środa, 2 września 2009

Prawda 2: Łotrzyca

Zamordowali rodzinę. Kobietę, mężczyznę i dziecko. Dokładnie w tej kolejności. Mąż patrzył na śmierć żony, dziecko na śmierć rodziców, a jedynymi świadkami agonii dziecka byli mordercy. Czterej mężczyźni, którzy w gęstwinie nocy ciemniejszej niż inne włamali się do naszego domu. Mordercy nie uważali się za morderców, chociaż nie zaprzeczali, że tamtego dnia umyślnie uśmiercili trzy osoby. Przeciwnie – byli dumni z dokonanego zabójstwa, a dumę z przelanej krwi wspierali racjami, z których wynikało, że nie było ono morderstwem.

Dranie. Skundleni.

W żadnym z sześciu
czaskątków Ziemi, w których zginęła jedna z moich sześciu rodzin, nie rozległ się mój płacz. W żadnym nie nauczyłam się czytać i pisać. Nie poznałam smaku męskiego przyrodzenia. Nie przeczytałam książki. Nie zachwyciłam się zachodem słońca. W żadnym nie pomodliłam się do LOVE ani żadnego innego bóstwa z ziemskich panteonów. W żadnym im nie złorzeczyłam.

Mordercy. Dranie. Skundleni. Moją siostrę też zabili. To dziecko z pierwszego akapitu. Po drugiej stronie macicy niż ja. Przynajmniej widziała gwiazdy.


Set the world on fire

-Słuchaj, moja spandeksowa suko, jesteś odmieńcem - powiedziała Aimee tamtej nocy, kiedy podpaliłam miasto, a jego obrońców rzuciłam na kolana. Aimee była wówczas brunetką o oliwkowej cerze, drobną, z piwnymi oczyma, z których, jak się wnet przekonałam, potrafiła wykrzesać całą gamę elektryzujących spojrzeń. - Masz anomalną metafizykę. I, co rzadkie, wiesz o tym.

Uśmiechała się urokliwie, pełnią ust, błyskając bielą dużych, równych zębów. Dokładnie takich, za jakimi przepadałam u kobiet. Miała, bestia, rację. Moja metafizyka była anomalna. Sądziłam, że, pomijając LOVE, tylko ja o tym wiem - ludzie brali mnie za zwykłą łotrzycę. I tak miało pozostać. Zacisnęłam pięści i przygotowałam się do skoku. Dzieliło nas dwieście metrów dachu najwyższego wieżowca biznesowego centrum Melhizabet. Drobnostka. Wtedy jej głos ponownie rozbrzmiał w mym czarnym od łotrostwa wnętrzu.

-Opowiem ci historię o sześciu rodzinach, sześciu mordach i dziecku, które nie narodziło się sześć razy. Potem podejmiesz decyzję.

Miasto płonęło od pięciu godzin; od dwóch dogorywało. Moje bestie - szablozębne, szabloręczne, szablonożne, szabloduszne, świecące refleksami eksplodujących neonów i rozszalałego ognia - były wszędzie, niszcząc organiczne i nieorganiczne formy materii. Nie było już Ligi Prawych, Młodych i Seksownych (LPMiS), do której - nie licząc stada hipersamczych, w większości jawnie homoseksualnych, po apolińsku wyrzeźbionych herosów, przy których Superman był wzorcem męskiego zniewieścienia - należały trzy komiksowo krągłodupne heroiny: jednojajowe trojaczki, każda z grzywą srebrzystych włosów, oczami czarnej pantery, ustami Szatana i językiem zdolnym wyrwać duszę z trzewi. Zginęły na samym początku, z mojej ręki. Potem przyszła kolej na pozostałych nad-nad-nad-nad-ludzi, pod fikuśnym spandeksem przywiązanych do mieszczańskich wartości w rodzaju zimnego piwa, rozgrywek piłkarskich i pikantnego seksu - niekoniecznie monogamicznego i heteroseksualnego. Zbryzgana szczątkami Silver Sisters,
wmaszerowałam bezceremonialnie, w akompaniamencie szablistej kanonady moich bestii, do gotyckiego zamku będącego domem, centrum logistycznym, ośrodkiem treningowym oraz spa Ligi, po czym - lawirując bez wysiłku pomiędzy samonaprowadzającymi się ostrzami, zaprogramowanymi wcześniej na odszukiwanie i zabijanie wszelkiego sortu good guys and good girls - pomogłam zaskoczonym przywódcom LPMiS wyzbyć się sił, sprawności, zdrowia, życia i marzeń. Niekoniecznie w podanej kolejności.

Pięć godzin później usłyszałam głos brunetki o oliwkowej cerze. Zaraz po skręceniu karku kuloodpornej i latającej maskotce Melhizabet, Kapitanowi Braveheart, który, warto dodać, od doby żywił do mnie wydestylowaną z sentymentów nienawiść za to, że zabiłam jego brzemienną żonę. Przez kwadrans walczyliśmy na dachach wysokościowców, za scenografię mając panoramę rozgrzanego do białości centrum biznesowego. Zanim drań wyzionął swą duszę prosto w moją nieziemsko piękną paszczę, zniszczyliśmy osiem drapaczy chmur, zabijając - ja umyślnie, on niezamierzenie - kilka tysięcy osób.

-Dobrze - powiedziałam, strzepując pył z ramion. Uznałam, że mogę zabić ją później. - Opowiadaj.

Opowiedziała. Oliwkowa bestia.

Etyka zabijania

-Sześć rodzin. Sześć mordów.

Brunetka spogląda na port, w którym płoną jachty. Obrzuca roziskrzonym spojrzeniem śmigające między budynkami ciemne, ciche i zabójczo skuteczne helikoptery, za którymi podążają chmary szablokształtnych skrzydeł.

-Zabójcy działali w dobrej wierze, intencję mieli czystą jak łza dziewicy tak dziewiczo dziewiczej, że nawet wszechmocne bóstwo nie mogłoby jej rozdziewiczyć. Wierzyli, że postępują dobrze. Różnili się jednak racjami, którymi uzasadniali swój czyn. Dwunastu wierzyło, że realizuje wolę bóstwa. Ośmiu sądziło, że robi to, co leży w interesie państwa. Czterech twierdziło, że realizuje dziejowy cel klasy robotniczej. Bóstwo, państwo, dziejowy cel - miały pełnić tę samą funkcję. Usprawiedliwiać. Czynić dobrym. Uwalniać od winy.


Mam na nią mówić Aimee.


-Zginęłaś sześć razy, spandeksowa łotrzyco. Za każdym razem zabita we wnętrzu innej matki. Sześć razy - aby odrodzić się za siódmym, z anomalną metafizyką i pieprzykiem na czole.

-Kłamiesz.

Odzywam się ze spokojem zawstydzającym kamienie. Wiem jednak, że ona mówi prawdę. Chcę tylko, aby mi ją pokazała. Co też robi. Wbija palce w powietrze - tuż przed swoją twarzą. Rozczapierza je, a faktura rzeczywistości zaczyna się pruć. Mocnym szarpnięciem zdziera kawałek teraźniejszości i woła, abym zajrzała na drugą stronę. Podchodzę bliżej, a ona pokazuje mi prawdę. Nie jedną. Sześć prawd - sześć rodzin i sześć mordów. Zupełnie jak w kinie, myślę, z tą jednak różnicą, że jestem widzem i aktorką zarazem.

Znajdujemy się w Rosji. Moją rodzinę zabijają komuniści. Za to, że jesteśmy chrześcijanami - przeszkodami na trasie przemarszu klasy robotniczej ku utopii jaśniejącej w mrokach przyszłości. Skaczemy na południe. Tam matkę, ojca i siostrę - Ormian - zabijają czterej młodoturcy. Za to, że są Ormianami mieszkającymi na terytorium Turcji - przeszkodami na drodze realizacji interesów państwa tureckiego. Powrót do przeszłości - i jesteśmy w Langwedocji. Moja rodzina ginie z rąk bogobojnych chrześcijan. Ponieważ jesteśmy katarami, heretykami, wrogami LOVE. W Kanaanie zabijają nas - Kananejczyków - Żydzi. Taka jest wola PANA: zabijcie ich wszystkich, nawet kobiety i dzieci. Na Wołyniu zabijają nas Ukraińcy - jako Polacy zamieszkujący Wołyń należymy, ex definitione, do wrogów ukraińskiego narodu. W Wielkiej Brytanii giniemy z rąk wahhabitów
- powód: jesteśmy Żydami, wrogami Allaha.


Mam sześć rodzin i każdą tracę. W sześciu czaskątkach Ziemi. Nasi zabójcy wierzą, że zabijając nas, postępują słusznie. Pomimo faktu, że moi rodzice nie są ani mordercami, ani złodziejami. Nikogo nie oszukali, nie zgwałcili, nie porwali i nie pobili. Moja siostra - a ściślej: każda z sześciu sióstr - również. A jednak uznano ich za winnych. Dlaczego?

-Oczywiście, ty, spandeksowa łotrzyco, wiesz, że zabójcy się pomylili, prawda?


Prawda i tylko prawda

Źródło źródeł. Alfa alf. Omega omeg. Matryca matryc. Opowieść opowieści. Ziarno ziaren. Prawda prawd.

Opowiedziała mi o sobie. Nie była człowiekiem, to jasne. Ciało oliwkowej brunetki, celowo w moim guście, służyło jej za przebranie. Ona sama nie miała płci. Znała każdą prawdę, którą mogła znać - każdą minioną i dopiero zaczynającą przemijać prawdę światów (w tym świata LOVE), w których przyszłość nie była zdeterminowana. Znała też wszystkie prawdy światów z zafiksowaną przyszłością. Minione, przemijające i te, które zaczną przemijać.

Można rzec, że żyła z prawdy.

Aimee nie była bóstwem. Ale w każdym bóstwie maczała palce. Kilka bóstw, zanim zostało bóstwami, maczało palce - albo jakichś ich funkcjonalny odpowiednik - w niej: a ściślej, w jakimś jej, jak zwykle tymczasowym, przebraniu, dostosowanym do metafizyki konkretnego świata i natury jego mieszkańców. Chociażby bóstwo mojego świata.
Once upon a time a puzzling non-human person from another world, but now LOVE, która nie mogła sobie ze mną poradzić, gdyż z racji mej anomalnej natury znajdowałam się poza zasięgiem jej boskich kompetencji.

Oliwkowa brunetka - później rudowłose dziewczę o bladej cerze zsuwające z ramion satynowy szlafrok albo platynowa blondynka ubrana jedynie w bitą śmietanę albo umięśnione zielonookie stworzenie o ambiwalentnej płciowości, mające twarz mej pierwszej ofiary... - powiedziała prawdę. Byłam odmieńcem. Anomalią. Nieproszonym gościem. Jej, w końcu, dziełem.

Designed to...

Zamknęłam oczy. Nie, nie cofnęłam się myślami w przeszłość, to fragment przeszłości dopadł mnie w teraźniejszości - jako ilustracja istotnej różnicy między mną a innymi łotrami świata egzystującego w rzeczywistości, której
wewnętrznym suwerenem była LOVE.

Na początku mej łotrowskiej kariery w Melhizabet poznałam dwie długonogie, zwinne i gibkie łotrzyce. Z gatunku
homo sapiens sapiens. Annę i Juliet. Och, uwiodłam je kolejno i robiłam z nimi zaiste perwersyjne rzeczy. Anna była ruda, biuściasta, z talią osy, generalnie nieco komiksowa. Specjalizowała się w zabijaniu. Na zlecenie. Dla mafii. Mordowała - bez litości, spokojnie, metodycznie - jej wrogów. Cnotliwych i niecnych. Moralny profil ich charakteru nie miał dla niej żadnego znaczenia. Juliet - łysa, wytatuowana, lubiąca Mohito, cygara i sukienki w kolorze bzu - nienawidziła kapitalizmu i wszystkiego, co uważała za jego symbol, symptom lub skutek. Oko miała celne, libido niezaspokajalne, sumienie cięte na fakt, że Ziemię nadal zaludniają pracownicy korporacji.

Dziewczyny były
zabójcze.

Anna zabijała dla pieniędzy. Juliet dla sprawy. Obie wierzyły, że status moralny zabijania jest względny: uwarunkowany tym kto, kogo, jak i dlaczego umyślnie uśmierca. Obie sądziły, że postępują dobrze - aczkolwiek każda z innych powodów. Obie też, co ważne w tej historii, chciały czynić tylko to, co jest dobre.
Naprawdę dobre. Nie mogły tego nie chcieć. Tak bowiem zostały zaprojektowane przez LOVE.

W tym cały - smakowity - sęk. Jeżeli jesteś zwierzakiem z gatunku
homo sapiens sapiens, to bez względu na to, co w danej chwili konkretnego robisz, chcesz czynić wyłącznie rzeczywiste dobro - nawet jeśli nie wiesz, czym ono jest. Po prostu czasami w oparciu o błędne przekonania robisz coś, co wcale nie jest dobre. Wtedy jednak, tak naprawdę, nie chciałeś tego zrobić. Ot, stara sokratejska prawda - wola człowieka jest przyśrubowana do tego, co jest rzeczywistym dobrem każdego podwójnego sapiensa. A co jest tym rzeczywistym dobrem? Cóż, jest nim szczęście, happiness, eudaimonia - telos ludzkiego życia.

The good human is the human good at getting the human good*.

Sokrates - ten biegły w dialektyce satyrzy akuszer wiecznych prawd - miał rację: dobry egzemplarz rodzaju K to taki egzemplarz rodzaju K, który spełnia funkcję rodzaju K, a dzięki temu realizuje cel Z rodzaju K. Jeśli rodzaj K ma funkcję F i cel Z, to rodzaj K został zaprojektowany przez Y do realizowania Z w sposób, lub
via, F. Dobre jest to działanie, które realizuje lub przybliża do realizacji Z w sposób, lub via, F. W ten schemat wpisuje się podwójny sapiens. Mniej więcej tak: funkcją podwójnego sapiensa jest rozumne działanie, a jego celem - tym ostatecznym, nie służącym żadnemu innemu - eudajmonia. Każdy podwójnie rozumny człek chce czynić wyłącznie dobro, nie każdy jednak wie, jakie działania są rozumne, ergo zbliżające go do osiągnięcia eudajmonii, którą w tej rzeczywistości - o czym wiedziałam lepiej niż jakikolwiek inny śmiertelnik - była "umiejscowiona" poza czasem i przestrzenią randez vous z LOVE.

Anna i Juliet pragnęły szczęścia. I zdawały sobie sprawę z tego, że go pragną. Niestety, nie wiedziały, czym, tak naprawdę, jest szczęście, którego pragnęły. I właśnie dlatego nie były
good at getting the human good. Nawet je lubiłam. Każda myślała, że jestem jej przyjaciółką. Istotnie - wobec każdej zachowywałam się jak przyjaciółka. Ale nią nie byłam. Obie kolejno zauroczyłam, uwiodłam, rozkochałam w sobie, następnie porzuciłam i wreszcie - szast-plast! - z rozmysłem odesłałam przed oblicze LOVE. To, co zrobiłam było, i jest, w pewnym sensie złe. I właśnie dlatego to zrobiłam. Aimee powiedziała prawdę: jestem anomalią.

Anna i Juliet były złymi ludźmi. Nie dlatego, że pragnęły zła. Bo go nie pragnęły. Były złymi ludźmi, gdyż, pragnąc swojego rzeczywistego dobra, nie wiedziały ani co nim jest, ani co należy robić, aby je urzeczywistniać.

The bad human is the human good at getting the human badness.

Ja działałam poza dobrem i złem. Po pierwsze, byłam nieomylną znawczynią moralności, dobra i zła. Znałam moralny status wszystkich możliwych ludzkich działań, wszystkie człowiecze cnoty, każdą potrafiłam behawioranie zasymulować - nigdy jednak, według ludzkich kryteriów, nie postępowałam cnotliwie: jeśli, na przykład, ratowałam komuś życie to dlatego, że chciałam wyrządzić mu krzywdę, przy której utrata życia będzie wyglądać na niewielką szkodę. Po drugie, jak łatwo zgadnąć, odczuwałam silną potrzebę czynienia ludzkiego zła. Po trzecie, jeśli już robiłam coś po ludzku złego, to jednym z elementów powodu, z jakiego to robiłam, był fakt, iż jest to - właśnie - coś po ludzku złego. Po czwarte, zostałam
zaprojektowana do czynienia ludzkiego zła w optymalnie racjonalny i przyjemny sposób celem osiągnięcia takiego stanu, w którym moje zadowolenie z dotychczas popełnionych złych uczynków będzie tak ogromne, intensywne i trwałe, że przestanę odczuwać potrzebę czynienia zła. Po piąte, każdy po ludzku zły uczynek, popełniony w sposób adekwatny dla mojej natury, doskonalił mnie pod względem duchowym lub fizycznym - w zależności od istoty popełnionego zła.

Czy byłam
homo sapiens sapiens? Jeśli być homo sapiens sapiens to tyle, co być zwierzęciem z rodzaju homo, którego funkcją jest rozumne działanie, a celem - tym ostatecznym, nie służącym żadnemu innemu - eudajmonia w formie "umiejscowionej" poza czasem i przestrzenią randez vous z LOVE - to ja, łotrzyca łotrzyc, nie byłam podwójnym sapiensem.

Wiedziałam natomiast, że jestem osobą, istotą mającą pierwszoosobową perspektywę, zdolną do myślenia o sobie samej jako podmiocie swoich myśli i działań, przygodnie ucieleśnioną w ciele samicy z gatunku
homo sapiens sapiens.

Wszechogarniająca i nieprzemijalna radość z human badness było moją eudajmonią.

Propozycja

Stałam z zamkniętymi oczami, rozkoszując się chmuropodobnymi skupiskami zła unoszącymi się nad ulicami dogorywającego Melhizabet. Czułam, że Aimee mi się przygląda. Nic nie mówiła. Po prostu patrzyła na swoje dzieło - ta, która opowiedziała mnie, opowiedziała tę rzeczywistość, i samą LOVE również. LOVE też mi się przyglądała; dostrzegałam jej oblicze pod fakturą rzeczywistości - czekała na to, co zrobi ze mną Aimee. Aimee - z racji tego, że mnie opowiedziała - mogła zrobić ze mną, co tylko zechce. I z tą rzeczywistością, i z samą LOVE, także.

Podeszła do krawędzi dachu i powędrowała wzrokiem kilkadziesiąt pięter niżej, na ulicę, którą pełzła monstrualna szablosienica. Stworzenie zasysało ruchliwymi wypustkami rozrzucone na chodniku i jezdni ciała. Ludzkie resztki były łatane, modyfikowane szablodżetami i re-animowane przez posłuszne mi SI. Po re-animacji szablosienica wydalała je przez odwłok. Miały tylko jeden nadrzędny cel. Ten sam, co reszta moich bestii.

-Rzuciłaś to miasto na kolana - stwierdziła Aimee.

Rzucić Melhizabet na kolana to niemalże rzucić na kolana całą północno-zachodnią, trans-humanistyczną cywilizację, pomyślałam i odparłam z uśmiechem będącym marzeniem każdego szelmy:

-Zrobiłam coś więcej. Wrogowie wszystkiego, co symbolizuje... symbolizowało Melhizabet, ludzie, którzy nie załapali się na trans-humanistyczną utopię, którym nie pozostało nic poza starymi bóstwami, czekali na ten dzień od dziesiątek lat. To dopiero początek, Prawdo, początek wojny, która będzie największą w dotychczasowych dziejach... ludzkości.

-A tę wojnę... wygrasz ty, łotrzyco?

Uśmiech szelmy zastąpiłam uśmiechem będącym marzeniem każdego łotra. Pytanie było retoryczne.

-Oczywiście. Przecież komuś takiemu jak ja zawsze chodzi wyłącznie o... własne dobro, którym, dzięki tobie, moja twórczyni, jest możliwie maksymalne cierpienie jak największej liczby
ludzi. Doceniam to, że akurat dzisiaj wpadłaś do rzeczywistości LOVE i odpowiedziałaś na nękające mnie od lat pytanie o moje pochodzenie. Od dawna przeczuwałam, że nie jestem dziełem LOVE, niestety ona, tutejsza alfa i omega, trzymała język za zębami, pomimo faktu, że nie ma ani zębów, ani języka. Nie wiem jednak, dlaczego umieściłaś mnie w świecie przez nią stworzonym.

Nad miastem przetoczył się grzmot. Porywisty wicher rozwiał włosy Aimee i moje. Prawda zadarła głowę. Ze skłębionych chmur, zwiastujących deszcz i burzę, wyłonił się świetlisty punkt
. Roześmiałam się głośno i zaśpiewałam - wściekle, wysoko:

Faster than a bullet
Terrifying scream
Enraged and full of anger
He's half man and half machine
Rides the Metal Monster
Breathing smoke and fire
Closing in with vengeance soaring high**

Mój generał - faster than a lazer bullet, louder than an atom bomb, chromium plated boiling metal, brighter than a thousand suns - wylądował obok nas, w oparach dymu. Zeskoczył z ożywionego motoru, którego kierownica przechodziła płynnie w smoczy łeb, złożył skrzyła i, minąwszy bez cienia zainteresowania Aimee, przestąpił nad zmasakrowanym ciałem Kapitana Braveheart, aby przede mną uklęknąć. Kazałam mu powstać. Na jego metalicznym ciele tańczyły odbicia ognia trawiącego Melhizabet. Nie uśmiechał się, nie miał zresztą czym - jednak w głębinach swojego mechaniczno-organicznego ciała, żywiącego się duszami ludzi, radował się z naszej wygranej. W milczeniu zdał mi raport.

-Dobra robota, generale - powiedziałam.

Stanął za mną i objął w pasie. Mój generał, mój kochanek.

-Co teraz? - zwróciłam się do Aimee.

-Mam dla ciebie propozycję, łotrzyco. Jeśli na nią przystaniesz, wszyscy - ty, ja, LOVE - skorzystamy.

-LOVE ma już mnie dosyć? - zapytałam z przekąsem.

-Nie jesteś jej dziełem, lecz moim, a żadne bóstwo, nawet LOVE, nie ma, mówiąc waszym językiem, jurysdykcji nad moimi dziełami. LOVE nie może cię zniszczyć. Nie bierzesz udziału w jej historiozofii, w snutym przez nią opatrznościowo dramacie potępienia i zbawienia. Jednak tak długo, jak przebywasz w stworzonym przez nią świecie, niweczysz, umyślnie lub nie, jej plany. Więc jeśli stąd odejdziesz, LOVE wielce się ucieszy.

-A co ja będę z tego mieć?

Aimee odsłoniła w uśmiechu duże bielutkie zęby. Dokładnie takie, jaki lubiłam u kobiet.

-Posłuchaj... - odparła.


Mortal Kombat

Zamordowali rodzinę. Kobietę, mężczyznę i dziecko. Dokładnie w tej kolejności. Mąż patrzył na śmierć żony, dziecko na śmierć rodziców, a jedynymi świadkami agonii dziecka byli mordercy. Czterej mężczyźni, którzy w gęstwinie nocy ciemniejszej niż inne włamali się do naszego domu. Mordercy nie uważali się za morderców, chociaż nie zaprzeczali, że tamtego dnia umyślnie uśmiercili trzy osoby. Przeciwnie – byli dumni z dokonanego zabójstwa, a dumę z przelanej krwi wspierali racjami, z których wynikało, że nie było ono morderstwem.

Dranie. Skundleni.

W żadnym z sześciu
czaskątków Ziemi, w których zginęła jedna z moich sześciu rodzin, nie rozległ się mój płacz. W żadnym nie nauczyłam się czytać i pisać. Nie poznałam smaku męskiego przyrodzenia. Nie przeczytałam książki. Nie zachwyciłam się zachodem słońca. W żadnym nie pomodliłam się do LOVE ani żadnego innego bóstwa z ziemskich panteonów. W żadnym im nie złorzeczyłam.

Mordercy. Dranie. Skundleni. Moją siostrę też zabili. To dziecko z pierwszego akapitu. Po drugiej stronie macicy niż ja. Przynajmniej widziała gwiazdy.

Znajdowałam się w przestronnej sali o okrągłej, kamiennej podłodze, posypanej piachem. Stałam na usytuowanym w centrum podwyższeniu, patrząc beznamiętnie na kręcących się wzdłuż ściany ludzi. Było ich dwudziestu czterech. Sami mężczyźni. Z różnych czasów i epok. Dwudziestu czterech zabójców, przekonanych o swej niewinności.

Brzękający kolczugami chrześcijanie spoglądali niepewnie na wystraszonych czerwonoarmistów. Hebrajscy wojownicy z czasów Jozuego łypali podejrzliwie na brodatych Wahhabitów noszących wojskowe kamizelki i uzbrojonych w AK-47. Zdezorientowani młodotureccy żołnierze próbowali porozumieć się z jeszcze bardziej zdezorientowanymi żołnierzami UPA - daremnie.

Salę wypełniały coraz głośniejsze uwagi wypowiadane w różnych językach, niekiedy też przekleństwa.

Miałam sześć rodzin i każdą utraciłam.
W sześciu czaskątkach Ziemi. Nasi zabójcy wierzyli, że zabijając nas, postępują słusznie. Pomimo faktu, że moi rodzice nie byli ani mordercami, ani złodziejami. Nikogo nie oszukali, nie zgwałcili, nie porwali i nie pobili. Żadna z moich sześciu sióstr również. A jednak uznano ich za winnych. Dlaczego?

Pierwsza z moich sześciu rodzin była rodziną Kananejczyków. Hebrajczycy, którzy nas zabili, wierzyli, że Kananejczycy są wrogami Pana, i że nie ma niczego złego w zabijaniu wrogów Pana - o ile robi się to z Jego rozkazu. Byli przekonani, że Pan rozkazał im - de facto, całemu Izraelowi - eksterminację wszystkich Kananejczyków. Więc do niej przystąpili.

Dlaczego Hebrajczycy uznali nas za wrogów Pana? Twierdzili, że Pan dał im prawo do naszych ziem, a my utrudniając przejęcie ich mieliśmy przeciwstawiać się realizacji boskiego planu. Twierdzili też, że gdybyśmy pozostali jedynie sąsiadami, niektórzy z nas mogliby nakłaniać ich do bałwochwalstwa lub zawierania małżeństw z Kananejkami, a tym samym do apostazji. Gdyby ulegli naszym namowom, ściągnęliby na siebie gniew swojego bóstwa. Dlatego uważali, że dopóki żyjemy, stanowimy dla nich zagrożenie. Oskarżali nas o składanie ofiar z dzieci Molochowi, o praktykowanie homoseksualizmu, zoofilię oraz o to, że Kananejczycy uprawiają seks z Kananejkami, gdy te przechodzą menstruację. I, oczywiście, Hebrajczycy mieli rację - my, Kananejczycy, byliśmy wrogami Pana. Wrogami LOVE.

