wtorek, 29 czerwca 2010

Chwalmy Pana \m/

'Święte Piekło' (2005) ma trzech głównych bohaterów: producenta i gitarzystę Roya Z., perkusistę Bobby’ego Jarzombka i wokalistę Rob Rocka. Rob Rock jest oczywiście najważniejszą postacią na 'Holy Hell' – bez niego nie byłoby tej płyty. Ani dwóch jej znakomitych poprzedniczek: 'Rage Of Creation' (2000) i 'Eyes of Eternity' (2003). Roy Z. – producent m. in. takich płyt jak 'Accidenth Of Birth' (1997), 'Chemical Wedding' (1998), 'Angel Of Retribution' (2005) i 'Tyranny Of Souls' (2005) – zagwarantował 'Holy Hell' poza profesjonalną produkcją, która zaowocowała selektywnym i mięsistym brzmieniem, świetne gitarowe partie, nagrywając część riffów i solówek. Bobby Jarzombek – znany m. in. z dwóch solowych płyt Halforda oraz gry w Painmuseum, zespole Mike’a Chlasciaka – zagrał fantastycznie na perkusji, obdarowując każdy utwór (z wyjątkiem dwóch słabych ballad) olbrzymią dawką gęstych i dynamicznych partii perkusyjnych. Natomiast Rob Rock, uważany przez niektórych za jedno z lepszych gardeł w heavy metalu, zaśpiewał z pasją, werwą i charyzmą, bez problemu poruszając się z niższych rejestrów w wyższe, i vice versa, oraz łącząc udanie heavymetalową stylistykę wokalną z jej hardrockowym bratem.

'Holy Hell' posiada jednak dwa istotne mankamenty - mianowicie, ballady: poświęconą zmarłemu ojcu Roba 'I Will Be Waiting For You' oraz 'Move On', cover Abby, zaśpiewany z Tobiasem Sammetem, wokalistą Edguy. Obie są słodziutkie, mdłe i nie chwytają – jak przystało na porządne ballady – za serce. Przynajmniej za moje. Może dlatego, że go nie mam. Na szczęście, pozostałe osiem utworów to bardzo dobre heavymetalowe granie ze wspaniałymi melodiami okraszonymi nawałnicami riffów. To lubię. To kocham. Dzięki fantastycznej grze Bobby’ego otwierający płytę 'Slayer Of Souls', apokaliptyczny 'First Winds Of The End Of Time', wyróżniający się niżej strojonymi gitarami 'Holy Hell', mroczny 'Lion Of Judah' czy hiciarski 'I’m A Warrior' i 'When Darkness Reigns' mają w sobie cholernie dużo polotu, brawury i dynamiki, którymi można by obdarować co najmniej kilka heavymetalowych albumów. Najbardziej przebojowym kawałkiem jest 'I’m A Warrior', będący nową wersją starego utworu Chrisa Impellitteri’ego pt. 'Warrior'. Dla fanów wspomnianego gitarzysty nowa wersja utworu 'Warrior' to lektura obowiązkowa.

W odróżnieniu od więtego Piekła', wydany dwa lata później 'Ogród Chaosu' (2007) ma tylko jednego bohatera - Rob Rocka. Faktem jest, że Roy Z. ma na sumieniu wyprodukowanie dwóch utworów i nagranie kilku partii gitarowych, które trafiły na album, jednak jego wkład nie jest na tyle znaczący dla ostatecznego kształtu całego materiału, abym mógł uznać go za bohatera 'Garden Of Chaos'. Natomiast Bobby Jarzombek, skądinąd jeden z moich ulubionych bębniarzy, zabębnił raptem w jednym utworze - mianowicie w kawałku pt. ''This Is The Last Time'. Szkoda, bo facet bębni na ogół znakomicie - mocno, dynamicznie i gęsto, a przy okazji z łepetyną na karku.

Wymieniony numer jest jednym z dwóch, których brzmienie w całości opracował Roy Z.. Drugim takim utworem jest napisany przez Gusa G. bonusowy 'Ride The Wind', w którym lider greckiego Firewind zagrał solówkę. Pozostałe utwory wyprodukował gitarzysta Carl Johann Grimmark, znany przede wszystkim z gry w zespole Narnia. Zresztą, nie licząc Rob Rocka, 3/4 składu jego solowego projektu to muzycy tej kapeli. Na basie gra Andreas Olsson a za zestawem perkusyjnym szaleje Andreas Johannson.

Na 'Holy Hell' osiem kawałków, nie licząc dwóch mdłych ballad, to okraszone mocarnym brzmieniem heavymetalowe granie ze wspaniałymi melodiami serwowanymi w nawałnicy riffów. Na 'Garden Of Chaos' brzmienie nie jest już mocarne acz nie można powiedzieć, by było ono kiepskie - gitary na szczęście nie cykają, raczej rozbrzmiewają soczyście, a w kilku kawałkach momentami brzmią niespodziewanie ciężko, zbliżając się do brzmienia wioseł z wcześniejszego krążka. Reszta instrumentarium jest dobrze słyszalna, nawet bas, razić może jedynie striggerowana perkusja. Same kompozycje, pomijając złagodzone choć nadal selektywne brzmienie, wyraźnie ustępują polotem, brawurą i dynamiką takim utworom z 'Holy Hell' jak 'Slayer Of Souls', 'First Winds Of The End Of Time' i 'Lion Of Judah'. Raptem o trzech piosenkach z 'Garden Of Chaos' można trafnie powiedzieć, że dorównują wyżej wymienionym - są to 'Satan's Playground', 'Only A Matter Of Time' i cholernie przebojowy 'Metal Breed'. Reszcie bliżej jest do twórczości Narnii niż do bądź co bądź swego czasu bardziej amerykańskiej niż europejskiej odmiany heavy metalu, jaką Rob Rock zaserwował swoim fanom na płytach 'Rage Of Creation' (2000) i 'Eyes Of Eternity' (2003). O balladach - 'Unconditional' i poświęconej synkowi Roba 'Ode To Alexander' - napiszę jedynie, że niestety trafiły na krążek. A szkoda, bo tak jak ich starsze siostry z 'Holy Hell' nie grzeszą one urodą. Wręcz przeciwnie. Inna sprawa, że ja zasadniczo nie przepadam za balladami.

Jeszcze krótko o przesłaniu obu albumów - jest ono na wskroś religijne, do czego nawiązałem tytułem niniejszej recenzji. Rob Rock to gorliwy chrześcijanin, deklaruje miłość do Boga, i o tej swojej miłości do jednego bóstwa w trzech osobach lubi opowiadać na swoich albumach.

wtorek, 22 czerwca 2010

Złoczyńca

Ktoś kiedyś napisał, że nie to, jaki jest świat, jest tym, co mistyczne, lecz to, że jest. Cóż, to była jedna z tych nocy, kiedy zadziwienie istnieniem czegokolwiek, łącznie z szeroko rozrzuconymi nogami mej partnerki, ogarnęło mnie znienacka, na tyle jednak powściągliwie, że zatrzymało się na granicy językowej artykulacji, przypominając mi, że o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć. Noc była bezchmurna, księżyc w pełni, morze czarne, a my nadzy, skąpani w piasku, spleceni miłośnie. Denver wargi miała nabrzmiałe, wściekle różowe, długie. Wodziłem wzdłuż nich językiem, muskając czubkiem stwardniałą łechtaczkę. Lizałem, ssałem i przygryzałem. Moje trzy ulubione czynności, nie licząc czytania, prowadzenia samochodu i zadawania pytań.

Tej nocy – ostatniej przed całkowitym i ostatecznym końcem nadchodzenia Przedwiecznych – kochaliśmy się pod gwiazdami ustawionymi w złowieszczo znaczącym porządku, na plaży będącej moją własnością, nieopodal mojego piętrowego domu, o którym przed rokiem w magazynie poświęconym budownictwu napisano, że sprawia wrażenie zbudowanego ze stali, chromu i szkła zlepionych czernią. Doprowadziłem ją do orgazmu językiem i dwoma palcami, tak jak lubiła, a potem, gdy już ochłonęła, wzięła do ust mojego kutasa, sprawiła, że stał się duży i twardy, i poprowadziła go w głąb swojej pupy ciasną dziurką, nasuwającą mi skojarzenia z wejściem do króliczej jamy, w którą wpadała mała Alicja, ilekroć jakiś człowiek czytał powieść Dodgsona.

Doszedłem po kwadransie. Poczęstowała mnie damskim papierosem. Wydmuchiwaliśmy dym w niebo, leżąc pod kocem.

