środa, 20 stycznia 2010

Malocchio

Powiedziała, że znajdę go w czwartym utworze. Będzie zajęty. Snem lub przekąską. Skinąłem głową i wrzuciłem torbę z bronią na tylne siedzenie kabrioletu. Linia zmierzchu znów przesunęła się o kilka metrów, pochłaniając lewe skrzydło motelu i fragment opustoszałego parkingu. Nie zdążę, pomyślałem, wsiadając.

Życzyła mi szczęścia. Zaciskała pięści. Minę miała zaciętą. Z trudem zachowywała spokój. W sennym miasteczku, którego kontury falowały w ciemnościach za nami, zostały jej dzieci. I babcia. Albo jeszcze żyli, albo... Nie zdążę, powtórzyłem w myślach. Nie tym razem. Było mi jej żal. Ale zapłaciła. Hojnie. Więc postanowiłem spróbować.

*

Zaciskam palce na obitej skórą kierownicy. Oblizuję wargi. Wciskam pedał gazu. Z głośników płyną riffy. Sabbatowskie, tęczowe, sabbatowsko-tęczowe, tęczowo-sabbatowskie, wygrywane z wirtuozerią przez panów Nordlunda i Haglunda. Wyeksponowana linia basu. Plumkające w tle Hammondy. 'Cloudbreaker' tętni atmosferą muzyki rockowej sprzed 30 lat. Nils Patrik śpiewa wyśmienicie: jak Dio, Coverdale i Tony Martin razem wzięci. Spoglądam w boczne lusterko. Dziewczyna nadal tam stoi. Przed recepcją. Machając ręką. Przyspieszam, zapalając papierosa. Skręcam w stronę skarpy. Kiedy dojeżdżam do krawędzi, rozbrzmiewają pierwsze takty solówki, a wtedy następuje przejście. Znika ustępujący żarłocznej ciemności pustynny pejzaż. Znikają motel i stacja benzynowa muskane wątłym blaskiem słabnącego słońca. Rozpływa się widmowe miasteczko. W bocznym lusterko widzę jedynie Ojca i Syna pogrążonych w dyspucie. Znak, że zaczął się kolejny kawałek. 'Of The Son And The Father' jest zdecydowanie wolniejszy niż otwieracz, więc i ja zwalniam, wczuwając się w mocarne brzmiące riffy. Mknę krętymi ścieżkami basu, w akompaniamencie hammondowych zagrywek. Epicko skrojone chórki przetaczają się pod smolistym sklepieniem niczym burzowe chmury, ciemne niebo rozjaśniają błyskawice tańczące dookoła osób boskich wykłócających się o szczęśliwe zakończenie. Z wybornej gitarowej solówki, na którą wjechałem z poślizgiem, skręcam w stronę kolejnego utworu. Już słyszę krzyki i jęki. Głodnych i chorych. Umierających. Las ich rąk uderza o podwozie samochodu. Coś zgrzyta. Wzdrygam się i przyspieszam. Wjeżdżam w 'Hungry People'. Znam ten utwór doskonale. Dawno temu, jeszcze przed ciemnością, opisałem go w recenzji. Wiedziałem więc, przyjmując zlecenie, z czym się zmierzę. Ciemność ma skłonność do osobliwych gierek.

Robię objazd. Jeśli uderzę za wcześnie, będę bez szans. Mknę przez wydmy kojarzącego się z muzyką Iron Maiden 'Ocean Of Sand', w którym prym wiedzie gitara Nordlunda. Z piaskiem w ustach, łzawiąc obficie, przebijam się przez mury wolnego i ponurego 'In Prison Of Life', przyspieszając nieznacznie we dwóch solówkach. W 'The Trojan Horse' - niesamowicie przestrzennej piosence z kowadlimi riffami - mijam stado drewnianych mustangów wbiegające do ust bezwłosego giganta pozbawionego rysów twarzy. Stracone mile i akordy nadrabiam w rozpędzonym 'Burn Down The Wheel'. Noc jest mroźna. Księżyc wściekle blady. Wszystko zgadza się z tekstem. Na szczęście łowcy dusz zaprzestają pościgu przed granicą 'Night Of The Witch', którą tworzą płonące stosy. Wiedźmy wiją się w męczarniach, sabbatowski utwór przyspiesza w drugiej minucie, wnet eksploduje solówką, spod kół tryskają iskry i żwir, plumkanie na Hammondach podsyca ogień pod stosami, żądny ofiar tłum skanduje moje imię. Przejeżdżam przez rozgrzaną do białości noc z setką na liczniku, z nowym petem w gębie. Przede mną relaksujący 'Rainbow In Your Mind'. A po nim wyznanie wiary w postaci arcyprzebojowego 'Man On The Rock'. Składam dłoń w pięść, wysuwając jednocześnie kciuk oraz dwa palce - wskazujący i mały. Mano cornuta. Diabeł krzywi się boleśnie. Spluwa swym świetlistym uśmiechem. Nie straszne mi jego malocchio.

Zataczam koło nad wzniesieniem, z którego widać fale wzburzonego morza rozbijające się o kamienisty brzeg. Ląduję. Samochód osiada miękko na trawiastym podłożu. Gaszę silnik, ale odtwarzacz gra dalej. Dotarłem do celu. Jestem we właściwej piosence. Nucąc jej refren, wyglądam poza krawędź skarpy. Jest. Kilkaset metrów niżej. Zajęty. Snem lub przekąską. Stąd nie widzę. Wracam po torbę z bronią. Otwieram bagażnik.

-Witaj, słodziutka - mówię. Kwadrans później jesteśmy gotowi.

Od dawna marzyłem o osiodłaniu latającej foki lub zesmoczonego morsa. W innych okolicznościach przygotowałbym taką bestię do lotu, sam wskoczył w rdzewiejący na poddaszu rynsztunek, do juków wsadził dwa lub trzy bukłaki przedniego wina na rozgrzanie, i polecielibyśmy przed siebie, wysoko ponad chmurami, w głąb jakiejś mroźnej krainy, w której codzienność definiują magia, miecz i żądza przygód. Teraz jednak mam robotę do wykonania. Głaszczę łeb wierzchowca, do ucha szepczę mu komendę. Odrywamy się od ziemi. Gigantyczna foka zawisa kilkadziesiąt metrów nad wzniesieniem. Rześkie powietrze mrozi me płuca. Zanim ruszamy, przez moment rozkoszuję się widokiem bezkresnej plaży i leżącego nieruchomo czerwono-żółtego cielska. Śpi lub trawi, myślę. Sprawdzimy. Na mój rozkaz foka gwałtownie rzuca się w dół, szponiaste skrzydła kładąc wzdłuż boków.

Trzydziestometrowej długości bestia unosi łeb. Widzę go w celowniku. Karabin kołysze się na mocowaniu. Zaczynam kręcić korbą. Umieszczone w zasobniku naboje wpadają do podajnika, a siedem luf wprawionych w ruch obrotowy pluje ogniem. Pikujemy ku zagładzie. Smoka lub naszej.

Slay The Dragon
Kill The Beast

Slay The Dragon

Join The Feast!


*

Po stronie dnia z motelu ostała się jedynie budka usytuowana na skraju parkingu. Ale i jej chwile były policzone. Zatrzymałem samochód w bezpiecznej odległości i zacząłem wołać dziewczynę. Rozłożona na tylnym siedzeniu foka kręciła niespokojnie łbem. Odniosła liczne, ale niegroźne obrażenia, więc kazałem jej odpoczywać. W innej sytuacji dokonałaby rozpoznania z powietrza. Z terenów zagarniętych przez ciemność nie dochodził żaden dźwięk. Nawet kamień wrzucony w jej domenę upadał bezgłośnie.

Nie odnalazłem klientki. Ale chyba wykonałem zadanie, gdyż ciemność wypluła na jezdnię trzy ludzkie postaci z daleka wyglądające na dwójkę dzieci i staruszkę. W tej samej chwili smoczy łeb, leżący na masce, został zgarnięty przez cienistą mackę, która wystrzeliła ze ściany przeźroczystego mroku. Wygrałem. Tym razem. Ale, jak to mówią, 'Evil Is Forever'. Wróciłem do wozu i wyciągnąłem z torby shotguna. Z bronią przygotowaną do strzału ruszyłem w stronę ocalałych. Ciemności nie należy ufać.

Brak komentarzy: