poniedziałek, 16 listopada 2009

Dzieła wiedźmy

Droga usiana różami

Weszli do studia z zamiarem nagrania coveru utworu Alice Coopera, ale ostatecznie, choć grali ze sobą krótko, bo raptem kilka miesięcy, zarejestrowali pięcioutworową epkę. O zadziorne, ciężkie i klarowne brzmienie instrumentów zadbał Eric Klingier (ex-Pro-Pain) sprawiając, że utrzymane w stylistyce klasycznego heavy kawałki zabrzmiały nie tylko jak żywcem przeniesione z lat osiemdziesiątych, lecz również magicznie, kumulując w sobie złowieszczość muzyki Mercyful Fate, epickość wczesnych albumów Fates Warning i Queensryche, przebojowość Dokken, Whitesnake oraz moc Jag Panzer i Helstar. Zarazem czterem młodym muzykom udało się zaprezentować styl, który doświadczonemu słuchaczowi może nasunąć skojarzenia z Iron Maiden, Judas Priest, czy - jak mnie (laikowi) - z wczesnym Jacob's Dream, ale mimo to nie wyczerpujący się w podobieństwach do twórczości wymienionych zespołów. Dzięki 'Roses On A White Lace' narodził się zespół z ogromnym potencjałem twórczym, grający klasyczny heavy tak, jakby lat dziewięćdziesiątych w ogóle nie było.

Epkę otwiera utwór tytułowy, czyli wspomiany cover. Płyty Alice Coopera nie znam, więc nie porównam coveru z oryginałem, choć wątpię, aby ten drugi został lepiej zagrany niż kawałek, który Icarus Witch zaserwował słuchaczom na dzień dobry, od razu wprowadzając nas w magiczno-mistyczny klimat kolejnych numerów. Zresztą w oryginale solówki nie zagrał Michael Romero (Symphony X). Mocne, smakowite uderzenie, w którym zespół pokazuje się z najlepszej strony, ale potem jest jeszcze lepiej. Wyraziste, mięsiste riffy, średnie tempa, klimatyczne zwolnienia, dobrze słyszalny bas, wystrzałowe solówki i - rewelacja - wspaniały śpiew Matthew Bizilli, mocny, wysoki, drapieżny, a przede wszystkim idealnie pasujący do mrocznej atmosfery muzyki Icarus Witch. Jeśli klasyczny metal z USA, to tylko z co najmniej dobrym wokalistą! Bizilla nie zawodzi i... nie zawodzi, przeciwnie, nawet w wysokich partiach śpiewa mocno, z jajami. Jakieś skojarzenia lub podobieństwa? Może Bruce Dickinson? Może James Rivera? Może Geoff Tate? Może David Taylor (ex-Jacob's Dream)? Może, kto wie?! Każdy usłyszy to, co zechce.

Najlepsze utwory na krążku? Żartujecie, prawda? Mamy tutaj same killery - 'Curse Of The Ice Maiden', 'Winds Of Atlantis' i 'Dragon Ryder'. Smoczy jeździeć? Pierdy Atlantydy? Klątwa Lodowej Dziołchy? Bez obaw! Owszem, tematyka tekstów Icarus Witch jest, powiedzmy, baśniowa, jednak zarówno klimat poszczególnych kawałków, jak i same teksty nie mają nic wspólnego z lukrowanym fantasy rodem ze setnych popłuczyn po Tolkienie straszących erpegowymi stereotypami, językowymi kalkami i bezmyślnie zaprojektowanymi neverlandami. W muzyce Icarus Witch czuć atmosferę pogańskiego święta, moc zaklęć czarnej magii i wicher wiejący z prastarych krain rodem z wyobraźni Howarda, Lovecrafta czy Wagnera. Nic tylko słuchać, machać łbem, cieszyć japę, przytupywać nóżką. Dla miłośników - a cóż dopiero fanatyków - heavy metalu 'Roses On A White Lace' to konieczny element kolekcji!

W pogoni za magią

'Capture The Magic' miał być wielkim albumem. Miał być dla Icarus Witch tym, czym dla Queensryche był 'Warning' a 'Number Of The Beast' dla Iron Maiden. Nadzieje były wielkie, entuzjazm zespołu ogromny, a końcowy efekt okazał się... dobry. Obyło się bez fajerwerków, wiwatów i powszechnego zachwytu.

Epka 'Roses On A White Lace' spotkała się z pozytywnym odzewem branżowych mediów, zapewniła zespołowi rozgłos i zasłużone uznanie, a także kontrakt płytowy z Cleoparta Records. Produkcją albumu ponownie zajął się Eric Klingier (ex-Pro-Pain). Gościnny udział w nagraniach wzięli Frank X. Aresti (gitara/ex-Fates Warning) i George Lynch (gitara/Dokken). Pierwszy zagrał solówkę w utworze 'The Ghost Of Xavier Holmes', drugi w coverze 'S.A.T.O.' - numeru Ozzy'ego Osbourtne'a z albumu 'The Diary Of The Madman'. Tym razem pod okładką - skądinąd równie dobrą jak okładka epki wykonana przez Mattiasa Norena - podpisał się Garry Shape-Young, Trzy czaszki skierowane w różne strony świata, pomiędzy nimi pięcioramienna gwiazda, a to wszystko na tle okrągłej, drewnianej klapy zamontowanej w pokrytym listowiem kamiennym murze. Klimat znajomy, znany już z epki - pogańska symbolika tekstów, między wersami i riffami czarna magia, a w kolejnych utworach mroczne i krwawe baśnie dla dużych dzieci, które nie wyrosły z prozy Howarda, Lovecrafta i Wagnera.

Zaczynamy od przejmującego dramaturgią szturmu na twierdzę ('Storming The Castle'), potem próbujemy ujarzmić zaklętą w lustrze magię ('Capture The Magic'), szukamy pięknej cyganki i własnego przeznaczenia ('Soothsayer'), śledzimy tragiczny romans shoguna i córki tyrana ('Forevermore'), przeżywamy horror na szkunerze Xaviora Holmesa ('The Ghost Of Xavior Holmes'), walczymy o blask dnia w krainie pogrążonej w odwiecznych ciemnościach ('Darklands'), świętujemy po pogańsku w zaklętym lesie ('Nemeton Forest'), wreszcie jesteśmy świadkami przebudzenia się Górskich Gigantów ('Awakening The Mountain Giants'). Heavymetalowe słuchowisko kończymy na znakomicie wykonanym coverze 'S.A.T.O.'.

Opowiedziane na tej płycie historie można zobrazować posępnymi, surowymi i barbarzyńskimi dziełami Franka Frazetty. Obrazy takie jak Conan The Barbarian, Dark Kingdom, The Silver Warrior, Snow Giants czy najbardziej bodajże znany The Death Dealer, będący niemalże ikoną twórczości Frazetty, idealnie wręcz pasują do fantastycznych światów z tekstów Icarus Witch, a przynajmniej, jeśli znacie wymienione dzieła, unaocznią wam, jakiego klimatu powinniście się spodziewać po utworach z 'Capture The Magic'.

Pod względem muzycznym album zawiódł moje oczekiwania. Zamiast rewelacyjnej płyty otrzymałem tylko dobrą. Zespół skupił się na kompozycjach utrzymanych w średnim tempie, z licznymi zwolnieniami, bardzo rytmicznych, budując w nich, dzięki mocnym riffom, wspaniałym harmoniom i soczystym solówkom, klimat mrocznej baśni, pełnej groźnej magii i sekretów skrywanych na każdej rogatce. Ciepłe, chwilami parne brzmienie, mięsista perkusja, wyeksponowany bas, a wśród selektywnie brzmiącego instrumentarium wokal Matthew Bizilli, jak zwykle mocny, wysoki (ale bez przesady), zależnie od historii drapieżny lub tajemniczy. W każdym dźwięku heavymetalowy. Pierwsze trzy utwory - 'Storming The Castle', 'Capture The Magic' i 'Soothsayer' - nie rzucają na kolana ani nie rozdziawiają japy słuchacza, są ponadto do siebie bardzo podobne, a to z powodu zbliżonego tempa. Najlepiej z tej trójki prezentuje się 'Soothsayer', bardzo melodyjny, rock n' rollowy jak hicior Dokken czy Def Leppard, z ciekawymi liniami wokalnymi i wystrzałową solówką. Numer tytułowy robi naprawdę dobre wrażenie dopiero razem z nakręconym do niego teledyskiem. Szczerze mówiąc, jest to jeden z lepszych klipów heavymetalowych, jakie widziałem. Od czwartego utworu, czyli niesamowicie przebojowego 'Forevermore' zaczyna się lepsza część albumu, z samymi hiciorami, wśród których najlepsze są nastrojowy i dynamiczny 'The Ghost Of Xavior Holmes' oraz posępny, desperacki 'Darklands'. Ten pierwszy powala świetnie oddanym klimatem morskiej tragedii, przepięknym zwolnieniem przed solówką i wreszcie samą solówką, którą zagrał Frank X. Aresti (ex-Fates Warning). Szkoda, że cover 'S.A.T.O.' jest jedynym kawałkiem, w którym Bizilla i spółka znacznie przyspieszają, wręcz galopują, co, jak sądzę, powinni uczynić również w kilku wcześniejszych utworach. Niestety, na 'Capture The Magic' zabrakło porządnych galopad.

Pomimo tych zastrzeżeń radzę wam, byście na własną rekę zagłębili się w magiczne światy wykreowane dźwiękami i słowami przez Icarus Witch. Tym bardziej, że zespół ma potencjał na zostanie spóźnionym klasykiem lub, jeśli wolicie, spóźnioną legendą heavy metalu. Oczywiście, po wysłuchaniu 'Capture The Magic' możecie sięgnąć po...

Songs Of The Lost

Jeszcze wolniej. Tylko jeden, otwierający album, utwór jest utrzymany w żwawszym tempie, bliskim galopady, ale nawet on emanuje opisanym powyżej klimatem, tym razem jeszcze bardziej namacalnym, wręcz lepkim, zatykającym pory i nozdrza, dusznym, mogącym kojarzyć się z aurą złowieszczej obietnicy. Spowici dźwiękową mazią rodem z rondelka wiedźmy, usłyszmy historię o nocnych łowach, po której na ustach zostanie nam posmak krwi ('Out For Blood'). Czując ponętny zapach iskrzącej z naszych palców magii żywiołów, będziemy w niemym podziwie spoglądać na niebiosa pełne znaków odsłaniających rąbki przeznaczenia ('Written In The Stars'). Kołysani hipnotyczną grą basu i perkusji, wnikającą aż w molekularne głębiny naszych trzewi, ujrzymy niebo uderzające z hukiem o ziemię ('The Sky Is Falling'). Oddamy się rozważaniom nad naturą bestii, której odbicie będzie spoglądało na nas z lustra ('Nature Of The Beast'). Królowa wszelkich abominacji spróbuje uwieść nas mową gładką a kłamliwą ('Queen Of Lies'). Potem spróbujemy uciec z imprezy pełnej rozmodlonych nieznajomych w szpiczastych kapturach, żywcem przeniesionej z jakiegoś horroru o czcicielach Lucyfera nakręconego w latach siedemdziesiątych XX wieku ('Devil's Hour') Uniknąwszy krwawego końca na ołtarzu, spróbujemy wywikłać się z rodzinnej tragedii w domu Usherów ('House Of Usher'). Tuż przed metą w postaci piosnki o kolejnej miłości, która has passed away, poćwiczymy się w epikurejskim podejściu do śmierci i rzekomego afterlife. W międzyczasie, dla wytchnienia, posłuchamy 'Mirror Mirror', coveru Głuchego Leoparda, zaśpiewanego gościnnie przez Joe Lynn Turnera.

Ot, wiedźmowaty heavy metal. Czy lepszy niż ten z 'Capture The Magic'? Nie odpowiem.