– Masz to? – zapytała, opierając się na lewym łokciu. Papierosa trzymała w prawej dłoni, a popiół strzepywała za siebie.

Sięgnąłem po plecak.

– Jest tutaj – odpowiedziałem. – A gdzie zapłata?

Z rzuconych na piasek spodni wyjęła grubą kopertę. Przeliczyłem. Zgadzało się. Tak naprawdę tym razem nie chodziło o pieniądze, ale konwencja zobowiązywała.

– Niesamowite… – wyszeptała.

Usiadła w kucki, nieco zgarbiona. Przed sobą położyła posążek. Tkwiący w nim kamień promieniował zielonym blaskiem, oświetlając upiornie jej skupione oblicze i duże, jędrne piersi o małych brodawkach.

Była kobietą, która nie chciała się poddać. Więc przyszła do mojego biura w poniedziałek, dokładnie siedem dni temu, a w środę już się kochaliśmy, oralnie i analnie, tak jak lubiła. Ktoś zabił moich rodziców, powiedziała podczas naszego pierwszego spotkania, a ja jej uwierzyłem, bo w tej krótkiej kwestii wypadła bardziej przekonująco niż moja żona, kiedy oznajmiła mi, że zaraz zemdleje, a potem, faktycznie, zemdlała i już się nie ocknęła, lecz trafiła do szpitala z wylewem. Miałem znaleźć mordercę. Był nim prawdopodobnie ten sam człowiek, który chciał wejść w posiadanie posążka. Pan X. Bogaty i niebezpieczny sukinsyn. To on prowadził obrzęd. Wierzył, tak jak moja klientka, w jakieś mambo-dżambo związane z posążkiem, jego pochodzeniem, naturą, a nade wszystko z tkwiącym w nim kamieniem.

We wtorek, czwartek i piątek trochę dla niej powęszyłem, dwóm typkom spod implodującej gwiazdy dałem po mordzie, trzeciemu, który był z tamtymi i do ostatniej chwili czaił się w zaułku, chcąc zajść mnie od tyłu, zmiażdżyłem jądra. Wył z bólu wijąc się jak pijawka rzucona na rozgrzaną patelnię. Zanim zemdlał, wycharczał nazwisko, którego smród doprowadził mnie w sobotę do zaniedbanego domu na przedmieściach tak zapomnianych przez świat, że dostrzegalnych rzekomo jedynie kątem oka, punkt dwunasta, z pędzącego sześćdziesiąt sześć mil czarnego Cadillaca, rocznik 1965. Tak przynajmniej wynikało z siódmego rozdziału grimuaru, oprawionego w ludzką skórę porośniętą kocią sierścią, którego zabrałem facetowi ze zmiażdżonymi jądrami.

Trafiłem na miejsce bez problemu. Dom choć zaniedbany nie był opuszczony. Na podjeździe stały dwie czarne furgonetki. Na parterze zastałem parę młodych ludzi w czarnych szatach ze szpiczastymi kapturami. Byli bardzo mili, on i ona, mimo że wyglądali dość podejrzanie, zwłaszcza, że pod szykownymi ciuchami, nadającymi się w sam raz na czarną mszę, nosili grube wełniane swetry i wytarte obcisłe dżinsy z dzwonami. Fryzury też mieli w ten deseń, żywcem przeniesione z lat siedemdziesiątych. Zaprowadzili mnie do piwnicy po tym, jak chłopakowi wytrąciłem z ręki rzeźnicki nóż (dlaczego to zawsze musi być rzeźnicki nóż?) i złamałem rękę, a dziewczynie, uzbrojonej dla odmiany w kij do golfa, przestawiłem szczękę. Cholerni studenci. Pozostali kultyści wznosili modły do posążka, który od trzech pokoleń był własnością rodziny mojej klientki.

Strzeliłem dwa razy w sufit, tynk posypał się na kultystów, którzy, widząc, że nie żartuję i jestem w stanie kogoś zabić, uciekli na górę. Został tylko jeden. Główny podejrzany. Próbował walczyć, ale strzał w nogę ostudził jego zapał. Zawlokłem go do salonu. Z zadowoleniem stwierdziłem, że furgonetki odjechały, więc przyjąłem, iż kultyści się wynieśli. Związałem drania i zacząłem wypytywać. Po co ta zabawa w kultystów? W odpowiedzi usłyszałem, że tylko on, wykorzystując odpowiednio posążek i kamień, może powstrzymać gwiazdy przed ustawieniem się w porządku, a tym samym uratować nasz świat, a ja jestem głupcem, skoro mu w tym przeszkodziłem, choćby i nieświadomie. Zapytany o śmierć rodziców mojej klientki odparł, że też byli głupcami, gdyż nie wiedzieli, czym jest posążek ani co się da z jego pomocą uczynić, jaką władzę można dzięki niemu uzyskać, a na dodatek nie chcieli go z jakiegoś powodu sprzedać.

– Więc zaaranżował wypadek samochodowy, w którym zginęli – wyjaśniłem potem Denver. – Miał nadzieję, że dasz się namówić na sprzedaż posążka. Odmówiłaś, wyjaśniając, że to cenna pamiątka po rodzicach. Dlatego wynajął złodziei. Fachowców wybrał pechowo. Jeden z nich okazał się gadatliwy. W kilku spelunach pochwalił się ostatnią robotą.

– A kultyści? – zapytała, ściągając bluzkę. Ja wtedy rozkładałem koc.

– Żądne wrażeń dzieciaki. Znalazł ich dzięki portalowi grupującemu miłośników satanistycznych horrorów. Ponoć chodziło o orgietkę uwieńczoną ofiarą z krwi. Pewnie dziewicy. Po co? W celu przebudzenia mocy posążka.

Denver pokiwała głową, tak jakby chciała powiedzieć, że to by się zgadzało, a potem, gdy już jej powiedziałem, co zrobiłem z panem X, zaczęliśmy się kochać. Wbrew naturze i etyce, pomimo rychłej apokalipsy. Była kobietą, która nie chciała się poddać, a ja byłem facetem, który chciał zachować fason do samego końca. Nawet jeśli ten koniec miał nadejść za tydzień. Dlatego przyjąłem jej zlecenie. Pozostać w roli, trzymać się jej, zanurkować we własną tożsamość. Ot, jedyna forma oporu, buntu, w sytuacji, gdy wszelki opór wydaje się daremny.

Plażą nadchodził tłum ludzi. Widmowych. Rozpadających się. Ciemnoskórych. Niektórych pozbawiono głów. Innych rąk. Niektórzy nieśli maczety. Wszyscy mieli na sobie łachmany. Powłóczyli nogami i śpiewali jakąś pieśń. Najwyraźniej żałobną.

– Otaczają nas zmarli – powiedziała Denver, unosząc w górę posążek.

I wariaci, dodałem w duchu, tacy jak ja, nadal podejrzliwie traktujący mambo-dżambo: posążki, grimuary i rytualne ofiary. Wtedy ją zobaczyłem. Nie szła z umarłymi. Zatrzymała się w połowie schodów prowadzących na plażę. Ubrana w szpitalną koszulę.

– Przykro mi – Denver stanęła za mną, kładąc dłoń na ramieniu. – Już ją dopadło.

Kobieta w szpitalnej koszuli otworzyła usta. Powiedziała…

*

…to samo, co trzy miesiące temu, w poniedziałkowy poranek powiedziało na całym świecie, ograniczającym się do jednej planety, kilkadziesiąt tysięcy osób, mężczyzn, kobiet, dzieci, z każdego miejsca społecznej hierarchii. Oczy tych nieszczęśników zrobiły się mętne, następnie szare, i to całkowicie, z ich krtani wydobył się jęk, po którym popłynął komunikat, wypowiadany pełnym bagiennego bulgotu głosem, o tym, że Przedwieczni, których nadejście zapowiadano w bluźnierczych księgach od wielu wieków, w końcu, ostatecznie, zaczęli nadchodzić. Oczywiście, niewielu w to uwierzyło. Wśród tych, którzy uwierzyli, przeważali liczebnie miłośnicy prozy samotnika z Providence. Nikt więc nie traktował ich poważnie. W mediach trąbiono o masowej hipnozie, zbiorowej histerii, żartobliwym happeningu i takich tam eksplanansach, nikt jednak nie potrafił wyjaśnić, jak to się stało, że ludzie, którzy się nie znali, mniej więcej w tej samej chwili wypowiedzieli dokładnie te same słowa niosące tę samą treść.

