu abonamentu – godzinnego, dobowego lub miesięcznego – można było obejrzeć krótkie filmy erotyczne z nią w roli głównej. Wykupienie abonamentu odłożyłem na później. Na razie wydrukowałem jedno z bezpłatnych zdjęć Ariadny, po czym połknąłem dwie tabletki przeciwgorączkowe i opuściłem mieszkanie. Nie mogłem poddać się chorobie.

Postanowiłem zajrzeć do klubu Osmoza. Po drodze – idąc ulicą Gdańską – zaszedłem do Apteki Centralnej, aby kupić środek do smarowania wrzodów ospy.

Klub mieścił się na końcu ulicy Dworcowej, niemalże naprzeciwko Dworca Głównego, w odremontowanych budynkach po przedwojennych stajniach. Okolice dworca – zwłaszcza późnym wieczorem – nie należały do bezpiecznych. W dodatku od trzech miesięcy największym utrapieniem dla policji i straży miejskiej nie była pijana młodzież, tłumnie okupująca pobliskie dyskoteki, ale dobrze zorganizowana grupa rzezimieszków wyspecjalizowana w napadach na zabłąkanych przechodniów i spacerowiczów. Po zmroku należało wystrzegać się samotnych spacerów uliczkami dochodzącymi do Gdańskiej i Dworcowej. Nawet na Mostowej i Focha, na wysokości Opery Nova, zalecano zachowanie ostrożności, mimo że tam najczęściej można było spotkać policyjny patrol. Na Starym Mieście nie brakowało ciemnych bram, nieoświetlonych podwórek i dochodzących z nich odgłosów, które na niejednym karku stawiały na baczność wszystkie włoski.

Klientelę Osmozy stanowili w znakomitej większości młodzi ludzie, pomiędzy dwunastym a dwudziestym rokiem życia, uczący się w gimnazjach, zawodówkach lub technikach; licealistów było niewielu, głównie typowych, wyhodowanych w blokowiskach. Na sali – pierwszej z trzech, połączonych ze sobą wąskimi przejściami – dominowały łyse głowy, szerokie karki, luźne, sportowe ciuchy i złota biżuteria, zarówno męska, jak i damska. Młodzież – upalona, pijana – bawiła się na parkiecie do skocznej muzyki o transowym rytmie.

Interesowała mnie ostatnia sala, na której przesiadywali najbardziej forsiaści klienci Osmozy: złodzieje samochodów, narkotykowi dealerzy, łamacze gnatów - śmietanka bydgoskiego światka młodej przestępczości. Szerocy w barach młodzieńcy z wygolonymi głowami, którzy jeżdżą drogimi, sportowymi samochodami, a podczas jednego wieczoru w miejscu pokroju Osmozy są w stanie wydać (i wydają) pięć-sześć tysięcy złotych na drinki i dziewczyny, które krążą pomiędzy nimi: uważne, czujne, drapieżne, jak sępy wśród padliny. Wielu z nich miało już żony i dzieci. Oczywiście, zdradzali małżonki nieustannie, aby pokazać kolegom i szczylom, którzy aspirowali do ich środowiska, że są twardzielami, nad którymi żadna kobieta nie ma władzy, i że to oni mają prawo, i mogą przebierać w dziewczynach bez umiaru i opamiętania zaliczając jedną po drugiej. Dziewczyny – zabrązowione na chrupko blondynki, odziane skąpo (w biuście przejrzyście, w tyłeczku krótko), poprawione tu i ówdzie silikonem, obwieszone złotem i srebrem, noszące długie, akrylowe paznokcie – nie były lepsze od szerokokarkich machos. Za zdrady odpłacały zdradami, a o panienkach, z którymi sypiali ich faceci, mówiły, że są dziwkami, choć same postępowały podobnie. Wiedziały, że nadziani forsą złodzieje samochodów najchętniej chadzają do łóżka z młodszymi laskami, na które markowe ciuchy i drogi samochód działają jak lep na muchy, dlatego robiły wszystko, aby na każdym kroku pilnować swoich chłopaków, kochanków, narzeczonych czy mężów. Od jednej z byłych klientek mojej agencji dowiedziałem się, że kiedy jej mąż – znany bydgoski handlarz narkotyków, obecnie odsiadujący sześcioletni wyrok za pobicie ze skutkiem śmiertelnym – wyjeżdżał z kumplami poza miasto, na rajd po dyskotekach w małych miasteczkach i wsiach, aby zaliczyć w ciągu jednej nocy jak najwięcej lasek, ona razem z koleżanką brała samochód i jeździła do świtu od wsi do wsi, z zamiarem przyłapania drania na gorącym uczynku.

- Suki ze wsi dają nadzianym chłopakom z miasta bez oporów i w zasadzie za darmo – powiedziała, gdy spotkaliśmy się w celu omówienia szczegółów zlecenia.

Podszedłem do znajomego osiłka, który siedział przy barze i sączył granatowego drinka. Wyjąłem z kieszeni zdjęcie Nikoli.

- Szukam tej dziewczyny – powiedziałem.

Mężczyzna spojrzał na mnie spode łba, wydał z siebie cichy pomruk, zmrużył mocno powieki.

- To ważne – dodałem.

Na bezwłosej głowie nosił tatuaż wilczego pyska.

- Popytaj tam – odparł niskim głosem.

Podziękowałem sutenerowi i ruszyłem do stolika, przy którym siedziało sześć blondynek wyhodowanych w solarium. Głośno paplały, piły drinki, paliły papierosy i czekały na klientów. Skąpe spódniczki, obcisłe bluzki sięgające do pępka, mocne makijaże, akrylowe paznokcie i usta zaprawione w obciąganiu. Metaliczne blondyny o usposobieniu buldoga ciągniętego za ogon, by zacytować klasyka. Panny pracowite i, oczywiście, drogie. Zdecydowanie nie na moją kieszeń.

Strugat często powtarzał, że jeśli masz dużo pieniędzy, dobrą furę (tak mówią) i jesteś modnie, markowo i drogo ubrany, to możesz mieć pewność, że blondynka tego typu okaże się odporna na ból głowy. Będzie przygotowana na każde twoje skinienie, przynajmniej tak długo, dopóki nie zorientuje się, że od pewnego czasu nie myślisz o niczym poza jej starannie wygoloną cipką. Wtedy z zawsze rozwartej blond maszyny do wyciskania soków z nadzianych mężczyzn zmieni się w ciągle miesiączkującą, zrzędliwą zazdrośnicę, która wszczyna bez powodu kłótnie, bo ma nadzieję, iż załagodzisz jej gniew drogim prezentem.

Oto słowa prawdy.

- Szukam tej dziewczyny – powiedziałem głośno.

Przerwały paplaninę. Spojrzały na zdjęcie.

- Masz pieniądze? – zapytała blondyna z zadartym noskiem, siedząca po drugiej stronie prostokątnego stolika.

Skinąłem głową.

- Chodźmy – powiedziała, a jej koleżanki zachichotały.

Zaprowadziła mnie do jednego z małych pokojów urządzonych tak, by spełniały funkcję sypialni i łazienki z jacuzzi. Tylko dla nadzianych klientów. Zapaliła światło, zamknęła drzwi i usiadła na fioletowej sofie w kształcie rogala. W blasku czerwonych żarówek wyglądała upiornie.

- Daj mi to zdjęcie – powiedziała i założyła nogę na nogę.

Miała nieduże, kształtne stopy. Otaksowałem je z miną znawcy i poczułem wzwód. Jej twarz sprawiała wrażenie znajomej.
- Pamiętam tą brunetkę.

- Była tutaj? – zapytałem, siadając obok. Wcześniej zdjąłem płaszcz.

- Tak. Dwa razy.

Dziewczyna zmarszczyła nieznacznie wąskie brwi.

- Najpierw w zeszłym tygodniu, w sobotę, potem w poniedziałek. Za każdym razem weszła sama a wyszła z nadzianym facetem. To dziwka.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Bo zachowywała się jak dziwka. Krążyła od sali do sali, przyglądała się facetom, aż w końcu zagadała do jakiegoś bruneta z kucykiem, a chwilę później, dosłownie jedną chwilę, całowała się z nim pod ścianą...

- Znasz tego gościa?

- Nie. Był wtedy u nas pierwszy raz.

- Pojawił się później?

- Nie. Ten drugi też.

- Wyszli z nieznajomą i już nie wrócili – powiedziałem pod nosem.

- Dokładnie.

Dziewczyna zapaliła papierosa.

- Suka. Zwinęła nam forsiastych klientów.

- Niewątpliwie.

- To wszystko? – zapytała, wypuszczając w moją twarz kłąb dymu.

- Opisz mi tych facetów.

Wyjąłem długopis, notes i zanotowałem słowa blondynki. Trwało to kilka minut, podczas których moja rozmówczyni zdążyła wypalić długiego, wąskiego, czarnego peta.

Schowałem narzędzia pracy i podziękowałem.

- Nie ma za co – odparła – tylko zapłać.

Podniosłem się z sofy, ale nie sięgnąłem po portfel, który leżał w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Rozpiąłem koszulę.

- Chcesz się pieprzyć, dziadku?

- Skądże.

Następnie zdjąłem spodnie. Zostałem w majtkach, skarpetkach i butach.

- Chorowałaś na ospę?

Zamrugała powiekami, kompletnie zaskoczona pytaniem.

- W dzieciństwie...

- To dobrze.

Podałem jej maść do smarowania wrzodów ospy i patyczek higieniczny, zabrany z domu.

- Zapłacę dodatkowo – powiedziałem.

- Nie rozumiem...

- Posmaruj mnie... całego... zwłaszcza na plecach i pośladkach, bo tam nie sięgnę...

- To cię kręci?

- Nie, po prostu choruję na ospę.

Nie była pewna, czy mówię poważnie.

- Stówa – powiedziała w końcu.

- Dobrze.

Dałem jej trzy stuzłotowe banknoty. Płacił Adam Marlewicz. Spisała się znakomicie. Nie pominęła żadnego wrzodu. Najprzyjemniej było, gdy zajmowała się pośladkami i dołem pleców.

Po wszystkim ubrałem się w milczeniu i wysmarowany białą maścią wyszedłem na korytarz.

- To ty, dziadku, odnalazłeś córkę prezydenta – powiedziała blondynka, zamykając drzwi do pokoju uciech. – Poznałam cię. Od początku twoja twarz wyglądała znajomo. Jesteś gliną?

- Nie. Działam na własną rękę.

- Rozumiem. Prywaciarz – bardziej stwierdziła niż zapytała.

Przytaknąłem.

- Co zrobiła dziewczyna ze zdjęcia?

- Zaginęła – odparłem zniecierpliwionym tonem. Nie zamierzałem z nią o tym rozmawiać.

- Szuka jej rodzina?

- Tak.

Blondynka spuściła wzrok.

- To dobrze – wyszeptała.

Zatrzymałem się i westchnąłem.

- Jak masz na imię?

- Charlotte – odpowiedziała szybko, jakby czekała na to pytanie.

- Ile masz lat?


- Dziewiętnaście.

- Charlotte, lat dziewiętnaście – powtórzyłem na głos. – Ile lat miałaś w zeszłym roku?

Dziewczyna wyszczerzyła zęby białe jak dziewiczy śnieg.

- Dziewiętnaście – odparła, chichocząc.

- Czytamy te same historie – podsumowałem.

- Ciekawy zbieg okoliczności.

- Bardzo.

- Pewnie pomyślałeś, że jestem inna niż moje koleżanki.

Zaprzeczyłem.

- To dobrze. Jestem taka sama jak one. Pieprzę się za pieniądze, bo lubię łatwe życie. Tylko czytam trochę więcej...

- Nie oceniam cię, Charlotte, nie musisz się przede mną tłumaczyć.

Przestąpiła niezdarnie z nogi na nogę.

- Chciałam, byś wiedział...

Urwała. Miała telewizyjny uśmiech. Prosto z reklamy pasty do zębów.

Podrapałem się po karku.

- Tu masz moją wizytówkę – podałem jej mały prostokąt białego papieru. – Mam inne książki Gaimana.

- Dziękuję.

- Wpadnij z samego rana, powiedzmy przed ósmą. Znów wysmarujesz mi plecy i pośladki. Zapłacę.

- Przyjdę. Przygotuj kolejną stówę.

Pożegnaliśmy się.

Wróciłem do ostatniej sali. Znajomy sutener nadal siedział przy barze. Tym razem pił czerwonego drinka.

- Wszystko w porządku? – zapytał.

- Tak.

Osiłek powiódł wzrokiem po bawiących się dookoła gościach. Potem spojrzał na mnie i otworzył usta, jakby miał zamiar coś powiedzieć, ale wydał tylko pomruk i całą swoją uwagę poświęcił opróżnionej do połowy szklance.

Wzruszyłem ramionami. Coś go wystraszyło. Może jakieś wspomnienie?

Wyszedłem z Osmozy.



Noc była duszna. Nie minęło nawet pięć minut, a na mojej koszuli pod pachami pojawiły się plamy potu. Otarłem czoło chusteczką higieniczną.

Przy usytuowanej naprzeciw klubu zajezdni autobusowej było pełno młodzieży. Smarkacze urzędowali w głośnych, rozbawionych grupkach, z których co chwilę dobiegały przekleństwa przeplatane śmiechem i dźwiękami tłuczonego szkła. Wokół dworca kręcili się bezdomni i pijacy, proszący przechodniów o grosze „na chleb i wodę”. Nie zauważyłem żadnego patrolu policji ani straży miejskiej. Typowe, pomyślałem i zmełłem w ustach przekleństwo pod adresem lokalnych stróżów prawa.

Wolnym krokiem doszedłem do ulicy Dworcowej, a stamtąd skierowałem się w stronę Gdańskiej.
Postawiłem kołnierz płaszcza.

Na wysokości Warmińskiego, mijając budynek Izby Skarbowej, zorientowałem się, że jestem śledzony. Przystanąłem przed obuwniczym i udałem, że oglądam ekspozycję za okratowanym oknem. Zerknąłem ostrożnie za siebie. Ulica była pusta. Dziwnie pusta. Za cicha. Z pobliskiej bramy zniknęli nawet znudzeni chłopcy o ogolonych głowach i ponurych spojrzeniach, którzy, gdy ich mijałem, puścili pod moim adresem kilka bełkotliwych bluzgów.

Pytali o ogień. Odparłem, że nie palę. Na szczęście, obyło się bez łomotu.

Przyspieszyłem kroku. Wiedziałem jedno: ktokolwiek szedł za mną, zadbał o to, bym nie mógł go dostrzec.

Zwolniłem dopiero na Gdańskiej. Nie byłem już sam. W kierunku Starego Rynku, na którym trwał koncert Dżemu, zmierzali w parach i grupkach spragnieni zabawy młodzi ludzie. Co prawda wybierałem się w przeciwną stronę, ale przynajmniej ulica była lepiej oświetlona niż Dworcowa. Dobre chociaż to, stwierdziłem w duchu.

Poszedłem na Plac Wolności. Minąłem Kościół pod wezwaniem Piotra i Pawła, następnie ciemny park, z którego dochodziły wzburzone głosy pijanej młodzieży, po czym skręciłem na postój taksówek przy I Liceum Ogólnokształcącym. Wsiadłem do pierwszej z brzegu i podałem kierowcy adres.

Pięć minut później stałem przed kamienicą, w której znajdowało się moje mieszkanie i biuro. Znów ta za cicha cisza. Wyjąłem klucze.

- Hej – dobiegło zza moich pleców – dziadku!

Odwróciłem się i zarobiłem cios w brzuch. Zgięty w pół, zwymiotowałem kanapkę, którą zjadłem przed wyjściem. Napastników było trzech: wyrostki w spodniach z kroczem na wysokości kolan, w szarych bluzach z kapturami, uzbrojeni w kije bejsbolowe. Niedobrze, pomyślałem i zasłoniłem głowę rękoma. Ściągnęli mnie z chodnika na schody prowadzące do sklepu z torebkami znajdującego się na poziomie piwnicy. Na plecach czułem kopniaki. Zakląłem szpetnie. Raz, drugi, trzeci. Nic się stało. W tej chwili bardzo żałowałem, że jestem w gruncie rzeczy spokojnym i opanowanym człowiekiem.

Nagle gówniarze uciekli.

Słyszałem walenie mojego serce i pulsowanie krwi w żyłach na skroniach. Obolały i poobijany, wdrapałem się po schodach na chodnik. Pod nieczynną latarnią kucała pokraczna postać. Poczułem ukłucie strachu. Kimkolwiek był mój wybawca, solidnie wystraszył gnojków z bejsbolami. I cuchnął. Tak, straszliwie cuchnął, co dotarło do mnie dopiero po dłuższej chwili. Wydzielał woń przywodzącą na myśl zapach potu wymieszany z zapachem taniego alkoholu i kocich szczyn. Zakryłem nos.

Nieznajomy wyprostował się i teatralnym gestem rozczapierzył palce...

...a potem wlepił we mnie obrzydliwe spojrzenie i wyszczerzył dziąsła, w których jedynymi zębami były górne i dolne, nienaturalnie długie siekacze...

Jednym susem pokonał dzielącą nas odległość pięciu-sześciu metrów. Bez trudu przewrócił mnie na plecy, odgiął głowę i pochylił się, by zatopić w mojej szyi pożółkłe kły. Wtedy usłyszałem pisk hamulców, dźwięk odsuwanych drzwi i echo kroków. Rozległy się trzy ciche wystrzały, potem następne, i kolejne, aż w końcu śmierdziel znieruchomiał na ziemi. Dryblas w kominiarce, ubezpieczany przez kolegę, podbiegł do żula i przebił go siedem razy zaostrzonym kołkiem. Dwóch innych byczków wciągnęło mnie do furgonetki. Poczułem zapach benzyny.

Zmasakrowany męt zapłonął jasnym ogniem, kiedy odjeżdżaliśmy.



Pojechaliśmy za miasto – Fordońską aż do mostu na Wiśle, a potem, na pierwszej krzyżówce skręciliśmy w lewo, kierując się na Ostromecko i Chełmno.

W furgonetce było ciemno. Widziałem zarysy trzech postaci siedzących naprzeciwko. Mężczyzna pośrodku zapalił papierosa i wypuścił duży kłąb dymu.

Zakasłałem.

Nieznajomy pochylił się w moją stronę. W słabym blasku rozżarzonej końcówki tytoniu dostrzegłem młodą, nieogoloną twarz z blond grzywką opadającą swobodnie na czoło.

- Poznaje mnie pan? – zapytał przyjaźnie.

Plecami oparłem się o zamknięte drzwi.

- Tak.

- To dobrze – odparł. – Lubię, gdy ludzie mnie rozpoznają. Jestem, jak sądzę, odrobinę próżny.

- Rozmawialiśmy wczoraj.

- W najbliższym czasie będziemy robić to częściej. Mamy wspólny cel, panie Ochucki.

- Domyślam się.

Siedzący po lewej najemnik zapalił małą lampkę. Zmrużyłem oczy. Jedynie syn premiera, Grzegorz Bolesławski, nie miał założonej kominiarki.

Młodzieniec otworzył trzymaną na kolanach teczkę.

- Barnaba Ochucki, 42 lata, kawaler, bezdzietny, agnostyk.

Pokiwałem z udawanym uznaniem głową.

- Brawo.

- Studia prawnicze ukończone w 1987, od 1988 do 1991 aplikacja prokuratorska, potem dwuletnia asesura i wreszcie jedenaście lat pracy na stanowisku prokuratora w prokuratorze rejonowej w Bydgoszczy.

- Jestem pod wrażeniem – skłamałem.

- W 2004 roku zrezygnował pan z wykonywania zawodu. Oficjalnym powodem były kłopoty zdrowotne. Nieoficjalnym (i rzeczywistym) konflikt z przełożonym. Nie postąpił pan zgodnie z jego wytycznymi w sprawie Kamila B., będącego synem wpływowego posła lewicy. Wbrew naciskom wydał pan postanowienie o tymczasowym aresztowaniu chłopaka, uzasadnione realną możliwością mataczenia oraz wysoką karą grożącą za zarzucane mu przestępstwo.

- To prawda.

- Nie lubi pan lewicy, co?

- Nie lubię osób, które poglądami politycznymi uzasadniają draństwa. Przynależność partyjna nie ma tutaj żadnego znaczenia.

- Kompromis nie byłby lepszym rozwiązaniem? – zapytał blondyn.

- Kamil B., prowadząc po pijanemu samochód, zabił dwie osoby, następnie uciekł z miejsca wypadku. Dysponowałem mocnymi dowodami jego winy.

- Dlatego odebrano panu tę sprawę i powierzono prokuratorowi, który ją umorzył z braku dowodów. Nie czuł pan żalu?

- Czułem.

- I nic pan nie zrobił?

Wzruszyłem ramionami. Wiedziałem, do czego zmierza syn premiera.

- Odpuściłem – odparłem.

- To ciekawe – powiedział z przekąsem chłopak. – Po sześciu miesiącach od pańskiego odejścia z prokuratury, w przydrożnym rowie znaleziono prokuratora, którzy umorzył sprawę Kamila B...

Był martwy. Koroner ustalił, że pękło mu serce.

Zacząłem masować sobie kark.

- Podejrzewasz mnie? – zapytałem.

- Skądże. To był zawał serca.

- Otóż to.

- Chociaż... – Grzegorz zawiesił dramatycznie głos – pewna osoba zeznała, iż jakiś mężczyzna nakrzyczał tamtego dnia na pańskiego kolegę.

- Nie można umrzeć od krzyku – odpowiedziałem spokojnie.

- Podobno.

Poczułem, że skręcamy w lewo.

- Jednak nie byłbym zdziwiony – dodał po chwili – gdyby było inaczej.

- Dokąd jedziemy?

- Krążymy bez celu.

Dobra, pomyślałem, dość tej gadki-szmatki.

- Przejdźmy do rzeczy. Której dziewczyny szukasz? Nikoli czy Ariadny?

Blondyn odłożył teczkę na podłogę.

- Obu. Jednak bardziej Ariadny.

- A szukasz jej, bo...

-...bo ją kocham.

- Syn premiera Bolesławskiego, polityka z kręgów narodowo-katolickich, zakochał się w dziewczynie, która za pieniądze udostępnia w internecie swoje roznegliżowane zdjęcia. Dobre, choć banalne. Co na to twój ojciec?

- Nie wie o naszym związku. Jest przekonany, że przebywam na wakacjach nad Bałtykiem.

- Wiesz, kto jest bratem Nikoli?

- Tak.

Postanowiłem zaczekać z powiedzeniem mu o miłosnym związku obu dziewczyn.

- Dlatego wynająłeś najemników?

Zamaskowani mężczyźni nawet nie drgnęli.

- Zrobiłem to, bo Ariadna wpadła w złe towarzystwo.

- Mów jaśniej, proszę.

Grzegorz zgasił o podeszwę niedopałek, wziął głęboki wdech i spojrzał na mnie z komiczną powagą.

- Miesiąc temu Ariadna poznała innego mężczyznę, Francuza o imieniu Jean. Wtedy powiedziała, że między nami już koniec. Rzuciła mnie. Zabolało. Do teraz boli. Śledziłem ją, bo chciałem porozmawiać z Jeanem. Wyjaśnić mu, że kocham Ariadnę, wszystko odkręcić. Łudziłem się, że gdy poproszę go, to odejdzie, zostawi dziewczynę w spokoju, a ona do mnie wróci i będzie tak, jak dawniej... Spotkałem się z nim. Nie byłem sam. Wziąłem ze sobą dwóch kumpli z siłowni. Zaczęliśmy rozmawiać. Francuz słuchał w milczeniu, wtem roześmiał się głośno i powiedział, że nie odda mi Ariadny. Nazwałem go fiutem, pchnąłem, a on wykręcił mi rękę, podniósł jak piórko i rzucił mną nad głowami kumpli... Potem wyssał ich obu, po kolei, bez pośpiechu, mnie oszczędził, wyjaśnił, że jestem zbyt znaną postacią, by mógł ryzykować wyssanie...

Oczy chłopaka zmętniały.

- Kazał mi spierdalać.

Przejechałem językiem po spierzchniętych wargach.

- Chcesz powiedzieć, że Jean jest wampirem?

- Tak.

- A ten żul...

- ...to jeden z jego sługusów.

- Powiedziałeś, że Francuz wyssał twoich kumpli. Co miałeś na myśli?

- Wypił ich krew.

- Przeżyli?

- Ledwo. Leczą się teraz psychiatrycznie.

Podrapałem się po brodzie.

- Facet posilił się krwią dwóch osiłków, więc uznałeś, że masz do czynienia z wampirem?

- Nie tylko dlatego. Jean jest nadludzko silny i szybki. Ma nienaturalnie długie siekacze. Wilcze źrenice. Wykapany wampir.

Na moment zapanowała niezręczna cisza.

- Podsumujmy – zaproponowałem, masując skronie. – Ariadna poznaje Jeana, francuskiego wampira, zrywa z tobą znajomość, następnie namawia Nikolę, dobrą przyjaciółkę, do wyjazdu z Warszawy. We troje przyjeżdżają do Bydgoszczy.

- Dokładnie tak – potwierdził Grzegorz.

- Dlaczego tutaj?

- To oczywiste...

- Wybacz chłopcze, ale nie dla mnie...

- Jean ma w tym mieście siedzibę. Może nawet główną. To potężny wampir.

- Zatem nie tylko wąpierz, lecz także potężny, z siedzibą główną w Bydgoszczy! To śmieszne. Gdzie są wilkołaki i strzygi?

Syn premiera oblał się rumieńcem.

-Proszę posłuchać, detektywie – rzekł tonem ostrym jak żyletka. – Nic więcej nie mamy. Tylko to słowo. Wampir. Plus co najmniej trzy osoby zachowujące się jak literackie monstra spokrewnione z Vladem Tepesem. Jesteśmy tutaj od poniedziałku. Przyjechaliśmy, bo w niedzielę zadzwoniła do mnie Ariadna. Płakała, błagała o pomoc. Zdążyłem usłyszeć, że jest w Bydgoszczy. Potem po drugiej stronie linii rozległ się zdławiony jęk. Ktoś przerwał nam rozmowę. Nie zwlekałem. Nie mogłem. To był znak. Ona nadal mnie kocha! Rozumie pan? Kocha! Mam gdzieś to, że Jean zachowuje się i wygląda jak wampir. Wali mnie to, jeśli mam być z panem szczery. Wampir bądź nie. Jakie to ma znaczenie? Mamy tylko to słowo i wyjaśnienia z tygla popkultury. Chrzanić je! Gdy znajdziemy tego pieprzonego Francuza, moi ludzie zrobią mu z wampirycznej lub ludzkiej dupy jesień średniowiecza. Odbijemy Ariadnę i wrócimy do Warszawy. Poza tym nic mnie nie interesuje.

- Świetny plan – skomentowałem.

- Ma pan lepszy?

- Nie, ale zgaduję, że przewidujesz dla mnie jakieś zadanie, skoro uratowałeś mój tyłek.

Młodzieniec uśmiechnął się z uznaniem.

- Dobry trop. To pan odnajdzie kryjówkę Jeana.

- Ja?

Nie wierzyłem w wampiry, jednak żaden z nas nie znał lepszego słowa na nazwanie kogoś takiego jak żul, który zaatakował mnie przed kamienicą. Wampir. To tylko słowo. Reszta to legendy, mity i tajemnice. Niech będzie wampir. Nie byłem uprzedzony. Po prostu życzliwie zaciekawiony. Francuski wampir. Dobre! Był już francuski łącznik, klucz, rogalik, i seks, więc dlaczego nie wąpierz? Niejedno już widziałem i słyszałem, nieraz naprawdę dziwne rzeczy, zwłaszcza w prokuraturze, dlatego nie byłem ani zdegustowany, ani zaskoczony historyjką o wampirach, w której prawdziwość mój rozmówca głęboko wierzył.

- Jestem osobą publiczną. Nie mogę biegać po ulicach Bydgoszczy z czterema najemnikami u boku. Dziennikarze czyhają na takie historie.

Zamilkł, przewrócił oczyma, jakby ważył w myślach jakieś słowa, wreszcie dodał z namaszczeniem, dramatyzując nieudolnie:

- Pan poszuka siedziby zła.

Przypomniało mi się, że mój dziadek, weteran dwóch wojen światowych, mawiał, że wszelkie zło pochodzi z Francji. I z Niemiec, wtórowała mu moja babka, niegdyś, przed 1939, piękna aktorka filmowa, a siedem lat później przedwcześnie podstarzała matka trojga dzieci, w tym mojego ojca. Wojna i trzy ciąże pod rząd wyssały z niej młodość.

Wampir. Brzmiało to nie tyle obiecująco, co pusto. Chłopak trafił w sedno. Nie mieliśmy dla tego słowa żadnego wiarygodnego znaczenia, a to było przecież najważniejsze. Nazwa to tylko pojemnik na pojęcie. Pojęcie to wyjaśnienie. Teoria w zalążku. Zza naszego ‘wampira’ nie prześwitywał żaden wiarygodny eksplanans.

Przyszło mi do głowy, że krwiopijca to bardziej odpowiedni termin, neutralny, bez literackiego i filmowego bagażu.

- Załóżmy, że masz rację, chłopcze, że Jean oraz te dwie nieszczęsne dziewczyny są, jak twierdzisz, wampirami. Dlaczego nie zwrócisz się z tym do ABW?

Grzegorz zamrugał szybko powiekami.

- Słucham?

- Polski wywiad powinien wiedzieć co nieco o wąpierzach, nie uważasz? – zapytałem żartobliwie.

-Panie Ochucki, proszę nie żartować, sprawa jest poważna. Przypomnieć panu, gdzie obaj mieszkamy? W Polsce! W kraju, który ze wszystkim jest do tyłu! Zapewniam, że rodzimy wywiad nie ma żadnego pojęcia o wampirach. Wiem to, bo szef ABW jest kuzynem brata męża siostry mojego ojca. Znam tę instytucję od podszewki, choć nie powinienem, oczywiście. Ale to zostanie między nami, prawda? Cieszę się. – powiedział, nie czekając na moją odpowiedź.

Zmarszczyłem brwi.

- Zatem żadnej tajnej super grupy do zwalczania wąpierzy nie ma w strukturach rządowych?
- Przykro mi.

Ktoś powinien mu powiedzieć, by zluzował pośladki.

- Zaskakujesz mnie, chłopcze. Sądzę, że wyborcy, którzy głosowali w ostatnich wyborach parlamentarnych na twojego ojca, byliby zaskoczeni, dowiedziawszy się, iż syn ich ulubieńca, podczas kampanii wyborczej twardo broniący tradycyjnej wizji rodziny, kocha się w dziewczynie, o której na pewno nie można powiedzieć, iż jest cnotliwa. Podziwiam twojego ojca za upór i konsekwencję w dążeniu do celu. Jednocześnie współczuję, że ma takiego syna...

Prychnął pogardliwie.

- To mój ojciec jest człowiekiem Słowa, Kościoła i Radia, niekoniecznie w takiej kolejności, nie ja, więc proszę nie prawić mi umoralniających kazań. Wiem, że jestem hipokrytą i oportunistą. Dobrze mi z tym. Lubię hulaszcze życie, wino, kobiety i śpiew. Lubię cipki. Wylizałbym każdą, byle była młoda, soczysta i chętna. To moje prawdziwe oblicze. To medialne... to kłamstwo, które ciągnę na prośbę ojca. Polityka, zwłaszcza w Polsce, bruka nawet ludzi głęboko wierzących. Dla takich jak ja, trzcin na wietrze, jest naturalnym środowiskiem.

- Nic dodać, nic ująć.

Nie podobało mi się to, co powiedział syn premiera. Nie dlatego, że poczułem się zgorszony, bo niewiele rzeczy mnie gorszyło, a na pewno nie teksty o cipkach, wszak te ostatnie też lubiłem, jak większość mężczyzn. Zaniepokoiłem się czymś innym. Ten chłopak mówił zdecydowanie za dużo, w dobrej lub w złej wierze – tak naprawdę nie miało to żadnego znaczenia. Byłem pewien, że przed chwilą usłyszałem o sprawach, za których znajomość mogłem zapłacić głową.

Zmieniłem temat.

- Co robiliście w tamtej kamienicy? – zapytałem.

- We wtorek wieczorem zauważyłem przypadkiem Nikolę. Pojechaliśmy za nią. Weszła do budynku koło filharmonii. Postanowiliśmy poczekać na ranek. Pomyślałem, że po świcie dziewczyna zapadnie w letarg, jak wampiry z filmów lub książek. Wtedy moglibyśmy ją pojmać.

- Ale nie zapadła.

- Nie.

- Zatem albo nie jest wampirem, albo nie każdy wampir musi spać za dnia – stwierdziłem.

- Uciekła.

- Którędy?

- Przez okno. Dała malowniczego susa na dach przeciwległej kamienicy.

Gwizdnąłem pod nosem. Zuch dziewczyna.

- A panowie, co o tym wszystkim sądzą? – zwróciłem się do milczących dotychczas najemników.
Niemalże jednocześnie zdjęli kominiarki. Rudzielec z bladą twarzą splunął siarczyście między swoje wojskowe buty.

- Zabiliśmy trzy takie istoty – powiedział ze wschodnim akcentem. – Nienaturalnie długie siekacze, zwinność i szybkość jak u dużego kota, choćby pantery, do tego krzepa chwackiego chłopa. Wszystkie były żulami. Pan Grzegorz zażyczył sobie, byśmy je najpierw kołkowali, a potem palili, więc tak zrobiliśmy. Sam pan widział. Jeśli mamy do czynienia z wampirami, to z nietypowymi, bo dwóch żuli dorwaliśmy w dzień, na obrzeżach miasta, gdy zamierzali wyssać jakiegoś psa.

- Pierwszemu wbiłem kołek prosto w serce – odezwał się drugi najemnik, ponury brunet o kwadratowej szczęce – ale drań ani nie znieruchomiał, ani nie obrócił się w proch. Nie ukrywam, że trochę się zawiodłem...

- Bo nie było tak, jak w kinie?

Uśmiechnął się niewyraźnie.

- Pan Grzegorz płaci i wymaga. Robimy tylko to, czego od nas oczekuje.

- Zatem nie wierzycie w historyjkę o wampirach?
Zakłopotani, spojrzeli na siebie.

- Nie... – przyznali zgodnie, choć z wahaniem.

- Traktujemy to jako dobrą zabawę – dodał brunet. – Przynajmniej robota jest bezpieczniejsza od tej w Czeczenii. Bardziej ludzka.

Rudzielec chrząknął znacząco. Grzegorz spojrzał na mnie błagalnie.

Westchnąłem.

- Dobrze, pomogę ci, chłopcze, w odnalezieniu twojej lubej, ale nie za darmo.

- Jasne, zapłacę.

- Nie chcę twoich pieniędzy. Wyświadczysz mi przysługę.

Wyjąłem z kieszeni telefon i wybrałem numer Kocura.

- Odwieźcie mnie do domu. Po drodze omówimy szczegóły naszej współpracy.

4.

Znany bydgoski adwokat, Leszek Głąbiński, nie znajdował się w komfortowej sytuacji. Prawdę mówiąc, miał nieliche kłopoty i to, że nie zdążył spuścić się w ustach blondwłosej siksy nie było najgorszym z nich. Przywiązany za ręce i nogi do drzewa, ze spuszczonymi do kostek spodniami i bokserkami z jedwabiu, czuł na karku nieświeży oddech zamaskowanego draba, który mierzył do niego z czegoś, co bez wątpienia było pistoletem z tłumikiem.

Kocur siedział z siostrą w samochodzie. Zapłakana dziewczyna zwinęła się w kłębek.

- Wszystko będzie dobrze – powiedziałem do współpracownika i wysiadłem.

- Nie wiem, kim jesteście – krzyknął adwokat – ale popełniliście błąd! Nie macie pojęcia, jakich ludzi znam i co oni mogą wam zrobić...

- Obecnie nic – przerwałem mu.

Obejrzał się nerwowo przez ramię.

- Ty... – wysyczał.

Wyjąłem z kieszeni aparat i zrobiłem Głąbińskiemu serię zdjęć.

- Gnój! Zapłacisz za to! Mam znajomości w MSW! Ludwik jest moim przyjacielem! Dobierze się do twojej dupy!
- Nie sądzę.

Adwokat zerknął w prawo. Chciał coś powiedzieć, jednak na widok młodego Bolesławskiego zaniemówił.

- Ludwik jest też przyjacielem mojego ojca i proszę mi wierzyć, że jeśli będzie pan próbował sprawić kłopoty panu Ochuckiemu, to na biurkach premiera, szefa MSW oraz ministra sprawiedliwości wylądują zdjęcia z tego aparatu.

- Słyszałeś? – zapytałem dla pewności.

Głąbiński pokiwał szybko głową.

- Masz wiele do stracenia, adwokacino – wyszczerzyłem zęby w złośliwym uśmiechu. – Dobrą pracę, kochającą żonę, ufające dzieci, a przede wszystkim prestiż społeczny, przecież nie możesz bez niego żyć.

- Czego chcesz?

- Dwóch rzeczy. Zapomnisz o tej i innych nastolatkach, z którymi umawiasz się na seks. W przeciwnym razie twoje zdjęcia trafią do izby adwokackiej, mediów i twojej żony. Po drugie, dopilnujesz, by mój dobry znajomy dostał się w tym roku na aplikację adwokacką. Chłopak nie ma w rodzinie żadnego prawnika. Jest jednak zdolny, a wiedzą z zakresu prawa kasuje synów i córki twoich znajomych z adwokatury. Na pewno sam zda egzamin. Dopilnujesz tylko, by został wpisany na listę przyjętych. Siedzisz w końcu w komisji egzaminacyjnej. To wszystko. Mam powtórzyć?

- Nie – odparł zrezygnowany.

- Rozumiemy się?

- Tak.

- Nie żartujemy, panie Głąbiński – powiedział Grzegorz. – Jeśli nie spełni pań żądań detektywa, to bardzo szybko CBA sprawdzi prawdziwość pańskich oświadczeń majątkowych.

- Mogę zażądać czegoś w zamian?

Zaskoczył nas tym pytaniem.

- Czego? – syn premiera zerknął na mnie pytająco.

- Niedługo IPN opublikuje teczki. Wiem, że w mojej są mocne dowody na to, iż w latach osiemdziesiątych współpracowałem ze służbami PRL. Chciałbym, aby zniknęły.

- Prosisz o wiele – powiedziałem, zniesmaczony jego prośbą.

Grzegorz posłał adwokatowi jeden ze swoich spotowych uśmiechów, których pełną gamę zaprezentował podczas ostatnich wyborów do Sejmu.

- Przecież znasz Ludwika – zadrwił.

- On o niczym nie wie. Poza tym pierwszy rzuciłby we mnie kamieniem, gdyby się dowiedział...

- Niczego nie obiecuję – odparł chłopak i wydał polecenie rudzielcowi.

Najemnik rozciął więzy i pchnął Głąbińskiego na ziemię. Kocur odjechał z siostrą do domu, a my wsiedliśmy do furgonetki, zostawiając podciągającego spodnie adwokata w odległości pięćdziesięciu kilometrów od Bydgoszczy, w gęstym lesie liściastym, bez samochodu i gotówki.



Wróciłem koło drugiej w nocy. Na miejscu nadal była policja. Umundurowani funkcjonariusze przesłuchiwali świadków. Oczywiście, nikt niczego nie widział i nie słyszał. Tym razem było mi to na rękę. Podszedłem do jednego z policjantów, pokazałem mu legitymację i zapytałem o powód ich obecności.

- Ktoś spalił jakiegoś menela. To już trzeci w tym tygodniu. Pierwszego spalono w poniedziałek, drugiego we wtorek. Obu na obrzeżach miasta, blisko lasu, na szczęście nie doszło do pożaru.

Podziękowałem za informacje.

Spałem do wpół do ósmej. Obudzony przez głośny dźwięk budzika, wygramoliłem się z łóżka i poczłapałem półprzytomny do łazienki. Obejrzałem w lustrze swoje ciało. Było posiniaczone i pokryte wrzodami ospy. Tych ostatnich przybyło od wczoraj. Przejechałem ręką po żebrach. Bolały, ale nie tak mocno, jak przy złamaniu lub pęknięciu. Wziąłem krótki prysznic w zimnej wodzie i ubrałem się w szlafrok.

Ktoś zapukał do drzwi.

W progu stała Charlotte.

- Masz dla mnie stówę? – zapytała.

Wpuściłem ją do środka.

Miała na sobie krótką, obcisłą różową spódniczkę i bluzkę bez rękawów w tym samym kolorze. Blond włosy upięła w końską kitę. Pachniała jaśminem. Poszliśmy do gabinetu. Podeszła do regałów z książkami.

- Sporo ich masz – powiedziała.

- Lubię czytać. Głównie kryminały i fantastykę.

Przyjrzała się tytułom i nazwiskom autorów.

- Uwielbiam książki z tego wydawnictwa. Pilipiuk, Piekara, Ziemkiewicz, Kres, Lewandowski, Grzędowicz, Kossakowska, Kozak, Ziemiański, Pawlak... – wymieniała jednym tchem. – Wspaniali pisarze.

- Dużo czytasz?

- Nie tyle, ile bym chciała. Robię to dopiero od dwóch lat, wcześniej z obowiązku przedzierałam się przez lektury szkolne. Nigdy nie byłam w tym dobra. Czytałam za wolno. Nadal tak czytam...

- Cóż, z roku na rok, jeśli wytrwasz w czytaniu, powinno być lepiej. Kto zaraził cię miłością do książek?

Posłała mi zalotny uśmiech.

- Dlaczego pan myśli, że je kocham?

- Bo widzę, w jaki sposób mówisz o czytaniu. Z blaskiem oczach, podniecona, rozpromieniona na twarzy.

- Pewien chłopak – rozchyliła różowe usta. – Już nie jesteśmy razem. Wyjechał do Anglii. Znalazł tam pracę i nową dziewczynę.

- Nie czujesz się samotna?

- Słucham?

- Zapewne niewielu twoich znajomych sięga po książki.

Spuściła wzrok.

- To prawda. Obracam się w specyficznym środowisku.

- Dlaczego?

- Tyle pytań!

- Wybacz, to nawyk. Pracuję w specyficznym zawodzie.

Śmiała się niemalże tak samo jak Anna, moja siostra – głośno i miękko.

- Pożyczę ‘Amerykańskich Bogów’, dobrze?

- Bierz.

- Oddam za trzy tygodnie.

- Nie ma sprawy.

Zabrałem od niej książkę. Za okładkę wsunąłem stuzłotowy banknot.

- Proszę.

Podziękowała, uśmiechając się promiennie. Poszliśmy do łazienki. Zdjąłem szlafrok. Pod spodem miałem jedynie bokserki. Charlotte obejrzała mnie z każdej strony i starannie posmarowała maścią wszystkie mętnawe wrzody. Trwało to dziesięć minut. Zamieniliśmy jeszcze kilka słów, po czym powiedzieliśmy sobie do widzenia. Zamknąłem za nią drzwi i poszedłem się ubrać.

Potem zająłem się Głąbińskim. Sukinsynowi zachciało się seksu z siostrą niewłaściwej osoby.



Do biura wróciłem przed dwunastą. Po drodze kupiłem dzisiejsze gazety i dwa rogale. Zaparzyłem kawę i usadowiłem się za biurkiem. Włączyłem komputer. Strugat był w terenie a Kocur miał wolne ze względu na siostrę. Odnotowałem w pamięci, by później do niego zadzwonić i podziękować za teczkę z informacjami o Marlewiczu. Zacząłem przeglądać gazety. W kronice kryminalnej każdej z nich natknąłem się na wieści o czterech włamaniach i dwóch zabójstwach, których dokonano w Niemczu, na terenie strzeżonego osiedla, zamieszkałego przez majętnych Bydgoszczan. Sprawcy – w liczbie od trzech do sześciu, tego jeszcze nie ustalono – ukradli łącznie trzydzieści tysięcy złotych oraz piętnaście sztuk drogiej biżuterii. Szacowanie strat było w toku. Ofiarami mordu padli małżonkowie mieszkający w jednym z okradzionych domów. Sprawca lub sprawcy poderżnęli czterdziestoletniemu lekarzowi i jego trzydziestoletniej żonie, właścicielce znanego bydgoskiego zakładu fryzjerskiego, gardła. Według nieoficjalnych źródeł, kobieta została po śmierci wielokrotnie zgwałcona. Policja nie potwierdziła ostatniej informacji.

Przetarłem oczy.

Znałem zabitego wczoraj menela. Wołano na niego Mietek. Żył z handlu złomem. Nie wyróżniał się niczym spośród sobie podobnych. Nigdy nie zauważyłem, by miał nienaturalnie długie siekacze lub poruszał się ze zwinnością czarnej pantery. Przeciwnie, poruszał się niezdarnie, powłócząc ciągle nogami, a jego fioletowe od denaturatu zęby zżerała zaawansowana próchnica.

Mietek nie był krwiopijcą. Przynajmniej do niedawna. Powiedzmy do zeszłego weekendu.

Przed wyjściem z biura przejrzałem szybko dossier Marlewicza. Zawartość teczki nie napawała optymizmem. Pomyślałem o obiecanych przez gangstera pieniądzach, a potem znów przekartkowałem dokumenty przygotowane przez Kocura.

- Po kolei, staruszku – mruknąłem do siebie. – Po kolei.

Łyknąwszy dwie tabletki przeciwbólowe i dwie przeciwgorączkowe, zaszedłem do pamiętającego czasy komunizmu marketu Rywal. W sklepie monopolowym zakupiłem cztery tanie wina. Z Gdańskiej skręciłem w ulicę Śniadeckich. Szedłem wolnym krokiem, zastanawiając się, co powinienem zrobić, gdy już ustalę miejsce pobytu – a najprawdopodobniej przetrzymywania – obu zaginionych dziewczyn. W grę wchodziło kilka możliwości. Dziwnym trafem, żadna z nich nie była korzystna dla mojego pierwszego klienta.

Otrząsnąłem się z ponurych myśli.

Charlotte, lat dziewiętnaście, w zeszłym roku też. Intrygująca dziewczyna. Prostytutka ze słabością do literatury. Przypominała moją siostrę. Nie profesją, rzecz jasna. Posturą, zadartym noskiem, krojem drobnych ust, małymi stopami, wreszcie uśmiechem. Anna uśmiechała się zniewalająco. Bardzo ją kochałem. Nadal kocham. Mimo że od sześciu lat nie żyje. Nie byliśmy spokrewnieni. Rodzice adoptowali ją, gdy miałem cztery lata. Ona tylko dwa. To było ich czwarte dziecko. Ostatnie.

Wiedziała, że nie miłowałem jej jak brat. Czuła się zaszczycona, ale nie odwzajemniła moich uczuć. Za mąż wyszła w wieku dwudziestu trzech lat. Dwa lata później urodziła syna. Przez dekadę była szczęśliwa. Potem zachorowała na raka żołądka. Zmarła, dobita przerzutami z wątroby i jelit.

Przyspieszyłem kroku. Pięć minut później – minąwszy okupowany przez handlarzy plac oraz protestancki kościół, przed którym kłębił się tłum odświętnie ubranych ludzi – zagłębiłem się w ciemną bramę podniszczonej kamienicy. Stamtąd udałem się na zaśmiecone podwórze – na linkach rozpiętych między dwoma zardzewiałymi stojakami wisiało pranie, obok bawiły się brudne dzieci – a z podwórza wszedłem do następnego budynku. Odnalazłem interesujące mnie mieszkanie i zapukałem głośno do drzwi.

Otworzył mąż Anny, Stanisław.

Nie wyglądał dobrze: zgarbiony, zapadły w głąb siebie, poruszał się niemrawo, jakby każdy krok sprawiał mu wielki ból.

- Wejdź – powiedział cicho.

Zaniosłem butelki do kuchni. Obszedłem mieszkanie - innych mieszkańców nie było.

- Gdzie są pozostali?

- Odeszli.

Usiedliśmy w największym z trzech pokoi.

Stanisław był z wykształcenia i zawodu antropologiem społecznym. Przed ośmioma laty zaczął pracować nad etnograficzną relacją z rocznego życia wśród wielkomiejskich bezdomnych. Jednak choroba mojej siostry pokrzyżowała mu plany i musiał wrócić do domu. Po śmierci Anny zaczął pić. Na umór. Przez to stracił syna - Paweł wyszedł pewnego dnia z domu i już nie wrócił. Wolał bezdomność niż życie pod jednym dachem z ojcem pijakiem. Policja umorzyła śledztwo. Próbowałem odnaleźć chłopaka na własną rękę - nic z tego nie wyszło. Dowiedziałem się co prawda, że razem z Pawłem uciekła jakaś dziewczyna, ale nie ustaliłem jej personaliów. Oboje rozpłynęli się jak kamfora.

W zeszłym roku Stanisław wrócił do pisania pracy o bezdomnych. Aby w pełni poznać życie takich ludzi, zmienił swoje mieszkanie w melinę.

- Jak postępy w pisaniu książki? – zapytałem, by przerwać kłopotliwe milczenie.

Wiedziałem, co odpowie.

- Barnabo – rzekł zrezygnowany – nie piszemy i nie czytamy książek. To niemożliwe.

Zawsze odpowiadał tak samo.

- Piszemy i czytamy teksty publikowane w książkach. Książka bez tekstu pozostaje mimo wszystko książką.

To przestało być śmieszne. Zacząłem wątpić, czy kiedykolwiek było.

- Czego chcesz? – zapytał.

Wyczułem w jego głosie niechęć.

- Opowiedz mi o Mietku, tym złomiarzu z Sienkiewicza.

- Odszedł.

- Dokąd?

- Wszyscy odeszli.

- Nie rozumiem. Możesz mówić jaśniej?

- Wezwał ich...

- Kto?

- Sabriel.

- Gabriel?

- Nie! – krzyknął i spojrzał na mnie z lękiem. – Nie przekręcaj jego imienia!

Zamilkł równie raptownie, co podniósł głos.

- Sabriel ich wezwał...

Przyniosłem z kuchni butelkę wina i dwie puste szklanki. Postawiłem je na stole. Stanisław wbił wzrok w winiacza.

- To trucizna – wymamrotał.

Zaczął się trząść.

- Napij się.

- Źle mi życzysz.

- Pij.

Usłuchał. Po dwóch szklankach wina poczuł się lepiej.

- Kim jest Sabriel?

- On cierpi...

- Dlaczego?

- Bo nikt, poza mu podobnymi, go nie widzi... Inni patrzą na niego, lecz nie dostrzegają... Zatrzymują na nim wzrok, a widzą na wylot... obdarzeni wzrokiem i ślepi zarazem...

- Gdzie znajdę Sabriela?

- Sabriel ciągle nasłuchuje, nieustannie wypatruje, jest bardzo pracowity, słyszy wszystko uszami innych i widzi wszystko cudzymi oczami, nie umkniemy przed jego gniewem...

- Podaj mi adres, Stanisławie!

Mężczyzna spojrzał na mnie z bezdennym zrezygnowaniem, dobrze widocznym w jego przepitych oczach.

- Po co?

- Muszę spotkać się z Sabrielem.

- To pewna śmierć.

Zastygłem w bezruchu. Pomyślałem o Marlewiczu.

- Możesz powtórzyć?

- Zginiesz, jeśli tam pójdziesz...

- Dokąd?

Oczy antropologa zaszły mgiełką.

- Poszedłem tam tylko raz, razem z Mietkiem, gdy jeszcze był człowiekiem. Potem Sabriel go zmienił. Sabriel też był wcześniej człowiekiem. Ale on zmienił się sam: nikt mu nie pomógł, gdy tarzał się po ziemi, w kałuży krwi, i wył, skowyczał do niebios, pełen pretensji i bólu, czując wzbierającą złość i ciemność starszą niż wieczorny mrok... Byłem tam jeden jedyny raz i widziałem straszne rzeczy. Tylu przemienionych... wśród nich przyjaciele... na wielkim drewnianym krześle udającym tron Sabriel, ich nowy pan, i dwie młode kobiety; blondynka i brunetka, piękne i smutne... Były też inne, przyprowadzone dzień wcześniej, tak powiedział Mietek, młodsze, zabrane sprzed jakiejś knajpy... leżały na ziemi, nagie, poranione, wielokrotnie zgwałcone... żyły, oddychały chrapliwie, miały obłęd w oczach... Uciekłem, rozumiesz? Nic nie zrobiłem. Wziąłem nogi za pas i przybiegłem tutaj, gdzie spiłem się do nieprzytomności...

- Adres.

- Umrzesz!

- Adres.

- To bluźniercze miejsce!

- Adres.

Zwiesił posępnie głowę. Wymamrotał nazwę ulicy.

Przyniosłem pozostałe butelki.

- Masz – rzuciłem je na łóżko, na którym siedział Stanisław. – Wypij moje zdrowie.

Wyszedłem i zbiegłem po schodach na podwórze. Nie zatrzymując się, pognałem do bramy i wypadłem na ulicę, zdyszany, spocony, z sercem walącym jak młot pneumatyczny. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu czułem, że zaczyna buzować we mnie złość. Tylko tak dalej, a niedługo znajdę się na skraju bezdennej przepaści zamieszkanej przez wściekłość. Zacisnąłem pięści. Stanisław nie kłamał. Był pijakiem i menelem, to prawda, ale nie wszyscy pijacy i menele są kłamcami. Mąż mojej siostry słynął z prawdomówności i... braku taktu. Nie znał się kompletnie na dyplomacji. Dlatego wyleciał z uczelni; obrażony rektor zadbał, by za często sięgający po kieliszek pracownik wylądował z hukiem na bruku, w aurze lokalnego skandalu.

Nie kłamał.

I to wcale nie była dobra wiadomość.

Ze Śniadeckich, ulicy równoległej do Dworcowej, było niedaleko do Osmozy. Zerknąłem na zegarek: czwarta. Klub był już otwarty. Wpadłem do środka jak diabeł tasmański. Pierwsza i druga sala były puste. W ostatniej zastałem znajomego sutenera. Siedział przy barze i pił zielonkawego drinka. Czasami odnosiłem wrażenie, że jest to jego jedyne zajęcie.

- Chciałeś mi coś powiedzieć.

Zakrztusił się - poklepałem go po plecach.

- Kurwa...

- Czekam.

- O co chodzi, detektywie?

Znaliśmy się z prokuratury - oskarżałem Wolfa w sprawie o zabójstwo. Wygrałem w pierwszej instancji. Potem wszedłem przypadkowo w posiadanie dowodów świadczących o niewinności osiłka i wniosłem na jego korzyść apelację. Uznał, że został moim dłużnikiem, choć zrobiłem tylko to, co należało do moich obowiązków.

- Gdy wychodziłem stąd wczoraj, chciałeś mi coś powiedzieć, prawda?

Odstawił szklankę z drinkiem.

- Niech to szlag! Dobra. Powiem...

- Boisz się kogoś... czegoś...

- Nie! Skąd? Kurwa! Ja?

- Mów.

Wziął głęboki wdech i zaczął mówić zniżonym głosem, mimo że byliśmy przy barze sami:

- To wydarzyło się w sobotę wieczorem. Ostra impreza. Nieco pijany, wyszedłem na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza i zapalić. Wokół mnóstwo młodych gnojków i cip. Spoglądam w stronę zajezdni dla autobusów, a tam trzech, może czterech facetów o wyglądzie meneli uderza do grupki młodych dziewczyn. Na oko piętnastolatki, może trochę starsze. Goście śmierdzą okropnie, ale tym laskom z jakiegoś powodu to nie przeszkadza. Rozmawiają minutę, dwie, nie pamiętam, a potem wszyscy, laski również, wsiadają do pośpiesznego autobusu. To wszystko.

- Ci faceci... to oni tak cię wystraszyli?

- Kurwa! Mówiłem, że nie!

- Jasne. O której to było godzinie?

- Zaraz przed 23.00.

- Wrócili następnego dnia?

- Nie.

- Dzięki. Na razie.

Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem z Osmozy.

- Detektywie! – w drzwiach wejściowych stał Wolf. - To jacyś popaprańcy. Proszę uważać na siebie!

Skinąłem głową.

W zajezdni stały trzy autobusy. Dwa pamiętające wczesne lata osiemdziesiąte i jeden marki mercedes. Żaden z nich nie miał numeru 94. Siadłem na przystanku i poczekałem dziesięć minut. Przyjechał właściwy. Zamachałem przed twarzą kierowcy legitymacją i zapytałem o kurs z zeszłej soboty z godziny, którą podał sutener. Mężczyzna – otyły i łysiejący, ubrany w przepoconą koszulę – podrapał się po karku.

- Pamiętam – odparł.

- Coś szczególnego?

Zastanowił się.

- Tak. Wśród pasażerów byli jacyś menele. Paskudnie cuchnęli.

- Rozmawiali z kimś?

- Nie, ale wyglądało na to, że są z kilkoma młodymi dziewczynami.

- Wysiedli razem?

Podał ulicę.

- Dziękuję.

Wróciłem do biura. Dochodziła szósta. Z kubkiem gorącej kawy w dłoni siadłem za biurkiem i ponownie przejrzałem teczkę z danymi o działalności Marlewicza. Mój klient miał 35 lat, wyższe wykształcenie z zakresu ekonomii i marketingu (dwa fakultety), wojskowe przeszkolenie, dom w Warszawie, drugi na Wybrzeżu, trzeci w Moskwie, dwudziestodwuletnią żonę, z pochodzenia Rosjankę, brata w Kolumbii, trzy psy rasy American Stanffordshire Terrier (Kocur podał ich imiona), dwa samochody marki Porsche, jednego Maibacha. Był właścicielem sieci modnych i drogich lokali, kupionych od spadkobierców zastrzelonego w 1999 Artura Kopnowskiego, członka pruszkowskiej mafii. Obracał się w towarzystwie warszawskich muzyków i aktorów, przyjaźnił się z politykami lewicy, znał biegle angielski, rosyjski i kolumbijski, wspierał polski hip-hop.

Według niepotwierdzonych przez policję informacji, Marlewicz był przywódcą nowej mafii pruszkowskiej, którą na gruzach poprzedniej, po aresztowaniu większości jej ówczesnych szefów, założyła mafia rosyjska. Miał czystą kartotekę. Żadnych procesów. Policja podejrzewała go o handel narkotykami, pranie brudnych pieniędzy, zlecanie zabójstw, porwań dla okupu, ściąganie haraczy, korumpowanie urzędników. Wolontariusze z LaStrady twierdzili, że jest zamieszany w handel kobietami na terenie Polski.

Zawiesiłem wzrok na ostatniej linijce tekstu.

Handel kobietami.

Wypiłem kolejną kawę.

- To pewna śmierć – powiedział mąż mojej siostry. Te słowa dźwięczały mi w uszach.

Sięgnąłem po telefon i wybrałem numer komórki gangstera.

- Wiem, gdzie jest pańska siostra – powiedziałem i podałem mu adres. – Zanotował pan?

- Tak.

- Proszę być przed tym budynkiem koło 22.00. Niech panowie wezmą ze sobą broń. Wyjaśnię wszystko, gdy się spotkamy.

Rozłączyłem się i zamknąłem oczy. Potrzebowałem snu.



Nie obudziło mnie pukanie ani dzwonek do drzwi. Otworzyłem oczy, bo coś kapnęło na moją twarz. Poczułem na sobie duży ciężar. Potem zapach od dawna nie mytych zębów, przepleciony z męskim potem i wonią taniego alkoholu. Zamrugałem szybko powiekami. Zobaczyłem pokrytą niebieskimi tatuażami męską twarz.

- Witaj, gnoju – wycedził mąż pani Meli, dla przyjaciół Tadek, dla wrogów Łomot.

- Cześć.

- Pieprzyłeś moją żonę!

- Nic podobnego.

- Nie kłam!

- Chodziłem do niej na obiady.

- Gnój!

Dostałem z główki prosto w nos. Usłyszałem trzask pękającej kości i krzyknąłem z bólu. Na ustach poczułem krew. Stoczyliśmy się na podłogę. Zepchnąłem draba z siebie i odczołgałem się pod stół. Poczułem daleką wściekłość. Wzbierała powoli, nieśpiesznie, wręcz leniwie, jakby chciała zrobić mi na złość i jak zwykle spóźnić się, gdy jej potrzebowałem.

- To mój pierwszy dzień na przepustce – powiedział Łomot. – i twój ostatni zarazem, gnoju.

Ostatnie słowa wykrzyczał, po czym chwycił mnie za lewą nogę i wyciągnął brutalnie spod stołu. Obite dzień wcześniej żebra zaszorowały po drewnianych panelach. Przewróciłem się na plecy i kopnąłem napastnika w krocze, ale ten tylko skrzywił się nieznacznie i postawił mnie na nogi, po czym drugi raz uderzył z główki w twarz. Mocno popchnięty, przekoziołkowałem przez blat stołu i spadłem na drewniane krzesło, łamiąc jego oparcie. Wściekłość powoli szła w górę mojego przełyku. Tylko dlaczego krokiem turysty, który ma dużo wolnego czasu?

- Spalę to miejsce – zapowiedział mąż pani Meli.

- Naprawdę? – zapytał kobiecy głos.

W tej samej chwili obaj spojrzeliśmy w stronę okna. Było otwarte a na parapecie siedziała w kuckach blondynka, ubrana w kusą różową spódniczkę i zieloną bluzkę z dużym dekoltem.
Nikola zeskoczyła zgrabnie na podłogę i podeszła do chrapliwie oddychającego Tadka.

- Coś ty za jedna? – zapytał.

- Suka nad sukami – odparła twardo i uśmiechnęła się równie łagodnie jak baranek, planujący morderstwo.

Oczy mężczyzny zmętniały. Upadł na kolana. Ręce spuścił wzdłuż boków.

- Tak lepiej – powiedziała dziewczyna.

Usiadłem chwiejnie na krześle.

- Co teraz? – zapytałem.

W spuchniętych ustach tlił się piekący ból.

- Zadecyduj.

Wlepiłem nienawistne spojrzenie w niedoszłego oprawcę.

- Byle bolało...

Poleciła mu wstać. Mężczyzna chwiejnym krokiem podszedł do parapetu. Usiadł na nim, przełożył obie nogi, pochylił się do przodu...


Dwie, trzy sekundy później usłyszeliśmy uderzenie i głośny jęk.

- Spadł na śmietnik – powiedziała Nikola i zamknęła okno.

Poszedłem do łazienki i obejrzałem złamany nos. Był przestawiony w lewo, opuchnięty i sinofioletowy. Kształtem przypominał piłkę tenisową.

- Kiepsko wyglądasz, detektywie.

Stanęła w drzwiach.

- Ty za to świetnie – odparłem, zmywając krew z twarzy. – Tylko w oczach masz przeraźliwy smutek.

-Świnia!

Zapłakawszy głośno, wyszeptała:

- To dla ciebie...

Każdy z nas – z wyjątkiem niemowlaków - miewa wewnętrzne demony. Niemowlaki miewają kolki. Starsze homo sapiensy, z kilkuletnią socjalizacją na karku, są targane od czasu do czasu toksycznymi uczuciami; gniew, nienawiść, zawiść, żal... To tylko niektóre z nich. Emocjonalne demony, w XX wieku cholernie medialne, sprzedawane w tysiącach telewizyjnych tasiemców, programach interwencyjnych, reportażach z siedlisk ludzkiego nieszczęścia, filmach dokumentalnych, w reklamach hamburgerów. Gniew, nienawiść, zawiść, żal... Przede wszystkim chodliwy towar, dopiero potem, za tonami filmowej taśmy, motor napędowy indywidualnych lub grupowych ludzkich dramatów, nieszczęść, tragedii. Ludzkie wnętrze – intymna sfera naszych myśli i emocji – sprzedaje się znakomicie, ale głównie w kiepskich produktach.

Nikola sprzedała mi swoje demony po promocyjnej cenie. Od razu, w jednym pakiecie, bez możliwości zwrotu.

Doświadczyłem ich w całości, bez przygotowania, nieuprzedzony, bezbronny, grafomańsko zginając się w pół, plując własną krwią i wołając, by przestała, bo miałem już dość – jej bólu, mojego, nieszczęść, których doznała osobiście lub była świadkiem.

- Chcesz więcej?

- Nie...

Poznałem już źródło jej bezgranicznego smutku.

Gwałcona przez dwa dni, przez czwartek i piątek, dotarła na skraj obłędu. Nie skoczyła w przepaść tylko dlatego, że przed wyjazdem z Warszawy przeszła przemianę. Nadal była człowiekiem – oddychała, jadła – ale nauczyła się w mistrzowski sposób panować nad emocjami, własnymi i cudzymi, w stopniu nieosiągalnym dla zwykłych śmiertelników. Pozwoliła, bym doświadczył niemalże tego samego, co ona, gdy jeden za drugim cuchnące męty kładły się między jej nogami. Poczułem potworny ból w kroczu i alkoholowy oddech na lewym policzku.

- Rozumiesz? – zapytała.

Rozpłakałem się.

Podała mi chusteczkę.

- Napijesz się kawy?

- Tak – wybełkotałem i przetarłem oczy.

Milczeliśmy dopóki nie postawiła na stole dwóch filiżanek ze świeżą kawą o mocnym, wyraźnym zapachu i smaku gęstym jak kobiece futerko.

- Duchowi nędzarze – powiedziała.

- Słucham?

- My, wszyscy... ludzie... jesteśmy duchowymi nędzarzami.

- Nie rozumiem.

- Nieważne – wzruszyła ramionami i odgarnęła z czoła krótką grzywkę. – Rób, co powinieneś...

- Czyli?

- Zadawaj pytania, stawiaj hipotezy, wyciągaj wnioski...

- To groteskowe w tej sytuacji..

- W jakiej?

- Wiem... poczułem, przez co przeszłaś...

- Ariadna przeszła przez to samo.

- Więc po co gadać? Po prostu chodźmy tam i poślijmy to miejsce do diabła...

- ...a przede wszystkim zabijmy Jeana?

- Dokładnie – odparłem.

Zawiedziona moją propozycją, zmarszczyła groźnie brwi.

- Ty chyba nadal niewiele rozumiesz, prawda?

Musiałem przyznać jej racje. Błądziłem po omacku.

- Po pierwsze, detektywie, Jean nie jest pieprzonym hrabią Draculą ani żadnym innym Księciem Ciemności.

- Były chłopak Ariadny powiedział coś zupełnie przeciwnego.

- Grzegorz?

Nie była zaskoczona.

- Jest tutaj?

- Przyjechał za wami w poniedziałek.

- Więc jej telefon poskutkował...

- Ten chłopak kocha twoją przyjaciółkę.

Dziewczyna wydęła pogardliwie wargi.

- Ma na jej punkcie obsesję – odparła. – To świr.

- Mój klient.

- To dlatego nas szukasz.

- Nie tylko z tego powodu.

Wbiła we mnie dociekliwe spojrzenie kobiety, która ma zamiar zapytać męża lub narzeczonego o znalezione w sypialni kobiece majtki.

- Adam?

- Tak. Zgłosił się do mnie w nocy ze środy na czwartek.

Odniosłem wrażenie, że nie ucieszyła jej ta nowina. Zaklęła cicho.

- Kim jest Jean? – zapytałem.

- To krwiopijca.

- A czym krwiopijca różni się od wampira?

- Jean nie lubił słowa ‘wampir’. Mówił, że jest za bardzo obciążone literacko, filmowo i historycznie. Narzekał, że zbyt wiele wyjaśnień, często ubranych w sensacyjne historie, pretenduje do właściwego znaczenia tego słowa. Czasami nazywał siebie krwiopijcą, częściej duchowym nędzarzem. Nie musiał pić krwi, by żyć. Owszem, krew, a właściwie występujące w niej hormony, dawały mu, jak mawiał, solidnego kopa w tyłek, czyli stymulowały ponad granice ludzkich możliwości, pozwalając na bezpieczne wykonywanie karkołomnych działań.

- Jak ponad trzydziestometrowy skok z dachu na dach?

- Grzegorz powiedział, że skoczyłam?

- Tak.

- To fantasta. Przez okno uciekłam na dach kamienicy a stamtąd na balkon innego mieszkania.

Uśmiechnęliśmy się jednocześnie.

-Generalnie picie krwi było dla Jeana zbędne - kontynuowała. – Traktował to jako dodatkową atrakcję. Używkę słabszego typu. Naprawdę kręciło go sondowanie ludzkich emocji. Miał rację - to dopiero stymuluje dupę! Wyobraź sobie, detektywie, że świat to przestrzeń wypełniona błąkającymi się emocjami, świadomie lub nie wysyłanymi przez ludzi. Emocje krążą między nami, odbierane, ignorowane, przeżywane, zwracane, ale generalnie ludzie doznają ich powierzchownie, selektywnie i biernie, nie zdając sobie sprawy, że nie ma takiej emocji, której nie można byłoby poddać obróbce, ukształtować według własnego pomysłu lub celu, wzmocnić bądź osłabić. Jean był w tym mistrzem. Mógł mieć każdą i każdego, bez wyjątku, i to niewielkim kosztem. Miał potencjał rekina, a zachowywał się jak delfin. Nie był złym człowiekiem. Nie pragnął cierpienia innych. Gdy nikomu to nie szkodziło, a zawsze upewniał się, by nikt nie poniósł szkody, korzystał ze swoich zdolności, zapewniając sobie dach nad głową, pracę, pieniądze, seks. Jeśli był wampirem, to tylko w najgólniejszym, możliwie najbardziej neutralnym znaczeniu tego słowa.

-Mówisz o nim w czasie przeszłym. Dlaczego?

-Bo został zamordowany...

Chciałem powiedzieć coś z przekąsem, ale taktowanie ugryzłem się w język.

- Uwiódł cię?

- Nie.

- A Ariadnę?

- Skądże! Co to za pomysł? Jean wolał mężczyzn.

- Więc dlaczego z nim wyjechałyście?

Uśmiechnęła się smutno, pokazując równe białe zęby.

- Bo obiecał zabrać nas do lepszego świata.

- Pozwól mi zgadnąć. Ariadna miała dość pracy w biznesie erotycznym, natomiast ty, Nikola, postanowiłaś uciec od brata, skądinąd niebanalnego skurwysyna.

- Trafiłeś w sedno, detektywie.

- I gdzie jest ten lepszy świat, dziewczyno?

- W nas, we mnie, w Ariadnie... Zostałyśmy przemienione z duchowych nędzarzy ślepych na własne i cudze emocje w takich, którzy potrafią nimi manipulować w sposób niewyobrażalny dla zwykłych ludzi. Poza tym nic się nie zmieniło. Nadal jesteśmy duchowymi nędzarzami, osobami, które żyją z emocji, dla emocji, w świecie, gdzie emocje zostały chodliwym towarem, sprzedawanym niemalże codziennie w sklepach, w mediach, w pracy, w sztuce, na spotkaniach towarzyskich. W taki czy inny sposób wszyscy nimi kupczymy. Prostytuujemy się emocjonalnie, i to najczęściej publicznie.

- Co ja sprzedaję?

- Nadzieję.

- A twój brat?

- To samo. Tylko że on sprzedaje ją w narkotykach, alkoholu i seksie.

- A ty?

- Też byłam dealerem nadziei. Młode wilki z miejskiej biedoty, marzące o przestępczej karierze, robiły wiele głupich rzeczy, by zaimponować siostrze szefa warszawskiej mafii. Głupcy, nie mieli u mnie żadnej szansy. Nie ten poziom, detektywie. Byli również moi koledzy ze studiów. Wiedzieli, kim jest mój brat, a mimo to próbowali wkręcić się do rodziny - przez wyznanie miłości, łóżko, zaręczyny... nawet ślub, gdyby wypaliły wcześniejsze etapy. Czułam się osaczona. Otaczali mnie mężczyźni sądzący, że jestem przepustką do lepszego życia. Cipka i pieniądze. Chodliwa postać nadziei.

- Poznałaś Ariadnę...

- Przypadkowo. W pewnym klubie. Siedziałyśmy obok siebie przy barze. Jej ówczesny chłopak, Grzegorz, nie przyszedł, więc nie czuła się najlepiej. Pomyślała, że znów ją wystawił. Podałam jej chusteczkę. Otarła łzy. Podziękowała. Postawiła mi drinka. Zaczęłyśmy rozmawiać. Następnego dnia rano obudziłam się przytulona do jej pleców.

- Zostałyście kochankami?

- Wbrew przesądom rezerwującym miłość dla mężczyzny i kobiety, pokochałyśmy się bardzo mocno. To zabrzmi wyświechtanie, jakbym cytowała, ale Ariadna jest całym moim światem. Uczyniła z samej siebie dar dla mnie. Nie pozostałam dłużna. Potem pojawił się Jean. Pracował jako fotograf. Robił zdjęcia kobietom. Zorientował się, że nie jesteśmy zadowolone z naszego dotychczasowego życia. Zaproponował, byśmy wyjechały razem z nim, najpierw do Wiednia, potem do Pragi, na koniec do Paryża.

- Zatem co poszło nie tak?

Nikola łyknęła kawy.

- Wszystko – odparła enigmatycznie i zawiesiła na mnie spojrzenie smutniejsze niż krajobraz po bitwie.

Potem opowiedziała całą historię, zaczynając od wypadku przed Bydgoszczą, na trasie z Torunia, a kończąc na wizycie w kamienicy przy ulicy Grzymskiego.

- Zatem – podsumowałem – przyszłaś tam, bo kazano ci zabić tego mężczyznę?

- Niestety.

- I zrobiłaś to?

- Tak – odrzekła hardo, bez błysku sumienia w niebieskich oczach.

- Gdzie jest ciało?

- Zabrali je inni.

Męty. Menele. Żule. Ścierwa.

- Dziewczyny zabrane sprzed Osmozy?

- Nie żyją.

Jej głos zmatowiał.

- Umarły po czterech dniach gwałtów.

Zacisnąłem pięści.

- Zamierzasz tam wrócić?

- Oczywiście. Ariadna nie uwolniła się spod władzy Sabriela. Nie wiem, dlaczego akurat mnie się to udało...

Wstałem z trudem i podszedłem do okna. Wyjrzałem na zewnątrz: Tadek nadal leżał w otwartym kontenerze na śmieci. Zerknąłem na zegarek. Było przed 23.00.

- Posłałem tam twojego brata. – powiedziałem.

- Dobrze zrobiłeś.

- Dlaczego?

- Bo Adam nie wyjdzie z tego miejsca żywy.

- Pragniesz jego śmierci?

- Jego śmierć niczego nie zmieni - wzruszyła ramionami.

- O czym ty mówisz?

- O handlu kobietami. Mój brat kontroluje handel kobietami na terenie Polski. Nie jest zaangażowany bezpośrednio, ale zajmujący się tym gangsterzy odpalają mu dolę, za ochronę przed konkurencją. Trafiają do nas dziewczyny z Rosji, Ukrainy i innych państw wschodnich, na miejscu są ujeżdżane, oporne bite, czasami zabijane. Kupuje się je od rosyjskich handlarzy po tysiąc euro za sztukę. Potem, przez Polskę, są wywożone do tanich domów publicznych w Hamburgu lub Hanowerze. Tym razem już po trzy-cztery tysiące od osoby.

-Jeśli śmierć twojego brata nie przerwie tego procederu, to dlaczego chcesz...

-Będzie miała tylko symboliczną wartość, i to wyłącznie dla mnie.

Zadzwonił telefon.

- Przepraszam na chwilę – powiedziałem i odebrałem.

Na wyświetlaczu widniały inicjały mojego pierwszego klienta.

- Detektyw Ochucki?

Głos był głęboki, niski i chrapliwy.

- Tak.

- Powiedz gnoju tej warszawskiej burej kurwie, Nikoli, że mam jej braciszka.

- Sabriel?

Mężczyzna podał adres i godzinę.

- Spotkamy się tam jutro. Jeśli ta dziwka chce, by jej brat żył, musi do mnie wrócić. Zrozumieliśmy się?

- Oczywiście.

Odłożyłem telefon na stół.

- Jesteśmy umówieni – powiedziałem, a po chwili zastanowienia dodałem:

- Chcę posmakować twojej krwi. Bo to tak działa, prawda?

Uniosła lewą brew.

-Żeby spotęgować...

-Tak – przerwałem jej.

-Wspaniale. Długo czekałam na tę prośbę, detektywie.

To mnie zastrzeliłaś, dziewczyno.

-Jak dowiedziałeś się o moim sekrecie?

-Wysondowałam pana.

5.

Była wczesna, ciepła noc. Po niebie snuły się granatowe chmury, gwiazdy świeciły mdłym blaskiem a księżyc był w połowie drogi do pełni.

Złomowisko przypominało wymarłe miasteczko, w którym zamiast budynków przy wąskich ulicach stały dziwaczne konstrukcje wykonane z najprzeróżniejszych, nie tylko domowych odpadków.

Zatrzymaliśmy się przed otwartą bramą.

Od rana do późnego popołudnia omawiałem z Grzegorzem i jego czterema najemnymi zbirami przygotowany z Nikolą plan. Po kilku godzinach byliśmy pewni, że nie pominęliśmy żadnego szczegółu. Wszyscy zgodzili się, że najlepszym rozwiązaniem będzie atak. Mój klient i jego militarne przydupasy wiedzieli tyle, ile było konieczne do sprawnej realizacji planu. Najważniejsze szczegóły – w tym to, w jaki sposób wystawimy im świtę Sabriela – zachowałem dla siebie i dziewczyny. Kocura i Strugata postanowiłem w to nie mieszać. Nie dlatego, że zadanie było zbyt niebezpieczne, bo nie wątpiłem, że moi współpracownicy poradziliby sobie z trudniejszym. Po prostu nie chciałem, by poznali mój sekret. Ciężko zniósłbym fakt, gdyby odeszli z pracy z jego powodu. Któż chciałby pracować ze złym czarownikiem?

Charlotte nie przyszła rano ani później. Szkoda. Miałem nadzieję, że jeszcze porozmawiamy o literaturze.

- Gotowy? – zapytała Nikola.

Nie wiem, gdzie zdobyła pieniądze. Wolałem nie pytać. Może wcale ich nie posiadała, a jedynie skorzystała ze swoich zdolności? Tak czy inaczej, po południu oświadczyła, że wychodzi na zakupy. Wróciła po dwóch godzinach w nowych dżinsach, ciężkich butach z traktorem, sięgających za kostkę, niebieskiej koszulce i obcisłej skórzanej kurteczce. Nowym strojem, nie mniej seksownym niż poprzedni, wzbudziła entuzjazm najemników, zwłaszcza bladego rudzielca. Spodziewałem się z ich strony jakichś typowo męskich komentarzy o seksualnym podtekście, jednak żaden wojak nie odważył się rzucić zaczepnego tekstu pod adresem Nikoli. Naprawdę wzbudzała w nich respekt. Chętnie zerkali na jej zgrabny tyłeczek, ale już nie na twarz. Tej drugiej unikali, jakby obawiali się, że mogą zobaczyć w niej coś, czego długo nie zapomną, a co będzie śniło im się nocami i wcale nie będzie tak przyjemne, jak rzezie w Czeczenii, w których przed rokiem brali chętnie udział, tylko straszne, okropne, okrutne – niczym miłosierdzie.

Delikatnie sondowałem emocje tych mężczyzn. Były zabarwione wspomnieniami dobrze zorganizowanego i radośnie przeprowadzanego mordowania mieszkańców czeczeńskich wiosek i miasteczek.

- Tak – odpowiedziałem dziewczynie.

W nowym stroju przypominała Aline Cedrac z czwartej części gry Alone In The Dark, w którą przed dwoma miesiącami grywałem na zmianę z Kocurem i Strugatem. I choć, poza profesją nie miałem wiele wspólnego z młodym i przystojnym Edwardem Carnby’m, detektywem o aparycji jurnego rockmana, poczułem się bardzo, ale to bardzo męsko, jak Bohater Kina Akcji, który u boku Pięknej i Seksownej Partnerki wkroczy za moment do Siedziby Zła, by skopać tyłki Szeregowym Złym Facetom, przeznaczonym przez scenarzystów na przemiał. Bohater ze złamanym nosem, pomyślałem, opuchniętą twarzą i wrzodami ospy, wysmarowany białą, stwardniałą maścią, obolały i niewyspany.

Znów ukłuła mnie wspomnieniem gwałconych nastolatek. Ich ociekające rozpaczą i przerażeniem krzyki przetoczyły się pod sklepieniem mojej czaszki.

- Idziemy – powiedziałem.

Od rana przeskakiwałem z nastroju w nastrój, kłuty zaostrzonymi jak żyletki emocjami. Mogłem się wobec nich zdystansować lub pozwolić, by mnie pochłonęły. Wybrałem tę drugą możliwość. Na kilka chwil, ulotnych jak oddech, utożsamiałem się z podmiotem odebranych uczuć, obrobionych wcześniej przez Nikolę, tak, bym przeżywając je cierpiał, wił się ze złości, a w końcu uwolnił z głębin mojej spokojnej natury męską, choleryczną wściekłość, napędzaną testosteronem.

Teraz, gdy szedłem u boku tej pięknej i okrutnie skrzywdzonej dziewczyny, czułem, że w każdym zakątku mojego ciała, w każdej jego komórce, buzuje starannie nagromadzona nienawiść, warcząc i szczekając jak pies trzymany na łańcuchu.

Złomowisko było położone na uboczu miasta, po drugiej stronie mostu na Wiśle, przy trasie na Toruń. Z daleka wyglądało posępnie i bluźnierczo. Dokładnie tak. Pomyślałem, że to śmieszne. Pewnie to ja, nabuzowany wściekłością i nienawiścią, wyzuty z życzliwości, postrzegałem wszystko w taki sposób – jako posępne i bluźniercze, rodem z gęstej prozy Lovecrafta. Widocznie wspomnienia z dzieciństwa i związane z nimi emocje wychynęły spośród innych, i zabarwiły trawiące mnie kawałek po kawałku uczucia oraz percepcję zdaną na łaskę i niełaskę hormonów.

- Dobrze się czujesz? – zapytała Nikola.

Nie usłyszałem w jej miękkim głosie troski ani współczucia.

- Wyśmienicie.

Syn premiera pomylił się. Można było zabić krzykiem. Należało jedynie wiedzieć, co i jak należy krzyczeć.

Czarownik. Kolejne słowo, do którego podoczepiano mało wiarygodne znaczenia. Nie wierzyłem w żadne z nich, ale też nie poszukiwałem wyjaśnienia. Zaakceptowałem w całej rozciągłości odkryte przed wieloma laty zdolności.

Byłem czarownikiem.

Otwierałem usta, wypowiadałem litanię paskudnych przekleństw, a od agresji i wściekłości mojej wypowiedzi ludzie zamierali w bezruchu, następnie zaczynali drżeć, patrzyli na mnie z niedowierzaniem i lękiem, zaś adresat wycedzonych bluzgów oblewał się zimnym potem, a gdy odchodziłem z szerokim, złym uśmiechem na twarzy wykrzywionej w obłędnym grymasie, ów człowiek chwytał się za serce i...

Byłem czarownikiem. Cokolwiek to właściwie znaczyło.

Dla tutejszych biedaków i bezdomnych złomowisko pełniło rolę punktu, wokół którego organizowali swoje codzienne życie. Każdego dnia ze wszystkich dzielnic miasta zmierzali w to miejsce samotnie lub grupami, ciągnąc za sobą wózki ze złomem. Nie pomijali żadnego śmietnika. Zamknięte na klucz otwierali siłą, najczęściej nad ranem; nikt wówczas nie reagował na hałas. Czasami walczyli między sobą o co lepsze ‘śmieci’. W ruch szły butelki, pałki, noże... Widywałem takie sceny u mnie na podwórku, wyglądając w środku nocy przez okno.

Oboje czuliśmy ich obecność. Wraz z upływem czasu robiła się coraz bardziej namacalna. Gdy z plątaniny uliczek usypanych ze starego sprzętu kuchennego i łazienkowego wyszliśmy na okrągły plac, na którym stał budynek z pomieszczeniami biurowymi, świta Sabriela już tam na nas czekała, milcząc, patrząc posępnie. Bezdomni – a było ich tutaj około setki – z całego miasta. Wśród nich męty, menele, żule, lumpy, szumowiny, a także gwałciciele i mordercy. Ścierwa. Nie wszyscy, oczywiście. Nie byłem głupi. Wiedziałem, że bezdomni to zbiór osób o bardzo zróżnicowanych losach. Każdy miał do opowiedzenia inną historię. Dlatego nie generalizowałem karkołomnie. Jednak ci tutaj, wlepiający w Nikolę i we mnie chciwe spojrzenia, byli zjednoczeni przez jedno wszechogarniające i trudne do odparcia uczucie – przez zawiść. Oni nam zazdrościli. Wszystkiego. A przede wszystkim widzialności. Przymiotu człowieka, który ma mieszkanie, pracę, rodzinę i znajomych.

Z parterowego budynku z płaskim dachem wyszedł mężczyzna w garniturze. Ubrany był elegancko i drogo. Tylko jego zapijaczona morda z nosem rozpłaszczonym na zaczerwienionych policzkach nie pasowała do nienagannego stroju. No i ten smród - cuchnął jak wszyscy pozostali bezdomni.

- To on - szepnęła Nikola.

Sabriel.

Poznałem go od razu. Był nikim. Naprawdę. Jako jeden z nielicznych bezdomnych, którzy zamieszkiwali moje okolice, nie miał żadnej frapującej historii do opowiedzenia. Przed bezdomnością nie był ani lekarzem, ani prawnikiem, ani nauczycielem, ani policjantem. W ogóle nie miał żadnego zawodu. Urodził się bezdomny i bezdomnym pozostał do dzisiaj. Od urodzenia był niewidzialny. Był nikim. Dosłownie. Nawet nie pamiętałem, jak na niego wcześniej wołano.

Nikola powiedziała, że było tak.

Najpierw Sabriel posmakował krwi Jeana, wyrzuconego z fotela kierowcy zaraz po uderzeniu w drzewo, a potem wytarzał się w niej, jak świnia w błocie. Następnie rozkazał pozostałym bezdomnym, którzy byli świadkami wypadku, zabrać obie dziewczyny i zanieść je na złomowisko. Zabił właściciela złomowiska, jego żonę, czterech współpracowników i dwa psy, po czym zezwolił na to, by brudni, cuchnący i pijani mężczyźni gwałcili godzinami Nikolę i Ariadnę. Zdominował obie dziewczyny i zaprzągł je do brudnej roboty.

Menelom, których poczęstował własną krwią, przemieniając ich w krwiopijców, kazał iść do Osmozy i sprowadzić z niej kilka młodych dziewcząt. Marzył o orgiach rodem z tanich pisemek pornograficznych, znajdowanych na śmietnikach.

Sabriel.

Pewnie wziął to imię z jakiejś książki.

Nikt. Pan pieprzony Nikt.

Przygotowałem się do krzyku. Zanim zdążyłem otworzyć usta i wyrzucić z siebie litanię naszpikowanych nienawiścią bluzgów, ciszę nocy zburzył huk wystrzału.

Po skroni Nikoli spłynęła kropla potu.

Sabriel zachwiał się i upadł twarzą do ziemi. Za nim, z opuszczoną bronią stał Adam Marlewicz. Wśród bezdomnych rozległo się buczenie. Trzech przemienionych biedaków zaczęło zachodzić gangstera od tyłu. Zatrzymali się, a nawet cofnęli o krok, kiedy Marlewicz warknął na nich. Teraz to on był wampirycznym samcem alfa.

- Witaj siostrzyczko – powiedział spokojnie.

- Gdzie jest Ariadna? – zapytała nienawistnie.

- W budynku – odparł i zwrócił się do mnie: – Muszę panu podziękować, detektywie.

- Za co?

- Wysłał mnie pan na niemalże pewną śmierć. Nie wiem tylko, dlaczego. Zresztą to nie jest ważne. Moi ludzie zginęli, ale w zamian dostałem coś, o czym nie śniłem w najśmielszych snach. Ten głupiec – wskazał martwego Sabriela – przemienił mnie... tak jak wcześniej Jean moją siostrę. Teraz naprawdę jesteśmy jedną wielką wampirzą rodziną.

- Zabiję cię!

- Nie! – krzyknąłem, zdumiony widokiem Nikoli celującej do brata z pistoletu 9mm.

Marlewicz zaczął klaskać.

- Brawo! Mała Nikola zamierza zabić narkotykowego dealera, zabójcę, i porywacza! Brawo! Brawa dla dziewczyny, która odważyła się wybrać.

Zawiesił głos.

- Wybrać smak swojego życia! – dodał z kpiną.

Dłonie blondynki zaczęły drżeć. Nacisnęła lekko spust.

- Daj sobie spokój, siostro.

Podszedł do nas. Cofnęła się o krok.

- Strzelę!

-Wracam do Warszawy – oznajmił. – Dzięki panu, detektywie, i temu ścierwu, Sabrielowi, otworzyły się przede mną niesłychane możliwości. Nic już nie będzie takie jak dawniej. Rozumiem, że ty, Nikola, zostajesz z detektywem?

Nie odpowiedziała. Nadal do niego mierzyła.

- Tak myślałem. Zatem żegnaj, siostro. Obyś nigdy nie weszła mi w drogę. Wtedy zgotuję ci los gorszy niż ten, który spotyka kobiety sprzedane do zachodnich burdeli. Pana też to dotyczy, Barnabo.

Pomyślałem, że po ostatnich słowach brata Nikola strzeli. Jednak coś w niej pękło i pozwoliła mu odejść. Opuściła broń i zapłakała głośno. Zostaliśmy sami, nie licząc zgromadzonych wokół placu bezdomnych.

- Dlaczego go nie powstrzymałeś?

- Bo nie jestem mordercą, Nikola, a ty mimo wszystko kochasz brata...

W ciemnościach alejki, którą przyszliśmy, rozległy się kroki.

- Gdzie jest Ariadna? – zapytał Grzegorz, osłaniany przez czterech najemników w kominiarkach.

Zignorowałem go i zwróciłem się do Nikoli.

- Dość płaczu, dziewczyno. Wypłaczesz się później. Wśród tych ludzi są krwiopijcy. Jak ich znajdziemy?

- Nie będziemy szukać – odparła, ocierając łzy.

- Jak to?

- Zabijemy ich wszystkich.

W jej niebieskich oczach rozbłysła nienawiść.

- Grzegorz?

Z budynku wyszła Ariadna. Gęste, ciemne włosy miała w nieładzie, krótką sukienkę podartą, a nogi i ramiona posiniaczone.

Blada twarz, puste spojrzenie.

- Ariadna!

Bardzo melodramatycznie padli sobie w ramiona.

- Kocham cię! – wykrzyczał syn premiera.

Był podniecony.

- Cicho! – położyła palec wskazujący na jego ustach. W namiętnym pocałunku, obmacując się jak napalone nastolatki, trwali około minuty. W końcu odsunęła od siebie dyszącego chłopaka.

- Teraz już rozumiesz, Grzegorzu?

Skinął głową. Cofnął się o kilka kroków, rozszerzonymi oczami, w których zaiskrzyło szaleństwo, spojrzał wymownie na najemników i wypowiedział jakieś słowo. Militarne zbiry bez wahania otworzyły ogień w stronę bezdomnych. Noc wypełniły wrzaski umierających. Nikola przewróciła mnie na ziemię, sama zakryła głowę rękami. Ariadna leżała obok. Uśmiechała się z ulgą. Masakra trwała dziesięć minut.

Wrócili na plac, wymieniając magazynki.

- Teraz – szepnęła Nikola.

Poderwałem się z ziemi, przykląkłem i wykrzyczałem wściekłość zmagazynowaną w starannie dobranych przekleństwach. Poczułem uderzenie gorącego powietrza. W uszach słyszałem szum krwi. Mężczyźni – jeden za drugim – zgięli się w pół, zwymiotowali i legli w konwulsjach, krwawiąc z nosa i uszu. Okłamałem Nikolę. Zasadniczo nie byłem mordercą. Tylko zasadniczo.

- Co ty, kurwa, zrobiłeś...

Został jeszcze syn premiera.

Otworzyłem usta, ale słowa ugrzęzły mi w gardle.

Chłopak wycelował we mnie pistolet.

Na szczęście Ariadna zareagowała, zanim zdążył pociągnąć za spust.


Epilog

Jest późny grudniowy wieczór. Dzień przed Wigilią. Kocur i Strugat ubierają stojącą w biurze choinkę. W najbliższym czasie mamy wolne. Dość pracy! Idę zaparzyć kawę. Po drodze do kuchni zaglądam do gabinetu i zabieram z biurka listy i świąteczne kartki, które dzisiaj rano przyniósł listonosz. Włączam ekspres, siadam na stołku i zabieram się do przeglądania poczty. Wśród kolorowych kartek znajduję jedną nadaną z Francji. Czytam krótkie życzenia, pod którymi widnieją dwa podpisy: Nikola i Ariadna. Uśmiecham się pod nosem.

Post Scriptum: Znalazłyśmy lepszy świat, detektywie. Kochamy się, jak nigdy dotąd. Dni i noce są dla nas łaskawe.

Nie jestem krwiopijcą. Podobno przemiana wymaga wypicia co najmniej litra krwi. Tamtego dnia łyknąłem z żyły Nikoli raptem dwie, trzy krople. Nawet nie urosły mi siekacze.

Pozostałem starym, złym czarownikiem. Nadal bez wyjaśnień.

Masakra na wysypisku niespodziewanie wpadła w paszczę polityki. Rząd i opozycja skoczyły sobie do gardeł. Ten pierwszy został obwiniony o czystki socjalne. Ta druga – o antyrządową, prokapitalistyczną prowokację. Wzajemne zarzuty były absurdalne, histeryczne, jednak żadnemu z polityków to nie przeszkadzało, a rzekomo bezstronne media, rozkochane w podsycaniu każdego newsa, choćby najbłahszego, dolewały oliwy do ognia, prześcigając się w wykorzystywaniu masakry do zwalczania bądź rządu, bądź opozycji, w zależności od politycznego ładunku swojej neutralności. Upolitycznienie mimo wszystko tragicznego wydarzenia przyjąłem z niedowierzaniem, poczułem obrzydzenie. Ubawił mnie tylko fakt, że autorytety moralne, głównie lewicowe, ubolewając nad ponurym losem wymordowanych bezdomnych, przedstawiały ich jako ludzi bez wyjątku dobrych i łagodnych, zasługujących na pomoc ze strony państwa, za którą zapłacić mieli bogaci podatnicy. Bogaci, czyli źli. Naśmiawszy się, odesłałem całą historię do słabiej pracujących rejonów pamięci.

Żałuję, że pozwoliłem odejść bratu Nikoli. Nie zabiłem drania na niemą prośbę, wyczytaną w przerażonym spojrzeniu dziewczyny.

Skurwysyn ma się dobrze, trzęsie przestępczością stolicy i satelickimi gangami, zbija majątek na przemycie narkotyków i nawet największe tuzy rodzimej policji nie są w stanie mu zagrozić, bo dzięki nowym zdolnościom kiwa wszystkich, jak tylko chce, nie wypuszczając z rąk żadnej karty, a trzyma same asy. Gnój. Niedawno przysłał mi butelkę przedniej whisky z dedykacją i podziękowaniami. Karteczkę wyrzuciłem do kosza, a butelkę wstawiłem do barku. Czuję się odpowiedzialny, gdyż pomogłem uzbroić monstrum.

Zły, zły, zły Barnaba.

Jutro odwiedzi mnie Charlotte. Przyniesie jakieś książki. Łączy nas miłość do literatury. Wspaniała sprawa. Spędzimy razem Wigilię. Pani Mela, sąsiadka, nie przyjęła zaproszenia, bo nadal jest obrażona o pobicie męża. Poza tym chyba nie lubi mojej nowej przyjaciółki.

Dziewczyna chce iść na Pasterkę. Pójdziemy, choć jestem agnostykiem i uważam tego typu spędy za stratę czasu. Prostytutka na pasterce... Tak, Charlotte nie zrezygnowała z dochodowej pracy w agencji towarzyskiej.

Święta. Okres, kiedy wybaczanie win jest cholernie stosowne. Możliwe. Jednak nie wierzę, by Grzegorz Bolesławski, syn premiera III Rzeczypospolitej, kiedykolwiek wybaczył mi, że zostawiłem go bez ubrania, przywiązanego do drzewa, a potem poinformowałem anonimowo policję, że w lesie nieopodal Ostromecka znajdą roznegliżowanego mężczyznę. Nie obawiam się zemsty ze strony gówniarza. Gwarancją bezpieczeństwa mojego i moich najbliższych są bezpiecznie ukryte zdjęcia, które zrobiłem Grzegorzowi, gdy ten nagi obejmował rękoma i nogami drzewo, i z mojego polecenia, wspartego odpowiednio oprofilowanymi emocjami, wykonywał kopulacyjne ruchy. Jest jeszcze film z całego zajścia. Przypadek Grzegorza nie wypłynął w mediach, widocznie tatuś pociągnął za odpowiednie sznurki, ale, jak przypuszczałem, nie był ucieszony faktem, że musi zostać dłużnikiem osób mających wpływ na ukręcenie łba sprawie. Dziennikarze szczytowaliby ze szczęścia, gdyby dostali te materiały.

Tak, to całkiem zabawne, myślę i rozlewam kawę do filiżanek. Następnie stawiam je na tacy i wracam do chłopaków, by pomóc im w ubieraniu świątecznego drzewka.

Brak komentarzy: