niedziela, 28 lutego 2010

Ro(c)k Szafranu

Kiedyś - w zamierzchłych latach osiemdziesiątych - wyglądali tak: kowbojki, obcisłe dżinsy, ewentualnie ultrarozciągliwe spodenki ze spandeksu, w sam raz do robienia szpagatu na scenie, dżinsowa bądź skórzana katanka, golusieńka lub z naszywkami i znaczkami z nazwami kapel, szaliczki, szarfy, bandanki. Groźna mina ocieniona trwałą. Włosy polakierowane. Makijaż do trwałej odpowiedni. Później przedobrzyli. Z makijażem, trwałą i tapirowaniem. Przekiczyli kicz. Z heavy metalu, przez okres AC/DC wannabe, stoczyli się w miękkie i słodko pachnące odmęty hair rocka. Ogółem sprzedali 13 milionów egzemplarzy swoich płyt. Jedna z nich dorobiła się w USA statusu platynowej, inna złotej. W rodzinnych stronach wszystkie pokryły się platyną. Czas biegł, niekiedy truchtał, zespół pruł jego nurt, zachowując swą tożsamość, chociaż jedynym stałym elementem ruchliwego składu pozostawał wokalista.

W 2008 roku szafranowa kapela powróciła w składzie odpowiedzialnym za płytę 'One Vice At A Time' (1982), wydając dwa lata później album 'Hoodoo'. Egzemplarze nowego dzieła czwórki Szwajcarów trafiły do muzycznych sklepów 26 lutego. Kiedyś ich teledyski wyglądały tak: Mad Max style. Teraz wyglądają tak: loa riders. Lepiej też brzmią. Nadal sporo w tym starego AC/DC, z Bonem Scottem za mikrofonem. Nie mam im tego za złe. Pod względem stylistycznym tkwią w urokliwie kiczowatych latach osiemdziesiątych, ale hardrockową konwencję sprzed trzydziestu lat serwują profesjonalnie, z ogromnym doświadczeniem i energią, której mogą im pozazdrościć nawet dwukrotnie młodsi konkurenci (chociażby chłopaki z australijskiego Airbourne).

Nowy album uzależnia. Bez ostrzeżenia, już za pierwszym razem. Zagnieżdża się w porach. Duszy/umyśle/mózgu (do wyboru). Brawurowo wykonanym coverem 'Born To Be Wild' zaszczepia wizję, o której opowiada niniejsza zwrotka: Get yer motor runnin'/Head out on the highway/Lookin' for adventure/And whatever comes our way. Nic więc dziwnego, że po jeździe bez trzymanki w 'Drive It In' i iście diabelskim bujaniu do bluesowo opowiedzianej historii o tym, jak może skończyć osoba, której rodzice parają się nowoorleańskim czarnoksięstwem, jednym łapczywym haustem opróżniłem jedenastoutworowy koktajl o nazwie 'Hoodoo'. Od tamtej przepysznej chwili wciąż jestem pijany. Muzyką, rzecz jasna. Nawet mój pies zapamiętał refreny 'Hoodoo Woman', 'Ride Into The Sun', 'In My Blood' i 'Keep Me Rolling'. Na spacerze, nie bacząc na spojrzenia innych zwierząt, śpiewamy pod nosem (mój jest suchy, jej mokry): Mama was a hoodoo woman/Papa was a hoodoo man...

czwartek, 11 lutego 2010

Niezłomni

30 lat na scenie. 15 albumów. Parę zmian składu. Z tego, który nagrywał debiutanckie demo, przetrwali jedynie Bobby Ellsworth i D.D Verni. Lepsze lub gorsze czasy. Wiadomo. Speedowo, thrashowo, groove'o. Z płyty na płytę w nieco innych proporcjach. Nigdy nie należeli do Wielkiej Czwórki, choć w obranym u zarania lat osiemdziesiątych fachu byli bez wątpienia dobrzy. Solidni. Rzetelni. Spolegliwi. Pomimo wichrów, kłód i bąków losu.


Płytą nową przyćmili. Wąglika, który od lat nie nagrał nawet rzemieślniczo dobrej płyty. Metallikę znaną także osobom niepotrafiącym pomylić malocchio z mano cornuta, gdyż nie słyszały o pierwszym ani o drugim. Rzeźnika o katolicko-satanistycznym składzie, rąbiącego na dwóch ostatnich krążkach z coraz większą śmiałością na modłę oldschoolu. Rudowłosą śmierć z mega-ego od dwóch albumów zapowiadającą - nawet w tytule jednego z nich - koniec gry. Tym razem ostatecznie ostateczny. Bez powodzenia. Nową falę przyćmili. Tych gołowąsów z duszami sprofilowanymi na retro. Rąbiących na ogół fachowo, z oddaniem, ale bez inwencji.

Dziesięcioma utworami. Thrashmetalowymi monstrami. Bolidzio szybkimi lub mechowo kroczącymi. Rozwarczonymi basowymi wygibasami Verni'ego. Rozszczekanymi ujadaniem Ellswortha. Dudniącymi od uderzeń pałeczek dzierżonych przez wielorękiego Rona. Tym przyćmili. Kopalnią riffów. Plątaniną jazgotliwych solówek, prześwidrowujących głośniki/uszy. Wściekle. Niemalże punkowo. Czego kwintesencją jest fragment 'Give A Little', w którym Ellsworth 'śpiewa': "Fuck the limit, fuck the sky". Czego tam nie ma? Jest i rock n' roll. I heavy metal. Poza thrashem, oczywiście. Jest ogień ze wszystkich spluw i dział. I brzmienie przejrzystsze niż górskie powietrze. Masywne jak Atlas. Jest świetnie. Jak za czasów 'Years Of Decay' (1989) i 'Horrorscope' (1991).