We wtorek prawie dwieście tysięcy osób powtórzyło poniedziałkową wiadomość od Przedwiecznych. Ponadto na Ziemię spadły anioły. Tak to wyglądało: ogólnoplanetarne opady dwumetrowych skrzydlatych humanoidów, całkowicie bezwłosych, pozbawionych narządów płciowych, promieniujących nieziemską urodą nawet po gwałtownym kontakcie z powierzchnią naszej planety. W środę przyszła kolej na mieszkańców piekła. Natomiast w czwartek świat przeżył całodniowe opady… hurys. Blondwłosych piękności o ciałach gwiazd porno. Do końca tygodnia ulice mojego rodzinnego miasta były zasłane tysiącami zwłok istot ze wszystkich ziemskich mitologii. Cóż, w tej sytuacji liczba sceptyków zaczęła topnieć. Kolejne tygodnie przyniosły nowe znaki wieszczące powrót Przedwiecznych. Przede wszystkim sny. O raju, szczęściu i Najwyższej Istocie, powstałej ze wszystkich Przedwiecznych, będącej ucieleśnieniem, czy raczej uduchowieniem, Prawdy, Dobra, Piękna i Sprawiedliwości. To było jak spoglądanie w otchłań biorącą cię w ramiona, składającą na twoich ustach pocałunek, ogrzewającą swoimi czeluściami. Wyciskało łzy wzruszenia, napełniało radością, sprawiało, że zaczynałeś patrzeć na całe swoje dotychczasowe i aktualne życie z perspektywy wieczności, dla której najwyższym dobrem jest ona sama. Wielu uległo tym snom. Wielu się nawróciło. Po przebudzeniu ich oczy pozostały szare, a jednak jakimś cudem nie stracili wzroku. Widzieli teraz więcej, spoglądali głębiej. I głosili dobrą nowinę. W domach, w miejscach pracy, na ulicy i przyjęciach, w Internecie – na blogach i portalach społecznościowych. Nie tylko zwykli ludzie. Rządcy naszych dusz również: prezydenci, premierzy, przywódcy religijni, gwiazdy filmu i muzyki, wśród nich czarnoskóra prezydent USA, premier Rosji, po którym od dwóch dekad nie było widać upływu czasu, papież, któremu zarzucano, że nie radzi sobie z seksualnymi aferami swoich podwładnych, i wielu innych. Dalajlama zamykał pochód nawróconych celebrytów.

Kiedy przywódcy największych religii oddali pokłon Przedwiecznym, w kościołach i sektach doszło do schizm, wierni skoczyli sobie do gardeł, wszyscy w imieniu prawdziwego panteonu. Pewien amerykański kaznodzieja ogłosił podczas swojego telewizyjnego show, że oto nastały Dni Ostateczne. Później widziano go, jak przemierzał białym Cadillakiem bezdroża rodzinnego stanu w poszukiwaniu szarookich ludzi. Zabijał ich strzałem w głowę, oddawanym z rewolweru Peacemaker. W Tanzanii nawróconych potraktowano gorzej niż albinosów, na których wówczas regularnie polowano. Tubylcy wierzyli bowiem, że proszek z ciała albinosa można wykorzystać do sporządzenia eliksirów pozwalających wyleczyć każdą chorobę, a także zyskać szczęście w miłości i powodzenie w biznesie. Szarookich zabijano tam tysiącami, co było łatwe, gdyż nie stawiali oni żadnego oporu, jakby wierzyli, że doczesne cierpienie, choćby męczeńskie, jest ceną za pośmiertne szczęście w objęciach Najwyższej Istoty. Niektórzy chrześcijanie dostrzegli w tej postawie świadectwo prawdziwości objawienia Przedwiecznych, inni uznali ją za parodię męczeństwa pierwszych chrześcijan, wręcz za szyderstwo wymierzone w Boga, za które odpowiedzialny miał być Lucyfer. Kiedy spadł deszcz świętych, część wyznawców Chrystusa zinterpretowała to wydarzenie jako kolejny symbol i skutek wojny między niebem a piekłem. Ateiści dość zgodnie dopatrzyli się w nim następnego dowodu na fałszywość ziemskich religii. Ja zaś pomyślałem, że ktoś z nas kpi.

Szarookich przybywało. Głównie dzięki snom. Tam, gdzie zaczynali dominować liczebnie, gwałtownie spadała przestępczość, malała liczba zabójstw, ustawały ludobójstwa, dawni wrogowie, którym nikt rozsądny nie wróżył jakichkolwiek szans na pojednanie, padali sobie w ramiona i wyznawali przewinienia, prosząc o przebaczenie. A wszystko odbywało się dobrowolnie. Wystarczyło jedynie powiedzieć „tak” po przebudzeniu się ze snu zesłanego przez Przedwiecznych.

Potem nadeszli zmarli.

*

Pierwszego z nich spotkałem we własnym domu. Siedziałem akurat w kuchni, oglądając telewizję i jedząc sushi. Słoneczny blask rozlewał się krwistą czerwienią nad horyzontem. Miałem stąd wspaniały widok – na plażę i morze. Na symbole wolności, którymi od roku cieszyłem się w samotności, gdyż moja żona nadal przebywała w szpitalu, pogrążona w śpiączce, z której, jak przekonywali mnie kolejni lekarze, miała się raczej nie wybudzić. Tęskniłem za nią, naprawdę, chociaż większość moich dawnych znajomych uznałaby pewnie, że tylko udaję tęsknotę, aby nie wyjść z wprawy w oszukiwaniu ludzi. W jednym mieliby rację – ukryłem przed Kamilą moją przeszłość, przed jej rodziną i przyjaciółmi również. Ludzie, którzy mogliby mnie zdemaskować, już nie żyli, niektórych sam zabiłem jeszcze przed zmianą tożsamości. Kamila poznała mnie jako klepiącego biedę prywatnego detektywa, wyczulonego na ludzką krzywdę i niesprawiedliwość wyrządzaną słabym i bezbronnym przez rozmaitego sortu drani, choćby złotoustych prawników. Wczułem się w nową rolę do tego stopnia, że naprawdę w nią uwierzyłem, w moją nową tożsamość, w historyjkę, na której ją oparłem, wręcz stałem się tym, kogo sobie wymyśliłem, kiedy mój dawny świat wskutek paru głupich posunięć i pechowych okoliczności pochłonęła nicość. Kamila była bogata, ja biedny, nic więc dziwnego, że jej rodzice na początku traktowali mnie z podejrzliwością bliską wrogości. Z czasem jednak, zapewne ze względu na miłość do córki, zaczęli mnie akceptować, a nawet lubić – co prawda dopiero po tym, gdy Kamila znalazła się w śpiączce, a ja zacząłem spędzać u jej boku kilka godzin każdego dnia. Uznali, że moje uczucie było, i jest, szczere.

Cóż, naprawdę się zmieniłem, mimo że moje stare ja – złodzieja, oszusta i zabójcy – nadal gdzieś we mnie tkwiło. Było jak kostium, wciąż wygodny, pozostający w zasięgu ręki, tak na wszelki wypadek, gdyby nadarzyła się okazja. I nadarzyła się – nieco później, już po wizycie martwego niegdyś mężczyzny, kiedy moje biuro odwiedziła Denver.

Zmarły miał szeroki, płaski nos, grube, spękane usta, śmierdział czosnkiem. Brudne ciało okrywał podartą szatą, sięgającą mu do bulwiastych kolan, i dziurawym płaszczem przerzuconym niedbale przez prawe ramię. Drapał się pulchnymi paluchami po pękatym brzuszysku. I łypał – na mnie, na boki, po kuchni i salonie, hipnotycznie - wielkimi oczyma, wystającymi nienaturalnie z ciasnych oczodołów.

Wyglądał znajomo. Postawiłem przed nim talerz, na który nałożyłem cztery kawałki maki-zhushi z wędzonym łososiem, paluszkami krabowymi i awokado.

– Wyglądasz na głodnego – stwierdziłem, a on pokiwał głową, jakby zrozumiał moje słowa.

Zjadł wszystko z apetytem. I milcząco, samym spojrzeniem rybich oczu, poprosił o dokładkę. Oddałem mu swoją porcję.

Wróciliśmy, oznajmił.

Nawet nie otworzył ust.

Nie wierz im. Uciekaj, jeśli możesz. Oni kłamią, mówiąc prawdę. Okłamali mnie i moich uczniów. Są tym, za co się podają, ale to, czym są, nie jest dla nas. Nie wierz ich snom. Są prawdziwsze niż ci się zdaje. Uciekaj.

Mężczyzna otarł usta. Beknął i podrapał się za uchem.

Szukają mnie. Innych również. Spróbujemy ostrzec tylu, ilu się da. Uciekaj.

Następnie przemaszerował przez kuchnię, wyszedł na taras, a stamtąd zszedł na plażę. Nigdy więcej już go nie ujrzałem. Widywałem za to innych zmarłych. Niektórzy, jak wyłupiastooki obdartus, byli żywi - oddychali, jedli, pili, wydalali, krwawili; inni zaś pozostawali martwi, widmowi, zdeformowani chorobami, ranami – jedni i drudzy (z nielicznymi wyjątkami) krążyli po miastach, namawiając ludzi, aby powiedzieli „tak” snom Przedwiecznych.

Pasażerowie Titanica, ofiary komunistycznych i nazistowskich zbrodni, amerykańscy żołnierze, którzy zginęli w Wietnamie, ludzie pozabijani przez terrorystów, ofiary czystek etnicznych na Bałkanach, osoby pomordowane przez seryjnych zabójców, zdekapitowani wrogowie ancien regime’u, ormiańskie ofiary tureckiego ludobójstwa, ludzie pozabijani w wojnach religijnych, a także osoby, których śmierć, naturalna lub zamierzona, nie miała żadnego związku z żadnym z wymienionych ani analogicznych wydarzeń, lecz rozegrała się na marginesach i w przypisach do dziejów, w podszywających je podziemiach z sekretnymi pomieszczeniami.

Tamtej nocy, po odejściu cuchnącego czosnkiem mądrali, dopadł mnie sen zesłany przez Przedwiecznych. Spoglądanie w otchłań raju, nawiniętego spiralnie na bezcielesne cielsko Najwyższej Istoty, tego niepojmowalnego ludzkim umysłem kolektywnego bóstwa „sprzed” kosmologicznej osobliwości, jeden z nawróconych, mężczyzna poparzony okrutnie na wojnie, porównał do zanurzania twarzy w płomieniu miotacza ognia. Coś w tym było. Różnica wszakże polegała na tym, że śniący chciał więcej, jakby przeczuwał, balansując na krawędzi snu i jawy, oddzielającej go od wiekuistego szczęścia, że w wieczystym tam, które, tak naprawdę, nie było żadnym tam, nieusuwalne w naszym świecie różnice między bólem a przyjemnością, cierpieniem a szczęściem, złem i dobrem zostaną przezwyciężone, zniesione, zastąpione syntezą w „chwili”, w której człowiek zostanie zbawiony, czyli pozna, bez pośrednictwa zmysłów, jedynie samym intelektem, naturę Prawdy, Dobra, Piękna i Sprawiedliwości, których źródłem i nosicielem była Najwyższa Istota.

Pokusa, aby rzec „tak” była ogromna.

*

Powiedziała…

…a ja spuściłem głowę. Nie ze wstydu, lecz aby zebrać siły. Spojrzałem na nią hardo, bez cienia zażenowania, kpiąco wręcz. Wyglądało na to, że sfrunęła ze schodów, ale gdy się zbliżyła, dostrzegłem wystające spod szpitalnej koszuli macki – cztery, mięsiste, pokryte od spodu żółtymi wypustkami, trzymały ją w pionie, oplatając całe ciało.

-Zaraz wybije północ – szepnęła Denver.

Brzemienny postludzkim jutrem księżyc zaczynały ogarniać porodowe skurcze.

– Dlaczego? – zapytała Kamila. – Przecież mnie kochałeś.

Wzruszyłem ramionami. Kolejny krok na drodze wiodącej w stronę przeciwną do raju. Popłakała się – szarooka piękność z mackami. Macki drgnęły, zaczęła się przysuwać. Cofnąłem się za stertę moich ubrań, odpychając na bok Denver. Nadal byłem nagi, moja klientka również.

– Twoje oczy wciąż są niebieskie… - z głosu małżonki przebijało współczucie.

Wyjąłem spod koszuli rewolwer.

– Nie zbliżaj się, kochanie – rzekłem, wymierzywszy w nią broń.

– Umrzesz, wiesz o tym?

Pokręciłem głową.

– Nie zamierzam.

– Umrą wszyscy niewierni…

– Kocham cię – powiedziałem.

– Bardziej niż samego siebie? Bardziej niż Najwyższą Istotę?

Mogłem się spodziewać takiego pytania. Przecież była prawnikiem.

– Już północ – oznajmiła Denver.

Uklękła przed posążkiem, rozchyliła uda, zanurzyła między nie prawą dłoń, lewą wsunęła między pośladki. Mieszaninę swoich soków i mojej spermy naniosła na zielony kamień, który zaraz po tym zaczął świecić mocniej.

U nas przemijała północ. Gdzie indziej była to inna godzina. Tekstura rzeczywistości zafalowała, przez powstałe w niej szczeliny zaczęły wsuwać się niebieskie i przeźroczyste, jakby holograficzne, macki. Kamila zastygła w bezruchu, tak samo martwi Tutsi, dotychczas błądzący bez celu po plaży. Ciała szarookich i umarłych wygięły się w łuk, wystrzeliwując w niebiosa słupy zielonkawej energii, natychmiast wyłapywane przez macki spoza czasu i przestrzeni. Najwyższa Istota rozpoczęła żerowanie.

Poczułem się, jakbym śnił na jawie. Znów ujrzałem raj. Języki ognistej miłości objęły mą twarz. Zacząłem drżeć. Tym razem pokusa była jeszcze silniejsza. Więc aby się jej oprzeć, sięgnąłem po moje dawne ja, właściwie to już je częściowo na siebie nałożyłem, prowadząc sprawę Denver, teraz jednak wbiłem się w nie całkowicie, i wiecie co? Leżało jak ulał. Znajomy smrodek moralnej zgnilizny wypełnił me nozdrza. Dawne zbrodnie i występki dodały mi skrzydeł niczym jakiś pieprzony napój energetyczny. Splunąłem w raj, w oblicze Najwyższej Istoty. Pokazałem im środkowy palec, a Denver, dziedziczka starożytnego rodu, której antenaci w innym świecie, na innej planecie, raz już stanęli w szranki z Najwyższą Istotą, płacąc za to wysoką cenę, wzniosła posążek, recytując pradawne formuły i zawzięcie masując palcami krocze.

Uwięziona w zielonym kamieniu moc, równie przedwieczna jak Przedwieczni, a może nawet starsza, wydostała się na wolność, uderzając w rozfalowaną i spękaną teksturę rzeczywistości, przebiła się na wylot i uderzyła prosto między żółtawe ślepia Najwyższej Istoty.

Rzuciłem rewolwer na piasek, zanurzyłem dłoń w strumieniu mocy bijącym z posążka i podszedłem do żony. Zerwałem z niej szpitalną koszulę. Macki oplatały jej brzuch, piersi i szyję, wchodziły czy raczej wychodziły, trudno powiedzieć, z krocza, wijąc się wzdłuż nóg. Wracam do domu, kochanie, pomyślałem i wyrwałem z niej pierwszą mackę.

*

Czuję się świetnie, przygotowując im śniadanie. Dzisiaj podam świeże rogaliki z masełkiem, włoską szynką i żółtym serem. Do tego po plasterku pomidorka. I sok wyciśnięty z pomarańczy. Siedzą na tarasie, przy stoliku, w cieniu parasola. Jest ciepło, a niemrawy wiatr wiejący od strony miasta przynosi zapach spalonej ludzkiej skóry. Stosy płoną już trzeci dzień. Kiedy przynoszę jedzenie, dziewczyny chichocząc trzymają się za ręce. Wyglądają cudownie. Całują mnie na powitanie w policzki. Pochłaniają rogaliki i zbiegają na plażę. Idziemy popływać. Potem pojedziemy do miasta. Zabijać umarłych, ratować szarookich. Oczyszczać nasz świat. Wiemy, że moc, którą Denver uwolniła z zielonego kamienia, upomni się kiedyś o spłatę długu. Coś za coś, za wszystko trzeba płacić. Kamila jest spokojna. Nabrała przekonania, że jej nowa przyjaciółka i kochanka zdąży wymyślić jakiś fortel, dzięki któremu ponownie uratujemy nasze zepsute dusze.

Zobaczymy*.


*Opowiadanie w bardzo luuuuuźny sposób nawiązuje do Mitów Cthulhu.