Kiedy Aimee zapytała mnie ironicznie, nie kryjąc, że zna właściwą odpowiedź: "(...) wiesz, że zabójcy się pomylili, prawda?", odrzekłam, że wszyscy z wyjątkiem czterech hebrajskich wojowników.
Żaden z nich, zabijając nas, nie zrobił niczego złego. Wręcz przeciwnie. Ojcu poderżnęli gardło. Siostrze rozbili głowę kamiennym młotem. Matce, która zdołała wybiec przed dom, wbili w brzuch nóż. Ostrze przebiło macicę i rozcięło pępowinę. Minęło mą twarz o cal. Sześciomiesięczny embrion, w którym byłam ucieleśniona, zaczął obumierać.

Teraz - dzięki Aimee, która umieściła mnie razem z zabójcami moich rodzin w mini-świecie wykreowanym w obrębie rzeczywistości LOVE - mogłam się zemścić na osobach mających na rękach krew moich kananejskich rodziców i siostry. Pragnęłam tej zemsty. Bo była zła. Tak cudownie, po ludzku, zła.

Gdy zabójcy mnie zauważyli, ruszyłam do ataku. Po piętnastu sekundach na piaszczystym podłożu zaległy cztery bezgłowe ciała. Hebrajczyków miałam z głowy.

Pozostali zabójcy, owszem, pomylili się. Byli mordercami, pomimo faktu, że zabicie moich rodziców i siostry uzasadniali według tego samego schematu, co Hebrajczycy: jeśli zabijasz X, który jest wrogiem Y, z rozkazu Y lub z rozkazu Z uprawnionego do rozkazywania w imieniu Y, to nie ma niczego złego w tym, że zabijasz X.


Bronili się zawzięcie; naszpikowali mnie kulami, pocięli nożami, kilka razy pchnęli bagnetami, ale, tak czy inaczej, umierali. Na początku radowałam się ich śmiercią, ale wnet - co było jednym z warunków, jakie postawiła Aimee - moja natura zaczęła się zmieniać. Nadal byłam nieomylną znawczynią dobra i zła, jednak z każdą bezlitośnie upływającą sekundą wszechogarniająca i nieprzemijalna radość z human badness przestawała być moją eudajmonią, a ja zaczynałam odczuwać coraz silniejsze obrzydzenie wobec tego, co robiłam, nie wspominając już o obrzydzeniu, jakie wywoływały we mnie wspomnienia z łotrowskiej kariery w Melhizabet. Gdy przy życiu pozostało dwóch zabójców - żołnierz UPA przeładowujący rozpaczliwie karabin i chrześcijanin dźwigający się z mieczem w dłoni spod ciała kamrata - stwierdziłam, że jeśli zaraz nie pochłonę ich dusz, to niebawem osiągnę stan, w którym z konieczności zrobię coś, co byłoby dobre, gdyby uczynił to podwójny sapiens... Na przykład, wybaczę im.

Nie mogłam sobie na to pozwolić. Chciałam wygrać grę, którą przygotowała dla mnie Aimee. Grę, w której stawką była nowa rzeczywistość. Calutka moja. Zacisnęłam więc palce na rękojeści katany i posłałam mym wrogom uśmiech godny łotrzycy łotrzyc.

Epilog

Oliwkowa brunetka - później rudowłose dziewczę o bladej cerze zsuwające z ramion satynowy szlafrok albo platynowa blondynka ubrana jedynie w bitą śmietanę albo umięśnione zielonookie stworzenie o ambiwalentnej płciowości, mające twarz mej pierwszej ofiary... - powiedziała prawdę. Byłam odmieńcem. Anomalią. Nieproszonym gościem. Jej, w końcu, dziełem.

Abominacją.
Once upon a time...



*Terry Penner,
Socrates Ethics: Ultra-Realism, Determinism, and Ethical Truth w: Virtue, Norms and Objectivity - Issues in Ancient and Modern Ethics, Oxford University Press 2005, s. 157-187.

**Zacytowane wersy to fragment tytułowego utworu z albumu "Painkiller" (1990) Judas Priest.

Brak komentarzy: