wtorek, 25 maja 2010

Sześć stóp pod ziemią

(Uwaga! Pozwoliłem sobie na pewną modyfikację zakończenia niniejszego tekstu. Przypis trzeci wyjaśnia dlaczego.)

Bogowie umierają, o ile są ludźmi. Dio umarł w niedzielę nad ranem. Chorował na raka żołądka. Nie jestem osobą, która mogłaby się pochwalić wysoką empatią. Wręcz przeciwnie – mógłbym z powodzeniem brać udział w konkursach na bycie draniem zimniejszym niż najchłodniejsza przekąska na zimno. Wiadomość o śmierci Dio sprawiła jednak, że oddałem się odkładanej od poniedziałku refleksji. Nie nad życiem, jego ewentualnym sensem lub brakiem takiego, nie nad moją przyszłością ani nawet chwilą obecną, która ma to do siebie, że zawsze jest chwilą minioną. Pomyślałem, zapewne niestosownie, o pewnym zakątku przestrzeni logicznej, czy też pojęciowej, w którym umościły się koncepcje i teorie traktujące o naturze osoby.

W zeszły poniedziałek zastrzeliłem człowieka. W ramach służbowych obowiązków. Zgodnie z prawem. Nie, nie wpakowałem w niego ani jednej kulki. Niemalże cała zawartość magazynku mojego Desert Eagle’a spoczęła w międzywymiarowych czeluściach skrzata, którego pacynką – przyznaję, nieszczęsną – był zabity przeze mnie człowiek. Niestety, tak to już jest, że jeśli zabijesz skrzata animującego jakieś zwierzę, choćby ludzkie zwierzę, to ostatnie również umrze, chyba, że wcześniej uda ci się przeciąć łączącą ich mackę, i to zanim zakończy ona proces opanowywania układu nerwowego ofiary. Tym razem przybyłem na miejsce wylęgu za późno.

Poniedziałkowy poranek był słoneczny. Trzypiętrowa kamienica z czerwonej cegły wyglądała zwyczajnie dla zwyczajnych ludzi. Ja jednak byłem osobą z odznaką symbolizującą zawód, którego przedstawiciele byli znienawidzeni przez wszystkie skrzaty. I jak każdy przedstawiciel rzeczonego zawodu, polegającego, z grubsza, na szeryfowaniu na granicy dwóch światów, naszego i skrzaciego, posiadałem umiejętności umożliwiające mi wykrywanie samych skrzatów, bez względu na formę, jaką przybrały, oraz ich kryjówek, które urządzały na ogół w niebudzących podejrzeń budynkach, często w dzielnicach, nad którymi ciążyła opinia, że zamieszkują je głównie porządni ludzie.

W kamienicy, do której zmierzałem, zgodnie z tym, co powiedział mi jej administrator i właściciel w jednej osobie, znajdowało się dziewięć mieszkań, po trzy na każdym piętrze, z czego tylko cztery były zamieszkane – wszystkie przez studentów z pobliskiego uniwersytetu. Oczywiście, nie zdradziłem facetowi mojej prawdziwej tożsamości, przedstawiłem mu się jako policjant, którym zresztą kiedyś byłem, szukający, co już zmyśliłem, dziewczyny, która, według rodziców, w tajemniczy sposób zniknęła z domu. Powiedziałem mu, że otrzymaliśmy informację, iż podobną do niej osobę widziano w jednym z mieszkań w jego kamienicy. Uwierzył. Jestem wszak sympatycznym gościem o charyzmatycznej posturze krótkopyskiego niedźwiedzia.

Zaparkowałem trzy przecznice dalej na płatnym i strzeżonym parkingu. Przez kilkadziesiąt sekund siedziałem w bezruchu, słuchając końcówki ‘Holy Diver’, zaśpiewanego genialnie przez wielkiego-małego człowieka, który wtedy jeszcze żył, choć, jak się później dowiedziałem z internetowych newsów, nie był już w najlepszym stanie. Jasne, o tym, że Dio chorował na raka, wiedziałem od trzech miesięcy, miałem jednak nadzieję, iż wydobrzeje on na tyle, że z Iommim, Butlerem i Appicem ruszy w przerwaną z powodu choroby trasę koncertową, dzięki czemu będę miał okazję zobaczyć na żywo występ Black Sabbath reaktywowanego pod nazwą 'Heaven and Hell'. Ponadto liczyłem, iż doczekam się przynajmniej jeszcze jednego solowego albumu Dio, najlepiej kontynuującego opowieść z płyty ‘Magica’. W niedzielę rzeczywistość uczyniła moje oczekiwania bezprzedmiotowymi.

Wybrzmiały ostatnie dźwięki piosnki o nurku ze świętością będącym za pan brat, odtwarzacz wybrał losowo inny utwór – trafiło na ‘Bible Black’ z ‘Devil You Know’, której to płycie, odpowiadając na prośbę przyjaciela zajmującego się hobbistycznie muzycznym dziennikarstwem, poświęciłem w zeszłym roku recenzję. Po wstępie zagranym na akustycznych gitarach, którym towarzyszył śpiew wówczas sześćdziesięciosześcioletniego Dio, Iommi zaczął riffować tak, jakby, cytuję samego siebie, „świat miał się skończyć lada dzień (…) jakby od jego monstrualnej riffiady zależał los rzeczywistości. Jakby każdy zagrany przezeń mamuci riff był jednym z filarów podtrzymujących przegrywający z entropią świat”.

Zanim zacząłem argumen-sorytować, przestawiłem moją percepcję na zupełnie nie-Nietzscheański tryb ‘Spoglądam w otchłań, szczerząc bezczelnie zęby”, aby upewnić się, że w pobliżu nie ma żadnych skrzatów ani ich pacynek. Czas na wyliczankę, uznałem i wyszeptałem: Jeśli jestem niepercypowalny dla jednego skrzata, to jestem niepercypowalny dla dwóch skrzatów. Jestem niepercypowalny dla jednego skrzata. Zatem jestem niepercypowalny dla dwóch skrzatów… I tak dalej: cierpliwie wypełniając odpowiednią treścią schemat Modus Ponendo Ponens, dojechałem do stu skrzatów. Analogiczną wyliczankę wykonałem dla pacynek.

Cóż, argumen-sorytowanie ma wiele zastosowań pożytecznych dla osób wykonujących mój zawód. Poszerzanie zasięgu własnej niepercypowalności jest jednym z nich. Za pomocą argumen-sorytów możemy też zabijać. Nie tylko istoty, które podają się za odwiecznych wrogów podwójnie sapiensiej ludzkości. Tak to już jest w naszym świecie. Zastaliśmy w nim takie a nie inne reguły i korzystamy z nich, w ściśle unormowany sposób, aby przetrwać. Wbrew pozytywistycznym ideom naszych dziewiętnastowiecznych poprzedników nie robimy tego dla ludzkości, robimy to przede wszystkim dla starannie zdefiniowanych „nas”, dla reszty zasadniczo przy okazji albo tylko wtedy, gdy organy decyzyjne starannie zdefiniowanego „my” stwierdzą, iż mamy w tym znaczący interes. No, ale o tych faktach wiedzą tylko tacy jak ja oraz osoby, które stoją za takimi typami jak ja, jak również osoby stojące za osobami stojącymi za… sami dokończcie.

Zapłaciłem parkingowemu za postój i wmieszałem się w tłum. Po dziesięciu minutach spacerku, ujrzałem kamienicę z czerwonej cegły w całej jej skrzaciej prawdzie. Nie zawiódł mnie instynkt. Oplatające budynek czerwono-fioletowe macki z białymi wypustkami, z których tryskały szare opary, świadczyły z pewnością o jednym – w kamienicy doszło do wylęgu skrzatana. Wezwałem posiłki i wszedłem do środka, nie wiedząc, że mniej więcej za kwadrans zastrzelę człowieka, i że to wydarzenie przygotuje w mojej psychice grunt pod przekierowanie mych norzastych na ogół myśli ku dziedzinie zagadnień egzystencjalnych.

Wszystko odbyło się regulaminowo. Zginęło wtedy więcej osób. Uratowaliśmy jedynie trzy. Niezły wynik, zważywszy na liczbę skrzatów, które opanowały kamienicę. W mediach podano, że przyczyną śmierci dziesięciu studentów był wybuch gazu. Właściciel budynku został zatrzymany przez policję w charakterze podejrzanego. W niedzielę dopadła mnie wieść o śmierci Dio, a moje myśli zatrzasnęły się w szturmowanym przez egzystencjalistyczne pytania zakątku przestrzeni logicznej i pozostały tam do wtorku. Zadałem sobie to samo pytanie, na które w wieku XVII człek rzadko kiedy rozstający się ze szpadą udzielił odpowiedzi o takiej treści, że niezadługo potem jego nie mniej sławny rodak uznał, że między nami a naszymi ciałami nie zachodzą, bo nie mogą zachodzić, żadne związki przyczynowo-skutkowe.

W poniedziałek chowano ofiary rzekomej eksplozji. Wybrałem się na jeden z pogrzebów. Trzymałem się z tyłu, za tłumem żałobników, z dala od tonących we łzach rodziców i siostry zastrzelonego przeze mnie chłopaka. Myślałem o doznanym wczoraj olśnieniu, z którego skutkami musiałem sobie jakoś poradzić, aby wrócić do normalnego życia eksterminatora skrzatów. Sądziłem, że wiem, kogo wczoraj zastrzeliłem. Człowieka, owszem. Ale nie tylko. Wierzyłem, że wiem, iż zastrzeliłem osobę ludzką.

Przecież to takie oczywiste, prawda? Czym a raczej kim jestem esencjalnie? Osobą! Jeśli jestem esencjalnie osobą, to nie mogę przestać nią być, nie przestając zarazem istnieć. Ot, sedno minimalnego esencjalizmu. Ok. Więc jestem osobą. Czyli, tak naprawdę, czym? Na ostatnie pytanie można odpowiedź tak: Rzeczą myślącą; ale co to jest? Jest to rzecz, która wątpi, pojmuje, twierdzi, przeczy, chce, nie chce, a także wyobraża sobie i czuje*. Ok. Osoba jest rzeczą myślącą, ale czym jest owa rzecz?

I tutaj zaczynają się komplikacje. Jedno z dwojga trzeba bowiem wybrać. Tertium non datur. Albo osoba jest identyczna ze swoim ciałem, albo między osobą a jej ciałem zachodzi relacja innego sortu.

Platonik uznałby osobę za identyczną z duszą, która z racji swej niematerialności nie jest identyczna z ciałem, w którym została ucieleśniona. Kartezjanista to samo orzekłby o umyśle. Obaj zgodziliby się, że istnieją substancje materialne i niematerialne, i że osoba należy do tych drugich. Natomiast konstytucjonalista – czyli zwolennik ontologii konstytucji – stwierdziłby, że osoba jest mającym perspektywę pierwszo-osobową indywiduum ukonstytuowanym przez jakieś ciało – w przypadku osoby ludzkiej przez żywe zwierzę z gatunku homo sapiens sapiens. Platonik i kartezjanista orzekliby, że nie jest konieczne, aby dusza i umysł były ucieleśnione. Konstytucjonalista stwierdziłby, że osoba jest z konieczności konstytuowana przez jakieś ciało, aczkolwiek fakt, że w danym czasie daną osobę konstytuuje konkretne ciało jest przygodny. Natomiast na pytanie swoich cechowych kolegów, czy relacja konstytucji zachodzi między materialnym ciałem a immaterialną osobą odrzekłby, że dla każdego x i dla każdego y, jeśli x konstytuuje y i x jest materialne, to y, którego konstytuuje x, też jest materialny. Klaryfikując tę materialistyczną tezę, stwierdziłby, że nie wynika z niej negacja tezy teizmu.

