piątek, 27 sierpnia 2010

Młot i Krew

Szepczą, że Północ powróciła, ucieleśniona w dźwiękach najnowszej płyty Grand Magus, szwedzkiego trio, którego muzyka – niegdyś zadoomana, obecnie niemalże w całości heavymetalowa – rzuca cienie układające się w kształty znane szczęśliwcom z okładek klasycznych albumów Black Sabbath, Deep Purple, DIO i Candlemass. Szemrają: Północ powróciła, a wraz z nią jej bogowie. Odyn, Thor, Loki i pozostali. Ponoć byli już obecni na 'Iron Will', którą jakiś dureń nazwał udźwiękowioną wolnością. Zgadzam się tylko z jednym: 'Iron Will' jest soniczym ekwiwalentem przejażdżki piorunożernym Harleyem przez pustkowia normańskiego pogaństwa. Co wy na to? – pytam. Mylisz się! – wyją, a potem szeptem oznajmiają, że Północ powróciła tak, jak powróciły wszystkie wcielenia normańskich bóstw. Dodają, że te amerykańskie, opisane przez Neila Gaimana, również – wśród nich jednooki Wednesday. Są tam, w tych dziesięciu utworach, chłonąc motoryczne riffy heavymetalowych młynków modlitewnych. Z nich czerpią swą moc – wyjaśniają. Potrząsam głową i odpowiadam stanowczo (gdyż inaczej z nimi nie można): Możliwe, że czerpałyby. Chłonęły. Słuchały. Byłyby. Gdyby normańska mitologia była czymś więcej niż fantasy nieznającym swej prawdziwej tożsamości. Wtedy Gaiman nie napisałby fikcji. I tylko wtedy. Prawda? Prychają. Skrzeczą. Warczą. Oburzone. Gdyby, gdyby, gdyby, powtarzają, nudny jesteś, nie umiesz się bawić. Wzruszam ramionami, one jednak tego nie widzą, gdyż są tylko głosami obdarzonymi słuchem. Należą do substancji. Są więc spokrewnione z uśmiechem kota z Chesire. Myślę, że spodobałyby się Hume’owi. Nie, odpowiadam, tutaj nie ma bogów. Głosy puszczają moje słowa mimo uszu. Posłuchaj, mówią, to jeszcze nie koniec. Potem, takie odnoszę wrażenie, spierają się między sobą, a są ich tam – gdziekolwiek to jest (na pewno nie w twojej głowie, krzyczą w odpowiedzi na mą myśl) – setki, jeśli nie tysiące, setki głosów ze słuchem lub słuchów z głosem. Posłuchaj, podejmują po naradzie, osądź, do czego bardziej pasuje ten opis, ten właśnie, tenże, ten tu, o – jęk zawodu – jednak tamten. W końcu cytują chóralnie:

“(…) it’s good on the level of bone-crunching, passionate, bombastic, anger-filled music that might or might not be from the devil, that has shredding virtuoso guitars and thumping drums you can feel in your pancreas”.


Do 'Młota Północy' czy 'Krwi Narodów'? Do obu, odpowiadam bez namysłu. I do wielu innych, myślę. Słuchy nie ustępują. Pytają dalej: A z tych dwóch do której bardziej? Wybór nie jest prosty. Obie bowiem uwielbiam. 'Młot' od lipca, 'Krew' dopiero od siedmiu dni. Więc się zastanawiam, skubiąc brodę. Głosy szemrzą w tle. Szwedzkie trio zasłużyło 'Młotem' na Walhallę. Wyhymniło sobie – 'I, The Jury', tytułowym, 'Black Sails' czy 'At Midnight They’ll Get Wise' – wieczyste ucztowanie w towarzystwie walkirii i darmowe bilety do raju z hurysami (z konkurencyjnej mitologii). Ale to Accept, wybudzony po czternastu latach ze śpiączki w składzie Tornillo (śpiew), Hoffman (gitara), Frank (gitara), Baltes (bas) i Schwarzmann (perkusja), zaserwował miłośnikom heavy metalu krążek z muzyką godną wszelkich niebios i piekieł (ależ oczywiście, głosy drą się jak opętane, i są opętane, przynajmniej niektóre), równie pomnikowo-wzorcową dla konwencji jak albumy 'Restless and Wild' (1982), 'Balls To The Wall' (1983) i 'Metal Heart' (1985), nagrane z Udo Dirkschneiderem. Więc? Więc? Więc? – zapytują głosy. Natarczywe skurczybyki. Dobrze, odpowiadam. Ten cytat wzięty z eseju Catherynne Valente – autorki 'Opowieści Sieroty' i 'Palimpsestu', których egzemplarze leżą u mnie w domu, czekając na to, aż wezmę je do ręki i, pieszcząc, zacznę czytać (z dala od muzyki, słuchogłosów i gwaru codzienności) – litera za literą, słowo za słowem, sens za sensem, niczym jakiś semantyczny sos spływa po dwunastu heavymetalowych potworkach o nienasyconym apetycie na jedno: drgania naszych bębenków usznych. Tak, tak, tak, zgadzamy się z tobą, wołają głosy. Dobrze wybrałeś. Może, odpowiadam. Nie ma to dla mnie większego znaczenia. Słucham obu płyt na zmianę. Obie wielbię. Obie też karmię drganiami moich bębenków usznych. I tak już zapewne będzie dopóty, dopóki nie ogłuchnę lub nie umrę. Oby. Szaleństwo, na szczęście, mi nie grozi. Co skwapliwie potwierdzają słuchy. Odchodząc, śpiewają fragment 'Teutonic Terror':

Back to the frontlines..........back to the night

Medieval marauders ..........under the lights

Back for the plunder.......the thrill of the flames

The roar of the thunder.............back in the game

Storming the castles................swords in the air

Killing the monsters in their own lair

Lighting the torches...........setting the stage

You get what you ask for..............rrright in the face


Six string sabres...... screams in the night

War clubs pounding.........living just for the fight


So we drive.........thru the night

With the howling wind at our backs

Riding on Teutonic Terror
We will...... Give em' the Axe
We will.......Give em' the Axe

Brak komentarzy: