piątek, 26 listopada 2010

Z... blues

Mówię wam, złamasy¸ Daryl, ten drań, to miał naprawdę przejebane życie. Idę sobie środkiem ulicy, idę niedbałym krokiem, zachowując Gelassenheit, dzień jest młody, słoneczny, powietrze rześkie, a ja idę sobie środkiem ulicy, środkiem poranka, środkiem mieściny, może nawet świata, krok za krokiem, mrużąc ślepia za ciemnymi szkłami okularów znalezionych w tamtym domu za stacją benzynową i motelem. Idę z bronią obijającą się o biodro, i mówię wam, tu i teraz, w tym miejscu wymarłym, że Daryl, ten drań, to miał naprawdę przejebane życie. Hej-ho!

Już blisko. Jeszcze tylko kilka przecznic. I ujrzę ulicę, przy której się wychował. Stanę przed jego rodzinnym domem. Spojrzę na trawnik, zarośnięty jak inne w okolicy, potem na garaż. To w nim na tylnym siedzeniu ojcowskiego Thunderbirda Daryl stracił dziewictwo. Nie przyśpieszam. Wręcz przeciwnie. Nurzam się leniwie w parnym poranku. Powinienem uważać, ale co mi tam. I tak niedługo umrę. Mam już w sobie tamto coś – to paskudztwo, ten syf. Krąży w moich żyłach. I zmienia mnie w jednego z was, złamasy. „Komórka po komórce” – chcę powiedzieć. Zamiast tego zagryzam usta. Niech ten fałsz, this failure of truth, zostanie w środku, za szpalerem zębów, w odmętach zakażonej śliny.

Jakiś ruch? Tam, spójrzcie, właśnie tam – za rogiem tej kafeterii. Zbliżam się. Nadal wyluzowany. Ale trochę mniej – broń już nie dynda. Ściskam ją delikatnie. Jest odbezpieczona. Szybkostrzelna. I śmiercionośna jak myśl wkurzonego Boga. Spoglądam w niebo i uśmiecham się przepraszająco – jakby było ono przeźroczystym sklepieniem, przez które ktoś mnie obserwuje. Patrzę ponownie na kafeterię. Jest. Bim-bam-bom. Sukinsyn. Tam, za rogiem, koło hydrantu – krąży bez celu. Zaczynam gwizdać. Zauważył mnie.

Strzelam. Już nie powłóczy nogami. Umiera. I w końcu jest martwy. On? Ona? Podchodzę bliżej. Ono. Dziecko. Na oko – 10-12 lat. Dziewczynka. Ono. Ona. On – Szwendacz. Jeden z was, złamasy. „Oni nie są nami. Nie są. Nie mogą być. Nie wierzę w to” – powtarzała Lori, pielęgniarka. Daryl, podłączony do aparatury monitorującej pracę serca, śmiał się z niej. „Są, są” – mówił, po czym dodawał tajemniczo: „Na szczęście”. W tej chwili próbuję być taki jak Lori. Więc mówię: „Oni nie są nami. Nie są. Nie mogą być. Nie wierzę w to”. Nie działa. Potrząsam głową. Widzę przed sobą dziewczynkę z gatunku homo sapiens sapiens. Martwą. Ding-dong.

Tabliczka z nazwą ulicy jest zachlapana krwią. Zerkam na mapę. Od celu dzielą mnie dwie przecznice. Biorę głęboki wdech, w ten właśnie sposób się wyluzowuję, wyzwalam od wolicjonalności, pozwalam światu być. Ruszam nie do końca wycofany z samego siebie. Nęka mnie myśl, że chciałbym się mylić. I być taki jak Lori bądź tamten pastor z pustkowi – „mean motherfuckin’ servant of God”. Mówił, że nie jesteście nami, lecz demonami, które zagnieździły się w organizmach biologicznych niegdyś zamieszkiwanych przez nas – dusze, czyli samoświadome, nieśmiertelne i zdolne również do istnienia bezcielesnego indywidua. „Kiedy niszczysz mózg takiego organizmu, zabijasz ucieleśnionego w nim demona” – upierał się, a ja nie oponowałem. Przez pewien czas wędrowaliśmy razem. Lubił was zabijać. I zabijał setkami. „Te diablęta w przeciwieństwie do nas nie są osobami, nie mają więc prawa do życia, a co za tym idzie zabijanie ich z właściwych powodów nie jest złe” – argumentował przy kieliszku. Chuck Green w koloratce.

Rozstaliśmy się w zgodzie. Pastor ruszył na północ, aby tam zabijać wrogów Boga. Ja na zachód. Zmierzając tutaj rozmyślałem często o tym, jak dobrym pokerzystą był Daryl. Jak fartownie i przebiegle grał. I ile potrafił wygrać. I ile, drań, z moją pomocą wygrał. Emeryturę mieliśmy z głowy. Tylko niebawem okazało się, że na Ziemi nie ma już miejsca, w którym moglibyśmy spędzić resztę naszych dni, korzystając w spokoju z dóbr tego – a w moim przypadku również tamtego – świata. Daryl był umierający, nie umarł jednak na raka. Został zjedzony. Tak jak Lori i większość szpitalnego personelu. Nie było mnie wtedy w szpitalu. Załatwiałem pewną sprawę w mieście ogarniętym chaosem. Zadzwonił. „Nie wracaj tutaj” – powiedział. – „Są pod drzwiami. Drapią w nie”. Krzyknąłem coś w odpowiedzi. „Nie” – odrzekł. – „Wysłuchaj mnie i zrób to, o co cię poproszę. To moje ostatnie życzenie”. Kiedy skończył mówić, usłyszałem w głośniku trzask, huk, a potem skowyt, który przeszedł w buczenie. Ktoś, pewnie Daryl, wrzasnął. Nie zdążyliśmy się pożegnać.

Znałem jednak jego ostatnie życzenie.

To chyba tutaj, myślę i sprawdzam numer skrzynki na listy. Zgadza się. Dom przypomina ten ze zdjęcia. Jest też garaż. Otwarty. Brakuje samochodu. Pewnie ktoś ukradł. Po ulicy kręci się trzech Szwendaczy. Jeden mija mnie w odległości trzech-czterech metrów. Śmierdzę, a nawet wyglądam tak jak on, więc stwór nie rozpoznaje we mnie pożywienia. To kobieta. Nie ma dolnej szczęki. Niewykluczone, że kiedyś była ładna. I kompletna. Że jej dolną wargę muskały usta jakiegoś mężczyzny lub innej kobiety. Że kochała, może nawet nienawidziła. Wyobrażam sobie, że (i chcę, by) tak było. Czekam, aż się oddali i podchodzę do drzwi. Już nie jestem wyluzowany. Nadal jednak poruszam się jak Szwendacz. Podpatrzyłem to w jakimś filmie. Bodajże serialu. A może w komiksie? Nie pamiętam. Naciskam klamkę. Drzwi odskakują od framugi.

Znajduję ich w salonie. Kiedy wchodzę, dwoje siedzi w fotelach, jeden leży na kanapie, a pozostała dwójka pod stołem. Witajcie, złamasy! Tatuś, mamusia, starszy brat i młodsze siostrzyczki. Rodzinka Daryla w komplecie. Aczkolwiek każdy z nich jest trochę zdekompletowany. Gniją. I są wychudzeni. Ożywiają się na mój widok. „Martwi bądź żywi. Wszystko jedno, brachu. Zniszcz tych piekłolubnych skurwieli” – w moich myślach brzęczą ostatnie słowa Daryla. – „Za moje cierpienie, za lata upokorzeń, za to, że mnie nienawidzili, bo byłem ich niechlubną tajemnicą, świadectwem błędu i wpadki”. Nie ma sprawy, bracie, mówię głośno i dopiero wtedy Szwendacze rozpoznają we mnie pożywienie. Zabijam pierwszego. Drugiego. Powoli. Po mistrzowsku panując nad samym sobą, nad moimi czeluściami, jakbym był jakimś pieprzonym stoikiem, apatycznym typkiem, po uszy zanurzonym w bezkresnym spokoju, tej całej eudajmonii. Zabijam tych ludzi z zimną krwią. Tak, tych ludzi. W to właśnie wierzył Daryl. I w to wierzę ja.

Wiesz, kim jesteśmy, ty, ja i pozostali? I to esencjalnie? Ludźmi, czyli pewnego rodzaju organizmami biologicznymi. Nie duszami jakoś w takich organizmach ucieleśnionymi. Nie umysłami lub osobami ukonstytuowanymi przez organizmy z gatunku homo sapiens sapiens. Jesteśmy ludźmi, istotami biologicznymi, mającymi lub nie duszę, wszystko jedno, ale jesteśmy, tak naprawdę, fundamentalnie, ludźmi”.

I oni, Szwendacze, też są ludźmi. Przeobrażonymi przez wirusa, wściekłymi, dręczonymi głodem, którego nigdy nie uda im się zaspokoić. Ludźmi szwendającymi się po krawędzi życia i śmierci – krawędzi, która okazała się być szerokim pasażem. A ja zabijam właśnie kilku z nich. Nie w obronie swojego lub cudzego życia. Zabijam ich na prośbę przyjaciela. Mszczę się w jego imieniu. Zabijam ich z niskich pobudek. I jeśli życie ludzkie jest w jakimś sensie święte, chociażby inherentnie wartościowe, jeśli z tego powodu każdy z nas, cholernych ludzi, ma prawo do życia, skuteczne erga omnes, to mają je również Szwendacze. I jeśli tak jest, a Daryl, ten drań, złotousty szuler, wierzył, że tak się rzeczy mają w świecie, to ja zabijając teraz tych Szwendaczy, robię jednocześnie coś więcej: ja ich morduję. Jednego po drugim. Hubba-hubba.

Wdech. Wydech. Już po wszystkim. Mogę się wyluzować. Zdusić mą wolicjonalność. Wyrzucić z siebie mnie samego. Pozwolić światu być. Otworzyć drzwi. Utorować drogę. Zaczynam gorączkować. Wiem, że niedługo zemdleję. I jeśli się ocknę, to będę jednym z was, złamasy. Z plecaka wyjmuję książkę. Kartkuję ją przez chwilę. Pachnie moją przeszłością. Odlotami ku nunc stans i karcianymi przekrętami. Speculum... - coś tam, coś tam. Lubię ten tytuł. Zaczynam czytać. Wyluzowany.

sobota, 30 października 2010

Okulary w rogowej oprawie

Zebrali się. Założyli. Nagrali. Wydali. Zmienili skład. Znów wydali. I ponownie zmienili skład. Rzecz jasna, nie mogli wiedzieć. Nikt nie mógł. Poza popaprańcami takimi jak ja i ty. Posłuchaj.

2007 – to dobry rok. Rok, w którym rozbłysły ślepia – gdzieś w jaskrawie cienistych wodach płodowych Pandory. W tymże roku John Leon, basista i miłośnik oldschoolowego heavy metalu, założył White Wizzard. Zwerbował kolegów. Za mikrofonem stanął James Paul-Luna. Ten sam, który potem odejdzie, aby założyć własny zespół. Na razie chłopaki nagrywają EPkę i teledysk do ‘High Speed GTO’, podpisują kontrakt z Earache Records. Debiutancki album – pod każdym istotnym względem ‘Over The Top’ – trafia do sklepów w 2010. Blask w ślepiach przybiera na sile. Ślepiom brakuje jednak ciała. Same ślepia to za mało. A nawet więcej – ślepia bez reszty jeszcze nie są ślepiami, lecz czymś w rodzaju kawałka układanki, który zyska właściwy sobie sens dopiero po ułożeniu całości. Tak czy inaczej przeważają pozytywne recenzje. Ktoś stwierdza, że White Wizzard nagrał taki album, jaki mogłoby nagrać Iron Maiden. I byłby to jeden z jaśniejszych punktów w dyskografii Dziewicy.

W teledysku do utworu tytułowego nie zobaczymy Jamesa Paul-Luny. Nie usłyszymy go też na płycie. On, James LaRue (gitara) i Tyler Meahl (perkusja) odeszli z zespołu w trakcie prac nad ‘Over The Top’ i założyli własny o nazwie ‘Sorcerer’, później przemianowany na ‘Holy Grail’. Wydali EPkę pt. ‘Improper Burial’, na której poza dwoma autorskimi utworami zamieścili covery ‘Exciter’ (Judas Priest) i ‘Fast As A Shark’ (Accept). Mniej więcej wtedy – gdzieś w listopadzie 2009 - ślepiom – a dokładnie pod nimi – wyrosły kły. Kiedy ukaże się ‘Crysis In Utopia’, po kłach zacznie ściekać jad. Chwilowo to jednak przyszłość.

W opisywanym ‘accident of birth’ riffy maczał również szwedzki Enforcer. Młodzi mieszkańcy socjalnego raju zadebiutowali w 2007 dwoma utworami, które trafiły na wydaną przez Heavy Artillery Records składankę ‘Speed Kills… Again’. Rok później wydali debiutancki ‘Into The Night’ zawierający speeeeeeed metal, korzeniami sięgający do NWOBHM, zagrany cholernie energicznie, szczerze i z tupetem właściwym niesfornej młodości. Zarówno ten, jak i następny krążek – ‘Diamonds’ (2010) – okazały się udanie nieudaną ucieczką ze wczesnych lat osiemdziesiątych. Ślepia promieniowały zwierzęcym zadowoleniem. Urosły im kończyny, zaczęły więc śmigać z prędkością zrywającą skórę z ciała i sadzić kilkunastometrowe susy nad przepaściami w labiryncie Pandory. Szwedzi nie mieli o tym żadnego pojęcia. Bo nie mogli mieć. Wszak nie wiedzieli, kim, tak naprawdę, są i jakie, tak naprawdę, znaczenie ma to, co robią. 19 października 2010 mieli zagrać w warszawskim klubie Stodoła jako suport gwiazdy wieczoru, którą był Blind Guardian. Nie przyjechali. Ślepia zawyły z rozpaczy. Okazało się, że zrezygnowali z udziału w trasie koncertowej niemieckich bardów. Na scenę wyszli muzycy Steelwing.

Zespół założyli rok wcześniej trzej członkowie szwedzkiego HellevatorRobby Rockbag (gitara), Alex Vega (gitara) i Oscar Ĺstedt (perkusja). Skład uzupełnili Riley (wokal) i Skürk (bas). Wygrawszy konkurs zorganizowany przez Rock The Nation, podpisali z NoiseArt Records kontrakt na nagranie i wydanie debiutanckiej płyty. ‘Lord Of The Wasteland’ – wyposażony w cudownie kiczowatą okładkę sugerującą postapokaliptyczną tematykę tekstów – trafił do odtwarzaczy metalheads w kwietniu następnego roku, promowany teledyskami do ‘Roadkill (… Or Be Killed)’ i ‘Illusion’. Ślepia zyskały łeb. Wraz z nim możliwie najpaskudniejsze oblicze, wielgachny jęzor i przepastne gardło wiodące do piekielnego żołądka. Występ w Stodole był udany – żywiołowo zagrane utwory wypadły jeszcze lepiej niż na płycie. Byłem tam – kiedy ręce słuchaczy powędrowały w górę w geście mano cornuta, jako jedyny usłyszałem ryk ślepiów, rozkoszujących się odżywczą symboliką tego cielesnego signifiant.

Siedem dni później do sklepów trafił debiutancki album Holy Grail. Nagranie i wydanie ‘Crysis In Utopia’ skompletowało ślepia, które odtąd były już czymś więcej niż tylko zlepkiem cielesnych puzzli poszukujących swojego telos. Ślepia przeistoczyły się w śmiertelnie groźny hypokeimenon: indywiduum, którego – tak jak ciebie i mnie - o niczym orzec nie można, ale które – inaczej niż my - może zeżreć, i zeżre, każdą inną organiczną ousia, którą spotka na swej drodze. Dlatego tutaj jesteśmy. Przed wrotami do labiryntu Pandory. Holy Grail nagrali wyśmienity album – idealną mieszankę klasycznego heavy i europejskiej odmiany power metalu, doprawioną szczyptą zagrywek rodem z melodeathu. Nie wiedzieli, że w ten sposób zakończą narodziny Ślepiszcza. Byli tylko znakami, nieświadomymi swej artefaktualności i nie zdającymi sobie sprawy z uwikłania swych znaczących działań w semantykę i pragmatykę spoza granic znanego im świata. Derrida się pomylił. W pewnym sensie (narzucającym się retrospektywnie) wytknął mu to Borges, cytując w ‘Zwierciadle tajemnic’ Bloya:

Każdy człowiek jest na ziemi po to, aby symbolizować coś, o czym nie wie, i aby stworzyć cząstkę lub górę z niewidocznych materiałów, które posłużą do zbudowania Państwa Bożego. (…) Nie ma na ziemi istoty ludzkiej, która by mogła stwierdzić z całą pewnością, kim jest. Nikt nie wie, co przyszedł robić na tym świecie, do czego odnoszą się jego poczynania, jego uczucia, jego wyobrażenia, ani jakie jest jego prawdziwe imię, jego niezniszczalne Imię w rejestrze Światłości. (…) Historia jest ogromnym tekstem liturgicznym, w którym litery i znaki ważą nie mniej niż całe wersety czy rozdziały, ale wartość jednych i drugich jest niemożliwa do określenia i głęboko ukryta”*.

Słyszysz? Nadchodzi. Przygotuj się. Otworzę wrota. Co? Pytasz, czy wiem, co robię? Czy wiem, kim jestem? Tam, w rzeczywistości, poza tekstem? Też wybrałeś porę. Słuchaj, jesteśmy tutaj między innymi dlatego, że Bloy z grubsza rzecz biorąc miał rację. „Żaden człowiek nie wie, kim jest”. Nieliczni, tacy jak my, mogą poznać fragmenty znaczonego innych osób, ale nasze własne znaczone pozostanie dla nas tajemnicą. Nikt nie może nam go zakomunikować. A żyć trzeba. Dlatego teraz wejdziesz do środka i ubijesz bestię. Niech tylko nie zmylą cię jej okulary w rogowej oprawie. Dość klasyczne.


*L. Borges, Dalsze dociekania, tłum. Andrzej Sobol Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 179.

wtorek, 21 września 2010

Grzechy Króla Piekła

Oops, they did it again! Najpierw Niemcy z Destruction. Następnie ich ziomkowie z Tankard i Sodom. Potem Amerykanie z reaktywowanego przed czterema laty Helstar. Destruction zrobili to na 'Thrash Anthems' (2007), Sodom na 'The Final Sign Of Evil', (2007) Tankard na 'Best Case Scenario: 25 Years In Beers' (2007), a Helstar na 'Sins Of The Past' (2007). Muzycy z Destruction, Sodom, Tankard i Helstar wzięli na warsztat utwory ze swoich starych - klasycznych - albumów i poddali je aranżacyjno-brzmieniowemu liftingowi. O ile spośród kapel zza Odry tylko Tankard wywiązał się z tego pomysłu bez zarzutu, nie przesadzając po prostu z ilością kolagenu zużytego do odmłodzenia poszczególnych numerów, o tyle nieco przearanżowane i podrasowane za pomocą nowoczesnej technologii do obróbki dźwięku the best of Helstar przyćmiło swoim powermetalowym blaskiem thrashowe albumy Niemców. I nic w tym dziwnego, skoro 'The Sins Of The Past' (2007) został nagrany przez muzyków - James Rivera (wokal), Larry Barragan (gitary), Rob Trevino (gitary) oraz Jerry Abarca (bas)* - mających na sumieniu 'Remnants Of War' (1986), jedną z najlepszych płyt Helstar.

Tytułowe 'Grzechy Przeszłości' to trzynaście utworów - jedenaście odrestaurowanych staroci i dwa zupełnie nowe, 'Tormentor' i 'Caress Of The Dead', zwiastujące power/thrashową bestię, jaką okazał się 'The King Of Hell' (2008). Starocie pochodzą z następujących krążków Helstar: 'Burning Star' (1984), wspomnianego 'Remnants...' (1986), 'Distant Thunder' (1988) i 'Nosferatu' (1989). Zespół nie ograniczył się od odświeżenia i poprawienia brzmienia wybranych utworów, ale po prostu nagrał je od nowa, niekiedy modyfikując ich aranżacje. Usłyszymy selektywnie i mocarnie brzmiące 'Burning Star', 'Witch Eyes', 'Dracula's Castle' ('Burning Star'), 'Evil Reign', 'Suicidal Nightmare', 'Face The Wicked One', 'Angel Of Death' ('Remnants Of War'), 'The King Is Dead', 'Tyrannicide' ('Distant Thunder'), 'Baptized In Blood', 'Harker's Tale' ('Nosferatu'). Generalnie wprowadzone przez zespół zmiany wyszły wymienionym utworom na dobre. Na przykład, w takim 'Suicidal Nightmare', jednym z moich ulubionych numerów Helstar, główny riff jest teraz znakomicie słyszalny, a jego hipnotyzujący urok potężniejszy.

Nowe utwory prezentują się nie gorzej niż stare. Oba są bardzo agresywne, złowieszcze i... diabelskie. 'Caress Of Dead' opowiada o facecie, który po śmierci kochanej do szaleństwa kobiety zatrzymał jej ciało, aby zabawiać się z nim w ten sam sposób, w jaki zabawiał się z ukochaną, kiedy ta jeszcze żyła. Śpiew Jamesa Rivery w tym utworze jest przerażający. Zwłaszcza w tej jego części, w której, tuż przed solówką, Rivera śpiewa: 'Feeling, seething/Most appealing/Biting, grinding/Lifeless love/Guilty pleasure/Rigor treasure/Hardening flesh fits like a glove'. 'Tormentor' również ma mocny tekst, zainspirowany tym, co Rivera, będąc małym chłopcem, usłyszał od swojej babci, a usłyszał, że gdy popełnia się jakiś zły uczynek, to postępuje się tak, jakby samemu krzyżowało się Chrystusa.

'Sins Of The Past' (2007) - ten smakowity kawałek wykrojony z przepysznego tortu, jakim jest dorobek muzyczny Piekielnej Gwiazdy - został przyćmiony wspomnianym wyżej 'The King Of Hell' (2008). Ten ostatni - nagrany w tym samym składzie co 'Grzechy...' (2007) - to bestia, która wyrwała się z okowów konwencji zdefiniowanej na wcześniejszych płytach Helstar, i przywdziała power/thrashowy pancerz, który dość rychło zrósł się z jej skórą. Rivera zaśpiewał agresywnie, dziko, bez opamiętania, jakby ze wzbierającą w płucach wściekłością uciekał przed gitarami, basem i perkusją, przed generowaną przez nie riffową thrash-nawałnicą, i podczas tej ucieczki, zabłądziwszy, trafił niespodziewanie do piekła - tego samego, które rechotem i grymasami przebija z wyśpiewywanych przez niego tekstów. Zapomnijcie o przebojowości, jaką cechują się utwory z 'Burning Star' (1984) oraz o technicznie wyrafinowanych kompozycjach z 'Nosferatu' (1989). Zapomnijcie o oldschoolowym brzmieniu 'Remnants Of War' (1986). Muzyczny pomiot 'Króla Piekła' (2008) to dokoksowana thrashem klasyka podana w wyjątkowo mrocznej, ciężkiej i współczesnej formie. 'Caress Of Dead' i 'Torment' są jedynie jej smakowitym przedsmakiem.

Mam nadzieję, że 5 listopada okaże się, iż 'Król Piekła' (2008) jest smakowitym przedsmakiem jeszcze bardziej smakowitego 'Glory Of Chaos' (2010), którego okładka wygląd tak:




*Na perkusji zagrał Russell DeLeon.

piątek, 27 sierpnia 2010

Młot i Krew

Szepczą, że Północ powróciła, ucieleśniona w dźwiękach najnowszej płyty Grand Magus, szwedzkiego trio, którego muzyka – niegdyś zadoomana, obecnie niemalże w całości heavymetalowa – rzuca cienie układające się w kształty znane szczęśliwcom z okładek klasycznych albumów Black Sabbath, Deep Purple, DIO i Candlemass. Szemrają: Północ powróciła, a wraz z nią jej bogowie. Odyn, Thor, Loki i pozostali. Ponoć byli już obecni na 'Iron Will', którą jakiś dureń nazwał udźwiękowioną wolnością. Zgadzam się tylko z jednym: 'Iron Will' jest soniczym ekwiwalentem przejażdżki piorunożernym Harleyem przez pustkowia normańskiego pogaństwa. Co wy na to? – pytam. Mylisz się! – wyją, a potem szeptem oznajmiają, że Północ powróciła tak, jak powróciły wszystkie wcielenia normańskich bóstw. Dodają, że te amerykańskie, opisane przez Neila Gaimana, również – wśród nich jednooki Wednesday. Są tam, w tych dziesięciu utworach, chłonąc motoryczne riffy heavymetalowych młynków modlitewnych. Z nich czerpią swą moc – wyjaśniają. Potrząsam głową i odpowiadam stanowczo (gdyż inaczej z nimi nie można): Możliwe, że czerpałyby. Chłonęły. Słuchały. Byłyby. Gdyby normańska mitologia była czymś więcej niż fantasy nieznającym swej prawdziwej tożsamości. Wtedy Gaiman nie napisałby fikcji. I tylko wtedy. Prawda? Prychają. Skrzeczą. Warczą. Oburzone. Gdyby, gdyby, gdyby, powtarzają, nudny jesteś, nie umiesz się bawić. Wzruszam ramionami, one jednak tego nie widzą, gdyż są tylko głosami obdarzonymi słuchem. Należą do substancji. Są więc spokrewnione z uśmiechem kota z Chesire. Myślę, że spodobałyby się Hume’owi. Nie, odpowiadam, tutaj nie ma bogów. Głosy puszczają moje słowa mimo uszu. Posłuchaj, mówią, to jeszcze nie koniec. Potem, takie odnoszę wrażenie, spierają się między sobą, a są ich tam – gdziekolwiek to jest (na pewno nie w twojej głowie, krzyczą w odpowiedzi na mą myśl) – setki, jeśli nie tysiące, setki głosów ze słuchem lub słuchów z głosem. Posłuchaj, podejmują po naradzie, osądź, do czego bardziej pasuje ten opis, ten właśnie, tenże, ten tu, o – jęk zawodu – jednak tamten. W końcu cytują chóralnie:

“(…) it’s good on the level of bone-crunching, passionate, bombastic, anger-filled music that might or might not be from the devil, that has shredding virtuoso guitars and thumping drums you can feel in your pancreas”.


Do 'Młota Północy' czy 'Krwi Narodów'? Do obu, odpowiadam bez namysłu. I do wielu innych, myślę. Słuchy nie ustępują. Pytają dalej: A z tych dwóch do której bardziej? Wybór nie jest prosty. Obie bowiem uwielbiam. 'Młot' od lipca, 'Krew' dopiero od siedmiu dni. Więc się zastanawiam, skubiąc brodę. Głosy szemrzą w tle. Szwedzkie trio zasłużyło 'Młotem' na Walhallę. Wyhymniło sobie – 'I, The Jury', tytułowym, 'Black Sails' czy 'At Midnight They’ll Get Wise' – wieczyste ucztowanie w towarzystwie walkirii i darmowe bilety do raju z hurysami (z konkurencyjnej mitologii). Ale to Accept, wybudzony po czternastu latach ze śpiączki w składzie Tornillo (śpiew), Hoffman (gitara), Frank (gitara), Baltes (bas) i Schwarzmann (perkusja), zaserwował miłośnikom heavy metalu krążek z muzyką godną wszelkich niebios i piekieł (ależ oczywiście, głosy drą się jak opętane, i są opętane, przynajmniej niektóre), równie pomnikowo-wzorcową dla konwencji jak albumy 'Restless and Wild' (1982), 'Balls To The Wall' (1983) i 'Metal Heart' (1985), nagrane z Udo Dirkschneiderem. Więc? Więc? Więc? – zapytują głosy. Natarczywe skurczybyki. Dobrze, odpowiadam. Ten cytat wzięty z eseju Catherynne Valente – autorki 'Opowieści Sieroty' i 'Palimpsestu', których egzemplarze leżą u mnie w domu, czekając na to, aż wezmę je do ręki i, pieszcząc, zacznę czytać (z dala od muzyki, słuchogłosów i gwaru codzienności) – litera za literą, słowo za słowem, sens za sensem, niczym jakiś semantyczny sos spływa po dwunastu heavymetalowych potworkach o nienasyconym apetycie na jedno: drgania naszych bębenków usznych. Tak, tak, tak, zgadzamy się z tobą, wołają głosy. Dobrze wybrałeś. Może, odpowiadam. Nie ma to dla mnie większego znaczenia. Słucham obu płyt na zmianę. Obie wielbię. Obie też karmię drganiami moich bębenków usznych. I tak już zapewne będzie dopóty, dopóki nie ogłuchnę lub nie umrę. Oby. Szaleństwo, na szczęście, mi nie grozi. Co skwapliwie potwierdzają słuchy. Odchodząc, śpiewają fragment 'Teutonic Terror':

Back to the frontlines..........back to the night

Medieval marauders ..........under the lights

Back for the plunder.......the thrill of the flames

The roar of the thunder.............back in the game

Storming the castles................swords in the air

Killing the monsters in their own lair

Lighting the torches...........setting the stage

You get what you ask for..............rrright in the face


Six string sabres...... screams in the night

War clubs pounding.........living just for the fight


So we drive.........thru the night

With the howling wind at our backs

Riding on Teutonic Terror
We will...... Give em' the Axe
We will.......Give em' the Axe

wtorek, 13 lipca 2010

Wzorzec metra

W Iranie mają ukamienować Sakineh Mohammadi Ashtiani, matkę dwojga dzieci skazaną w 2006 roku za cudzołóstwo. Podczas przesłuchania Ashtiani przyznała się do winy, sąd orzekł karę chłosty, którą wykonano w obecności jej syna. Cztery miesiące po pierwszym procesie Ashtiani została ponownie oskarżona o cudzołóstwo i dodatkowo o zabójstwo męża, a następnie skazana za cudzołóstwo na karę śmierci przez ukamienowanie, pomimo faktu, że oskarżenie nie przedstawiło wymaganego w takich sprawach dowodu w postaci zeznań czterech świadków obciążających zgodnie oskarżoną osobę. Zabójstwa męża jej nie udowodniono. Występując przed sądem, Ashtiani oświadczyła, że zmuszono ją do złożenia fałszywych zeznań. Utrzymuje, że jest niewinna. Tak samo uważają jej dzieci. Nie wiadomo, co o całej tej sprawie sądzi Allah, a z oczywistych dla niektórych osób względów nie możemy zapytać Go o zdanie.

Protesty

Niektórzy ludzie uważają, że wykonanie orzeczonej kary będzie niesprawiedliwe niezależnie od winy oskarżonej i rzetelności przeprowadzonego postępowania karnego. Inni sądzą, że będzie niesprawiedliwe, o ile oskarżona jest niewinna lub postępowanie karne, w którym ją skazano, przeprowadzono nierzetelnie. Zastanawiam się, do której grupy należy syn Ashtiani, przekonany o niewinności matki.

Ślepy zaułek

Niektórzy przeciwnicy karania ukamienowaniem za cudzołóstwo uważają, że muzułmańscy zwolennicy tej formy kary śmierci uzasadniają ją opierając się na błędnej interpretacji Koranu. Ludzie, którzy w ten sposób argumentują przeciwko wykonywaniu rzeczonej kary, zakładają - świadomie lub bezwiednie - iż możliwa jest do sformułowania poprawna interpretacja Koranu.

Nie wszyscy spośród nich zdają sobie sprawę z takiej oto prawidłowości: jeśli możliwe jest sformułowanie poprawnej interpretacji Koranu, to istnieje Allah; jeśli możliwe jest sformułowanie niepoprawnej interpretacji Koranu, to istnieje Allah; jeśli nie istnieje Allah, to nie jest możliwe sformułowanie zarówno poprawnej, jak i niepoprawnej interpretacji Koranu. Skąd ta prawidłowość? Stąd, że poprawna interpretacja Koranu = taka interpretacja, która zawiera prawdziwy opis przesłania Allaha dla ludzkości; natomiast niepoprawna interpretacja Koranu = taka interpretacja, która zawiera fałszywy opis przesłania Allaha dla ludzkości. Jeśli nie ma Allaha, to nie ma takiego przesłania, które byłoby przesłaniem Allaha, a jeśli nie ma przesłania, które byłoby przesłaniem Allaha, to nie może być, i nie ma, ani poprawnej ani niepoprawnej interpretacji Koranu.

Osoba, która zna powyższą prawidłowość, ale nie wierzy, że istnieje Allah (a ściślej: nie wierzy, że istnieje indywiduum spełniające koniunkcję predykatów implikacyjnie lub równoważnościowo powiązanych z nazwą "Allah" użytą jako predykat*) nie powinna - chociażby po to, aby zachować spójność swoich przekonań - argumentować, że muzułmańscy zwolennicy karania kamienowaniem za cudzołóstwo opierają się na błędnej interpretacji Koranu. Osoba znająca powyższą prawidłowość, ale wierząca, że istnieje Allah, nie powinna argumentować w podany sposób z innego powodu - otóż Koran za cudzołóstwo przewiduje jedynie karę stu batów. Tezę o tym, że właściwą karą za ten czyn jest ukamienowanie niektórzy muzułmanie wyinterpretowują z hadisów, nie z Koranu. Z oczywistych dla niektórych osób względów nie możemy skonsultować się z Allahem, aby zapytać Go o to, czy jest to właściwa praktyka.

Ride To Hell

Czy możliwe jest, aby Allah, jako doskonale dobry, zezwolił na karanie śmiercią przez ukamienowanie za cudzołóstwo? Odpowiedzi kategorycznej nie znam, a z powodów oczywistych dla niektórych osób nie jestem w stanie skontaktować się z Allahem, aby taką odpowiedź uzyskać. Wiem jednak, że jeśli Allah jest doskonale dobry, a ponadto stanowi wzorzec wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym, zaś ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem nie jest złe, lecz dobre, czyli zgodne z naturą Allaha, to możliwe jest, aby Allah zezwolił na karanie śmiercią przez ukamienowanie za cudzołóstwo. Jest to wiedza de dicto: o związkach inferencyjnych między pojęciami. Spójrzmy na poniższy argument:

(A1)

(1) Jeśli Allah jest doskonale dobry, to nie jest możliwe, aby czynił On zło.
(2) Allah jest doskonale dobry.
(3) Zatem nie jest możliwe, aby Allah czynił zło.
(4) Zezwalanie na czynienie zła jest złe.
(5) Zatem nie jest możliwe, aby Allah zezwalał na czynienie zła.
(6) Jeśli Allah nakazał realizowanie danego działania, to zezwolił na jego realizowanie.
(7) Ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem jest pewnego typu działaniem.
(8) Allah nakazał ukarać cudzołożnika ukamienowaniem.
(9) Zatem Allah zezwolił na ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem.
(10) Zatem ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem nie jest złe.
(11) Dane działanie jest albo dobre, albo złe.
(12) Zatem ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem jest dobre.

Jeśli przesłanki (1)-(11) są prawdziwe, to prawdziwy też jest wniosek, czyli (12). Oczywiście, tym argumentem nie przekona się do wiary w prawdziwość (12) żadnej osoby, która nie wierzy, że istnieje Allah ani żadnej osoby, która wierząc w prawdziwość przesłanek (1)-(7) i (11) nie wierzy jednak w prawdziwość przesłanki (8) z tego względu, iż nie wierzy w prawdziwość (12). Wobec takich osób argument (A1) jest wadliwy pod względem pragmatycznym. Warto odnotować, że zarówno pierwszej, jak i drugiej z opisanych osób nie da się przekonać do tezy, że przesłanka (8) nie jest sprzeczna z przesłanką (2) za pomocą następującego argumentu:

(A2)

1. Jeśli Allah jest doskonale dobry, to jest On wzorcem wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym.
2. Allah jest doskonale dobry.
3. Zatem Allah jest wzorcem wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym.
4. Jeśli Allah jest wzorcem wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym, to dowolne działanie człowieka jest dobre wtedy i tylko wtedy, gdy jest zgodne z naturą Allaha.
5. Zatem dowolne działanie człowieka jest dobre wtedy i tylko wtedy, gdy jest zgodne z naturą Allaha.
6. Ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem jest dobre.
7. Zatem ukaranie cudzołożnika jest zgodne z naturą Allaha.
8. Jeśli dane działanie człowieka jest dobre, to możliwe jest, aby Allah nakazał jego realizację.
9. Zatem możliwe jest, aby Allah nakazał ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem.

Osoba, która po zapoznaniu się z argumentem (A2) nadal nie wierzy, że istnieje Allah, zgodzi się tylko z tym, że jeśli przesłanki 1-8 są prawdziwe, to prawdziwy jest też wniosek, czyli 9. Nie uzna jednak, aby za pomocą argumentu (A2) dało się wykazać, że wniosek jest prawdziwy. Natomiast osoba, która poza zapoznaniu się z argumentem (A2) nadal wierzy w prawdziwość przesłanek (1)-(7) i (11) z argumentu (A1) oraz w prawdziwość przesłanek 1-5 i 8 z argumentu (A2), ale uważa ukaranie cudzołożnika ukamienowaniem za złe odrzuci przesłankę 6 z argumentu (A2).

Argumenty analogiczne do (A1) i (A2) da się, oczywiście, sformułować także dla czynów innych niż cudzołóstwo, chociażby dla aktu apostazji, seksu analnego między kobietą a mężczyzną lub seksu homoseksualnego, sporządzania wizerunków, także karykatur, Allaha oraz Mahometa czy bluźnienia. W przypadku argumentu (A1) kluczowe dla uzasadnienia jego wniosku jest uprzednie uzasadnienie w oparciu o Koran, Sunny lub hadisy przesłanki (8) - tej mianowicie, że Allah nakazał ukarać cudzołożnika ukamienowaniem. To samo dotyczy argumentów analogicznych do (A1) sformułowanych dla innych czynów. Ze względów oczywistych dla niektórych nie możemy skonsultować się w tej sprawie z samym Allahem.

Wzorzec metra

Przypominam, że na pytanie "Czy możliwe jest, aby Allah, jako doskonale dobry, zezwolił na karanie śmiercią przez ukamienowanie za cudzołóstwo?" odpowiedziałem jedynie hipotetycznie. Na czym polega bycie doskonale dobrym? Na czym polega bycie wzorcem wszelkiego dobra w przygodnym świecie? Who knows, brothers and sisters? Zasadnicza koncepcja, którą zapożyczyłem od filozofa Williama P. Alstona, jest taka: Allah jest indywidualnym wzorcem wszelkiego dobra w naszym świecie, bez niego nie byłoby więc w naszym świecie ani dobra, ani zła, ani dobrych, ani złych uczynków - a ściślej: żadne ludzie działania nie byłyby ani dobre, ani złe. Jeśli Allah jest indywidualnym wzorcem wszelkiego dobra w naszym świecie, to nie istnieje niezależny od Allaha, quasi-platoński, standard/wzorzec/ideał dobra, na przykład w postaci Idei (istniejącej "poza" Allahem lub "w" Nim). Alston zaproponował następującą zmianę ludzkiego pojęcia Boga:

God plays the role in evaluation that is more usually assigned, by objectivists about value, to Platonic Ideas or principles. Lovingness is good (a goodmaking feature, that on which goodness supervenes) not because of the Platonic existence of a general principle, but because God, the supreme standard of goodness, is loving. Goodness supervenes on every feature of God, not because some general principles are true but just because they are features of God. But this principle is not ultimate; it, or general fact that makes it true, does not enjoy some Platonic ontological status; rather it is true just because the property it specifies as sufficient for goodness is a property of God. (Alston [1989], s. 268-269)**.

Analogiczną zmianę da się przeprowadzić dla pojęcia Allaha, a przynajmniej, jeśli ktoś się przy tym upiera, dla jednego z egzemplarzy tego pojęcia (rozumianego, na przykład, jako czyjaś mentalna reprezentacja). Tak czy inaczej, parafrazując powyższy cytat, idzie o to, że Allah jest (predykatywnie) doskonale dobry nie dlatego, że z racji swych atrybutów spełnia jakąś niezależną od siebie quasi-platońską zasadę/regułę/prawdę, ale dlatego, że On jako wzorzec wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym posiada w stopniu możliwie najdoskonalszym esencjalnie cechy, na których superweniuje dobro. Z argumentów (A1) i (A2) wynika, że to natura Allaha (jego esencjalne cechy) określa - w pewnym sensie niezależnie od Jego woli - zakres działań, na które Allah może zezwolić ludziom, jak również status moralny ludzkich działań.

Obrazek ten komplikuje jedna rzecz: mianowicie, jednym z elementów pojęcia Allaha jest pojęcie Jego transcendencji. Jeśli Allah jest transcendentny, to Jego natura w pewnym zakresie i do pewnego stopnia przekracza ludzkie możliwości poznawcze - mianowicie, nie jesteśmy w stanie całkowicie jej poznać, a zatem również całkowicie zrozumieć. Co to oznacza? Cóż, natura Allaha nie może nie mieć nic wspólnego z treścią ludzkich pojęć dobra, miłości czy sprawiedliwości, z drugiej jednak strony z racji Jego transcendencji jest epistemicznie możliwe, istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uważają je za złe. Zwolennik wykonywania kary śmierci via ukamienowanie na cudzołożniku może argumentować, że właśnie w przypadku tej kary mamy do czynienia z "rozjazdem" między treścią ludzkiego pojęcia dobra a treścią boskiego pojęcia dobra, przy czym każdy taki rozjazd należy zinterpretować na korzyść boskiego pojęcia dobra z tego powodu, że Allah jest wzorcem wszelkiego dobra w świecie przez Siebie stworzonym. Oczywiście na tę rzekomą konceptualną przepaść między ludzkim a boskim pojęciem dobra może powołać się również zwolennik zabijania, chociażby via akcje terrorystyczne, tych osób, które są – na przykład, z racji apostazji, herezji lub innowierstwa – rzekomymi wrogami Allaha. Z oczywistych dla niektórych osób względów nie możemy zapytać Allaha o to, czy zezwala On na zabijanie via akcje terrorystyczne Swoich rzekomych wrogów.

Możliwością w łeb!

Jak już napisałem, zwolennik wykonywania na cudzołożnikach kary śmierci przez ukamienowanie może stwierdzić dwie rzeczy: po pierwsze, jeśli Allah jest transcendentny, to jest epistemicznie możliwe, że (A) istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uważają je za złe; po drugie, takim działaniem jest ukaranie ukamienowaniem osoby winnej cudzołóstwa. Kolejnym argumentacyjnym ruchem zwolennika omawianej kary może być podjęcie próby uzasadnienia – na przykład, za pomocą argumentów (A1), (A2) oraz hadisów – tezy, że wykonanie na cudzołożniku kary śmierci przez ukamienowanie jest pod względem moralnym dobre.

Co mam zrobić w odpowiedzi na taką argumentację, jeśli nie wierzę, że istnieje Allah? Aby odpowiedzieć rzetelnie na to pytanie, trzeba wcześniej wyjaśnić, co to znaczy, że coś jest epistemicznie możliwe. W tym celu przyjmijmy, że P symbolizuje dowolne zdanie kategoryczne, zaś S dowolną osobę. Definicja epistemicznej możliwości, którą uważam za najbardziej wiarygodną, przedstawia się następująco***:

(DEF. EM) P jest epistemicznie możliwe dla S wtedy i tylko wtedy, gdy nieprawda, że P jest epistemicznie niemożliwe dla S.'

Natomiast definicja epistemicznej niemożliwości jest taka:

(DEF. ENM) P jest epistemicznie niemożliwe dla S wtedy i tylko wtedy, gdy (a) -P jest prawdą, zaś (b) S ma adekwatne uzasadnienie dla uznania –P za prawdziwe.

Po podstawieniu (DEF. ENM) do (DEF. EM.) otrzymamy następującą definicję epistemicznej możliwości:

(DEF. EM.') P jest możliwe epistemicznie dla S wtedy i tylko wtedy, gdy P jest prawdą lub S nie ma adekwatnego uzasadnienia dla uznania –P za prawdziwe.

S ma adekwatne uzasadnienie dla P (lub -P) wtedy i tylko wtedy, gdy S jest przekonany, że Q, Q jest uzasadnione, i z Q wynika (logicznie lub indukcyjnie) P (lub -P). W myśl tej definicji, można posiadać adekwatne uzasadnienie dla P, nie wiedząc, że się je posiada - w takim przypadku, samo posiadanie adekwatnego uzasadnienia dla P nie jest wystarczające do tego, aby P było uzasadnione, chyba że odpowiednio ze sobą powiązane przekonania mogą się wzajemnie uzasadniać. Przyjmuję, że uzasadnianie (jako czynność) jest możliwe do zrealizowania jedynie przez osoby (w tym ludzkie), a więc przez indywidua mające przekonania, pragnienia i zamiary.

Za P podstawmy następujące zdanie kategoryczne: (A) „Istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uważają je za złe”. Otrzymamy: (A) jest epistemicznie możliwe dla S wtedy i tylko wtedy, gdy (A) jest prawdą lub S nie ma adekwatnego uzasadnienia dla uznania –(A) za prawdziwe.

Zgodnie z definicją epistemicznej możliwości, zaaplikowaną do zdania (A), (A) jest dla mnie epistemicznie możliwe wtedy i tylko wtedy, gdy (A) jest prawdą lub nie posiadam adekwatnego uzasadnienia dla –(A). Zatem nawet jeśli (A) jest fałszem, ale ja nie posiadam adekwatnego uzasadnienia dla –(A), to A jest dla mnie epistemicznie możliwe. Tylko wtedy, gdy (A) jest fałszem, a ja rzeczone uzasadnienie dla –(A) jednak posiadam, A jest dla mnie epistemicznie niemożliwe. Kiedy posiadam uzasadnienie dla –(A)? Na przykład, wtedy, gdy posiadam adekwatne uzasadnienie dla negacji zakładanej przez (A) tezy o istnieniu Allaha.

Wróćmy do sformułowanego wcześniej okresu warunkowego, która nazwałem Zasadą Transcendencji (ZT):

(ZT) Jeśli Allah jest transcendentny, to jest epistemicznie możliwe, że (A) istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uważają je za złe.

W jaki sposób można argumentować za przejściem od poprzednika do następnika (ZT)? Można, na przykład, przyjąć, że transcendencja Allaha powoduje, że nie jest możliwe adekwatne uzasadnienie dla –(A). Dalej można argumentować następująco:

(A3)

(1’) Allah jest transcendentny, to nie jest możliwe adekwatne uzasadnienie dla –(A).
(2’) Jeśli nie jest możliwe, adekwatne uzasadnienie dla –(A), to nieprawda, że (A) jest epistemicznie niemożliwe dla S.
(3’) Jeśli nieprawda, że (A) jest epistemicznie niemożliwe dla S, to (A) jest epistemicznie możliwe dla S.
(4’) Zatem jeśli Allah jest transcendentny, to (A) jest epistemicznie możliwe dla S.
(5’) Allah jest transcendentny.
(6’) Zatem (A) jest epistemicznie możliwe dla S.

Znamienne, że można wierzyć w prawdziwość (4’), nie wierząc, że (5’) i (6’) są prawdziwe. Jeśli ktoś nie wierzy, że istnieje Allah, a ponadto jest przekonany, że przesłanka (5’) zakłada tezę o istnieniu Allaha, to nie da się go przekonać za pomocą argumentu (A3) do uznania (6’). Ponadto jeśli ktoś nie wierzy, że istnieje Allah, a ponadto jest przekonany, że przesłanka (A) zakłada tezę o istnieniu Allaha, to taka osoba nie uzna (A) za prawdziwe, o ile, oczywiście, nie uwierzy wcześniej, że istnieje Allah lub nie uzna, że (A) jednak nie zakłada tezy o istnieniu Allaha.

En garde!

Załóżmy, że X, będący zwolennikiem wykonywania na cudzołożniku kary śmierci via ukamienowanie, argumentuje za pomocą (A3) na rzecz tezy, że jeśli Allah jest transcendentny, to (A) istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uznają je za złe. Następnie X argumentuje za pomocą hadisów oraz argumentu (A1), że wykonanie na cudzołożniku kary śmierci przez ukamienowanie nie jest, wbrew powszechnej opinii, złe, lecz dobre.

Co mogę zrobić w odpowiedzi na taką argumentację, jeśli nie wierzę, że istnieje Allah?

Mogę stwierdzić, że pierwsza przesłanka (A3) wymaga uzasadnienia, gdyż nie jest jasne, dlaczego transcendencja Allaha miałaby przesądzać jedynie o tym, że nie jest możliwe adekwatne uzasadnienie dla -(A). Dlaczego nie miałoby być tak, że z racji Jego transcendencji nie jest możliwe zarówno adekwatne uzasadnienie dla -(A), jak i dla (A). Gdyby tak było, to nikt nie mógłby wiedzieć, że (B) ukaranie cudzołożnika śmiercią przez ukamieniowanie jest działaniem zgodnym z naturą Allaha, ale takim, które ludzie powszechnie uznają za złe. Wszak każde adekwatne uzasadnienie dla (B) jest zarazem adekwatnym uzasadnieniem dla (A), gdyż (A) wynika logicznie z (B). Transcendencja bóstwa wygląda w tym kontekście na broń obosieczną.

Następnie mogę zauważyć, że niesprzeczny jest następujący obrazek: Allah jest transcendentny, ta Jego transcendencja przesądza, że (A) istnieje takie działanie, które jest zgodne z naturą Allaha, ale ludzie powszechnie uważają je za złe, co z kolei przesądza, że nie jest prawdą, że (A) jest epistemicznie niemożliwe dla S, dlatego też, w myśl podanych wyżej definicji, (A) jest epistemicznie możliwe dla S. Ponadto jest tak, że jeśli Allah - wszechwiedzące i możliwie najbardziej wiarygodne źródło wszelkich informacji - przekona (bezpośrednio lub pośrednio) S o tym, że P, to S jest zasadnie przekonany, że P (wariacja na rzecz epistemologicznego eksternalizmu), Allah zaś jest w stanie przekonać dowolnego S o czymkolwiek. Działaniem, o którym prawdziwe jest (A), jest okłamanie S przez Allaha w sprawie prawdziwości (A). Z wyliczonych tez wynika, że Allah może przekonać S do wiary w -(A) i to w taki sposób, że przekonanie S, że -(A) będzie zasadne, nawet jeśli -(A) jest fałszem. Przy takich założeniach -(A) może być dla S epistemicznie możliwe. Jeśli -(A) może być dla S epistemicznie możliwe, to nie jest prawdą, że nie jest możliwe adekwatne uzasadnienie dla -(A). Znów wychodzi na to, że transcendencja Allaha jest bronią obosieczną.

Dalej mogę rzec mojemu oponentowi, że nie wierzę w prawdziwość (A), gdyż nie wierzę w prawdziwość zakładanej przez (A) tezy o istnieniu Allaha. Mogę mu też rzec, że nie wierzę, iż (A) jest dla mnie epistemicznie możliwe, gdyż jestem przekonany, że (A) jest fałszem, a ponadto sądzę, że w moim posiadaniu znajduje się adekwatne uzasadnienie dla –(A). Mogę wreszcie argumentować, że argumenty odwołujące się do hadisów w celu uzasadnienia tezy o tym, że Allah zezwolił na wykonywanie kary śmierci na cudzołożniku są błędne, nie dlatego jednak, iż nie istnieje Allah, ale dlatego, że hadisy, do których odwołują się zwolennicy takiego podejścia, zostały sfałszowane lub nie zawierają tego, co rzekomo mają zawierać (niezależnie od tego, czy Allah istnieje bądź nie istnieje). Sęk w tym, że każde z tych „mogę” to potencjalny początek nowej dyskusji na nieco inny temat.

Świadectwo

Czy zatem podjąłbym na serio dyskusję z osobą, która stwierdziłaby, że ukaranie cudzołożnika śmiercią przez ukamieniowanie jest dobre z racji swej zgodności z naturą Allaha? Pytanie jest retoryczne, ale na wszelki wypadek odpowiem: oczywiście, że nie. Przy czym, tak naprawdę, nie chodzi tutaj jedynie o Allaha, z czego w pewnym momencie swojego występnego życia zdała sobie doskonale sprawę moja dobra znajoma, Łotrzyca. Oddam jej na chwilę głos:

"(...) Kiedy uniosłam powieki, znajdowałam się w przestronnej sali o okrągłej, kamiennej podłodze, posypanej piachem. Stałam na usytuowanym w centrum podwyższeniu, patrząc beznamiętnie na kręcących się wzdłuż ściany ludzi. Było ich dwudziestu czterech. Sami mężczyźni. Z różnych czasów i epok. Dwudziestu czterech zabójców, przekonanych o swej niewinności.

Brzękający kolczugami chrześcijanie spoglądali niepewnie na wystraszonych czerwonoarmistów. Hebrajscy wojownicy z czasów Jozuego łypali podejrzliwie na brodatych Wahabitów noszących wojskowe kamizelki i uzbrojonych w AK-47. Zdezorientowani młodotureccy żołnierze próbowali porozumieć się z jeszcze bardziej zdezorientowanymi żołnierzami UPA - daremnie.

Salę wypełniały coraz głośniejsze uwagi wypowiadane w różnych językach, niekiedy też przekleństwa.

Miałam sześć rodzin i każdą utraciłam. W sześciu czaskątkach Ziemi. Nasi zabójcy wierzyli, że zabijając nas, postępują słusznie. Pomimo faktu, że moi rodzice nie byli ani mordercami, ani złodziejami. Nikogo nie oszukali, nie zgwałcili, nie porwali i nie pobili. Żadna z moich sześciu sióstr również. A jednak uznano ich za winnych. Dlaczego?

Pierwsza z moich sześciu rodzin była rodziną Kananejczyków. Hebrajczycy, którzy nas zabili, wierzyli, że Kananejczycy są wrogami LOVE, i że nie ma niczego złego w zabijaniu wrogów LOVE, o ile robi się to z Jej rozkazu. Byli przekonani, że LOVE rozkazała im - de facto, całemu Izraelowi - eksterminację wszystkich Kananejczyków. Więc do niej przystąpili.

Dlaczego Hebrajczycy uznali nas za wrogów LOVE? Twierdzili, że LOVE dała im prawo do naszych ziem, a my utrudniając przejęcie ich mieliśmy przeciwstawiać się realizacji boskiego planu. Twierdzili też, że gdybyśmy pozostali jedynie sąsiadami, niektórzy z nas mogliby nakłaniać ich do bałwochwalstwa lub zawierania małżeństw z Kananejkami, a tym samym do apostazji. Gdyby ulegli naszym namowom, ściągnęliby na siebie gniew swojego bóstwa. Dlatego uważali, że tak długo, jak żyjemy, stanowimy dla nich zagrożenie. Oskarżali nas o składanie Molochowi ofiar z dzieci, o praktykowanie homoseksualizmu, zoofilii oraz o to, że Kananejczycy uprawiają seks z Kananejkami, gdy te przechodzą menstruację. I, oczywiście, Hebrajczycy mieli rację - my, Kananejczycy, byliśmy wrogami LOVE.

Kiedy Aimee zapytała mnie ironicznie, nie kryjąc, że zna właściwą odpowiedź: "(...) wiesz, że zabójcy się pomylili, prawda?", odrzekłam, że wszyscy z wyjątkiem czterech hebrajskich wojowników. Żaden z nich, zabijając nas, nie zrobił niczego złego. Wręcz przeciwnie. Ojcu poderżnęli gardło. Siostrze rozbili głowę kamiennym młotem. Matce, która zdołała wybiec przed dom, wbili w brzuch nóż. Ostrze przebiło macicę i rozcięło pępowinę. Minęło mą twarz o cal. Sześciomiesięczny embrion, w którym byłam ucieleśniona, zaczął obumierać.

Teraz - dzięki Aimee, która umieściła mnie razem z zabójcami moich rodzin w mini-świecie wykreowanym w obrębie rzeczywistości LOVE - mogłam się zemścić na osobach mających na rękach krew moich kananejskich rodziców i siostry. Pragnęłam tej zemsty. Bo była zła. Tak cudownie, po ludzku, zła.

Ruszyłam do ataku. Po piętnastu sekundach na piaszczystym podłożu zaległy cztery bezgłowe ciała. Hebrajczyków miałam z głowy.

Pozostali zabójcy, owszem, pomylili się. Byli mordercami, pomimo faktu, że zabicie moich rodziców i siostry uzasadniali według tego samego schematu, co Hebrajczycy: jeśli zabijasz X-a, który jest wrogiem Y-ka, z rozkazu Y-ka lub z rozkazu Z uprawnionego do rozkazywania w imieniu Y-ka, to nie ma niczego złego w tym, że zabijasz X-a. Nie wiedzieli, że to działa tylko wtedy, gdy Y-kiem jest istota pokroju LOVE.

Bronili się zawzięcie; naszpikowali mnie kulami, pocięli nożami, kilka razy pchnęli bagnetami, ale, tak czy inaczej, umierali. Na początku radowałam się ich śmiercią, ale wnet - co było jednym z warunków, jakie postawiła Aimee - moja natura zaczęła się zmieniać. Nadal byłam nieomylną znawczynią dobra i zła, jednak z każdą bezlitośnie upływającą sekundą rozkosz płynąca z human badness przestawała być moją eudaimonią, a ja zaczynałam odczuwać coraz silniejsze obrzydzenie wobec tego, co robię, nie wspominając już o obrzydzeniu, jakie wywoływały moje wspomnienia z łotrowskiej kariery w Melhizabet. Gdy przy życiu pozostało dwóch zabójców - żołnierz UPA przeładowujący rozpaczliwie karabin i chrześcijanin dźwigający się z mieczem w dłoni spod ciała kamrata - stwierdziłam, że jeśli zaraz nie pochłonę ich dusz, to niebawem osiągnę stan, w którym z konieczności zrobię coś, co byłoby dobre, gdyby uczynił to podwójny sapiens. Na przykład, wybaczę im. (...)"

Zawsze jest tylko więcej przyszłości

Przejrzałem dziesiątki komentarzy poświęconych sprawie Sakineh Mohammadi Ashtiani. Większość komentatorów wypowiada się przeciwko wykonaniu na niej kary śmierci przez ukamienowanie. Nie wiem jednak dlaczego. Czy dlatego, że są oni przekonani o nieistnieniu Allaha? A może dlatego, że chociaż wierzą, iż Allah istnieje, to nie wierzą, że Allah nakazał karanie cudzołóstwa ukamienowaniem, wobec czego nie uważają, iż jest to kara sprawiedliwa? Albo dlatego, że z racji okrucieństwa tej kary lub z jakiegoś innego powodu (tak jak ja) mają gdzieś to, czy jest ona lub nie jest zgodna z naturą wyżej opisanego doskonale dobrego wzorca wszelkiego dobra, więc nawet gdyby wiedzieli, że taka kara za cudzołóstwo jest zgodna z naturą owego wzorca, to i tak byliby przeciwko jej stosowaniu? Bądź dlatego, że z racji okrucieństwa tej kary lub z jakiegoś innego powodu (tak jak ja) mają gdzieś to, czy jest ona lub nie jest zgodna z naturą jakiegokolwiek doskonale dobrego wzorca wszelkiego dobra, więc nawet gdyby wiedzieli, że taka kara za cudzołóstwo jest zgodna z naturą jakiegoś takiego wzorca, to i tak byliby przeciwko jej stosowaniu?



Przypisy:

*W powyższym tekście nazwy "Allah" i "Bóg" funkcjonują niekiedy jako predykaty powiązane równoważnościowo lub implikacyjnie z koniunkcją predykatów używanych do orzekania tzw. wszechcech. Tak potraktowane nazwy "Allah" i "Bóg" mają różne kryteria aplikacji, a stąd też różną treść. Owszem, wyznawcy Allaha oraz wyznawcy Boga zgadzają się, że istnieje stwórca naszego świata będący nosicielem tzw. wszechcech, ale różnią się poglądami na jego naturę. Według muzułmanów, Allah jest z konieczności tylko jeden. Według chrześcijan, Bóg jest z konieczności jeden, ale w trzech osobach. Różnice można by mnożyć. Chcę jednak podkreślić, że nazwy "Allah" i "Bóg" mogą być równie dobrze używane jako sztywne desygnatory. Zasadniczo uważam, że dowolna nazwa (tyczy się to również nazw rodzajowych) może być, w zależności od kontekstu, używana jako predykat bądź sztywny desygnator, sama z siebie zaś, niezależnie od tego, jak się jej używa, nie jest ani pierwszym, ani drugim.

** William P. Alston, Divine Nature and Human Language, Cornel University Press, Ithaca/London 1989, s. 268-269.

***Clayton Littlejohn, Epistemic Possibility

wtorek, 29 czerwca 2010

Chwalmy Pana \m/

'Święte Piekło' (2005) ma trzech głównych bohaterów: producenta i gitarzystę Roya Z., perkusistę Bobby’ego Jarzombka i wokalistę Rob Rocka. Rob Rock jest oczywiście najważniejszą postacią na 'Holy Hell' – bez niego nie byłoby tej płyty. Ani dwóch jej znakomitych poprzedniczek: 'Rage Of Creation' (2000) i 'Eyes of Eternity' (2003). Roy Z. – producent m. in. takich płyt jak 'Accidenth Of Birth' (1997), 'Chemical Wedding' (1998), 'Angel Of Retribution' (2005) i 'Tyranny Of Souls' (2005) – zagwarantował 'Holy Hell' poza profesjonalną produkcją, która zaowocowała selektywnym i mięsistym brzmieniem, świetne gitarowe partie, nagrywając część riffów i solówek. Bobby Jarzombek – znany m. in. z dwóch solowych płyt Halforda oraz gry w Painmuseum, zespole Mike’a Chlasciaka – zagrał fantastycznie na perkusji, obdarowując każdy utwór (z wyjątkiem dwóch słabych ballad) olbrzymią dawką gęstych i dynamicznych partii perkusyjnych. Natomiast Rob Rock, uważany przez niektórych za jedno z lepszych gardeł w heavy metalu, zaśpiewał z pasją, werwą i charyzmą, bez problemu poruszając się z niższych rejestrów w wyższe, i vice versa, oraz łącząc udanie heavymetalową stylistykę wokalną z jej hardrockowym bratem.

'Holy Hell' posiada jednak dwa istotne mankamenty - mianowicie, ballady: poświęconą zmarłemu ojcu Roba 'I Will Be Waiting For You' oraz 'Move On', cover Abby, zaśpiewany z Tobiasem Sammetem, wokalistą Edguy. Obie są słodziutkie, mdłe i nie chwytają – jak przystało na porządne ballady – za serce. Przynajmniej za moje. Może dlatego, że go nie mam. Na szczęście, pozostałe osiem utworów to bardzo dobre heavymetalowe granie ze wspaniałymi melodiami okraszonymi nawałnicami riffów. To lubię. To kocham. Dzięki fantastycznej grze Bobby’ego otwierający płytę 'Slayer Of Souls', apokaliptyczny 'First Winds Of The End Of Time', wyróżniający się niżej strojonymi gitarami 'Holy Hell', mroczny 'Lion Of Judah' czy hiciarski 'I’m A Warrior' i 'When Darkness Reigns' mają w sobie cholernie dużo polotu, brawury i dynamiki, którymi można by obdarować co najmniej kilka heavymetalowych albumów. Najbardziej przebojowym kawałkiem jest 'I’m A Warrior', będący nową wersją starego utworu Chrisa Impellitteri’ego pt. 'Warrior'. Dla fanów wspomnianego gitarzysty nowa wersja utworu 'Warrior' to lektura obowiązkowa.

W odróżnieniu od więtego Piekła', wydany dwa lata później 'Ogród Chaosu' (2007) ma tylko jednego bohatera - Rob Rocka. Faktem jest, że Roy Z. ma na sumieniu wyprodukowanie dwóch utworów i nagranie kilku partii gitarowych, które trafiły na album, jednak jego wkład nie jest na tyle znaczący dla ostatecznego kształtu całego materiału, abym mógł uznać go za bohatera 'Garden Of Chaos'. Natomiast Bobby Jarzombek, skądinąd jeden z moich ulubionych bębniarzy, zabębnił raptem w jednym utworze - mianowicie w kawałku pt. ''This Is The Last Time'. Szkoda, bo facet bębni na ogół znakomicie - mocno, dynamicznie i gęsto, a przy okazji z łepetyną na karku.

Wymieniony numer jest jednym z dwóch, których brzmienie w całości opracował Roy Z.. Drugim takim utworem jest napisany przez Gusa G. bonusowy 'Ride The Wind', w którym lider greckiego Firewind zagrał solówkę. Pozostałe utwory wyprodukował gitarzysta Carl Johann Grimmark, znany przede wszystkim z gry w zespole Narnia. Zresztą, nie licząc Rob Rocka, 3/4 składu jego solowego projektu to muzycy tej kapeli. Na basie gra Andreas Olsson a za zestawem perkusyjnym szaleje Andreas Johannson.

Na 'Holy Hell' osiem kawałków, nie licząc dwóch mdłych ballad, to okraszone mocarnym brzmieniem heavymetalowe granie ze wspaniałymi melodiami serwowanymi w nawałnicy riffów. Na 'Garden Of Chaos' brzmienie nie jest już mocarne acz nie można powiedzieć, by było ono kiepskie - gitary na szczęście nie cykają, raczej rozbrzmiewają soczyście, a w kilku kawałkach momentami brzmią niespodziewanie ciężko, zbliżając się do brzmienia wioseł z wcześniejszego krążka. Reszta instrumentarium jest dobrze słyszalna, nawet bas, razić może jedynie striggerowana perkusja. Same kompozycje, pomijając złagodzone choć nadal selektywne brzmienie, wyraźnie ustępują polotem, brawurą i dynamiką takim utworom z 'Holy Hell' jak 'Slayer Of Souls', 'First Winds Of The End Of Time' i 'Lion Of Judah'. Raptem o trzech piosenkach z 'Garden Of Chaos' można trafnie powiedzieć, że dorównują wyżej wymienionym - są to 'Satan's Playground', 'Only A Matter Of Time' i cholernie przebojowy 'Metal Breed'. Reszcie bliżej jest do twórczości Narnii niż do bądź co bądź swego czasu bardziej amerykańskiej niż europejskiej odmiany heavy metalu, jaką Rob Rock zaserwował swoim fanom na płytach 'Rage Of Creation' (2000) i 'Eyes Of Eternity' (2003). O balladach - 'Unconditional' i poświęconej synkowi Roba 'Ode To Alexander' - napiszę jedynie, że niestety trafiły na krążek. A szkoda, bo tak jak ich starsze siostry z 'Holy Hell' nie grzeszą one urodą. Wręcz przeciwnie. Inna sprawa, że ja zasadniczo nie przepadam za balladami.

Jeszcze krótko o przesłaniu obu albumów - jest ono na wskroś religijne, do czego nawiązałem tytułem niniejszej recenzji. Rob Rock to gorliwy chrześcijanin, deklaruje miłość do Boga, i o tej swojej miłości do jednego bóstwa w trzech osobach lubi opowiadać na swoich albumach.

wtorek, 22 czerwca 2010

Złoczyńca

Ktoś kiedyś napisał, że nie to, jaki jest świat, jest tym, co mistyczne, lecz to, że jest. Cóż, to była jedna z tych nocy, kiedy zadziwienie istnieniem czegokolwiek, łącznie z szeroko rozrzuconymi nogami mej partnerki, ogarnęło mnie znienacka, na tyle jednak powściągliwie, że zatrzymało się na granicy językowej artykulacji, przypominając mi, że o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć. Noc była bezchmurna, księżyc w pełni, morze czarne, a my nadzy, skąpani w piasku, spleceni miłośnie. Denver wargi miała nabrzmiałe, wściekle różowe, długie. Wodziłem wzdłuż nich językiem, muskając czubkiem stwardniałą łechtaczkę. Lizałem, ssałem i przygryzałem. Moje trzy ulubione czynności, nie licząc czytania, prowadzenia samochodu i zadawania pytań.

Tej nocy – ostatniej przed całkowitym i ostatecznym końcem nadchodzenia Przedwiecznych – kochaliśmy się pod gwiazdami ustawionymi w złowieszczo znaczącym porządku, na plaży będącej moją własnością, nieopodal mojego piętrowego domu, o którym przed rokiem w magazynie poświęconym budownictwu napisano, że sprawia wrażenie zbudowanego ze stali, chromu i szkła zlepionych czernią. Doprowadziłem ją do orgazmu językiem i dwoma palcami, tak jak lubiła, a potem, gdy już ochłonęła, wzięła do ust mojego kutasa, sprawiła, że stał się duży i twardy, i poprowadziła go w głąb swojej pupy ciasną dziurką, nasuwającą mi skojarzenia z wejściem do króliczej jamy, w którą wpadała mała Alicja, ilekroć jakiś człowiek czytał powieść Dodgsona.

Doszedłem po kwadransie. Poczęstowała mnie damskim papierosem. Wydmuchiwaliśmy dym w niebo, leżąc pod kocem.

– Masz to? – zapytała, opierając się na lewym łokciu. Papierosa trzymała w prawej dłoni, a popiół strzepywała za siebie.

Sięgnąłem po plecak.

– Jest tutaj – odpowiedziałem. – A gdzie zapłata?

Z rzuconych na piasek spodni wyjęła grubą kopertę. Przeliczyłem. Zgadzało się. Tak naprawdę tym razem nie chodziło o pieniądze, ale konwencja zobowiązywała.

– Niesamowite… – wyszeptała.

Usiadła w kucki, nieco zgarbiona. Przed sobą położyła posążek. Tkwiący w nim kamień promieniował zielonym blaskiem, oświetlając upiornie jej skupione oblicze i duże, jędrne piersi o małych brodawkach.

Była kobietą, która nie chciała się poddać. Więc przyszła do mojego biura w poniedziałek, dokładnie siedem dni temu, a w środę już się kochaliśmy, oralnie i analnie, tak jak lubiła. Ktoś zabił moich rodziców, powiedziała podczas naszego pierwszego spotkania, a ja jej uwierzyłem, bo w tej krótkiej kwestii wypadła bardziej przekonująco niż moja żona, kiedy oznajmiła mi, że zaraz zemdleje, a potem, faktycznie, zemdlała i już się nie ocknęła, lecz trafiła do szpitala z wylewem. Miałem znaleźć mordercę. Był nim prawdopodobnie ten sam człowiek, który chciał wejść w posiadanie posążka. Pan X. Bogaty i niebezpieczny sukinsyn. To on prowadził obrzęd. Wierzył, tak jak moja klientka, w jakieś mambo-dżambo związane z posążkiem, jego pochodzeniem, naturą, a nade wszystko z tkwiącym w nim kamieniem.

We wtorek, czwartek i piątek trochę dla niej powęszyłem, dwóm typkom spod implodującej gwiazdy dałem po mordzie, trzeciemu, który był z tamtymi i do ostatniej chwili czaił się w zaułku, chcąc zajść mnie od tyłu, zmiażdżyłem jądra. Wył z bólu wijąc się jak pijawka rzucona na rozgrzaną patelnię. Zanim zemdlał, wycharczał nazwisko, którego smród doprowadził mnie w sobotę do zaniedbanego domu na przedmieściach tak zapomnianych przez świat, że dostrzegalnych rzekomo jedynie kątem oka, punkt dwunasta, z pędzącego sześćdziesiąt sześć mil czarnego Cadillaca, rocznik 1965. Tak przynajmniej wynikało z siódmego rozdziału grimuaru, oprawionego w ludzką skórę porośniętą kocią sierścią, którego zabrałem facetowi ze zmiażdżonymi jądrami.

Trafiłem na miejsce bez problemu. Dom choć zaniedbany nie był opuszczony. Na podjeździe stały dwie czarne furgonetki. Na parterze zastałem parę młodych ludzi w czarnych szatach ze szpiczastymi kapturami. Byli bardzo mili, on i ona, mimo że wyglądali dość podejrzanie, zwłaszcza, że pod szykownymi ciuchami, nadającymi się w sam raz na czarną mszę, nosili grube wełniane swetry i wytarte obcisłe dżinsy z dzwonami. Fryzury też mieli w ten deseń, żywcem przeniesione z lat siedemdziesiątych. Zaprowadzili mnie do piwnicy po tym, jak chłopakowi wytrąciłem z ręki rzeźnicki nóż (dlaczego to zawsze musi być rzeźnicki nóż?) i złamałem rękę, a dziewczynie, uzbrojonej dla odmiany w kij do golfa, przestawiłem szczękę. Cholerni studenci. Pozostali kultyści wznosili modły do posążka, który od trzech pokoleń był własnością rodziny mojej klientki.

Strzeliłem dwa razy w sufit, tynk posypał się na kultystów, którzy, widząc, że nie żartuję i jestem w stanie kogoś zabić, uciekli na górę. Został tylko jeden. Główny podejrzany. Próbował walczyć, ale strzał w nogę ostudził jego zapał. Zawlokłem go do salonu. Z zadowoleniem stwierdziłem, że furgonetki odjechały, więc przyjąłem, iż kultyści się wynieśli. Związałem drania i zacząłem wypytywać. Po co ta zabawa w kultystów? W odpowiedzi usłyszałem, że tylko on, wykorzystując odpowiednio posążek i kamień, może powstrzymać gwiazdy przed ustawieniem się w porządku, a tym samym uratować nasz świat, a ja jestem głupcem, skoro mu w tym przeszkodziłem, choćby i nieświadomie. Zapytany o śmierć rodziców mojej klientki odparł, że też byli głupcami, gdyż nie wiedzieli, czym jest posążek ani co się da z jego pomocą uczynić, jaką władzę można dzięki niemu uzyskać, a na dodatek nie chcieli go z jakiegoś powodu sprzedać.

– Więc zaaranżował wypadek samochodowy, w którym zginęli – wyjaśniłem potem Denver. – Miał nadzieję, że dasz się namówić na sprzedaż posążka. Odmówiłaś, wyjaśniając, że to cenna pamiątka po rodzicach. Dlatego wynajął złodziei. Fachowców wybrał pechowo. Jeden z nich okazał się gadatliwy. W kilku spelunach pochwalił się ostatnią robotą.

– A kultyści? – zapytała, ściągając bluzkę. Ja wtedy rozkładałem koc.

– Żądne wrażeń dzieciaki. Znalazł ich dzięki portalowi grupującemu miłośników satanistycznych horrorów. Ponoć chodziło o orgietkę uwieńczoną ofiarą z krwi. Pewnie dziewicy. Po co? W celu przebudzenia mocy posążka.

Denver pokiwała głową, tak jakby chciała powiedzieć, że to by się zgadzało, a potem, gdy już jej powiedziałem, co zrobiłem z panem X, zaczęliśmy się kochać. Wbrew naturze i etyce, pomimo rychłej apokalipsy. Była kobietą, która nie chciała się poddać, a ja byłem facetem, który chciał zachować fason do samego końca. Nawet jeśli ten koniec miał nadejść za tydzień. Dlatego przyjąłem jej zlecenie. Pozostać w roli, trzymać się jej, zanurkować we własną tożsamość. Ot, jedyna forma oporu, buntu, w sytuacji, gdy wszelki opór wydaje się daremny.

Plażą nadchodził tłum ludzi. Widmowych. Rozpadających się. Ciemnoskórych. Niektórych pozbawiono głów. Innych rąk. Niektórzy nieśli maczety. Wszyscy mieli na sobie łachmany. Powłóczyli nogami i śpiewali jakąś pieśń. Najwyraźniej żałobną.

– Otaczają nas zmarli – powiedziała Denver, unosząc w górę posążek.

I wariaci, dodałem w duchu, tacy jak ja, nadal podejrzliwie traktujący mambo-dżambo: posążki, grimuary i rytualne ofiary. Wtedy ją zobaczyłem. Nie szła z umarłymi. Zatrzymała się w połowie schodów prowadzących na plażę. Ubrana w szpitalną koszulę.

– Przykro mi – Denver stanęła za mną, kładąc dłoń na ramieniu. – Już ją dopadło.

Kobieta w szpitalnej koszuli otworzyła usta. Powiedziała…

*

…to samo, co trzy miesiące temu, w poniedziałkowy poranek powiedziało na całym świecie, ograniczającym się do jednej planety, kilkadziesiąt tysięcy osób, mężczyzn, kobiet, dzieci, z każdego miejsca społecznej hierarchii. Oczy tych nieszczęśników zrobiły się mętne, następnie szare, i to całkowicie, z ich krtani wydobył się jęk, po którym popłynął komunikat, wypowiadany pełnym bagiennego bulgotu głosem, o tym, że Przedwieczni, których nadejście zapowiadano w bluźnierczych księgach od wielu wieków, w końcu, ostatecznie, zaczęli nadchodzić. Oczywiście, niewielu w to uwierzyło. Wśród tych, którzy uwierzyli, przeważali liczebnie miłośnicy prozy samotnika z Providence. Nikt więc nie traktował ich poważnie. W mediach trąbiono o masowej hipnozie, zbiorowej histerii, żartobliwym happeningu i takich tam eksplanansach, nikt jednak nie potrafił wyjaśnić, jak to się stało, że ludzie, którzy się nie znali, mniej więcej w tej samej chwili wypowiedzieli dokładnie te same słowa niosące tę samą treść.

We wtorek prawie dwieście tysięcy osób powtórzyło poniedziałkową wiadomość od Przedwiecznych. Ponadto na Ziemię spadły anioły. Tak to wyglądało: ogólnoplanetarne opady dwumetrowych skrzydlatych humanoidów, całkowicie bezwłosych, pozbawionych narządów płciowych, promieniujących nieziemską urodą nawet po gwałtownym kontakcie z powierzchnią naszej planety. W środę przyszła kolej na mieszkańców piekła. Natomiast w czwartek świat przeżył całodniowe opady… hurys. Blondwłosych piękności o ciałach gwiazd porno. Do końca tygodnia ulice mojego rodzinnego miasta były zasłane tysiącami zwłok istot ze wszystkich ziemskich mitologii. Cóż, w tej sytuacji liczba sceptyków zaczęła topnieć. Kolejne tygodnie przyniosły nowe znaki wieszczące powrót Przedwiecznych. Przede wszystkim sny. O raju, szczęściu i Najwyższej Istocie, powstałej ze wszystkich Przedwiecznych, będącej ucieleśnieniem, czy raczej uduchowieniem, Prawdy, Dobra, Piękna i Sprawiedliwości. To było jak spoglądanie w otchłań biorącą cię w ramiona, składającą na twoich ustach pocałunek, ogrzewającą swoimi czeluściami. Wyciskało łzy wzruszenia, napełniało radością, sprawiało, że zaczynałeś patrzeć na całe swoje dotychczasowe i aktualne życie z perspektywy wieczności, dla której najwyższym dobrem jest ona sama. Wielu uległo tym snom. Wielu się nawróciło. Po przebudzeniu ich oczy pozostały szare, a jednak jakimś cudem nie stracili wzroku. Widzieli teraz więcej, spoglądali głębiej. I głosili dobrą nowinę. W domach, w miejscach pracy, na ulicy i przyjęciach, w Internecie – na blogach i portalach społecznościowych. Nie tylko zwykli ludzie. Rządcy naszych dusz również: prezydenci, premierzy, przywódcy religijni, gwiazdy filmu i muzyki, wśród nich czarnoskóra prezydent USA, premier Rosji, po którym od dwóch dekad nie było widać upływu czasu, papież, któremu zarzucano, że nie radzi sobie z seksualnymi aferami swoich podwładnych, i wielu innych. Dalajlama zamykał pochód nawróconych celebrytów.

Kiedy przywódcy największych religii oddali pokłon Przedwiecznym, w kościołach i sektach doszło do schizm, wierni skoczyli sobie do gardeł, wszyscy w imieniu prawdziwego panteonu. Pewien amerykański kaznodzieja ogłosił podczas swojego telewizyjnego show, że oto nastały Dni Ostateczne. Później widziano go, jak przemierzał białym Cadillakiem bezdroża rodzinnego stanu w poszukiwaniu szarookich ludzi. Zabijał ich strzałem w głowę, oddawanym z rewolweru Peacemaker. W Tanzanii nawróconych potraktowano gorzej niż albinosów, na których wówczas regularnie polowano. Tubylcy wierzyli bowiem, że proszek z ciała albinosa można wykorzystać do sporządzenia eliksirów pozwalających wyleczyć każdą chorobę, a także zyskać szczęście w miłości i powodzenie w biznesie. Szarookich zabijano tam tysiącami, co było łatwe, gdyż nie stawiali oni żadnego oporu, jakby wierzyli, że doczesne cierpienie, choćby męczeńskie, jest ceną za pośmiertne szczęście w objęciach Najwyższej Istoty. Niektórzy chrześcijanie dostrzegli w tej postawie świadectwo prawdziwości objawienia Przedwiecznych, inni uznali ją za parodię męczeństwa pierwszych chrześcijan, wręcz za szyderstwo wymierzone w Boga, za które odpowiedzialny miał być Lucyfer. Kiedy spadł deszcz świętych, część wyznawców Chrystusa zinterpretowała to wydarzenie jako kolejny symbol i skutek wojny między niebem a piekłem. Ateiści dość zgodnie dopatrzyli się w nim następnego dowodu na fałszywość ziemskich religii. Ja zaś pomyślałem, że ktoś z nas kpi.

Szarookich przybywało. Głównie dzięki snom. Tam, gdzie zaczynali dominować liczebnie, gwałtownie spadała przestępczość, malała liczba zabójstw, ustawały ludobójstwa, dawni wrogowie, którym nikt rozsądny nie wróżył jakichkolwiek szans na pojednanie, padali sobie w ramiona i wyznawali przewinienia, prosząc o przebaczenie. A wszystko odbywało się dobrowolnie. Wystarczyło jedynie powiedzieć „tak” po przebudzeniu się ze snu zesłanego przez Przedwiecznych.

Potem nadeszli zmarli.

*

Pierwszego z nich spotkałem we własnym domu. Siedziałem akurat w kuchni, oglądając telewizję i jedząc sushi. Słoneczny blask rozlewał się krwistą czerwienią nad horyzontem. Miałem stąd wspaniały widok – na plażę i morze. Na symbole wolności, którymi od roku cieszyłem się w samotności, gdyż moja żona nadal przebywała w szpitalu, pogrążona w śpiączce, z której, jak przekonywali mnie kolejni lekarze, miała się raczej nie wybudzić. Tęskniłem za nią, naprawdę, chociaż większość moich dawnych znajomych uznałaby pewnie, że tylko udaję tęsknotę, aby nie wyjść z wprawy w oszukiwaniu ludzi. W jednym mieliby rację – ukryłem przed Kamilą moją przeszłość, przed jej rodziną i przyjaciółmi również. Ludzie, którzy mogliby mnie zdemaskować, już nie żyli, niektórych sam zabiłem jeszcze przed zmianą tożsamości. Kamila poznała mnie jako klepiącego biedę prywatnego detektywa, wyczulonego na ludzką krzywdę i niesprawiedliwość wyrządzaną słabym i bezbronnym przez rozmaitego sortu drani, choćby złotoustych prawników. Wczułem się w nową rolę do tego stopnia, że naprawdę w nią uwierzyłem, w moją nową tożsamość, w historyjkę, na której ją oparłem, wręcz stałem się tym, kogo sobie wymyśliłem, kiedy mój dawny świat wskutek paru głupich posunięć i pechowych okoliczności pochłonęła nicość. Kamila była bogata, ja biedny, nic więc dziwnego, że jej rodzice na początku traktowali mnie z podejrzliwością bliską wrogości. Z czasem jednak, zapewne ze względu na miłość do córki, zaczęli mnie akceptować, a nawet lubić – co prawda dopiero po tym, gdy Kamila znalazła się w śpiączce, a ja zacząłem spędzać u jej boku kilka godzin każdego dnia. Uznali, że moje uczucie było, i jest, szczere.

Cóż, naprawdę się zmieniłem, mimo że moje stare ja – złodzieja, oszusta i zabójcy – nadal gdzieś we mnie tkwiło. Było jak kostium, wciąż wygodny, pozostający w zasięgu ręki, tak na wszelki wypadek, gdyby nadarzyła się okazja. I nadarzyła się – nieco później, już po wizycie martwego niegdyś mężczyzny, kiedy moje biuro odwiedziła Denver.

Zmarły miał szeroki, płaski nos, grube, spękane usta, śmierdział czosnkiem. Brudne ciało okrywał podartą szatą, sięgającą mu do bulwiastych kolan, i dziurawym płaszczem przerzuconym niedbale przez prawe ramię. Drapał się pulchnymi paluchami po pękatym brzuszysku. I łypał – na mnie, na boki, po kuchni i salonie, hipnotycznie - wielkimi oczyma, wystającymi nienaturalnie z ciasnych oczodołów.

Wyglądał znajomo. Postawiłem przed nim talerz, na który nałożyłem cztery kawałki maki-zhushi z wędzonym łososiem, paluszkami krabowymi i awokado.

– Wyglądasz na głodnego – stwierdziłem, a on pokiwał głową, jakby zrozumiał moje słowa.

Zjadł wszystko z apetytem. I milcząco, samym spojrzeniem rybich oczu, poprosił o dokładkę. Oddałem mu swoją porcję.

Wróciliśmy, oznajmił.

Nawet nie otworzył ust.

Nie wierz im. Uciekaj, jeśli możesz. Oni kłamią, mówiąc prawdę. Okłamali mnie i moich uczniów. Są tym, za co się podają, ale to, czym są, nie jest dla nas. Nie wierz ich snom. Są prawdziwsze niż ci się zdaje. Uciekaj.

Mężczyzna otarł usta. Beknął i podrapał się za uchem.

Szukają mnie. Innych również. Spróbujemy ostrzec tylu, ilu się da. Uciekaj.

Następnie przemaszerował przez kuchnię, wyszedł na taras, a stamtąd zszedł na plażę. Nigdy więcej już go nie ujrzałem. Widywałem za to innych zmarłych. Niektórzy, jak wyłupiastooki obdartus, byli żywi - oddychali, jedli, pili, wydalali, krwawili; inni zaś pozostawali martwi, widmowi, zdeformowani chorobami, ranami – jedni i drudzy (z nielicznymi wyjątkami) krążyli po miastach, namawiając ludzi, aby powiedzieli „tak” snom Przedwiecznych.

Pasażerowie Titanica, ofiary komunistycznych i nazistowskich zbrodni, amerykańscy żołnierze, którzy zginęli w Wietnamie, ludzie pozabijani przez terrorystów, ofiary czystek etnicznych na Bałkanach, osoby pomordowane przez seryjnych zabójców, zdekapitowani wrogowie ancien regime’u, ormiańskie ofiary tureckiego ludobójstwa, ludzie pozabijani w wojnach religijnych, a także osoby, których śmierć, naturalna lub zamierzona, nie miała żadnego związku z żadnym z wymienionych ani analogicznych wydarzeń, lecz rozegrała się na marginesach i w przypisach do dziejów, w podszywających je podziemiach z sekretnymi pomieszczeniami.

Tamtej nocy, po odejściu cuchnącego czosnkiem mądrali, dopadł mnie sen zesłany przez Przedwiecznych. Spoglądanie w otchłań raju, nawiniętego spiralnie na bezcielesne cielsko Najwyższej Istoty, tego niepojmowalnego ludzkim umysłem kolektywnego bóstwa „sprzed” kosmologicznej osobliwości, jeden z nawróconych, mężczyzna poparzony okrutnie na wojnie, porównał do zanurzania twarzy w płomieniu miotacza ognia. Coś w tym było. Różnica wszakże polegała na tym, że śniący chciał więcej, jakby przeczuwał, balansując na krawędzi snu i jawy, oddzielającej go od wiekuistego szczęścia, że w wieczystym tam, które, tak naprawdę, nie było żadnym tam, nieusuwalne w naszym świecie różnice między bólem a przyjemnością, cierpieniem a szczęściem, złem i dobrem zostaną przezwyciężone, zniesione, zastąpione syntezą w „chwili”, w której człowiek zostanie zbawiony, czyli pozna, bez pośrednictwa zmysłów, jedynie samym intelektem, naturę Prawdy, Dobra, Piękna i Sprawiedliwości, których źródłem i nosicielem była Najwyższa Istota.

Pokusa, aby rzec „tak” była ogromna.

*

Powiedziała…

…a ja spuściłem głowę. Nie ze wstydu, lecz aby zebrać siły. Spojrzałem na nią hardo, bez cienia zażenowania, kpiąco wręcz. Wyglądało na to, że sfrunęła ze schodów, ale gdy się zbliżyła, dostrzegłem wystające spod szpitalnej koszuli macki – cztery, mięsiste, pokryte od spodu żółtymi wypustkami, trzymały ją w pionie, oplatając całe ciało.

-Zaraz wybije północ – szepnęła Denver.

Brzemienny postludzkim jutrem księżyc zaczynały ogarniać porodowe skurcze.

– Dlaczego? – zapytała Kamila. – Przecież mnie kochałeś.

Wzruszyłem ramionami. Kolejny krok na drodze wiodącej w stronę przeciwną do raju. Popłakała się – szarooka piękność z mackami. Macki drgnęły, zaczęła się przysuwać. Cofnąłem się za stertę moich ubrań, odpychając na bok Denver. Nadal byłem nagi, moja klientka również.

– Twoje oczy wciąż są niebieskie… - z głosu małżonki przebijało współczucie.

Wyjąłem spod koszuli rewolwer.

– Nie zbliżaj się, kochanie – rzekłem, wymierzywszy w nią broń.

– Umrzesz, wiesz o tym?

Pokręciłem głową.

– Nie zamierzam.

– Umrą wszyscy niewierni…

– Kocham cię – powiedziałem.

– Bardziej niż samego siebie? Bardziej niż Najwyższą Istotę?

Mogłem się spodziewać takiego pytania. Przecież była prawnikiem.

– Już północ – oznajmiła Denver.

Uklękła przed posążkiem, rozchyliła uda, zanurzyła między nie prawą dłoń, lewą wsunęła między pośladki. Mieszaninę swoich soków i mojej spermy naniosła na zielony kamień, który zaraz po tym zaczął świecić mocniej.

U nas przemijała północ. Gdzie indziej była to inna godzina. Tekstura rzeczywistości zafalowała, przez powstałe w niej szczeliny zaczęły wsuwać się niebieskie i przeźroczyste, jakby holograficzne, macki. Kamila zastygła w bezruchu, tak samo martwi Tutsi, dotychczas błądzący bez celu po plaży. Ciała szarookich i umarłych wygięły się w łuk, wystrzeliwując w niebiosa słupy zielonkawej energii, natychmiast wyłapywane przez macki spoza czasu i przestrzeni. Najwyższa Istota rozpoczęła żerowanie.

Poczułem się, jakbym śnił na jawie. Znów ujrzałem raj. Języki ognistej miłości objęły mą twarz. Zacząłem drżeć. Tym razem pokusa była jeszcze silniejsza. Więc aby się jej oprzeć, sięgnąłem po moje dawne ja, właściwie to już je częściowo na siebie nałożyłem, prowadząc sprawę Denver, teraz jednak wbiłem się w nie całkowicie, i wiecie co? Leżało jak ulał. Znajomy smrodek moralnej zgnilizny wypełnił me nozdrza. Dawne zbrodnie i występki dodały mi skrzydeł niczym jakiś pieprzony napój energetyczny. Splunąłem w raj, w oblicze Najwyższej Istoty. Pokazałem im środkowy palec, a Denver, dziedziczka starożytnego rodu, której antenaci w innym świecie, na innej planecie, raz już stanęli w szranki z Najwyższą Istotą, płacąc za to wysoką cenę, wzniosła posążek, recytując pradawne formuły i zawzięcie masując palcami krocze.

Uwięziona w zielonym kamieniu moc, równie przedwieczna jak Przedwieczni, a może nawet starsza, wydostała się na wolność, uderzając w rozfalowaną i spękaną teksturę rzeczywistości, przebiła się na wylot i uderzyła prosto między żółtawe ślepia Najwyższej Istoty.

Rzuciłem rewolwer na piasek, zanurzyłem dłoń w strumieniu mocy bijącym z posążka i podszedłem do żony. Zerwałem z niej szpitalną koszulę. Macki oplatały jej brzuch, piersi i szyję, wchodziły czy raczej wychodziły, trudno powiedzieć, z krocza, wijąc się wzdłuż nóg. Wracam do domu, kochanie, pomyślałem i wyrwałem z niej pierwszą mackę.

*

Czuję się świetnie, przygotowując im śniadanie. Dzisiaj podam świeże rogaliki z masełkiem, włoską szynką i żółtym serem. Do tego po plasterku pomidorka. I sok wyciśnięty z pomarańczy. Siedzą na tarasie, przy stoliku, w cieniu parasola. Jest ciepło, a niemrawy wiatr wiejący od strony miasta przynosi zapach spalonej ludzkiej skóry. Stosy płoną już trzeci dzień. Kiedy przynoszę jedzenie, dziewczyny chichocząc trzymają się za ręce. Wyglądają cudownie. Całują mnie na powitanie w policzki. Pochłaniają rogaliki i zbiegają na plażę. Idziemy popływać. Potem pojedziemy do miasta. Zabijać umarłych, ratować szarookich. Oczyszczać nasz świat. Wiemy, że moc, którą Denver uwolniła z zielonego kamienia, upomni się kiedyś o spłatę długu. Coś za coś, za wszystko trzeba płacić. Kamila jest spokojna. Nabrała przekonania, że jej nowa przyjaciółka i kochanka zdąży wymyślić jakiś fortel, dzięki któremu ponownie uratujemy nasze zepsute dusze.

Zobaczymy*.


*Opowiadanie w bardzo luuuuuźny sposób nawiązuje do Mitów Cthulhu.