Tak czy inaczej, według platonika, kartezjanisty i konstytucjonalisty z takich czy innych względów osoba byłaby numerycznie różna od swojego ciała, którym w przypadku osoby ludzkiej byłby jakiś podwójny sapiens.

Animalista nie zgodziłby się ze swoimi cechowymi kolegami. Po pierwsze, rzekłby, esencjalnie to ja jestem człowiekiem, i to człowiekiem z gatunku homo sapiens sapiens, a nie osobą. Po drugie, zakresem nazwy „osoba” jest tylko pewien podzbiór zbioru podwójnych sapiensów, mianowicie ten, do którego należą wyłącznie podwójne sapiensy mające perspektywę pierwszo-osobową, czyli zdolne do myślenia o samych sobie jako podmiotach swoich własnych myśli i działań. Wynika stąd, że mogę przestać być osobą, a mimo to nadal istnieć. Po trzecie, człowiek to zwierzę, istota w całości biologiczna. Po czwarte, jestem identyczny z konkretnym człowiekiem, ergo z konkretnym zwierzęciem, które jest pewnego typu organizmem biologicznym. Po piąte, człowiek jako zwierzęcy organizm biologiczny jest rozumiany w kategoriach współczesnej (a nie, dajmy na to, arystotelesowskiej) biologii (ewolucyjnej). Powyższe tezy, dodałby animalista, nie zakładają, wbrew platonikowi i kartezjaniście, immaterialistycznej ontologii, ale też jej nie wykluczają (chociaż z pewnością wykluczają immaterializm osoby).

Tertium non datur. Albo identyczność, albo relacja innego sortu. Mniejsza o szczegóły wymienionych i przemilczanych ontologii**. Coś wybrać trzeba. Sęk w tym, że ja nie wybrałem.

Nie wszedłem do kamienicy, w której przebywał skrzatan, zastanawiając się nad tym, czy natknę się na osoby numerycznie różne od swoich ciał, ale z nimi koekstensywne, czy też będę zmuszony przemykać między indywiduami będącymi esencjalnie zwierzętami z gatunku homo sapiens sapiens. Nie poświęciłem wtedy tej kwestii najmniejszej nawet myśli. Po prostu szedłem od mieszkania do mieszkania, niepercypowalny dla skrzatów i ich pacynek, bezgłośnie informując zbliżające się posiłki o rozmieszczeniu wrogich istot.

Skrzatana odnalazłem na czwartym piętrze. W mieszkaniu numer 8. W kuchni jakaś dziewczyna ubrana jedynie w krótkie spodenki zmywała naczynia. Na jej lewym ramieniu siedział skrzat i szeptał do ucha skrzacie obietnice. Miał zielony kubraczek, zielone spodnie i jeszcze zieleńszą czapeczkę. Wyglądał jak miniaturka Angusa Younga. Zauważyłem, że warkocz skrzata znika w drobnym nacięciu na szyi dziewczyny. Oznaczało to, że mały drań rozpoczął wylęg. Ominąłem zainfekowaną i wszedłem do salonu. Skrzatan siedział przed sześćdziesięciocalowym ekranem plazmowym, zwrócony do mnie plecami. Grał w jakąś konsolową grę. Od tyłu przypominał gruszkowatą kupę błota, szeroką u podstawy na pięć-sześć metrów, wysoką na ponad dwa. Rozlewał się po podłodze, meblach i ścianach. I bulgotał. Z lewego boku stwora wychodziła gruba macka znikająca po dziesięciu metrach w szyi blondyna o pozbawionych wyrazu oczach.

Cholerne skrzaty, pomyślałem przygotowując broń do strzału, małe popieprzone potworki przypominające międzywymiarowe góry lodowe – wystają ze swojego piekła raptem czubkiem w postaci miniaturowego człowieczka w szkolnym stroju. Mniej więcej od 1981 roku większość z nich z kompletnie nieznanego nam powodu miała twarz gitarzysty AC/DC, ale zabijałem już skrzacich Hetfieldów, Jaggerów, Fordów, Willisów, Bushów, Zapaterów a nawet skrzacie Madonny. Najwyraźniej małpowanie ludzi sprawiało im przyjemność.

Skrzatan rozprysł się po całym pokoju, próbując uciec przed śmiercionośną zawartością siedmiu pocisków, które, wniknąwszy w jego błotniste cielsko, odnalazły drogę do wymiarów, w których bytowała reszta monstrum. Siedem nanoskopowych quasi-czarnych dziur wessało stwora. Jego pacynka zaległa bez ruchu na podłodze. Wróciłem do kuchni. Dziewczyna w krótkich spodenkach trzymała w prawej dłoni rzeźnicki nóż. Nie widziała mnie. Skrzat na jej ramieniu również. Spokojnie wymierzyłem i pociągnąłem za spust. Pocisk rozerwał skrzata i ogłuszył pacynkę. Kolejne strzały rozległy się piętro niżej. Przysłane przez agencję posiłki zaprowadzały porządek. Resztę już znacie.

Gdyby ktoś zapytał mnie wtedy, kogo zabiłem, odparłbym bez wahania, że osobę ludzką. Jednakże dzisiaj, w dniu pogrzebu, obserwując łkających członków rodziny zmarłego, wiedziałem, że gdyby w tej chwili ktoś zadał mi pytanie, kto lub co znajduje się w trumnie opuszczanej do głębokiego na sześć stóp grobu, to odparłbym, że nie wiem. Byłem sceptykiem, specyficznego, co prawda, sortu, bo ograniczającym swój sceptycyzm wyłącznie do twierdzeń filozoficznych. Wierzyłem, zupełnie jak niektórzy dziewiętnastowieczni i późniejsi pozytywiści, że wiedza filozoficzna nie jest możliwa, że, mówiąc inaczej, żadne filozoficzne twierdzenie, nawet prawdziwe, nie może uzyskać statusu wiedzy, czyli prawdziwego i uzasadnionego przekonania. I właśnie w niedzielę, dowiedziawszy się o śmierci Dio i podumawszy przez chwilę o ludzkiej egzystencji, zorientowałem się, że wierzę, a raczej powinienem wierzyć też w to, że twierdzenia filozoficzne o osobie, jej naturze i relacji do ciała nie są w stanie uzyskać statusu wiedzy. Owszem, niektóre z nich są prawdziwe, zaś każde mogłoby być czyimś przekonaniem, jednakże żadne, ale to żadne nie może uzyskać statusu uzasadnionego. Taki wniosek, gwoli zachowania spójności przekonań, powinienem wyprowadzić z mojego sceptycyzmu ograniczonego do filozofii. I taki w tym celu wyprowadziłem. Następnie, rozumując dalej, uznałem, że jeśli nie mogę wiedzieć, co to jest osoba, to nie mogę wiedzieć, czy ktoś, jakieś indywiduum, jest osobą, czy osoba ma ciało, a jeśli je ma, to w jakiej relacji pozostaje ze swoim ciałem. Ba! Uświadomiłem też sobie, że nawet jeśli zastrzelony przeze mnie chłopak z racji bycia esencjalnie osobą nie był identyczny ze swoim ciałem, lecz ja nie mogę wiedzieć, że osoba nie jest identyczna ze swoim ciałem, to nie jest możliwe, abym wiedział, na przykład, że jutro rodzice zastrzelonego przeze mnie chłopaka złożą do grobu martwy zwierzęcy organizm, który niegdyś był ciałem ich syna. Teraz, przyglądając się żałobnikom opuszczającym cmentarz, pomyślałem, że nawet jeśli będąca moją ofiarą osoba była, i jest, identyczna ze swoim ciałem, a nie jest możliwe, abym wiedział, że osoba jest identyczna ze swoim ciałem, to nie jest możliwe, abym wiedział, że w tej trumnie spoczywa coś więcej niż bez-osobowy martwy zwierzęcy organizm – mianowicie, zabita przeze mnie osoba. Co więcej, uświadomiłem sobie fakt, że jeśli nie mogę wiedzieć, jaka relacja zachodzi między osobą a jej ciałem, gdyż nie mogę wiedzieć, czy osoba ma ciało, a tego z kolei nie mogę wiedzieć, bo nie mogę wiedzieć, co to jest osoba, to bez względu na to, czym, tak naprawdę, jest osoba, czy ma ona ciało, a jeśli tak, to jaka relacja zachodzi między nimi, ja i tak nie mogę wiedzieć, co spoczywa w tej trumnie - resztki ludzkiego organizmu, bez-osobowy martwy ludzki organizm czy mimo wszystko martwa osoba (sic!!!). Byłem konsekwentnym draniem, więc posiłkując się dodatkowymi przesłankami doszedłem do wniosku, że skoro nie wierzę, że możliwa jest wiedza o osobie, jej naturze i relacji do ciała, to bez względu na moje przekonania w tej dziedzinie żadne z nich nie ma statusu uzasadnionego***.

Można powiedzieć, że się epistemicznie rozbroiłem. Ostateczny wniosek, jaki wyciągnąłem z całej tej przygody, był następujący: nie oddawaj się refleksji, zwłaszcza egzystencjalnej, znajdź refleksję, która odda się tobie.



* R. Descartes, Medytacje o pierwszej filozofii. Zarzuty uczonych mężów i odpowiedzi autora, PWN, Warszawa 1958

** Narrator pominął np. stanowisko arystotelika, według którego człowiek jest substancją hylomorficzną, czyli złożeniem racjonalnej duszy (formy) i ciała (materii). Według arystotelika człowiek nie jest duszą, lecz ciałem, którego rozwojem kieruje zegzemplifikowana w nim racjonalna dusza. Można więc powiedzieć, że człowiek jest uformowanym przez duszę zwierzęcym organizmem. Jest to pewna wersja animalizmu.

Przegląd teorii osoby zawiera monografia Filozofia osobowości. Od antycznej idei duszy do współczesnej teorii osoby autorstwa Tadeusza Kobierzyckiego (Enteia, Warszawa 2001) oraz monografia Osoba - fikcja czy rzeczywistość? Tożsamość i jedność ja w świetle badań neurologicznych autorstwa Józefa Bremera. Można też sięgnąć po książkę Lynn Rudder Baker pt. Persons and Bodies (Cambridge University Press, 2000) zawierającą wykład i obronę teorii osoby sformułowanej w oparciu o założenia ontologii konstytucji, a także po książkę Erica Olsona What Are We? A Study in Personal Ontology (Oxford University Press, 2007). W tej ostatniej czytelnik znajdzie m. in. omówienie słabych i mocnych stron pewnej wersji animalizmu. Omówienie starożytnych i współczesnych teorii osoby (w tym teorii ucieleśnionego umysłu) zawiera pierwszy rozdział książki Ethics of Killing: Problems at the Margins of Life (Oxford University Press 2002), napisanej przez Jeffa MacMahana.

***Rozumowania narratora, te z ostatniego akapitu tekstu, są bez wątpienia entymematyczne. Załóżmy, że ciało zastrzelonego chłopaka to nic innego jak zwierzę z gatunku homo sapiens sapiens, a więc pewnego typu organizm biologiczny. Oba rozumowania narratora zakładają, że organizm biologiczny, z którym osoba nie jest identyczna, a który jest jej ciałem, może istnieć po swojej śmierci jako martwy. Cóż, niektórzy specjaliści od teorii osoby przyjmują, że tak właśnie jest. Jeśli dodatkowo utrzymują, że jesteśmy identyczni z konkretnymi zwierzętami z gatunku homo sapiens sapiens, które to zwierzęta, co oczywiste, są pewnego typu organizmami biologicznymi, to nic dziwnego, że twierdzą zarazem, iż możemy istnieć po naszej śmierci - właśnie jako martwe organizmy. Osobiście uważam twierdzenie o możliwości istnienia organizmu biologicznego po jego śmierci za wysoce wątpliwe. Rzecz jednak w tym, że bez tego założenia rozumowanie narratora nie jest poprawne - przynajmniej logicznie. Z drugiej jednak strony, wniosek, że nie jest możliwa wiedza o tym, że w trumnie spoczywają jedynie resztki jakiegoś zwierzęcego organizmu, dałoby się poprawnie uzyskać przy założeniu sceptycyzmu w zakresie wiedzy filozoficznej, o ile przyjęłoby się ponadto, że twierdzeniem filozoficznym jest również twierdzenie o tym, że organizm biologiczny przestaje istnieć wraz ze swoją śmiercią.

Pierwsze z rozumowań narratora, przyjąwszy, że zastrzelony chłopak miał na imię Johny, można zrekonstruować następująco:

(I) Johny jest (esencjalnie) osobą.
(II) Osoba nie jest identyczna ze swoim ciałem.
(III) Johny nie jest identyczny ze swoim ciałem.


1' Jeśli Johny jest (esencjalnie) osobą a osoba nie jest identyczna ze swoim ciałem, to o tym, że nie jest on identyczny ze swoim ciałem mogę wiedzieć jedynie wtedy, gdy wiem, że osoba nie jest identyczna ze swoim ciałem.
2' Johny jest (esencjalnie) osobą a osoba nie jest identyczna ze swoim ciałem.
3' Zatem o tym, że nie jest on identyczny ze swoim ciałem mogę wiedzieć jedynie wtedy, gdy wiem, że osoba nie jest identyczna ze swoim ciałem
4' Twierdzenie (A) "Osoba nie jest identyczna ze swoim ciałem" jest twierdzeniem filozoficznym.
5' Nie jest możliwe, aby jakieś twierdzenie filozoficzne miało status uzasadnionego.
6' Zatem nie jest możliwe, aby twierdzenie (A) "Osoba nie jest identyczna ze swoim ciałem" miało status uzasadnionego.
7' (X) Jest możliwe, że wiem, iż (A) wtedy i tylko wtedy, gdy (Y) jest możliwe, że twierdzenie (A) jest prawdą, jest możliwe, że (A) jest moim przekonaniem, jest możliwe, że (A) jest uzasadnione.
8' Jeśli (6') I (7'), to nieprawda, że (Y).
9' Zatem nieprawda, że (Y)
10' Jeśli nieprawda, że (Y) to nieprawda, że (X)
11' Zatem nieprawda, że (X)
12' Jeśli nieprawda, że (X) oraz zachodzi (3'), to nie mogę wiedzieć, że Johny nie był identyczny ze swoim ciałem.
13' Zachodzi (3)
14' Zatem nie mogę wiedzieć, że Johny nie był identyczny ze swoim ciałem.
15' Jeśli mogę wiedzieć, że w trumnie znajduje się martwy zwierzęcy organizm, który był niegdyś ciałem Johny'ego, to mogę wiedzieć, że Johny nie był identyczny ze swoim ciałem.
16’ Zatem nie mogę wiedzieć, że w trumnie znajduje się martwy zwierzęcy organizm, który był niegdyś ciałem Johny'ego.
17. Zatem jeśli nieprawda, że (X) oraz zachodzi (3'), to nie mogę wiedzieć, że w trumnie znajduje się martwy zwierzęcy organizm, który był niegdyś ciałem Johny'ego.



Brak komentarzy: