poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Wyszydzani

Zero


Taunted został założony w 1992 roku w San Francisco przez wokalistę Jacquesa Serano i gitarzystę Joey'a Genoni. Wcześniej, bodajże przez rok, obaj panowie udzielali się w thrashowym Annihilation pochodzącym znad thrashorodnej zatoki Bay Area, który w latach 1985-1991 dorobił się czterech demówek. Podczas 14 lat istnienia Taunted przeszedł kilka zmian składu i wydał własnym sumptem trzy dema - pierwsze w roku powstania, kolejne trzy lata później a ostatnie w 2000. Przed nagraniem i wydaniem debiutanckiego 'Zero' do zespołu dołączyli Jason Silva (bas) i Henry Moreno z Imagika (perkusja). Debiut ujrzał światło dzienne w 2006, a wraz z nim z czeluści wyobraźni Jacquesa Serano wypełzła opowieść o upiornych mieszkańcach nawiedzonego domu, panu Zero i jego bardziej niż martwej małżonce.

Nie wątpię, że wielu z was, czytelnicy, w treść i zakres nazwy 'power metal' wstawia muzykę w stylu Helloween, Gamma Ray, Hammerfall czy Sonata Arctica, niemniej ja konsekwentnie (choć nie od zawsze, rzecz jasna) posługuję się nazwą 'power metal' na oznaczenie kapel grających heavy/thrash. Generalnie muzyka Taunted oscyluje między utrashowionym heavy metalem, jak w utworach 'Later Day' czy 'Still Believe' a samym thrashem (utwory 'Ride Alone', 'Bloody Tears', 'ATG'). Heavy/thrash plus historyjka o nawiedzonym domiszczu? Kombinacja rzadko spotykana. Co więcej, jedno i drugie, czyli muzyka i opowieść, zostało zrealizowane znakomicie. 'Zero' oferuje mocną dawkę powermetalowej jazdy, utrzymanej głównie w średnich tempach, w której bryluje właściwie wszystko: cmentarnie upiorny śpiew Serano, stawiające włoski na karku rwane riffy, złowieszcze solówki, urozmaicona, często zaskakująca nagłymi zmianami tempa i przejściami gra sekcji rytmicznej oraz frapujące pomysły na krótkie, bo raptem 3-4 minutowe, kompozycje. Solówki w wykonaiu Joey'a Genoni to thrashowa poezja. Sugestywną choć klasyczną w formie i treści historię znakomicie dopełnia wypieszczone brzmienie: mocne, przestrzenne, z dobrze słyszalnym basem, a przede wszystkim koherentne. Tutaj wszystkie instrumenty współgrają ze sobą. Żaden nie walczy o pierwszeństwo. Pomimo swej klarowności brzmienie jest odpowiednio, jak przystało na album grozy (sic!), posępne, złowrogie, upiorne wręcz. Straszy atmosferą niskobudżetowego horroru, który po latach okazał się klasykiem.

Płacząc czernią

Poszli za ciosem. Szkopuł w tym, że wyprowadzali go przez cztery lata. Trochę długo, więc można było liczyć na mocne uderzenie. Liczyłem. Cios wyprowadzili w zmienionym składzie. Silvę (bas) zastąpił Pete Aguilar, a Matt Gower został drugim gitarzystą. Bolało. Przygotowali dziesięć utworów. Przygotowali rzeź. Masakrę. Na miarę power metalu, oczywiście. Musiało więc boleć. I dobrze. Bo wszystko wyszło jeszcze lepiej niż poprzednio. Więcej modelowej upiorności na jedną/666 najmniejszego riffu. To lubię. Gdy zespół płodzi monstra. Ten spłodził. Dziesięć milusich potworków, które słuchają twojego oddechu, kiedy ty chłoniesz gęstwinę ich dźwięków, nie zdając sobie sprawy, że sięga ku tobie drzemiąca w nich otchłań. Ta sama, w którą Nietzsche wpatrywał się z zawrotami głowy, a Felix Castor spluwał z uśmiechem, o którym marzy najlichszy nawet szelma. Wiadomo - gdzie otchłań, tam demony, a gdzie demony, tam cienie rzucane przez piekło. Anonimowy autor 'Listów z Hadesu' (zebranych i wydanych przez Jeffreya Thomasa) opisał iście piekielną chwilę intymności następująco: "W pokoju stało łóżko, zaledwie zwykła prycza. Chara pchnęła mnie na nie i dosiadła. Sięgnęła między nas, prowadząc mnie w siebie, po czym opadła całym ciężarem tak mocno, że krzyknąłem, bardziej z szoku niż z rozkoszy. Dosiadająca mnie diablica zaczęła unosić się i opadać na mnie, kołysząc się mocno, rytmicznie. Jej skrzydła rozpostarły się na całą szerokość, drżąc lekko z napięcia ogarniającego całe ciało. Osłaniały nas niczym namiot, jeden z gazowych promieni przenikał przez przejrzyste błony, ukazując ciemne, lekko pulsujące żyłki. (...) Jęcząc, przesuwałem dłońmi po gładkich udach, uniosłem ją, chwytając w talii, podczas gdy ona mnie ujeżdżała. A potem sięgnąłem wyżej, ściskając białe jak papier piersi o twardych, szarych sutkach"*. Powiedzmy sobie szczerze: słuchanie 'Bleeding Black' nie jest sonicznym ekwiwalentem seksu z demonicą, śmiem jednak myśleć, że potworki spłodzone przez zespół wywiązałyby się w tym kontekście bez trudu z roli ścieżki dźwiękowej.

Zobaczymy. 'One Demon At A Time'...


*Jeffrey Thomas, Listy z Hadesu. Punktown, tłum. P. Braiter, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2009, s. 117.