środa, 20 stycznia 2010

Malocchio

Powiedziała, że znajdę go w czwartym utworze. Będzie zajęty. Snem lub przekąską. Skinąłem głową i wrzuciłem torbę z bronią na tylne siedzenie kabrioletu. Linia zmierzchu znów przesunęła się o kilka metrów, pochłaniając lewe skrzydło motelu i fragment opustoszałego parkingu. Nie zdążę, pomyślałem, wsiadając.

Życzyła mi szczęścia. Zaciskała pięści. Minę miała zaciętą. Z trudem zachowywała spokój. W sennym miasteczku, którego kontury falowały w ciemnościach za nami, zostały jej dzieci. I babcia. Albo jeszcze żyli, albo... Nie zdążę, powtórzyłem w myślach. Nie tym razem. Było mi jej żal. Ale zapłaciła. Hojnie. Więc postanowiłem spróbować.

*

Zaciskam palce na obitej skórą kierownicy. Oblizuję wargi. Wciskam pedał gazu. Z głośników płyną riffy. Sabbatowskie, tęczowe, sabbatowsko-tęczowe, tęczowo-sabbatowskie, wygrywane z wirtuozerią przez panów Nordlunda i Haglunda. Wyeksponowana linia basu. Plumkające w tle Hammondy. 'Cloudbreaker' tętni atmosferą muzyki rockowej sprzed 30 lat. Nils Patrik śpiewa wyśmienicie: jak Dio, Coverdale i Tony Martin razem wzięci. Spoglądam w boczne lusterko. Dziewczyna nadal tam stoi. Przed recepcją. Machając ręką. Przyspieszam, zapalając papierosa. Skręcam w stronę skarpy. Kiedy dojeżdżam do krawędzi, rozbrzmiewają pierwsze takty solówki, a wtedy następuje przejście. Znika ustępujący żarłocznej ciemności pustynny pejzaż. Znikają motel i stacja benzynowa muskane wątłym blaskiem słabnącego słońca. Rozpływa się widmowe miasteczko. W bocznym lusterko widzę jedynie Ojca i Syna pogrążonych w dyspucie. Znak, że zaczął się kolejny kawałek. 'Of The Son And The Father' jest zdecydowanie wolniejszy niż otwieracz, więc i ja zwalniam, wczuwając się w mocarne brzmiące riffy. Mknę krętymi ścieżkami basu, w akompaniamencie hammondowych zagrywek. Epicko skrojone chórki przetaczają się pod smolistym sklepieniem niczym burzowe chmury, ciemne niebo rozjaśniają błyskawice tańczące dookoła osób boskich wykłócających się o szczęśliwe zakończenie. Z wybornej gitarowej solówki, na którą wjechałem z poślizgiem, skręcam w stronę kolejnego utworu. Już słyszę krzyki i jęki. Głodnych i chorych. Umierających. Las ich rąk uderza o podwozie samochodu. Coś zgrzyta. Wzdrygam się i przyspieszam. Wjeżdżam w 'Hungry People'. Znam ten utwór doskonale. Dawno temu, jeszcze przed ciemnością, opisałem go w recenzji. Wiedziałem więc, przyjmując zlecenie, z czym się zmierzę. Ciemność ma skłonność do osobliwych gierek.

Robię objazd. Jeśli uderzę za wcześnie, będę bez szans. Mknę przez wydmy kojarzącego się z muzyką Iron Maiden 'Ocean Of Sand', w którym prym wiedzie gitara Nordlunda. Z piaskiem w ustach, łzawiąc obficie, przebijam się przez mury wolnego i ponurego 'In Prison Of Life', przyspieszając nieznacznie we dwóch solówkach. W 'The Trojan Horse' - niesamowicie przestrzennej piosence z kowadlimi riffami - mijam stado drewnianych mustangów wbiegające do ust bezwłosego giganta pozbawionego rysów twarzy. Stracone mile i akordy nadrabiam w rozpędzonym 'Burn Down The Wheel'. Noc jest mroźna. Księżyc wściekle blady. Wszystko zgadza się z tekstem. Na szczęście łowcy dusz zaprzestają pościgu przed granicą 'Night Of The Witch', którą tworzą płonące stosy. Wiedźmy wiją się w męczarniach, sabbatowski utwór przyspiesza w drugiej minucie, wnet eksploduje solówką, spod kół tryskają iskry i żwir, plumkanie na Hammondach podsyca ogień pod stosami, żądny ofiar tłum skanduje moje imię. Przejeżdżam przez rozgrzaną do białości noc z setką na liczniku, z nowym petem w gębie. Przede mną relaksujący 'Rainbow In Your Mind'. A po nim wyznanie wiary w postaci arcyprzebojowego 'Man On The Rock'. Składam dłoń w pięść, wysuwając jednocześnie kciuk oraz dwa palce - wskazujący i mały. Mano cornuta. Diabeł krzywi się boleśnie. Spluwa swym świetlistym uśmiechem. Nie straszne mi jego malocchio.

Zataczam koło nad wzniesieniem, z którego widać fale wzburzonego morza rozbijające się o kamienisty brzeg. Ląduję. Samochód osiada miękko na trawiastym podłożu. Gaszę silnik, ale odtwarzacz gra dalej. Dotarłem do celu. Jestem we właściwej piosence. Nucąc jej refren, wyglądam poza krawędź skarpy. Jest. Kilkaset metrów niżej. Zajęty. Snem lub przekąską. Stąd nie widzę. Wracam po torbę z bronią. Otwieram bagażnik.

-Witaj, słodziutka - mówię. Kwadrans później jesteśmy gotowi.

Od dawna marzyłem o osiodłaniu latającej foki lub zesmoczonego morsa. W innych okolicznościach przygotowałbym taką bestię do lotu, sam wskoczył w rdzewiejący na poddaszu rynsztunek, do juków wsadził dwa lub trzy bukłaki przedniego wina na rozgrzanie, i polecielibyśmy przed siebie, wysoko ponad chmurami, w głąb jakiejś mroźnej krainy, w której codzienność definiują magia, miecz i żądza przygód. Teraz jednak mam robotę do wykonania. Głaszczę łeb wierzchowca, do ucha szepczę mu komendę. Odrywamy się od ziemi. Gigantyczna foka zawisa kilkadziesiąt metrów nad wzniesieniem. Rześkie powietrze mrozi me płuca. Zanim ruszamy, przez moment rozkoszuję się widokiem bezkresnej plaży i leżącego nieruchomo czerwono-żółtego cielska. Śpi lub trawi, myślę. Sprawdzimy. Na mój rozkaz foka gwałtownie rzuca się w dół, szponiaste skrzydła kładąc wzdłuż boków.

Trzydziestometrowej długości bestia unosi łeb. Widzę go w celowniku. Karabin kołysze się na mocowaniu. Zaczynam kręcić korbą. Umieszczone w zasobniku naboje wpadają do podajnika, a siedem luf wprawionych w ruch obrotowy pluje ogniem. Pikujemy ku zagładzie. Smoka lub naszej.

Slay The Dragon
Kill The Beast

Slay The Dragon

Join The Feast!


*

Po stronie dnia z motelu ostała się jedynie budka usytuowana na skraju parkingu. Ale i jej chwile były policzone. Zatrzymałem samochód w bezpiecznej odległości i zacząłem wołać dziewczynę. Rozłożona na tylnym siedzeniu foka kręciła niespokojnie łbem. Odniosła liczne, ale niegroźne obrażenia, więc kazałem jej odpoczywać. W innej sytuacji dokonałaby rozpoznania z powietrza. Z terenów zagarniętych przez ciemność nie dochodził żaden dźwięk. Nawet kamień wrzucony w jej domenę upadał bezgłośnie.

Nie odnalazłem klientki. Ale chyba wykonałem zadanie, gdyż ciemność wypluła na jezdnię trzy ludzkie postaci z daleka wyglądające na dwójkę dzieci i staruszkę. W tej samej chwili smoczy łeb, leżący na masce, został zgarnięty przez cienistą mackę, która wystrzeliła ze ściany przeźroczystego mroku. Wygrałem. Tym razem. Ale, jak to mówią, 'Evil Is Forever'. Wróciłem do wozu i wyciągnąłem z torby shotguna. Z bronią przygotowaną do strzału ruszyłem w stronę ocalałych. Ciemności nie należy ufać.

wtorek, 19 stycznia 2010

A fistfull of power...

...metal, american power metal

This branch of power metal emerged in 1980s United States as an offshoot of
thrash metal and heavy metal. It is usually fast, heavy, and aggressive, with a distinct epic 'fighting' feel. With the focus on vocals and riffs, the music is very similar to its influences but coined the term 'power metal' and was vital in inspiring the later melodic metal movement.


W nieznane

Zaczynamy od 'This Is Power'. Utwór jest dynamiczny, chwytliwy, z riffami na przemian melodyjnymi i ostro zacinającymi. 'Runs Through Your Veins/A Surge Of Chaos/Metal Takes Control'. Metal przejmuje kontrolę. Potem jest już z górki. Szybkie tempo, wyraźnie słyszalny bas, perkusyjna kawalkada, rwące, dzikie riffy, świdrująca solówka Mike'a Benetatosa i niepowtarzalny, gardłowo-nosowy śpiew Boba Mitchela, wokalisty o głosie banshee. Znakomite rozpoczęcie płyty.

Niestety, jawna przebojowość 'This Is Power' może wprowadzić słuchacza w błąd. W porównaniu z pozostałymi siedmioma utworami otwieracz, udostępniony przez zespół na kilka miesięcy przed premierą płyty, jest niczym rozpędzony, lekki bolid przy ciut wolniej sunących, kolosalnych maszynach... - jednak różnica między nimi jest nieznaczna, gdyż na albumie dominują szybkie tempa. 'Anger Aggression' rozwiewa wszelkie wątpliwości. Riffy, riffy i jeszcze raz riffy. Pozostałe siedem utworów to monstra wypluwające z siebie dziesiątki agresywnych, ostrych riffów, o które można pokaleczyć uszy. Monstra napędzane diabelską sekcją rytmiczną z głośno chroboczącym basem a biczowane nawiedzonym śpiewem Mitchela, który w kilku miejscach, choćby w 'Blessed With The Curse' pozwala sobie na... blackmetalowy skrzek. Zespół nie zrezygnował ani z licznych zmian tempa, ani ze świdrujących, jazgotliwych solówek, choć, co dziwne, ograniczył liczbę tych ostatnich, a w trzech utworach - 'Anger Angression', tytułowym i 'Nail It Down' - nie zamieścił żadnej. Za to do wspomnianego 'Blessed With The Curse' wsadził aż cztery, wykonywane na zmianę przez Mike'a Benetatosa i Pata Marinelli'ego, wszystkie znakomite, mimo że krótkie i... oszczędne. Utwór tytułowy to nie tylko - poza 'Devil's War' - czołówka 'The Unknown', to także ścisła czołówka najlepszych utworów Attackera. Orientalizujące partie gitarowe, hipnotycznie grający bas, perkusja gmatwająca rytm i przetasowująca co chwilę tempa, wreszcie brawurowo zaśpiewany tekst. Całość zaś, łącznie z marszowym zwolnieniem na początku trzeciej minuty, jest równie monstrualna, złowroga i posępna, jak poprzednie numery. Nawet bez solówki wypada obłędnie. W 'Nail It Down' - szybkim, agresywnym i cholernie dynamicznym kawałku, z fragmentami, w których Mitchel śpiewa 'By The Throat/Nail It Down', natomiast perkusja gra rytm wybijający zęby z dziąseł oraz gwoździe wbite automatem w ścianę - też nie usłyszymy solówki. Dopiero we wściekłym 'I Am Sinn' są dwie, a każda, na szczęście, zagrana z finezją, polotem i luzem. W bliskim speedmetalowej konwencji 'Your Own World' również nie zabraknie porządnego sola, obowiązkowo prześwidrowującego uszy. Ale najlepsze dopiero przed nami. 'Devil's War' rozpoczyna się tajemniczo i melancholijnie od leniwie grających gitar i sekcji, w tle rozbrzmiewają wyciszone solówki, i tak przez dwie minuty, aż w końcu zespół przyspiesza, riffy gęstnieją, zyskują na ciężarze, wchodzi podniosły śpiew Mitchela, pierwsza zwrotka mija i Pat odgrywa krótką, ścinającą z nóg solówkę, kolejne brawurowo zaśpiewane zwrotki, refren i solo Mike'a - legion słuchaczy jest na kolanach. I tak do końca... aż do efektownego zwolnienia.

Attacker
nagrał solidny krążek, na którym poza bardzo dobrymi utworami znalazły się aż dwa znakomite. Warto wspomnieć, że za głośne, rozbujane i porywające partie basu odpowiada tym razem pierwszy basista zespołu, Lou Ciarlo, który zagrał na dwóch pierwszych albumach Amerykanów. Brzmienie instrumentów powala ciężarem i masywnością. Zarazem jest przejrzyste. Za produkcję odpowiadają członkowie Attackera, perkusista Mike Sabatini, Mike Benetados oraz producent Alan Douches, który zajął się masteringiem. Świetne utwory, miażdżące uszy brzmienie, profesjonalne, nasączone furią wykonanie. Czego więcej można chcieć od powermetalowej płyty?

Może...


...kosmitów i ich tajemnic?



Garcia i spółka przeskoczyli stylistykę obraną na albumie 'Omega Conspiracy' (1999), biorąc zdecydowany rozbrat z reanimowanym na o cztery lata późniejszym 'Order Of Illuminati' stylem, którym zdobyli sobie - wówczas z Cyrisem za mikrofonem - uznanie w latach osiemdziesiątych. Ta zmiana bardzo mi odpowiada, co nie oznacza, iż nie lubię muzyki z wcześniejszych płyt Amerykanów. Przeciwnie. Bez szemrania kupuję oba oblicza muzyki Agent Steel - to starsze, czyli bardziej powermetalowe i to nowsze, bardziej thrashowe, dominujące na albumie 'Alienigma' (2007).

Bill Metoyer wygenerował potężnie i selektywnie brzmiącą ścianę dźwięku, która osobom znającym producenckie dokonania Andy'ego Sneapa może skojarzyć się z brzmieniem dwóch ostatnich albumów Nevermore. W rezultacie otrzymaliśmy przejrzystą niczym rachunek logiczny gitarowo-perkusyjną maszynerię do kruszenia lodu, szkła, bębenków usznych, zrywania bypasów i zatrzymywania rozruszników serca. Ostre, cięte, na ogół szybkie, a niekiedy posuwiste riffy, przeplatane gęsto melodyjnymi acz dość skomplikowanymi technicznie solówkami też mogą kojarzyć się z Nevermore. Garcia i Versailles zadbali o urozmaicenie partii gitarowych, upychając w nich sporo smakowitych zagrywek, pełniących funkcję ozdobników z drugiego planu. Znakomicie słyszalne są partie basu. Słuchając pracującej w 'Wash The Planet Clean' gitary basowej, zwłaszcza jej partii sprzed solówki, można pomyśleć, że Agent Steel wypożyczył z Overkill Carlosa 'D.D.' Verni'ego. Zespół zrobił również mały wypad w stronę doom metalu. Mam na uwadze kawałek zatytułowany 'Wormfood'. Wolne tempo, nawiedzony i smutnawy śpiew Bruce'a Halla, 'zawodzące' gitary wytwarzają iście posępny i złowieszczy klimat. Słowa uznania należą się nie tylko instrumentalistom. Hall śpiewa głównie w średnim paśmie, mocnym, czysto brzmiącym głosem, od czasu do czasu pozwalając sobie na wyższe partie, blackowe skrzeczenie ('Wash The Planet Clean') i typowe dla thrashu krzykliwe skandowanie ('Lamb To The Slaughter'). Nie sili się już na śpiew w stylu Cyrisa.

Z dziesięciu utworów najlepiej, moim zdaniem, wypadają 'Fashioned From Dust', 'Wash The Planet Clean', 'Hail To The Chief', 'Hybrytized', 'Wormfood', 'Tiamat's Fall' i najcięższy oraz najbardziej agresywny w dotychczasowej historii Agent Steel - 'Lamb To The Slaughter'. Ten ostatni to thrashowe monstrum, które z innymi wokalami mogłoby się znaleźć na przykład na 'Shovel Headed Kill Machine' Exodus. Nie byłbym rozczarowany, gdyby okazało się, że 'Lamb To The Slaughter' jest zapowiedzią stylu, jaki zespół zaprezentuje na kolejnej płycie.


Wojna piłką się toczy...


Na 'Warball' (2006) Vicious Rumors w brawurowym stylu powrócił do grania power metalu, dając sobie spokój z konwencją obraną na płycie 'Something's Burning'. Thrash z domieszką groove'a pełen niżej strojonych gitar, tłustego basu i agresywnych, krzykliwych wokali poszedł w odstawkę. Zamiast lepkiej od mroku i spoconej od agresji, ciężkiej jak dźwig muzyki, otrzymaliśmy album w każdym calu klasyczny, bliski krążkom nagranym z Carlem Albertem. Spójrzmy na nowy skład: Thorpe (gitary, wokale), Starr (bas) i Howe (perkusja). Za mikrofonem James Rivera, osobnik obeznany w arkanach tułaczki z kapeli do kapeli: Helstar, Destiny's End, Seven Witches, Distant Thunder, Killing Machine, gdzieś po drodze gościnne występy w New Eden i Flotsam and Jetsam, a teraz, dość niespodziewanie, Vicious Rumors.

Mocny skład, solidni goście (Brad Gillis z Night Ranger i Thaen Rasmussen z Anvil Chorus), a płyta? Soniczny sztorm! Stuprocentowy power metal w XXI-wiecznym wydaniu, opatrzony selektywnym brzmieniem, ostrym jak kosa Ponurego Żniwiarza. W oku kręci się łezka. Dłonie drżą, uszy błogo chłoną dziesięć utworów przywołujących magię czasów, kiedy w zespole śpiewał Carl Albert. Thorpe zadbał o mrowie fachowo wyrzeźbionych riffów i legion solówek smakowitych jak piersi jakiejś diablicy, a pierwsze i drugie profesjonalnie rozmieścił w ani za prostych, ani za skomplikowanych utworach. Od otwierającego album trzyminutowego bolidu pt. 'Sonic Rebellion' do ostatniego 'Oceans Of Rage', w którym Rivera i Thorpe śpiewają na przemian (ten pierwszy w blackmetalowej manierze), obcujemy z większymi lub mniejszymi diamentami power metalu! Rivera swobodnie korzysta ze swoich wokalnych umiejętności, bez zadyszki przechodząc od średnich rejestrów do wysokich, w których klonuje udanie halfordowski wrzask. W utworze 'Crossthreaded' wokalny obowiązek spełnia Thorpe i czyni to zaskakująco dobrze! O ile o Riverze można napisać, że śpiewa jak zwykle, czyli ciut lepiej niż bardzo dobrze, w każdym razie bez niespodzianek, tak lider Vicious Rumors, choć nie ma dużej skali, radzi sobie na tyle solidnie, że chciałbym usłyszeć wszystkie utwory z albumu zaśpiewane wyłącznie przez niego! Na domiar dobrego w każdym numerze udowadnia, że jest bogiem gitary, a sekcjarze (sic!), czyli Dave Starr i Larry Howe grają z takim zaangażowaniem, jakby od nasączenia wszystkich kompozycji monstrualną dawką dynamiki zależało ich życie. Każdy utwór z tej płyty, z wyjątkiem ballady 'Windows Of Memory', to koncertowy killer - jeden nakoksowany bolid ('Sonic Rebellion'), trzy bombastyczne hymny ('Mr. Miracle', 'Dying Every Day', 'Crossthreaded'), jeden rozleniwiony pancernik (czyli numer tytułowy), kawaleria ('The Immortal', 'Wheels Of Madness', 'A Ghost Within') i jeden opętany buldożer ('Oceans Of Rage'). Fajna paczka, prawda?



wtorek, 5 stycznia 2010

Pacynki

Somewhere in Tasmania

Pewnego dnia w świecie Malebranche’a pewien młodzieniec wyruszył dziarskim krokiem do klubu usytuowanego zaledwie kilkanaście metrów od motelu, w którym zostawił kumpli z zespołu. Po drodze zaczepiła go dziewczyna. Okazało się, że zna jego imię. Porozmawiali przez chwilę, a potem ruszyli do niej. Ona o dwa-trzy kroki przed nim, on, uśmiechając się szelmowsko, ze wzrokiem utkwionym w jej rozległych pośladkach, opiętych zdecydowanie za małą, acz przez to powabnie kusą spódniczką. Młodzieniec nie należał do mężczyzn, którzy przepuściliby taką okazję. Pożądał miłości, która z miłością bliźniego – poza jednym elementem swojej nazwy – nie miała nic wspólnego.

Highway to Hell

Trzy lata później nasz love hungry man siedzi na łóżku z butelczyną whiskey, na kolanach trzyma stary notatnik i pracuje nad piosenką o tym, jak kobiety poruszają biodrami.

She's enough to start a landslide
Just a walkin' down the street

Wearing dresses so tight

And looking dynamite

Enough to blow me out
No doubt about it can't live without it


Próbuje dopisać kolejną zwrotkę, jednak zamiast jej początkowego wersu, który znalazł się w ostatecznej wersji piosenki, spod stalówki pożyczonego pióra wyłania się zdanie:

Die Welt ist alles, was der Fall ist.

Młodzieniec jest zaskoczony. Wbija zmęczony wzrok w zapisaną do połowy kartkę notatnika i zaczyna dopuszczać do siebie myśl, że być może tym razem wypił o jedną butelkę za dużo. Wzrusza ramionami i opróżnia tę, która mu została - piętnaście lat dziejów w formie bursztynowego płynu znika z chlupotem w przywykłym do tęgiego picia gardle. Chłopak ociera usta wierzchem dłoni i przystępuje do pisania. Historia się powtarza. Próbuje więc oderwać pióro od kartki, ale ono, jakby na moment obdarzone wolą i lepkimi wypustkami, nie puszcza jego palców, wykorzystując całą dłoń do napisania następujących wersów:

Was der Fall ist, die Tatsache, ist das Bestehen von Sachverhalten.
Das logische Bild der Tatsache ist der Gedanke.

Der Gedanke ist der sinnvolle Satz.

Der Satz ist eine Wahrheitsfunktion der Elementarsätze.

Die allgemeine Form der Wahrheitsfunktion ist: ([p, E, N(E]). Dies ist die allgemeine Form des Satzes.

Wovon man nicht sprechen kann, darüber muß man schweigen*.


Dopiero po postawieniu kropki po “schweigen” pióro uwalnia palce młodzieńca. Ciszę motelowego pokoju burzy chrapanie dwóch kumpli z zespołu, gitarzystów. Młodzieniec zrywa się z łóżka i wybiega do łazienki. W marnym blasku przepalającej się żarówki zimną wodą obmywa twarz. Dygocze. W tej chwili nawet upiory wyglądają lepiej niż on. Po słowach „Welt”, „alles” i „sprechen” rozpoznał język, choć nie umie się nim posługiwać. Pozostałych nie rozumie. Jak to możliwe, że napisałem tamte zdania? – pytanie kieruje do lustrzanego odbicia. Ono, rzecz jasna, milczy. Cmentarnie blade.

Następnego dnia młodzieniec budzi się na podłodze – w połowie drogi do swojego łóżka. Zmagając się z tępym bólem promieniującym z głębin pod skroniami, sięga po notatnik, aby ze zdumieniem stwierdzić, że napisane po niemiecku zdania zniknęły, a ich miejsce zajmuje ten akapit:

She's like a lethal brand
Too much for any man

She gives me first degree

She really satisfies me

Love me till I'm legless

Aching and sore

Enough to stop a freight train

Or start the Third World War

You know I'm losin' sleep

I'm in too deep

And my body needs love

No doubt about it can't live without it
**

Przez ponad minutę wodzi wzrokiem po wersach, nie mogąc sobie przypomnieć, czy to on jest ich autorem. Wreszcie, wzruszywszy ramionami, dochodzi do wniosku, że teraz musi jedynie napisać chwytliwy refren. Zabiera się do pracy, nie zdając sobie sprawy, że wczoraj padł ofiarą żartu osoby, dla której jest jedną z wielu pacynek mających złudne poczucie sprawstwa.

Gorączka sobotniej nocy

Tak to już jest w świecie Malebranche’a, który równie dobrze można nazwać światem Louisa de la Forge’a, Gerarda de Cordemoy lub Arnolda Geulincx. Spotykam się z nimi w klubie KOKO, w Londynie. Wszyscy umarli dawno temu, ale wyglądają świetnie. Noszą czarne garnitury, białe koszule i czarne, wąskie krawaty, chyba ze skóry. Z głośników lecą pierwsze takty "Like a Virgin". Stawiam im po drinku, oni rewanżują się kawą – niczego innego bowiem nie pijam.

-To nagroda – wyjaśnia Malebranche, gdy pytam ich o stroje i pobyt tutaj. – Za to, że rozgryźliśmy naturę inter- i intra-substancjalnej przyczynowości.

-A raczej jej braku – dopowiada de la Forge.

-Dlatego teraz możemy robić to, na co mamy ochotę. Bez konsekwencji. Także pośmiertnych. Wszak już nie żyjemy – Gerard de Cordemoy uśmiecha się przebiegle: jak prawnik, którym zresztą kiedyś był.

-W pewnym sensie to także kara – dopowiada Geulincx, ale nie rozwija wątku. Krzywi się boleśnie jak pozostali – najpewniej na myśl o tym, gdzie i z kim mogliby teraz być, gdyby nie bawili się w uprawianie metafizyki.

-Znasz teorię okazjonalizmu? – pyta Malebranche, najwyraźniej retorycznie, gdyż nie czekając na moją odpowiedź kontynuuje: – Substancja stworzona, ciało lub umysł, nie ma żadnych mocy sprawczych, żadnych mocy przyczynowych, nie jest więc w stanie działać, czyli wchodzić w relacje przyczynowo-skutkowe. Działanie bowiem to nic innego jak stwarzanie ex nihilo, a stwarzać ex nihilo może jedynie Bóg. Bóg podtrzymuje stworzone przez Siebie substancje w istnieniu, co polega na tym, że nieustannie stwarza je ex nihilo – zawsze kształtując ich konkretne cechy. Stwórca dba o iluzję między- i wewnątrz-substancjalnej przyczynowości, będąc nie tylko ostateczną, ale i jedyną przyczyną czegokolwiek. Można więc powiedzieć, że jesteśmy pacynkami: z racji przemian zachodzących w naszych umysłach Bóg generuje odpowiednie przemiany w naszych ciałach, i odwrotnie.

-Więc pomyliłeś się – stwierdzam po chwili zastanowienia.

-Tak – odpowiada Malebranche wzdychając – chciałem zachować ciasteczko i je zjeść. Okazjonalizm rozciąga się również na przemiany zachodzące w ludzkim umyśle.

Kiwam głową. Sięgam po kawę, oni po drinki. Pijemy, palimy, rozmawiamy. Anegdoty i plotki z okresu trzech wieków śmigają w stolikowej infosferze. Arnold Geulincx wtrąca w pewnej chwili, że przygotowują się do skoku na bank. Przewidują ofiary po stronie klientów, ochrony i policji. Ma być gorączkowo. De la Forge wyjaśnia, że pierwotnie zaplanowali napad na dzisiaj, ale przełożyli go na przyszły tydzień ze względu na wieczorny koncert Hannah Montany. Są jej fanami. Rozkładam bezradnie ręce. Cóż, myślę, bywa i tak. Życzę im szczęścia. Szczerze.

-Skąd pochodzisz? – pyta nagle Malebranche, wyraźnie chcąc zmienić temat.

-Ze świata, w którym musztardę rozsmarowujesz na praprzyczynie wszechrzeczy***.

-Cóż – Malebranche podnosi szklankę z drinkiem – panie panteisto, a może raczej panteistianinie, ciesz się chwilą, bo niebawem przyjdą po ciebie. Zdrowie gościa!

Okazjonaliści, a raczej okazjonianie, spełniają toast.

-Zawsze przychodzą – stwierdza z zaciętą miną de Cordemoy. – Nie tolerują anomalii.

Wzruszam ramionami. Znam reguły gry. Stawiam im następną kolejkę. I kolejną. Pijemy, oni drinki, ja kawę, wymieniamy się anegdotami, a sala klubu zapełnia się gośćmi. Żartuję, świntuszę, rzucam bon motami, w ten sposób radzę sobie z denerwującym wyczekiwaniem. Przychodzą po mnie wieczorem, na godzinę przed występem Hannah Montany. Suną swobodnie przez tłum, nikogo nie trącając, sami nietrącani, nikt, z wyjątkiem mnie i moich kompanów, nie zwraca na nich uwagi – ich humanoidalne ciała są białe, gładkie, bezwłose, nagie, bezpłciowe. Mają ogromne skrzydła o czarnych piórach ze złocistymi brzegami. Powierzchnia skrzydeł przypomina bezdenną toń Styksu. Czteroosobowy patrol Policji Metafizycznej. Jeden z nich każe mi wstać, co też niezwłocznie robię, uśmiechając się na do widzenia do Malebranche i jego kumpli. Otoczony funkcjonariuszami ruszam w stronę wyjścia. Myślami cofam się o trzydzieści lat. Do Tasmanii.

Wiem, że po krótkim marszu młodzieniec wylądował w pokoju dziewczyny poznanej na ulicy. Na miejscu była jej współlokatorka. Pogadali trochę we troje. Coś wypili i wypalili, a potem ważąca ponad 120 kilogramów blondynka zaciągnęła go do łóżka. Była dwa razy cięższa niż jej nowy kochanek, urodą nie grzeszyła, a jednak w tym, co nastąpiło chwilę później okazała się możliwie najdoskonalsza. Zasypiając po orgazmicznym maratonie uśmiechała się szelmowsko: właśnie zaliczyła 29 sławnego faceta w tym miesiącu! Młodzieniec docenił miłosny kunszt tłustej blondynki na tyle, że kilka tygodni później napisał o niej piosenkę, w której wymienił jej wymiary: 105-98-140****.

Czekając w zimnej celi policyjnego aresztu na deportację do mojego świata, zastanawiam się nad tym, kto i kogo – tak naprawdę – tamtej nocy pieścił, całował, ssał, pieprzył. Z kim – tak naprawdę – rozmawiałem w KOKO? Kto - w rzeczywistości - napisał "Girls Got Rythm"? Kto ukrzyżował Chrystusa?

Tutaj, w świecie Malebranche'a, gdzie nieustannie trwa balet pacynek.



* Ludwig Wittgenstein, Tractatus Logico-Philosophicus, http://www.kfs.org/~jonathan/witt/tde.html

** AC/DC, "Girls Got Rythm" z albumu "Highway to Hell" (1979)

*** Woody Allen, Czysta anarchia, tłum. W. Brydak, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008, s. 151.

**** Teraz Rock, Kolekcja 4: AC/DC po całości, s. 16-17 i 19.

Więcej o Malebranche'u:

http://plato.stanford.edu/entries/malebranche/
http://plato.stanford.edu/entries/malebranche-ideas/
http://www.iep.utm.edu/malebr-r/

Więcej o okazjonalizmie:

http://plato.stanford.edu/entries/occasionalism/
http://plato.stanford.edu/entries/cordemoy/
http://plato.stanford.edu/entries/al-ghazali/