piątek, 26 listopada 2010

Z... blues

Mówię wam, złamasy¸ Daryl, ten drań, to miał naprawdę przejebane życie. Idę sobie środkiem ulicy, idę niedbałym krokiem, zachowując Gelassenheit, dzień jest młody, słoneczny, powietrze rześkie, a ja idę sobie środkiem ulicy, środkiem poranka, środkiem mieściny, może nawet świata, krok za krokiem, mrużąc ślepia za ciemnymi szkłami okularów znalezionych w tamtym domu za stacją benzynową i motelem. Idę z bronią obijającą się o biodro, i mówię wam, tu i teraz, w tym miejscu wymarłym, że Daryl, ten drań, to miał naprawdę przejebane życie. Hej-ho!

Już blisko. Jeszcze tylko kilka przecznic. I ujrzę ulicę, przy której się wychował. Stanę przed jego rodzinnym domem. Spojrzę na trawnik, zarośnięty jak inne w okolicy, potem na garaż. To w nim na tylnym siedzeniu ojcowskiego Thunderbirda Daryl stracił dziewictwo. Nie przyśpieszam. Wręcz przeciwnie. Nurzam się leniwie w parnym poranku. Powinienem uważać, ale co mi tam. I tak niedługo umrę. Mam już w sobie tamto coś – to paskudztwo, ten syf. Krąży w moich żyłach. I zmienia mnie w jednego z was, złamasy. „Komórka po komórce” – chcę powiedzieć. Zamiast tego zagryzam usta. Niech ten fałsz, this failure of truth, zostanie w środku, za szpalerem zębów, w odmętach zakażonej śliny.

Jakiś ruch? Tam, spójrzcie, właśnie tam – za rogiem tej kafeterii. Zbliżam się. Nadal wyluzowany. Ale trochę mniej – broń już nie dynda. Ściskam ją delikatnie. Jest odbezpieczona. Szybkostrzelna. I śmiercionośna jak myśl wkurzonego Boga. Spoglądam w niebo i uśmiecham się przepraszająco – jakby było ono przeźroczystym sklepieniem, przez które ktoś mnie obserwuje. Patrzę ponownie na kafeterię. Jest. Bim-bam-bom. Sukinsyn. Tam, za rogiem, koło hydrantu – krąży bez celu. Zaczynam gwizdać. Zauważył mnie.

Strzelam. Już nie powłóczy nogami. Umiera. I w końcu jest martwy. On? Ona? Podchodzę bliżej. Ono. Dziecko. Na oko – 10-12 lat. Dziewczynka. Ono. Ona. On – Szwendacz. Jeden z was, złamasy. „Oni nie są nami. Nie są. Nie mogą być. Nie wierzę w to” – powtarzała Lori, pielęgniarka. Daryl, podłączony do aparatury monitorującej pracę serca, śmiał się z niej. „Są, są” – mówił, po czym dodawał tajemniczo: „Na szczęście”. W tej chwili próbuję być taki jak Lori. Więc mówię: „Oni nie są nami. Nie są. Nie mogą być. Nie wierzę w to”. Nie działa. Potrząsam głową. Widzę przed sobą dziewczynkę z gatunku homo sapiens sapiens. Martwą. Ding-dong.

Tabliczka z nazwą ulicy jest zachlapana krwią. Zerkam na mapę. Od celu dzielą mnie dwie przecznice. Biorę głęboki wdech, w ten właśnie sposób się wyluzowuję, wyzwalam od wolicjonalności, pozwalam światu być. Ruszam nie do końca wycofany z samego siebie. Nęka mnie myśl, że chciałbym się mylić. I być taki jak Lori bądź tamten pastor z pustkowi – „mean motherfuckin’ servant of God”. Mówił, że nie jesteście nami, lecz demonami, które zagnieździły się w organizmach biologicznych niegdyś zamieszkiwanych przez nas – dusze, czyli samoświadome, nieśmiertelne i zdolne również do istnienia bezcielesnego indywidua. „Kiedy niszczysz mózg takiego organizmu, zabijasz ucieleśnionego w nim demona” – upierał się, a ja nie oponowałem. Przez pewien czas wędrowaliśmy razem. Lubił was zabijać. I zabijał setkami. „Te diablęta w przeciwieństwie do nas nie są osobami, nie mają więc prawa do życia, a co za tym idzie zabijanie ich z właściwych powodów nie jest złe” – argumentował przy kieliszku. Chuck Green w koloratce.

Rozstaliśmy się w zgodzie. Pastor ruszył na północ, aby tam zabijać wrogów Boga. Ja na zachód. Zmierzając tutaj rozmyślałem często o tym, jak dobrym pokerzystą był Daryl. Jak fartownie i przebiegle grał. I ile potrafił wygrać. I ile, drań, z moją pomocą wygrał. Emeryturę mieliśmy z głowy. Tylko niebawem okazało się, że na Ziemi nie ma już miejsca, w którym moglibyśmy spędzić resztę naszych dni, korzystając w spokoju z dóbr tego – a w moim przypadku również tamtego – świata. Daryl był umierający, nie umarł jednak na raka. Został zjedzony. Tak jak Lori i większość szpitalnego personelu. Nie było mnie wtedy w szpitalu. Załatwiałem pewną sprawę w mieście ogarniętym chaosem. Zadzwonił. „Nie wracaj tutaj” – powiedział. – „Są pod drzwiami. Drapią w nie”. Krzyknąłem coś w odpowiedzi. „Nie” – odrzekł. – „Wysłuchaj mnie i zrób to, o co cię poproszę. To moje ostatnie życzenie”. Kiedy skończył mówić, usłyszałem w głośniku trzask, huk, a potem skowyt, który przeszedł w buczenie. Ktoś, pewnie Daryl, wrzasnął. Nie zdążyliśmy się pożegnać.

Znałem jednak jego ostatnie życzenie.

To chyba tutaj, myślę i sprawdzam numer skrzynki na listy. Zgadza się. Dom przypomina ten ze zdjęcia. Jest też garaż. Otwarty. Brakuje samochodu. Pewnie ktoś ukradł. Po ulicy kręci się trzech Szwendaczy. Jeden mija mnie w odległości trzech-czterech metrów. Śmierdzę, a nawet wyglądam tak jak on, więc stwór nie rozpoznaje we mnie pożywienia. To kobieta. Nie ma dolnej szczęki. Niewykluczone, że kiedyś była ładna. I kompletna. Że jej dolną wargę muskały usta jakiegoś mężczyzny lub innej kobiety. Że kochała, może nawet nienawidziła. Wyobrażam sobie, że (i chcę, by) tak było. Czekam, aż się oddali i podchodzę do drzwi. Już nie jestem wyluzowany. Nadal jednak poruszam się jak Szwendacz. Podpatrzyłem to w jakimś filmie. Bodajże serialu. A może w komiksie? Nie pamiętam. Naciskam klamkę. Drzwi odskakują od framugi.

Znajduję ich w salonie. Kiedy wchodzę, dwoje siedzi w fotelach, jeden leży na kanapie, a pozostała dwójka pod stołem. Witajcie, złamasy! Tatuś, mamusia, starszy brat i młodsze siostrzyczki. Rodzinka Daryla w komplecie. Aczkolwiek każdy z nich jest trochę zdekompletowany. Gniją. I są wychudzeni. Ożywiają się na mój widok. „Martwi bądź żywi. Wszystko jedno, brachu. Zniszcz tych piekłolubnych skurwieli” – w moich myślach brzęczą ostatnie słowa Daryla. – „Za moje cierpienie, za lata upokorzeń, za to, że mnie nienawidzili, bo byłem ich niechlubną tajemnicą, świadectwem błędu i wpadki”. Nie ma sprawy, bracie, mówię głośno i dopiero wtedy Szwendacze rozpoznają we mnie pożywienie. Zabijam pierwszego. Drugiego. Powoli. Po mistrzowsku panując nad samym sobą, nad moimi czeluściami, jakbym był jakimś pieprzonym stoikiem, apatycznym typkiem, po uszy zanurzonym w bezkresnym spokoju, tej całej eudajmonii. Zabijam tych ludzi z zimną krwią. Tak, tych ludzi. W to właśnie wierzył Daryl. I w to wierzę ja.

Wiesz, kim jesteśmy, ty, ja i pozostali? I to esencjalnie? Ludźmi, czyli pewnego rodzaju organizmami biologicznymi. Nie duszami jakoś w takich organizmach ucieleśnionymi. Nie umysłami lub osobami ukonstytuowanymi przez organizmy z gatunku homo sapiens sapiens. Jesteśmy ludźmi, istotami biologicznymi, mającymi lub nie duszę, wszystko jedno, ale jesteśmy, tak naprawdę, fundamentalnie, ludźmi”.

I oni, Szwendacze, też są ludźmi. Przeobrażonymi przez wirusa, wściekłymi, dręczonymi głodem, którego nigdy nie uda im się zaspokoić. Ludźmi szwendającymi się po krawędzi życia i śmierci – krawędzi, która okazała się być szerokim pasażem. A ja zabijam właśnie kilku z nich. Nie w obronie swojego lub cudzego życia. Zabijam ich na prośbę przyjaciela. Mszczę się w jego imieniu. Zabijam ich z niskich pobudek. I jeśli życie ludzkie jest w jakimś sensie święte, chociażby inherentnie wartościowe, jeśli z tego powodu każdy z nas, cholernych ludzi, ma prawo do życia, skuteczne erga omnes, to mają je również Szwendacze. I jeśli tak jest, a Daryl, ten drań, złotousty szuler, wierzył, że tak się rzeczy mają w świecie, to ja zabijając teraz tych Szwendaczy, robię jednocześnie coś więcej: ja ich morduję. Jednego po drugim. Hubba-hubba.

Wdech. Wydech. Już po wszystkim. Mogę się wyluzować. Zdusić mą wolicjonalność. Wyrzucić z siebie mnie samego. Pozwolić światu być. Otworzyć drzwi. Utorować drogę. Zaczynam gorączkować. Wiem, że niedługo zemdleję. I jeśli się ocknę, to będę jednym z was, złamasy. Z plecaka wyjmuję książkę. Kartkuję ją przez chwilę. Pachnie moją przeszłością. Odlotami ku nunc stans i karcianymi przekrętami. Speculum... - coś tam, coś tam. Lubię ten tytuł. Zaczynam czytać. Wyluzowany.