czwartek, 11 lutego 2010

Niezłomni

30 lat na scenie. 15 albumów. Parę zmian składu. Z tego, który nagrywał debiutanckie demo, przetrwali jedynie Bobby Ellsworth i D.D Verni. Lepsze lub gorsze czasy. Wiadomo. Speedowo, thrashowo, groove'o. Z płyty na płytę w nieco innych proporcjach. Nigdy nie należeli do Wielkiej Czwórki, choć w obranym u zarania lat osiemdziesiątych fachu byli bez wątpienia dobrzy. Solidni. Rzetelni. Spolegliwi. Pomimo wichrów, kłód i bąków losu.


Płytą nową przyćmili. Wąglika, który od lat nie nagrał nawet rzemieślniczo dobrej płyty. Metallikę znaną także osobom niepotrafiącym pomylić malocchio z mano cornuta, gdyż nie słyszały o pierwszym ani o drugim. Rzeźnika o katolicko-satanistycznym składzie, rąbiącego na dwóch ostatnich krążkach z coraz większą śmiałością na modłę oldschoolu. Rudowłosą śmierć z mega-ego od dwóch albumów zapowiadającą - nawet w tytule jednego z nich - koniec gry. Tym razem ostatecznie ostateczny. Bez powodzenia. Nową falę przyćmili. Tych gołowąsów z duszami sprofilowanymi na retro. Rąbiących na ogół fachowo, z oddaniem, ale bez inwencji.

Dziesięcioma utworami. Thrashmetalowymi monstrami. Bolidzio szybkimi lub mechowo kroczącymi. Rozwarczonymi basowymi wygibasami Verni'ego. Rozszczekanymi ujadaniem Ellswortha. Dudniącymi od uderzeń pałeczek dzierżonych przez wielorękiego Rona. Tym przyćmili. Kopalnią riffów. Plątaniną jazgotliwych solówek, prześwidrowujących głośniki/uszy. Wściekle. Niemalże punkowo. Czego kwintesencją jest fragment 'Give A Little', w którym Ellsworth 'śpiewa': "Fuck the limit, fuck the sky". Czego tam nie ma? Jest i rock n' roll. I heavy metal. Poza thrashem, oczywiście. Jest ogień ze wszystkich spluw i dział. I brzmienie przejrzystsze niż górskie powietrze. Masywne jak Atlas. Jest świetnie. Jak za czasów 'Years Of Decay' (1989) i 'Horrorscope' (1991).


Brak komentarzy: