wtorek, 5 stycznia 2010

Pacynki

Somewhere in Tasmania

Pewnego dnia w świecie Malebranche’a pewien młodzieniec wyruszył dziarskim krokiem do klubu usytuowanego zaledwie kilkanaście metrów od motelu, w którym zostawił kumpli z zespołu. Po drodze zaczepiła go dziewczyna. Okazało się, że zna jego imię. Porozmawiali przez chwilę, a potem ruszyli do niej. Ona o dwa-trzy kroki przed nim, on, uśmiechając się szelmowsko, ze wzrokiem utkwionym w jej rozległych pośladkach, opiętych zdecydowanie za małą, acz przez to powabnie kusą spódniczką. Młodzieniec nie należał do mężczyzn, którzy przepuściliby taką okazję. Pożądał miłości, która z miłością bliźniego – poza jednym elementem swojej nazwy – nie miała nic wspólnego.

Highway to Hell

Trzy lata później nasz love hungry man siedzi na łóżku z butelczyną whiskey, na kolanach trzyma stary notatnik i pracuje nad piosenką o tym, jak kobiety poruszają biodrami.

She's enough to start a landslide
Just a walkin' down the street

Wearing dresses so tight

And looking dynamite

Enough to blow me out
No doubt about it can't live without it


Próbuje dopisać kolejną zwrotkę, jednak zamiast jej początkowego wersu, który znalazł się w ostatecznej wersji piosenki, spod stalówki pożyczonego pióra wyłania się zdanie:

Die Welt ist alles, was der Fall ist.

Młodzieniec jest zaskoczony. Wbija zmęczony wzrok w zapisaną do połowy kartkę notatnika i zaczyna dopuszczać do siebie myśl, że być może tym razem wypił o jedną butelkę za dużo. Wzrusza ramionami i opróżnia tę, która mu została - piętnaście lat dziejów w formie bursztynowego płynu znika z chlupotem w przywykłym do tęgiego picia gardle. Chłopak ociera usta wierzchem dłoni i przystępuje do pisania. Historia się powtarza. Próbuje więc oderwać pióro od kartki, ale ono, jakby na moment obdarzone wolą i lepkimi wypustkami, nie puszcza jego palców, wykorzystując całą dłoń do napisania następujących wersów:

Was der Fall ist, die Tatsache, ist das Bestehen von Sachverhalten.
Das logische Bild der Tatsache ist der Gedanke.

Der Gedanke ist der sinnvolle Satz.

Der Satz ist eine Wahrheitsfunktion der Elementarsätze.

Die allgemeine Form der Wahrheitsfunktion ist: ([p, E, N(E]). Dies ist die allgemeine Form des Satzes.

Wovon man nicht sprechen kann, darüber muß man schweigen*.


Dopiero po postawieniu kropki po “schweigen” pióro uwalnia palce młodzieńca. Ciszę motelowego pokoju burzy chrapanie dwóch kumpli z zespołu, gitarzystów. Młodzieniec zrywa się z łóżka i wybiega do łazienki. W marnym blasku przepalającej się żarówki zimną wodą obmywa twarz. Dygocze. W tej chwili nawet upiory wyglądają lepiej niż on. Po słowach „Welt”, „alles” i „sprechen” rozpoznał język, choć nie umie się nim posługiwać. Pozostałych nie rozumie. Jak to możliwe, że napisałem tamte zdania? – pytanie kieruje do lustrzanego odbicia. Ono, rzecz jasna, milczy. Cmentarnie blade.

Następnego dnia młodzieniec budzi się na podłodze – w połowie drogi do swojego łóżka. Zmagając się z tępym bólem promieniującym z głębin pod skroniami, sięga po notatnik, aby ze zdumieniem stwierdzić, że napisane po niemiecku zdania zniknęły, a ich miejsce zajmuje ten akapit:

She's like a lethal brand
Too much for any man

She gives me first degree

She really satisfies me

Love me till I'm legless

Aching and sore

Enough to stop a freight train

Or start the Third World War

You know I'm losin' sleep

I'm in too deep

And my body needs love

No doubt about it can't live without it
**

Przez ponad minutę wodzi wzrokiem po wersach, nie mogąc sobie przypomnieć, czy to on jest ich autorem. Wreszcie, wzruszywszy ramionami, dochodzi do wniosku, że teraz musi jedynie napisać chwytliwy refren. Zabiera się do pracy, nie zdając sobie sprawy, że wczoraj padł ofiarą żartu osoby, dla której jest jedną z wielu pacynek mających złudne poczucie sprawstwa.

Gorączka sobotniej nocy

Tak to już jest w świecie Malebranche’a, który równie dobrze można nazwać światem Louisa de la Forge’a, Gerarda de Cordemoy lub Arnolda Geulincx. Spotykam się z nimi w klubie KOKO, w Londynie. Wszyscy umarli dawno temu, ale wyglądają świetnie. Noszą czarne garnitury, białe koszule i czarne, wąskie krawaty, chyba ze skóry. Z głośników lecą pierwsze takty "Like a Virgin". Stawiam im po drinku, oni rewanżują się kawą – niczego innego bowiem nie pijam.

-To nagroda – wyjaśnia Malebranche, gdy pytam ich o stroje i pobyt tutaj. – Za to, że rozgryźliśmy naturę inter- i intra-substancjalnej przyczynowości.

-A raczej jej braku – dopowiada de la Forge.

-Dlatego teraz możemy robić to, na co mamy ochotę. Bez konsekwencji. Także pośmiertnych. Wszak już nie żyjemy – Gerard de Cordemoy uśmiecha się przebiegle: jak prawnik, którym zresztą kiedyś był.

-W pewnym sensie to także kara – dopowiada Geulincx, ale nie rozwija wątku. Krzywi się boleśnie jak pozostali – najpewniej na myśl o tym, gdzie i z kim mogliby teraz być, gdyby nie bawili się w uprawianie metafizyki.

-Znasz teorię okazjonalizmu? – pyta Malebranche, najwyraźniej retorycznie, gdyż nie czekając na moją odpowiedź kontynuuje: – Substancja stworzona, ciało lub umysł, nie ma żadnych mocy sprawczych, żadnych mocy przyczynowych, nie jest więc w stanie działać, czyli wchodzić w relacje przyczynowo-skutkowe. Działanie bowiem to nic innego jak stwarzanie ex nihilo, a stwarzać ex nihilo może jedynie Bóg. Bóg podtrzymuje stworzone przez Siebie substancje w istnieniu, co polega na tym, że nieustannie stwarza je ex nihilo – zawsze kształtując ich konkretne cechy. Stwórca dba o iluzję między- i wewnątrz-substancjalnej przyczynowości, będąc nie tylko ostateczną, ale i jedyną przyczyną czegokolwiek. Można więc powiedzieć, że jesteśmy pacynkami: z racji przemian zachodzących w naszych umysłach Bóg generuje odpowiednie przemiany w naszych ciałach, i odwrotnie.

-Więc pomyliłeś się – stwierdzam po chwili zastanowienia.

-Tak – odpowiada Malebranche wzdychając – chciałem zachować ciasteczko i je zjeść. Okazjonalizm rozciąga się również na przemiany zachodzące w ludzkim umyśle.

Kiwam głową. Sięgam po kawę, oni po drinki. Pijemy, palimy, rozmawiamy. Anegdoty i plotki z okresu trzech wieków śmigają w stolikowej infosferze. Arnold Geulincx wtrąca w pewnej chwili, że przygotowują się do skoku na bank. Przewidują ofiary po stronie klientów, ochrony i policji. Ma być gorączkowo. De la Forge wyjaśnia, że pierwotnie zaplanowali napad na dzisiaj, ale przełożyli go na przyszły tydzień ze względu na wieczorny koncert Hannah Montany. Są jej fanami. Rozkładam bezradnie ręce. Cóż, myślę, bywa i tak. Życzę im szczęścia. Szczerze.

-Skąd pochodzisz? – pyta nagle Malebranche, wyraźnie chcąc zmienić temat.

-Ze świata, w którym musztardę rozsmarowujesz na praprzyczynie wszechrzeczy***.

-Cóż – Malebranche podnosi szklankę z drinkiem – panie panteisto, a może raczej panteistianinie, ciesz się chwilą, bo niebawem przyjdą po ciebie. Zdrowie gościa!

Okazjonaliści, a raczej okazjonianie, spełniają toast.

-Zawsze przychodzą – stwierdza z zaciętą miną de Cordemoy. – Nie tolerują anomalii.

Wzruszam ramionami. Znam reguły gry. Stawiam im następną kolejkę. I kolejną. Pijemy, oni drinki, ja kawę, wymieniamy się anegdotami, a sala klubu zapełnia się gośćmi. Żartuję, świntuszę, rzucam bon motami, w ten sposób radzę sobie z denerwującym wyczekiwaniem. Przychodzą po mnie wieczorem, na godzinę przed występem Hannah Montany. Suną swobodnie przez tłum, nikogo nie trącając, sami nietrącani, nikt, z wyjątkiem mnie i moich kompanów, nie zwraca na nich uwagi – ich humanoidalne ciała są białe, gładkie, bezwłose, nagie, bezpłciowe. Mają ogromne skrzydła o czarnych piórach ze złocistymi brzegami. Powierzchnia skrzydeł przypomina bezdenną toń Styksu. Czteroosobowy patrol Policji Metafizycznej. Jeden z nich każe mi wstać, co też niezwłocznie robię, uśmiechając się na do widzenia do Malebranche i jego kumpli. Otoczony funkcjonariuszami ruszam w stronę wyjścia. Myślami cofam się o trzydzieści lat. Do Tasmanii.

Wiem, że po krótkim marszu młodzieniec wylądował w pokoju dziewczyny poznanej na ulicy. Na miejscu była jej współlokatorka. Pogadali trochę we troje. Coś wypili i wypalili, a potem ważąca ponad 120 kilogramów blondynka zaciągnęła go do łóżka. Była dwa razy cięższa niż jej nowy kochanek, urodą nie grzeszyła, a jednak w tym, co nastąpiło chwilę później okazała się możliwie najdoskonalsza. Zasypiając po orgazmicznym maratonie uśmiechała się szelmowsko: właśnie zaliczyła 29 sławnego faceta w tym miesiącu! Młodzieniec docenił miłosny kunszt tłustej blondynki na tyle, że kilka tygodni później napisał o niej piosenkę, w której wymienił jej wymiary: 105-98-140****.

Czekając w zimnej celi policyjnego aresztu na deportację do mojego świata, zastanawiam się nad tym, kto i kogo – tak naprawdę – tamtej nocy pieścił, całował, ssał, pieprzył. Z kim – tak naprawdę – rozmawiałem w KOKO? Kto - w rzeczywistości - napisał "Girls Got Rythm"? Kto ukrzyżował Chrystusa?

Tutaj, w świecie Malebranche'a, gdzie nieustannie trwa balet pacynek.



* Ludwig Wittgenstein, Tractatus Logico-Philosophicus, http://www.kfs.org/~jonathan/witt/tde.html

** AC/DC, "Girls Got Rythm" z albumu "Highway to Hell" (1979)

*** Woody Allen, Czysta anarchia, tłum. W. Brydak, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008, s. 151.

**** Teraz Rock, Kolekcja 4: AC/DC po całości, s. 16-17 i 19.

Więcej o Malebranche'u:

http://plato.stanford.edu/entries/malebranche/
http://plato.stanford.edu/entries/malebranche-ideas/
http://www.iep.utm.edu/malebr-r/

Więcej o okazjonalizmie:

http://plato.stanford.edu/entries/occasionalism/
http://plato.stanford.edu/entries/cordemoy/
http://plato.stanford.edu/entries/al-ghazali/


Brak komentarzy: