wtorek, 19 stycznia 2010

A fistfull of power...

...metal, american power metal

This branch of power metal emerged in 1980s United States as an offshoot of
thrash metal and heavy metal. It is usually fast, heavy, and aggressive, with a distinct epic 'fighting' feel. With the focus on vocals and riffs, the music is very similar to its influences but coined the term 'power metal' and was vital in inspiring the later melodic metal movement.


W nieznane

Zaczynamy od 'This Is Power'. Utwór jest dynamiczny, chwytliwy, z riffami na przemian melodyjnymi i ostro zacinającymi. 'Runs Through Your Veins/A Surge Of Chaos/Metal Takes Control'. Metal przejmuje kontrolę. Potem jest już z górki. Szybkie tempo, wyraźnie słyszalny bas, perkusyjna kawalkada, rwące, dzikie riffy, świdrująca solówka Mike'a Benetatosa i niepowtarzalny, gardłowo-nosowy śpiew Boba Mitchela, wokalisty o głosie banshee. Znakomite rozpoczęcie płyty.

Niestety, jawna przebojowość 'This Is Power' może wprowadzić słuchacza w błąd. W porównaniu z pozostałymi siedmioma utworami otwieracz, udostępniony przez zespół na kilka miesięcy przed premierą płyty, jest niczym rozpędzony, lekki bolid przy ciut wolniej sunących, kolosalnych maszynach... - jednak różnica między nimi jest nieznaczna, gdyż na albumie dominują szybkie tempa. 'Anger Aggression' rozwiewa wszelkie wątpliwości. Riffy, riffy i jeszcze raz riffy. Pozostałe siedem utworów to monstra wypluwające z siebie dziesiątki agresywnych, ostrych riffów, o które można pokaleczyć uszy. Monstra napędzane diabelską sekcją rytmiczną z głośno chroboczącym basem a biczowane nawiedzonym śpiewem Mitchela, który w kilku miejscach, choćby w 'Blessed With The Curse' pozwala sobie na... blackmetalowy skrzek. Zespół nie zrezygnował ani z licznych zmian tempa, ani ze świdrujących, jazgotliwych solówek, choć, co dziwne, ograniczył liczbę tych ostatnich, a w trzech utworach - 'Anger Angression', tytułowym i 'Nail It Down' - nie zamieścił żadnej. Za to do wspomnianego 'Blessed With The Curse' wsadził aż cztery, wykonywane na zmianę przez Mike'a Benetatosa i Pata Marinelli'ego, wszystkie znakomite, mimo że krótkie i... oszczędne. Utwór tytułowy to nie tylko - poza 'Devil's War' - czołówka 'The Unknown', to także ścisła czołówka najlepszych utworów Attackera. Orientalizujące partie gitarowe, hipnotycznie grający bas, perkusja gmatwająca rytm i przetasowująca co chwilę tempa, wreszcie brawurowo zaśpiewany tekst. Całość zaś, łącznie z marszowym zwolnieniem na początku trzeciej minuty, jest równie monstrualna, złowroga i posępna, jak poprzednie numery. Nawet bez solówki wypada obłędnie. W 'Nail It Down' - szybkim, agresywnym i cholernie dynamicznym kawałku, z fragmentami, w których Mitchel śpiewa 'By The Throat/Nail It Down', natomiast perkusja gra rytm wybijający zęby z dziąseł oraz gwoździe wbite automatem w ścianę - też nie usłyszymy solówki. Dopiero we wściekłym 'I Am Sinn' są dwie, a każda, na szczęście, zagrana z finezją, polotem i luzem. W bliskim speedmetalowej konwencji 'Your Own World' również nie zabraknie porządnego sola, obowiązkowo prześwidrowującego uszy. Ale najlepsze dopiero przed nami. 'Devil's War' rozpoczyna się tajemniczo i melancholijnie od leniwie grających gitar i sekcji, w tle rozbrzmiewają wyciszone solówki, i tak przez dwie minuty, aż w końcu zespół przyspiesza, riffy gęstnieją, zyskują na ciężarze, wchodzi podniosły śpiew Mitchela, pierwsza zwrotka mija i Pat odgrywa krótką, ścinającą z nóg solówkę, kolejne brawurowo zaśpiewane zwrotki, refren i solo Mike'a - legion słuchaczy jest na kolanach. I tak do końca... aż do efektownego zwolnienia.

Attacker
nagrał solidny krążek, na którym poza bardzo dobrymi utworami znalazły się aż dwa znakomite. Warto wspomnieć, że za głośne, rozbujane i porywające partie basu odpowiada tym razem pierwszy basista zespołu, Lou Ciarlo, który zagrał na dwóch pierwszych albumach Amerykanów. Brzmienie instrumentów powala ciężarem i masywnością. Zarazem jest przejrzyste. Za produkcję odpowiadają członkowie Attackera, perkusista Mike Sabatini, Mike Benetados oraz producent Alan Douches, który zajął się masteringiem. Świetne utwory, miażdżące uszy brzmienie, profesjonalne, nasączone furią wykonanie. Czego więcej można chcieć od powermetalowej płyty?

Może...


...kosmitów i ich tajemnic?



Garcia i spółka przeskoczyli stylistykę obraną na albumie 'Omega Conspiracy' (1999), biorąc zdecydowany rozbrat z reanimowanym na o cztery lata późniejszym 'Order Of Illuminati' stylem, którym zdobyli sobie - wówczas z Cyrisem za mikrofonem - uznanie w latach osiemdziesiątych. Ta zmiana bardzo mi odpowiada, co nie oznacza, iż nie lubię muzyki z wcześniejszych płyt Amerykanów. Przeciwnie. Bez szemrania kupuję oba oblicza muzyki Agent Steel - to starsze, czyli bardziej powermetalowe i to nowsze, bardziej thrashowe, dominujące na albumie 'Alienigma' (2007).

Bill Metoyer wygenerował potężnie i selektywnie brzmiącą ścianę dźwięku, która osobom znającym producenckie dokonania Andy'ego Sneapa może skojarzyć się z brzmieniem dwóch ostatnich albumów Nevermore. W rezultacie otrzymaliśmy przejrzystą niczym rachunek logiczny gitarowo-perkusyjną maszynerię do kruszenia lodu, szkła, bębenków usznych, zrywania bypasów i zatrzymywania rozruszników serca. Ostre, cięte, na ogół szybkie, a niekiedy posuwiste riffy, przeplatane gęsto melodyjnymi acz dość skomplikowanymi technicznie solówkami też mogą kojarzyć się z Nevermore. Garcia i Versailles zadbali o urozmaicenie partii gitarowych, upychając w nich sporo smakowitych zagrywek, pełniących funkcję ozdobników z drugiego planu. Znakomicie słyszalne są partie basu. Słuchając pracującej w 'Wash The Planet Clean' gitary basowej, zwłaszcza jej partii sprzed solówki, można pomyśleć, że Agent Steel wypożyczył z Overkill Carlosa 'D.D.' Verni'ego. Zespół zrobił również mały wypad w stronę doom metalu. Mam na uwadze kawałek zatytułowany 'Wormfood'. Wolne tempo, nawiedzony i smutnawy śpiew Bruce'a Halla, 'zawodzące' gitary wytwarzają iście posępny i złowieszczy klimat. Słowa uznania należą się nie tylko instrumentalistom. Hall śpiewa głównie w średnim paśmie, mocnym, czysto brzmiącym głosem, od czasu do czasu pozwalając sobie na wyższe partie, blackowe skrzeczenie ('Wash The Planet Clean') i typowe dla thrashu krzykliwe skandowanie ('Lamb To The Slaughter'). Nie sili się już na śpiew w stylu Cyrisa.

Z dziesięciu utworów najlepiej, moim zdaniem, wypadają 'Fashioned From Dust', 'Wash The Planet Clean', 'Hail To The Chief', 'Hybrytized', 'Wormfood', 'Tiamat's Fall' i najcięższy oraz najbardziej agresywny w dotychczasowej historii Agent Steel - 'Lamb To The Slaughter'. Ten ostatni to thrashowe monstrum, które z innymi wokalami mogłoby się znaleźć na przykład na 'Shovel Headed Kill Machine' Exodus. Nie byłbym rozczarowany, gdyby okazało się, że 'Lamb To The Slaughter' jest zapowiedzią stylu, jaki zespół zaprezentuje na kolejnej płycie.


Wojna piłką się toczy...


Na 'Warball' (2006) Vicious Rumors w brawurowym stylu powrócił do grania power metalu, dając sobie spokój z konwencją obraną na płycie 'Something's Burning'. Thrash z domieszką groove'a pełen niżej strojonych gitar, tłustego basu i agresywnych, krzykliwych wokali poszedł w odstawkę. Zamiast lepkiej od mroku i spoconej od agresji, ciężkiej jak dźwig muzyki, otrzymaliśmy album w każdym calu klasyczny, bliski krążkom nagranym z Carlem Albertem. Spójrzmy na nowy skład: Thorpe (gitary, wokale), Starr (bas) i Howe (perkusja). Za mikrofonem James Rivera, osobnik obeznany w arkanach tułaczki z kapeli do kapeli: Helstar, Destiny's End, Seven Witches, Distant Thunder, Killing Machine, gdzieś po drodze gościnne występy w New Eden i Flotsam and Jetsam, a teraz, dość niespodziewanie, Vicious Rumors.

Mocny skład, solidni goście (Brad Gillis z Night Ranger i Thaen Rasmussen z Anvil Chorus), a płyta? Soniczny sztorm! Stuprocentowy power metal w XXI-wiecznym wydaniu, opatrzony selektywnym brzmieniem, ostrym jak kosa Ponurego Żniwiarza. W oku kręci się łezka. Dłonie drżą, uszy błogo chłoną dziesięć utworów przywołujących magię czasów, kiedy w zespole śpiewał Carl Albert. Thorpe zadbał o mrowie fachowo wyrzeźbionych riffów i legion solówek smakowitych jak piersi jakiejś diablicy, a pierwsze i drugie profesjonalnie rozmieścił w ani za prostych, ani za skomplikowanych utworach. Od otwierającego album trzyminutowego bolidu pt. 'Sonic Rebellion' do ostatniego 'Oceans Of Rage', w którym Rivera i Thorpe śpiewają na przemian (ten pierwszy w blackmetalowej manierze), obcujemy z większymi lub mniejszymi diamentami power metalu! Rivera swobodnie korzysta ze swoich wokalnych umiejętności, bez zadyszki przechodząc od średnich rejestrów do wysokich, w których klonuje udanie halfordowski wrzask. W utworze 'Crossthreaded' wokalny obowiązek spełnia Thorpe i czyni to zaskakująco dobrze! O ile o Riverze można napisać, że śpiewa jak zwykle, czyli ciut lepiej niż bardzo dobrze, w każdym razie bez niespodzianek, tak lider Vicious Rumors, choć nie ma dużej skali, radzi sobie na tyle solidnie, że chciałbym usłyszeć wszystkie utwory z albumu zaśpiewane wyłącznie przez niego! Na domiar dobrego w każdym numerze udowadnia, że jest bogiem gitary, a sekcjarze (sic!), czyli Dave Starr i Larry Howe grają z takim zaangażowaniem, jakby od nasączenia wszystkich kompozycji monstrualną dawką dynamiki zależało ich życie. Każdy utwór z tej płyty, z wyjątkiem ballady 'Windows Of Memory', to koncertowy killer - jeden nakoksowany bolid ('Sonic Rebellion'), trzy bombastyczne hymny ('Mr. Miracle', 'Dying Every Day', 'Crossthreaded'), jeden rozleniwiony pancernik (czyli numer tytułowy), kawaleria ('The Immortal', 'Wheels Of Madness', 'A Ghost Within') i jeden opętany buldożer ('Oceans Of Rage'). Fajna paczka, prawda?



Brak komentarzy: