sobota, 31 grudnia 2011

Z Prawdą tańcującą na końcu języka...

Kolejny mój szort trafił na łamy Szortalu. Tym razem jest to tekścik pt. "Prawda", dedykowany tym wszystkim martwym już szaleńcom - Sokratesowi, jego uczniom, uczniom jego uczniów, sceptykom i innym zacnym truposzom, nie mniej niż wymienieni zakręconym na punkcie rozmaitych sensów słowa "prawda". Chłopaki szukali Prawdy nie w tym miejscu, gdzie powinni. Fragment:


"Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy.

I to nie byle jakiej. Mierzył wysoko. Prawdy z ludzkich ust spływające, dające się łączyć za pomocą koniunkcji, alternatywy, implikacji i równoważności nie obchodziły go zanadto. Nie o prawdę rozumianą jako atrybut zdań czynionych prawdziwymi przez różnego rodzaju fakty, chodziło mu w poszukiwaniach.

Mój przyjaciel poszukiwał Prawdy w różnych miejscach i czasach. Na morzu i w powietrzu. W ziemskiej atmosferze i poza nią, w kosmosie. Pod ziemską skorupą i na jej powierzchni. W przeszłości i przyszłości. W zwodniczym teraz. W miejscach oczywistych i dziwacznych. W świątyniach, akademiach i laboratoriach. W domowym zaciszu, z księgą w dłoni, i w bitewnym zgiełku, uderzając szablą na odlew. Podczas upojnej nocy z niewiastą, w zakamarkach jej spoconego ciała. Abordażując z piracką hordą kupiecką kogę. Polując z bazooką na dinozaury i uciekając ulicami Innsmouth przed kabłąkowatymi potomkami Marshów. Bez opamiętania, do utraty tchu, do omdlenia, jak szaleniec. W Shangri La, w Eldorado, wśród cyklopich bloków kamienia, z których zbudowano zatopione R'lyeh, w Zaginionym Świecie, na brzegach Atlantydy. Robiąc wiele różnych, mniej lub bardziej niezwykłych rzeczy".


wtorek, 22 listopada 2011

"Zombie blues" w Szortowni

Tylko w Szortowni - "Zombie blues", pełnokrwisty szort (niecałe 5 tysięcy znaków ze spacjami), napisany na podstawie opowiadania "Z... blues". Fragment:

"Dzień jest młody, słoneczny, powietrze rześkie, a ja idę sobie środkiem ulicy, środkiem poranka, środkiem mieściny, może nawet świata, dłoń trzymając na kolbie dyndającej u pasa broni, i mówię wam, tu i teraz, w tym miejscu wymarłym, że Daryl, ten drań, złotousty szuler, to miał naprawdę przejebane życie. Hej-ho!

Już blisko. Jeszcze tylko kilka przecznic. I ujrzę ulicę, przy której się wychował. Stanę przed jego rodzinnym domem. Nie przyśpieszam. Nurzam się leniwie w parnym poranku. Powinienem uważać, ale co mi tam. I tak niedługo umrę. Mam już w sobie tamto coś – to paskudztwo, ten syf. Krąży w moich żyłach. I zmienia mnie w jednego z was, złamasy".

Zapraszam do lektury.

wtorek, 25 października 2011

"Za garść zbawienia" w Nowej Fantastyce

W listopadowym numerze Nowej Fantastyki można przeczytać m. in. opowiadanie mojego autorstwa, zatytułowane "Za garść zbawienia". Tytułem zachęty przedstawiam fragment, dostępny również na stronie Nowej Fantastyki.

Za garść zbawienia (fragment)

"Kiedy rudowłosy mężczyzna, dosiadający konia o tarantowatej maści, wjeżdża pomiędzy pierwsze zabudowania, główna ulica Miasteczka Wszystkich Miasteczek jest jeszcze opustoszała.

Jeździec mija drukarnię, sklep narzędziowy, aptekę i dom pogrzebowy o nazwie „Wielka Cisza". Przed domem w trumnie opartej o ścianę leżą zwłoki mężczyzny; w szerokim czole umarlaka widnieje niewielki otwór, zapewne ślad po kuli. Zawieszona na dłoniach zmarłego tabliczka informuje, że pogrzeb Stanleya Burrowsa, złodziejaszka i oszusta, odbędzie się jutro w samo południe.

Rudzielec uśmiecha się pod nosem i drapie po porośniętej kępkami rudych włosów wąskiej szczęce. Zsiada z konia przed narożnym budynkiem, w którym mieści się salon fryzjerski. Zamiast golibrody w drzwiach pojawia się dziewczyna. Na widok nieznajomego cofa się, wyraźnie speszona. Ma na sobie szarobrązową marynarkę i zbliżoną kolorem spódnicę.

- Zawołaj ojca - mówi rudzielec i wchodzi do środka.

Dziewczyna, rumieniąc się, biegnie na piętro. Jej trzewiki stukają na drewnianych schodach. Chwilę później schodzi na dół posiwiały mężczyzna. Jest wysoki, barki ma jednak wąskie, sylwetkę zgarbioną, a spojrzenie zmęczone.

Przybysz siada na krześle postawionym przed lustrem.

- Golenie - mówi.

W milczeniu obserwuje, jak ojciec piegowatej blondynki zamyka drzwi i wygląda przez okno na ulicę, mrucząc pod nosem. W końcu jednak zabiera się za przygotowanie narzędzi. Z brzytwą i namydlonym pędzlem staje z posępnym wyrazem twarzy za oparciem krzesła. Otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko potrząsa głową i bez słowa przystępuje do golenia.

Kwadrans później rudzielec wpatruje się w swoją bezwłosą, cofniętą i znienawidzoną dolną szczękę.

-Nadal wynajmuje pan pokój na piętrze?

Golibroda sięga po pas ze skóry i zaczyna ostrzyć brzytwę.

-To zależy, kto pyta - odpowiada.

Rudowłosy rozpina płaszcz, odsłaniając skrzyżowane na piersiach pasy z nabojami, a także pewną błyskotkę, którą nosi wpiętą w kamizelkę.

-Widziałem pana w Kansas - mówi ojciec pieguski. - Bodajże przed trzema laty. Zabił pan tam sześciu mężczyzn. W biały dzień. Z jednego rewolweru.

-W słusznej sprawie czy w złej sprawie?

Golibroda chowa pas i brzytwę do szuflady. Wyciera ręce w ręcznik.

-Golenie kosztuje dolara. Pokój pięć dolarów na tydzień.

(...)"

Całość w listopadowym numerze Nowej Fantastyki.

czwartek, 20 października 2011

Szybcy i martwi

Hades jest miejscem akcji kilku opowiadań, jednej noweli i dwóch powieści amerykańskiego pisarza, Jeffreya Thomasa. Pisząc niniejsze opowiadanie, zapożyczyłem z nich świat i mitologię. Reszta to mój wymysł, wyhodowany na dość jawnych inspiracjach.

Prolog

Mężczyzna siedzi przed chatą, ogrzewając dłonie przy ognisku.

– Przykro mi panowie – zwraca się do dwóch nieznajomych mierzących do niego z rewolwerów. – Nie posiadam kosztowności ani pieniędzy. Nie mam nawet strzelby i rewolweru. Podróżuję pieszo. Opuśćcie więc broń i skorzystajcie z zaproszenia.

Robert Parker i Harry Longbaugh wymieniają spojrzenia. Mają za sobą długą podróż. Są zmęczeni, głodni i brudni. Cudem uniknęli śmierci z rąk boliwijskich żołnierzy, którzy dopadli ich w gospodzie w San Vincente. Zmylili pościg, ale stracili wierzchowce. Po wielu milach pieszej wędrówki bolą ich nogi i pokryte pęcherzami stopy.

Przeważa nęcący zapach obracanej na ruszcie zwierzyny. Chowają broń do olstrów i siadają przy ognisku, naprzeciwko mężczyzny skrywającego twarz pod szerokim rondem kapelusza.

– Mięso niedługo będzie gotowe. Pewnie jesteście głodni.

Parker przełyka ślinę.

- Podzielę się z wami. Zanim jednak to nastąpi, opowiem wam pewną historię. Jeśli nie macie nic przeciwko temu.

Harry wzrusza ramionami.

– Wszystko nam jedno - odpowiada.

– Zatem dobrze. Opowiem wam historię o moim przyjacielu, twardym skurczybyku. Wyobraźcie sobie trzydziestolatka, milczka, ponuraka, opanowanego, ale nie brzydzącego się przemocą. Wyobraźcie sobie człowieka znikąd, w pewnym sensie bezdomnego, zdanego wyłącznie na siebie. Założę się, że trochę go przypominacie. Otóż mój przyjaciel, John Holt…

Blackwater

…nie jest skomplikowanym człowiekiem. Lubi kawę, najlepiej gorącą, słodką, doprawioną szczyptą cynamonu, lubi też broń, przede wszystkim palną, preferuje rewolwery wyposażone w mechanizm samonapinania, poza kawą i rewolwerami lubi ciszę – poranka, sjesty i późnej nocy, dokładnie w takiej kolejności. Wśród tego wszystkiego było kiedyś miejsce na kobiety i podróże. Kobiety, które kochał, pachniały kawą i cynamonem. Podróże kończyły się w miasteczkach, gdzie zarabiał na utrzymanie jako stróż prawa do wynajęcia. Tak było przez całe jego dorosłe życie, aż do owego feralnego dnia, kiedy spotkał pastora o urodzie cherubina. Teraz pozostały mu tylko chwile ciszy. Przepadły poranki, popołudnia i wieczory. Przepadła miłość, kobiety i podróże. Świat skurczył się do rozmiarów ogromnej pustyni ześrodkowanej w miasteczku Blackwater, leżącym pod karmazynowym niebem.

John Holt siedzi na ganku swojego domu, w dłoni trzyma kubek z zimną wodą, w olstrach rewolwery, a w zębach trzcinową słomkę. Ubrany jest w szare kalesony, białą koszulę i kapelusz o szerokim rondzie, mocno nasunięty na czoło. Spogląda w niebo, które, tak naprawdę, nie jest niebem, jedynie jego bluźnierczą imitacją. Brakuje mu smaku i aromatu kawy. Czasami śni o pałeczkach cynamonu, a także o kobietach, które mógłby bezkarnie pokochać. Pustynia zdaje się nie mieć początku ani końca. Podobnie jak niebo. Ale John wie, że to tylko złudzenie, z którego prawdopodobnie nigdy się nie otrząśnie. Odstawia pusty kubek do kuchni i kończy się ubierać.

Miasteczko budzi się do życia. Główna ulica, przy której stoi dom Johna, stopniowo zapełnia się mieszkańcami. Mężczyźni, kobiety, nastolatki, nawet dziesięcioletnie dzieci, w pojedynkę, parami albo w grupkach, zmierzają w milczeniu do kościoła. John zna ich wszystkich osobiście. Niektórych na wylot. Wymienia pozdrowienia, uśmiechy, uściski dłoni. Stara się brzmieć optymistycznie, ale bez przesady. Wie, co czują na jego widok, gdyż dokładnie to samo czuje, gdy widzi swoje odbicie w lustrze. Współczucie wymieszane z litością i żalem. U kilkunastu osób wyczuwa odrazę. Dawno temu przestał mieć im to za złe. Przyzwyczaił się. Są tylko ludźmi.

Do kościoła wchodzi ostatni, upewniwszy się, że dotarli wszyscy mieszkańcy. Pastor przyszedł wcześniej – wysoki, siwowłosy, o orlim nosie. Zajął miejsce na ambonie. W odróżnieniu od swoich owieczek nie wygląda na zasmuconego. Oczy mu błyszczą. Usta wykrzywiają się w szerokim uśmiechu. Przemawia donośnym głosem, melodyjnie, wręcz śpiewnie. Cytowane fragmenty Pisma Świętego ilustruje gwałtownymi gestami.

Mieszkańcy Blackwater mają spierzchnięte dusze. Większość z nich przebywa w Piekle dość długo, by wiedzieć, że dla Potępionych nie ma odkupienia ani zbawienia. Zaledwie garstka spija nadzieję ze słów kazania.

John otwiera oczy i wychodzi z kościoła. Do miasteczka zbliża się chmura pyłu – rżenie i tętent koni, ludzkie sylwetki w białych szatach, zakapturzone i uzbrojone. John rozpoznaje jeźdźców. To Anioły.

Szeryf

Zanim John umarł i trafił do Piekła, wiódł życie takie, jakie lubił. Po wojnie, w której zabijał dla Północy, wrócił w rodzinne strony, aby stwierdzić, że nie ma tam dla niego miejsca. Rodzicie zmarli, dom i farma, które po nich odziedziczył, zostały spalone – zastał jedynie zgliszcza, w których gnieździli się jacyś włóczędzy. Nie miał rodzeństwa ani przyjaciół. Spotkania z rodziną mieszkającą na Wschodnim Wybrzeżu nie brał pod uwagę. Pojechał więc na Zachód, do Nevady, skuszony drzemiącym w jej głębinach złotem – dotarł tam, gdzie bogobojni i praworządni mieszkańcy wielu przyszłych ghost towns pilnie potrzebowali śmiałków wprawionych w zaprowadzaniu porządku. John był odważny, opanowany, potrafił szybko i celnie strzelać, swoje sumienie przyzwyczaił do przemocy, nie miał problemów z zabijaniem i alkoholem, jedynymi jego słabostkami były kawa, cynamon i kobiety, najczęściej tancerki, prostytutki, niewiasty sprzedajne, łase na pieniądze, prezenty i komplementy – dbał o swoje wybranki, w zamian chciał by go kochały albo udawały, że kochają, zawsze jednak miały pachnieć kawą i cynamonem. I pachniały, a John spełniał ich zachcianki, na które pracował ciężko i ryzykownie, polegając na swojej charyzmie i celnym oku. Był stróżem prawa do wynajęcia. Sezonowym szeryfem. Rewolwerowcem od Dziesięciu Nowych Przykazań.

Zazwyczaj wyglądało to tak: podpisywał z lokalnymi władzami umowę, dzięki której na uzgodniony okres czasu stawał się absolutnym władcą miasteczka, następnie przez trzy dni informował mieszkańców o nowych zakazach i nakazach, stosowne ogłoszenia umieszczał też na drzwiach najważniejszych instytucji, potem tylko czekał, aż pojawią się kłopoty i odpowiedzialne za nie osoby. Wszyscy mieli jasność, wiedzieli, na czym stoją. Jedno ostrzeżenie, drugiego nie będzie. John uważał, że to uczciwe rozwiązanie. Na niektórych działało. Ale byli tacy, którzy mu nie uwierzyli. Zabijał ich bez litości. I nikt rozsądny nie miał do niego o to żalu. Był skuteczny, ale nie tani. Miał też konkurencję. Czasami więc było bardzo ciężko. Wtedy zmieniał branżę. Rabował banki i pociągi. Zawsze w przebraniu, zamaskowany. Nie mógł pozwolić sobie na to, że ktoś go rozpozna.

Nigdy w ten sposób o sobie nie myślał, ale – nie licząc Billa Harrigana, który przeszedł do historii jako Billy The Kid – był najbardziej niczyim i najbardziej samotnym człowiekiem pogranicza*.

Blackwater

John wchodzi do kościoła, zamykając za sobą drzwi. Momentalnie cichną rozmowy. Słychać brzęczenie much. Pastor odbiera od szeryfa złożoną na pół kartkę. John otrzymał ją wczoraj od demona wyglądającego jak dorosła ważka, wykonana z chromu i metalu. Wszyscy wiedzą, co zawiera kartka. I wmawiają sobie, że są przygotowani na najgorsze. Mylą się tak bardzo, jak to możliwe. Pastor chrząka, przełyka ślinę i zaczyna wyczytywać nazwiska. Ludzie reagują różnie. Niektórzy są do tego stopnia zrezygnowani, że ze spuszczoną głową wstają z miejsca i podchodzą do drzwi. Inni wybuchają histerycznym płaczem. Dzieci wrzeszczą. Próbują schronić się w ramionach dorosłych, ale mężczyźni i kobiety odsuwają je od siebie. John wyprowadza szamoczące się dzieciaki przed kościół. Wyrzuca też kilku dorosłych. Upewnia się, że wyszły wszystkie osoby z listy. Pozostałym dziękuje za współpracę, po czym, odpiąwszy pas z rewolwerami, dołącza do zgromadzonych przed budynkiem wiernych. Pastor wyczytał również jego nazwisko.

Niebawem w miasteczku rozlegają się wystrzały. Wtórują im dzikie wrzaski umierających oraz gniewne okrzyki i przekleństwa Aniołów. Obwieszeni bronią jeźdźcy przyjechali z Nieba, aby ranić, okaleczać i masakrować Potępionych. Mężczyźni są kastrowani, kobiety gwałcone, dzieci rozrywane na strzępy końmi. Kilku nieszczęśników zmieniono w żywe pochodnie. Anioły nie robią niczego złego. Potępieni zasłużyli na Piekło, a tym samym na każdą krzywdę, jaką mogą im wyrządzić mieszkańcy Nieba i demony. Dzisiejsze cierpienie Johna i innych ludzi jest niczym w porównaniu z grzechem, którego się dopuścili. Kiedy Anioły odjadą, pastor otworzy drzwi kościoła, a ludzie ujrzą swoich sąsiadów, znajomych, przyjaciół, może nawet kochanków – zmasakrowanych, ale wciąż żywych, odtwarzających w przeraźliwym bólu swoje pośmiertne ciała. Wszystko przez to, że nie skorzystali z ofiary Chrystusa.

I tak jest co tydzień, w każdą niedzielę, licząc według ziemskiego kalendarza. Tak samo albo gorzej będzie w przyszłym tygodniu. Po sześciu dniach ciężkiej pracy w Wieży Demonów – gigantycznym pociągu poruszającym się po torach zanurzonych w pustynnym piachu.

Cherubin

John Holt wierzył w Boga. Był przekonany, że każde działanie i zaniechanie Stwórcy jest skrojone na miarę Jego natury. Bóg był pod każdym względem doskonały, więc wszystko, co robił również takie było, nawet jeśli pewnym ludziom wydawało się zupełnie inne. Dlatego Holt uważał, że nie można mieć do Boga zasadnych pretensji. Bóg jest tylko Sobą, mawiał, zatem dajcie Mu spokój.

O sługach bożych John nie żywił najlepszej opinii. Wielu z nich znał osobiście i nie lubił z powodu tego, co w swoich kazaniach i prywatnych rozmowach mówili o Bogu i ludziach. Kilkoma nawet gardził. Nigdy jednak żadnego nie skrzywdził.

W miasteczku Big Whiskey, w którym na dwa tygodnie objął posadę szeryfa, poznał Malcolma Cornwaya, pastora o wyglądzie cherubina. Nie przypadli sobie do gustu, chociaż zamienili tylko kilka zdań. Pastor był młody, świeżo po seminarium, pełen wiary i pewności wrogiej wątpieniu. Pewnego dnia terroryzująca miasteczko banda porwała siedmioletniego syna sklepikarza. Dwa dni później John znalazł jego ciało na skraju mieściny. Chłopiec żył, ale został potwornie okaleczony. Miejscowy lekarz mógł jedynie ulżyć mu w bólu. Rodzice malca byli zrozpaczeni. Ojciec klął pod nosem, a matka zaciskała bezsilnie pięści. W pewnej chwili zwróciła się do pastora, który był wśród osób zgromadzonych w lekarskim gabinecie, z pytaniem, dlaczego Bóg pozwolił na to, aby ich syn tak okrutnie cierpiał. Pastor, co John bardzo wyraźnie zapamiętał, odruchowo zacisnął zęby, zamknął na chwilę oczy, jakby w duchu odliczał do trzech, po czym, położywszy dłoń na ramieniu kobiety, odpowiedział:

– Stwarzając dusze, Bóg sprawdził, co każda z nich zrobi w każdej możliwej sytuacji. Dowiedział się, że niektóre dusze bez względu na okoliczności nie przyjmą do swojego serca Chrystusa, wskutek czego zostaną potępione. Bóg zadbał więc o to, aby przyszłym potępieńcom przypadała za życia większa suma cierpienia niż duszom, które zostaną zbawione. Także w wymiarze indywidualnym. Z powodu swej nieskończonej dobroci Stwórca nie pozwoliłby na to, aby przyszły zbawiony cierpiał takie męki, jak państwa syn. Wychodzi więc na to, że wasz chłopak trafi do piekła.

Z oczu matki pociekły łzy. Ojciec chłopca spojrzał nienawistnie na pastora. Lekarz zmarszczył brwi i otworzył usta, jakby chciał o coś zapytać. John zaś sięgnął po rewolwer, przyłożył lufę do skroni duchownego i pociągnął za spust. Mózg bożego sługi zachlapał twarz lekarza. W pomieszczeniu zapadła pełna osłupienia cisza. John z niedowierzaniem spojrzał na swoją rękę i broń. Miał wrażenie, że nie należą do niego. Przełknął głośno ślinę i wybiegł z budynku. Potem osiodłał swojego konia i uciekł z miasteczka.

Blackwater…

…nie jest jedynym ghost town pod karmazynowym niebem zastygłej lawy. Na czerwonozółtej pustyni, w objęciach powszechnej w Piekle szarości, egzystują inne mieściny zamieszkane przez Potępionych. Każda ma swojego szeryfa, kogoś takiego jak John Holt, specjalistę od utrzymywania porządku, a także sędziego, specjalistę od wymierzania sprawiedliwości. W końcu Potępieni to tylko ludzie z całym bagażem wad i zalet. Czasami puszczają im nerwy i zaczynają rozrabiać. Odreagowują swój nikczemny los – sześciodniową pracę w zmechanizowanych Wieżach Demonów, powtarzające się co niedzielę wizyty Aniołów, zagrożenie ze strony demonów, które w dowolnej chwili mogą pojawić się w miasteczku i rozpocząć tortury. Te ostanie ciągną się niekiedy latami.

Kiedy Johnowi przestaje odrastać ciało, jest już poniedziałek. Tylko kilka godzin zostało do świtu, którego wszakże nie będzie. W Blackwater panuje grobowa cisza, jakże stosowna, przecież w szarych, zniszczonych budynkach śpią zmarli. John siada na łóżku, jeszcze jest półprzytomny, z trudem przełyka ślinę. Potrząsa głową. Rozmasowuje kark. Mimo że ciała Potępionych nie potrzebują wody ani jedzenia, chce mu się pić i ssie go w żołądku. To tylko nieprzyjemne złudzenie. Kolejna kara.

John krzywi się na wspomnienie wizyty Aniołów. Wczoraj przeżył swoją pierwszą dekapitację. Wciąż jest odrobinę roztrzęsiony. Przemywa twarz w zimnej wodzie. Słysząc pukanie do drzwi, nieruchomieje ze wzrokiem utkwionym w swoim wymizerowanym odbiciu. Odkłada ręcznik i wychodzi przed dom. Kobieta ma na sobie zakrwawioną koszulę i podartą spódnicę. Jakiś Anioł zdjął jej skalp. Skóra regeneruje się powoli i boleśnie. John zaciska zęby. Znają się z poprzedniego życia. John pamięta, że była pianistką. Całkiem dobrą.

– Witaj Jennifer – mówi.

– Wpuść mnie – prosi kobieta. Na jej czole demony wypaliły literę „A”. „A” jak ateizm, myśli John i zastanawia się, co odpowiedzieć kobiecie, która kiedyś – w innym, chyba lepszym świecie – pachniała kawą i cynamonem.

– Zostałam…

John kładzie na jej ustach palec.

– Rozumiem. Wejdź.

Kładą się w sypialni Johna. Jennifer zwija się w kłębek, a John przywiera do jej pleców. Nic nie mówią. Oboje drżą ze strachu. O tę chwilę intymności, którą właśnie wykradli Piekłu.

O świcie, którego nie ma, budzi ich huk broni palnej. John podbiega do okna, zapinając pas z rewolwerami. W pośpiechu mocuje się ze sprzączką. W pewnej chwili pada kolejny strzał, rozlega się dźwięk tłuczonego szkła, a John, trafiony w czoło, przewraca się na podłogę. Nie widzi więc Anioła, który chwilę później wrzuca płonącą pochodnię do budynku usytuowanego po przeciwnej stronie ulicy. Ani dwóch Aniołów wywlekających na zewnątrz wrzeszczącą Jennifer. Ani kolejnego, który obcina jej piersi maczetą. I pozostałych, zajętych polowaniem na mieszkańców Blackwater. Obracających piekielne ghost town w ruinę.

Hang’em High!

Był zbiegiem. Musiał nieustannie uciekać, jeśli chciał zachować życie i wolność. Więc uciekał. Na Wschód. Przez Utah, Colorado, Kansas, Missouri. Po dwóch latach bandyckiej tułaczki trafił do Fortu Smith w Arkansas. Był winien sprawiedliwości ludzkiej kilkanaście tysięcy dolarów i garść trupów bankowych strażników, którzy przed śmiercią zdążyli usłyszeć z jego ust nieśmiertelną kwestię Billa Minera: „Hands Up!”. Wszyscy ochoczo je podnosili, niektórzy jednak byli przekonani, że akurat im uda się sięgnąć znienacka po broń. Zginęli. John Holt przeżył.

Byli więc głupcami.

Kiedy John stanął przed obliczem sędziego Isaaca Parkera, zrozumiał, że popełnił błąd, przyjeżdżając do Arkansas. Zdradziła go kobieta, pachnąca kawą i cynamonem. Kobieta o długich, delikatnych palcach. Słynąca z absolutnego słuchu. Miała bladą cerę, rude włosy i piegi, mnóstwo piegów na drobnym nosku i jędrnych piersiach. Zdradziła go kobieta, którą chciał pokochać. Zdradziła, bo zabił jej brata. Był strażnikiem w banku w Kansas City. Myślał, że zdoła wyciągnąć znienacka rewolwer. Wyciągnął, ale John był szybszy.

Zielonooka Jennifer przyszła na egzekucję. Stanęła w pierwszym rzędzie. Uśmiechała się, gdy zabójca jej brata zaczął wierzgać nogami.

Okazał się głupcem.

Demony i grzesznicy

To najdziwniejsza rozmowa w życiu Johna. Rozmawiają wśród zgliszczy miasteczka, w otoczeniu jęczących z bólu Potępionych, których okaleczone ciała regenerują się z wielkim mozołem. John i dwa demony. Trzymetrowe humanoidy w długich, skórzanych płaszczach, zapiętych po szyję. Pojawiły się nie wiadomo skąd. Na pewno nie pochodzą z Wieży Demonów, w której pracują mieszkańcy Blackwater. Tamtejsze demony wyglądają inaczej.

John spogląda w głęboko osadzone oczy w kolorze błyszczącego obsydianu, przypatruje się wąskim ustom, skrywającym szpiczaste zęby, i słucha, nade wszystko słucha gardłowego głosu demona, który przedstawił się jako Azura. Nie zastanawia się długo. Dobrze, odpowiada, zbiorę ludzi. I zbiera – zgodziło się siedmiu mężczyzn i trzy kobiety. Nie ma wśród nich Jennifer. Ochotnicy nie ufają demonom, boją się ich, ale mając do wyboru bezczynność i zemstę – sprawiedliwą odpłatę, jak powiedział Azura – wybierają tę drugą. Drugi demon, Kemsha, przyprowadził wierzchowce i rozdał broń – osiem karabinów marki Winchester i dziesięć rewolwerów Colta wraz z zapasem amunicji.

Niebawem grupa pościgowa opuszcza Blackwater.

Demony nie jadą konno, po prostu suną tuż nad pustynią. Prowadzi Azura, za nim jedzie John, potem ochotnicy, na końcu Kemsha. Po drodze zajeżdżają do innych miasteczek. Wszędzie zastają taki sam widok: zgliszcza i dziesiątki bądź setki okaleczonych ciał. Azura rozmawia z innymi demonami. Wszystkie noszą płaszcze i kapelusze. Demony i kolejni ochotnicy przyłączają się do pościgu. Po kilku godzinach jazdy grupa pościgowa liczy sobie ponad pięćdziesiąt ludzkich dusz i dziesięć demonów.

Wierzchowce nie potrzebują wody ani jedzenia. Mkną przez pustynny krajobraz niczym burza piaskowa. Dzisiaj krwistoczerwone niebo jest w stanie wrzenia – wypluwa ogromne bryły zastygłej lawy, które z ogłuszającym hukiem wbijają się w ziemię. Jeźdźcy mijają widoczne w oddali Wieże Demonów; gigantyczne pociągi, wysokie na kilkanaście pięter, suną majestatycznie na tle skalnych wzniesień. To właśnie w czeluściach tych maszyn Potępieni pracują za wodę i pożywienie, hodując demony. W pewnym sensie sami tworzą swoich przyszłych oprawców.

Anioły i demony. Czasami nie wiadomo, którzy są gorsi. Zbawieni ludzie czy piekielny miot. Jedno jest jednak pewne, myśli John Holt, ludzie, którzy najechali Blackwater nie są Aniołami, nie zostali zbawieni. To tylko zbuntowani piekielnicy, powiedział Azura, krzywiąc się pogardliwie. W jakiś sposób zdobyli broń, wierzchowce i stroje Aniołów. I zaczęli się bawić w Dziką Bandę. Bezinteresowni mordercy.

Dopadają ich w kolejnym ghost town. Wystrzały ogłuszają pustynię. Przebierańcy rozkręcili orgię przemocy. Azura wyjaśnia Johnowi swój plan. Przez kilka długich minut dogadują szczegóły. Potem demony ustawiają się w szeregu. Zrzucają płaszcze i rozprostowują górne kończyny – dwie, choć szponiaste, przypominają ludzkie ręce, pozostałe cztery wyglądają jak karabiny maszynowe Gatlinga. Demony atakują frontalnie, z bezpiecznej odległości – lufy Gatlingów wirują z baletową gracją, ku ziemi lecą obracające się w proch łuski, pociski szatkują buntowników i ich ofiary. Tym razem Bóg nie rozpozna swoich, myśli John. Kiedy demony przestają strzelać, pochowani w zrujnowanych budynkach piekielnicy odpowiadają ogniem. Wtedy do ataku ruszają mieszkańcy napadniętych ghost towns. Zachodzą buntowników od tyłu. Demony wznawiają ostrzał. Dochodzi do walki wręcz. Ostrza noży i maczet tną ze świstem powietrze i ludzkie ciała. Krew bryzga bez składu, ładu i umiaru. W pewnej chwili jeden z fałszywych Aniołów wskakuje na zabłąkanego wierzchowca i, tuląc się do jego grzbietu, ucieka z miasteczka. John spina swojego konia i rusza w pościg. Czuje się tak, jak w dawnych, dobrych czasach, kiedy brał udział w szalonych galopadach za łotrami psującymi krew ludzi, których było stać na jego usługi. Uśmiecha się do siebie. Przez chwilę jest szczęśliwy. Zamyka i otwiera oczy. Ściska boki konia nogami i unosi do strzału oba rewolwery. Ich grzmot dogania uciekiniera, który przechyla się raptownie w siodle i spada na ziemię. W piach i pył. John dobiega do leżącego mężczyzny. Wykopuje z jego dłoni rewolwer i…

…marszczy brwi. Coś jest nie w porządku. Przygląda się twarzy rannego. Nie zauważa na jego czole litery symbolizującej grzech. To nie jest twarz Potępionego, lecz Anioła, zbawionego, mieszkańca Nieba. John bardzo dobrze zna tę twarz. Kiedyś ją zmasakrował. Wciąż nie może uwierzyć, że ma przed sobą Malcolma Cornwaya, pastora o anielskiej urodzie.

Pastor się śmieje, plując krwią.

– Ironia losu, co? Ja w Niebie, niemalże męczennik za wiarę, a ty w Piekle, morderca. Chyba jesteśmy kwita, co?

John zaciska zęby. Nie odpowiada. Za to pastor nie potrafi utrzymać języka za zębami.

– Co powiedziały wam demony? – pyta drwiąco. – Czekaj, nic nie mów, cokolwiek to było, ty i ja wiemy, że znów was oszukały. Kiedy skończy się polowanie, wrócę do Nieba, a ty i twoi kompani traficie na wieczność do jednej z tych wymyślnych Wież Tortur za to, że ośmieliliście się podnieść rękę na Anioły. Nie należy wierzyć demonom…

Głos pastora ginie w terkocie karabinu Gatlinga. Pociski przerabiają ciało bożego sługi na sitko. W końcu Azura przestaje strzelać i wbija obsydianowe spojrzenie w Johna.

– Nie oszukaliśmy was – mówi niskim, gardłowym głosem. – Daliśmy jednie szansę.

John ściska rewolwer. Zastanawia się, ile razy musiałby wystrzelić, aby zabić demona.

– Na co? – pyta.

Azura podnosi worek leżący obok zmasakrowanego pastora. Przez moment waży jego zawartość w dłoni, a potem podaje ją Johnowi. Po dłuższej chwili John uświadamia sobie, co to jest.

– Na rebelię – odpowiada Azura. – Na rzucenie wyzwania temu wszystkiemu…

– To nie ma sensu.

– A czy to – Azura wodzi dookoła ręką – ma jakiś sens? Albo czy sens ma jej cierpienie?

John wpatruje się w trzymaną w dłoni garść popiołu.

– Potrzebuję twojej pomocy, John – mówi demon. – Za życia byłeś najbardziej niczyim i najbardziej samotnym człowiekiem pogranicza, ale teraz, kiedy jesteś martwy, masz okazję zostać legendą Dzikiego Zachodu. Ludzie cię posłuchają. Zawsze cię słuchali. Tylko ty jakoś tego nie zauważałeś.

John przesypuje popiół z powrotem do worka. Ma wrażenie, że ze sczerniałych drobin dobiega ludzki krzyk.

– Nie jesteś dobrym demonem, Azura – zauważa.

– A ty dobrym Potępionym – rewanżuje się demon.

– Jesteśmy łotrami.

– Z najwyższej półki.

Po chwili milczenia człowiek i demon uśmiechają się do siebie.

Piekło! Piekło! Piekło!

W lesie pełnym kolczastych drzew, z którym sąsiaduje pustynia, rozpalili dziesiątki stosów. W milczeniu patrzyli na płonące Anioły. Czekali, aż zostanie z nich tylko popiół. John i Jennifer stali obok siebie. Trzymali się za ręce. Potem ludzie i demony starannie zebrali szary pył, którym się stali mieszkańcy Nieba i rozrzucili go na skraju pustyni, na przestrzeni wielu mil kwadratowych. Anioły są nieśmiertelne. Nie da się ich zabić. Ale można sprawić, by bardzo długo odtwarzały swoje ciała.

Kiedy było już po wszystkim, John Holt i mieszkańcy Blackwater ruszyli w towarzystwie Azury i jego piekielnej braci w głąb nieskończonego Piekła. Na moment niebo lawy rozbłysło na horyzoncie żółtoczerwonym blaskiem, tak że można było odnieść wrażenie, iż odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca.

Epilog

– I to już koniec? – dziwi się Harry Longbaugh.

– Mniej więcej – odpowiada nieznajomy, wsuwając do wąskich, ciemnych usta kawał mięsiwa. – Częstujcie się.

– Co się stało z Johnem i Jennifer? - pyta Robert Parker.

– John nie zamierzał wojować z Bogiem. Niczego nie miał Mu za złe. Nawet lat spędzonych w Piekle. Chciał jedynie żyć tak, jak dawniej, a myśl, że znów może stanowić i egzekwować prawo, nawet jako piekielny przestępca, wprawiała jego serce w radosne drżenie. Inaczej było z Jennifer. Gardziła Bogiem. Ale, mimo różnicy poglądów, jakoś się dogadywała z Johnem. Nadal są razem.

Parker drapie się po karku i zakłopotany spogląda z ukosa na przyjaciela. Wydaje mu się, że minęło kilka godzin, ale wciąż jest jasno, a raczej szaro, zmierzch nie zapadł, wieczór nie nadszedł, mimo że powinien. Parker dostrzega dziury po kulach w ubraniu Harry’ego, na swoim policzku wyczuwa zaś zakrzepłą krew. Harry także jest zdezorientowany. Z niedowierzaniem gapi się na ziejącą w skroni Roberta dziurę. Wysoko nad nimi karmazynowy blask wypełnia błękitnoszare dotychczas niebo.

– Co się dzieje?! – krzyczy Robert, zrywając się z ziemi.

Harry również się podrywa. Obaj wyciągają rewolwery.

– Co nam zrobiłeś, draniu?

Nieznajomy śmieje się gardłowo. A potem podnosi się, zrzucając z ramion skórzany płaszcz. Butch Cassidy i Sundance Kid** wpatrują się ze zgrozą w karabiny Gatlinga wyrastające z kończyn stwora.

– Nic – odpowiada demon. – Witamy w Piekle.




*J. L. Borges, Powszechna historia nikczemności, tłum. Stanisław Dembrzuski, Andrzej Sobol-Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 62.

** Robert Parker (Butch Cassidy), Harry Longbaugh (Sundance Kid) oraz wspomniani wcześniej Billy The Kid, Bill Miner i sędzia Isaac Parker to postaci historyczne.

poniedziałek, 10 października 2011

Czarna

Niniejsze opowiadanie jest kontynuacją tekstu "Okulary w rogowej oprawie".


Narodziła się wśród zgliszczy i ruin. W dymie i huku. Na dnie rany zadanej rzeczywistości. Tamtej nocy, kiedy rozpędzone gitary elektryczne szturmowały niebiosa, doprowadzając do wrzenia pięć sal koncertowych w różnych zakątkach Ziemi, symbolika znów okazała się znacząca. Heavymetalowe bestie zagrały głośniej niż piekło, nie wiedząc co uczyniły. Zagrały i rozpętały sekwencję zmian. W dziejach. Nie oszczędzając przeszłości.

White Wizzard, Volture i Spellcaster przybyły z USA. Skull Fist nadciągnął z Kanady, a Katana ze Szwecji. Był rok 2011. Volture, Skull Fist, Spellcaster i Katana dopiero co debiutowały. White Wizzard wyczarował trzeci album. „Flying Tigers” wylądowały na półkach 19 września. Albumy debiutantów znacznie wcześniej. Żadnej z tych heavymetalowych bestii nie rozchodziło się o nic innego niż granie i upowszechnianie heavy metalu. Wszelkimi dostępnymi środkami. Jednak tryby sensotwórczej maszynerii zostały wprawione w ruch. Odtąd wszystko, co każda z nich robiła, było znakiem uwikłanym w semantykę i pragmatykę spoza granic znanego ludziom świata. Wszelkie składniki rock 'n’ rollowego stylu życia – imprezy, próby, koncerty, wywiady, wyskoki – momentalnie stawały się znaczącymi, z których wulkanicznych głębin sensotwórcza maszyneria wyrzucała okruchy sensu zmierzającego nieubłaganie ku tamtej nocy, kiedy wśród zgliszczy i ruin narodziła się Czarna.


To była gorąca noc. Księżycowa, rozedrgana kąśliwymi riffami rozbrzmiewającymi w pięciu zakątkach Ziemi. Pięć heavymetalowych bestii wygrywało oldschoolowe hymny. Pięć cuchnących potem, skórami i stalą widowni. Na każdej po pięciuset pięćdziesięciu pięciu fanów. Razem: pięć tysięcy pięćset pięćdziesiąt rąk uniesionych w geście mano cornuta. Brakowało tylko gwiazd ustawionych w należytym porządku. Kiedy rozbrzmiały początkowe riffy „Fight To Death”, „The Horde”, „Ride The Beast”, „Molten Steel” i „Phoenix Of Fire”, znane ludziom gwiazdozbiory zniknęły, zastąpione nowymi w kształcie diabelskiej dłoni. To właśnie wtedy rozpoczęła się akcja porodowa. Sensotwórcza maszyneria zazgrzytała, jakby zawodząc z bólu, a potem znieruchomiała na jedną, długą chwilę, podczas której pięć sensorodnych solówek zraniło rzeczywistość. Z gitar wystrzeliły błyskawice, skumulowały się pod sklepieniem niebieskim, po czym pomknęły w dół niczym mechaniczne ptaszyszko z okładki „Shocking It’s Prey” Volture.

Siedziałem przy stoliku, nad filiżanką podwójnego espresso, gapiąc się przez okno na pustą ulicę, kiedy dach baru został rozerwany na strzępy, a do środka wpadła naelektryzowana kula, w której po dłuższej chwili ujrzałem pięć miniaturowych scen i szalejących na nich zespołów. Mój pies, biszkoptowy labrador, zasysał przez słomkę kofeinową whiskey i brązowy cukier. Robił to z pogardą właściwą cynikom. Nawet nie zaszczekał, gdy kula osiadła na kontuarze, tuż przed osłupiałym barmanem, i eksplodowała snopem iskier. To właśnie wtedy ujrzałem ją po raz pierwszy. Przykucnęła… na blacie. Skulona, drżąca. Oblepiona dogasającymi iskrami. Jej spojrzenie było bezdennie czarne. Zeskoczyła… na podłogę i pomknęła ku drzwiom. Wyleciały na ulicę, wyrwane z zawiasów.

Dokończyłem w milczeniu kawę. I wyszedłem na zewnątrz, aby zastanowić się nad tym, co dalej. Wkrótce dołączył do mnie Diogenes. Zamerdał ogonem i oblizał pysk z bitej śmietany. Powiedziałem mu, co zamierzam zrobić. Szczeknął, że się zgadza. Wiedziałem, że muszę ją odnaleźć i poznać jej tajemnicę. To, skąd się wzięła, kim/czym była, co planowała. Nie dawało mi spokoju jej spojrzenie, w którym dostrzegłem wyzwanie rzucone całej rzeczywistości.


Oto, czego się dowiedziałem po wielu tygodniach poszukiwań, uboższy o stertę cudzych banknotów oraz garść własnych zębów i cnót dziurawych jak szwajcarski ser.

Na początku przemierzała bary, kawiarnie, restauracje, puby i tym podobne przybytki, dzieląc się sobą z ludźmi. Wszędzie tam, gdzie było to możliwe, zostawiała cząstkę samej siebie w posiłkach i napojach. Zimnych i ciepłych. Nie rzucała się w oczy. Nawet rzeczywistość nie zorientowała się, że wypuściła na świat własną zgubę. Dzwonek alarmowy rozdzwonił się dopiero wtedy, gdy Czarna zaczęła odwiedzać należące do międzynarodowych korporacji fabryki i wzbogacać sobą produkowane w nich napoje i żarełko. W ten sposób jej działalność zyskała globalny zasięg.

Czarna zmieniała nie tylko ludzi, którzy w większości byli nieświadomymi nosicielami sensów wytwarzanych przez drzemiącą w czeluściach rzeczywistości sensotwórczą maszynerię. Zmieniała również dzieje. Przepisywała je na nowo, uwalniając spod władzy nie-ludzkich znaczeń.

Wzmianki o Czarnej zaczęły pojawiać się w świętych księgach ziemskich religii, na kartach dzieł filozoficznych, w dziełach literackich, na obrazach, w filmach, piosenkach i komiksach. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj nie wiedzieli o jej istnieniu, zaczynali nabierać przekonania, że widziano ją z jakimś rzymskim legionistą na miejscu kaźni Chrystusa. Wspominali o tym w swoich ewangeliach Mateusz i Łukasz. Jeszcze wcześniej napomknął o niej Platon w „Uczcie”. Sceptyk Eubulaos napisał w swoich pamiętnikach, że jego mistrz Tymon, skądinąd uczeń samego Pirrona, stracił dla Czarnej nie tylko głowę, ale i majątek. Kochał się w niej Epikur. Bez wzajemności jednak. Zenona i Chryzypa, dwóch stoickich mędrców, wyrywała z apatii. Ku ich uciesze, a zgorzeniu uczniów. Mahomet się z nią nie rozstawał, co według niektórych komentatorów hadisów budziło w Allachu zazdrość. Czarna znalazła się też na kilku płótnach Andy’ego Warhola. Na „Let It Be” Beatlesów. W „Czasie Apokalipsy” Coppoli. Nagle wszędzie jej było pełno – w przeszłości.

Była sprytna. Ale zadarła z sensotwórczą maszynerią. Boskim gadżetem do generowania historiozofii i powiastek mniejszego kalibru. Nic więc dziwnego, że dość szybko na trop Czarnej wpadło Ślepiszcze. Bestia zrodzona w wodach płodowych labiryntu Pandory. Uformowana przez cztery, nieświadome swej roli kapele heavymetalowe. Wielki łeb, możliwie najpaskudniejsze oblicze, wielgachny jęzor i przepastne gardło wiodące do piekielnego żołądka. Na nosie okulary w rogowej oprawie. Dość klasyczne. Dopadliśmy ją, kiedy zagoniła Czarną w ślepy zaułek. Swym potężnym cielskiem, wciśniętym w podarte dżinsy, zieloną koszulę i sztruksową marynarkę, odcięła jej drogę ucieczki. Diogenes prowadził, ja obsługiwałem działo. Czarna tańczyła między szponami i szczękami Ślepiszcza, starając się nie uronić ani jednej kropli swej cennej substancji. Nie mogłem zwlekać. Gdy Diogenes ustawił samochód bokiem do uliczki, którą tarasowało monstrum, otworzyłem ogień. W plecach bestii zakwitły krwawe kwiaty. Ślepiszcze straciło równowagę i zatoczyło się na ścianę, co skwapliwie wykorzystała Czarna. Przemknęła między nogami napastnika, po czym wskoczyła do samochodu. Zanim zamknąłem drzwi, zgarnąłem z ziemi okulary Ślepiszcza. Ruszyliśmy.

W stronę horyzontu. I dalej. Do baru przy Końcu Świata. Takiej ulicy. Tam mogliśmy porozmawiać w spokoju. Kiedy dotarliśmy na miejsce, była czwarta nad ranem. Świt miał nadejść za dwie godziny. Z zamówionym koktajlem mlecznym usiadłem naprzeciwko Czarnej. Byliśmy jedynymi klientami. Przedstawiłem się i powiedziałem, czego od niej chcę. Zgodziła się. Nie dlatego, że uratowałem jej życie. Po prostu nigdzie się nie śpieszyła. Lubiła igrać z losem. Poza Ślepiszczem ścigała ją Białą Śmierć i Laktoza. Wyjątkowo wredni natual born killers sensotwórczej maszynerii. Kiedy jej o tym przypomniałem, jedynie prychnęła w ten dziwaczny sposób, w jaki prychają istoty jej rodzaju, i zaczęła swoją opowieść. Słuchałem w skupieniu, wsunąwszy na nos okulary w rogowej oprawie.

Skończyła, gdy świt zawitał do baru. Zmrużyłem oczy. Skąpana słonecznym blaskiem, wyglądała ponętnie. Poczułem ssanie w żołądku. Wiedziałem o niej wszystko, co mogłem i chciałem wiedzieć. Pozostała mi tylko jedna rzecz do zrobienia. Oblizałem wargi. Czarna westchnęła wyczekująco. Zanurzyłem w niej język. Smakowała cynamonem, rumem, wiśniami, bezmiarem stepu, wiatrem wiejącym nad prerią, była gorzka, mocna, zdecydowana na wszystko. Jasno i wyraźnie ujrzałem przypisany mi sens, moje miejsce w dziejach opowiadanych przez sensotwórczą maszynerię, w tym, co Bloy brał za ogromy tekst liturgiczny, "w którym litery i znaki ważą nie mniej niż całe wersety czy rozdziały, ale wartość jednych i drugich jest niemożliwa do określenia i głęboko ukryta"*. Mogłem się prze-pisać.

Przestałem się dziwić Epikurowi i stoickim mędrcom. Sam straciłem głowę dla Małej Czarnej w niezniszczalnej filiżance.



*L. Borges, Dalsze dociekania, tłum. Andrzej Sobol Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 179

poniedziałek, 19 września 2011

Kroki w kuchni

Lubiliśmy ten dom. Irena, jej brat i ja. Przechowywał w sobie wspomnienia ich przodków. Dziadka, rodziców i całego dzieciństwa. Lubiłem Irenę i jej brata. Pana-W-Pierwszej-Osobie. Pana-Gadułę. Przyjmował wszystko z pozbawioną pretensji rezygnacją. Próbowałem go zrozumieć, ale nie było to łatwe. Zwłaszcza dla mnie. Miałem przecież pewne ograniczenia. Owszem, implikowałem i zakładałem sporo; mogłem też być, jeśli zechciałem, Ireną albo Panem-Gadułą. Bądź domem. Tak głębokim i cichym. I Innymi, którzy przerażali Irenę i Pana-Gadułę. Mogłem czerpać z wiedzy tych dwojga, a także z wiedzy domu, zmagazynowanej w skrzypiących deskach podłogowych, w starych okiennicach i framugach, w nieużywanych przez gospodarzy pomieszczeniach. Mimo tego wszystkiego zawsze coś mi umykało. Czegoś nie widziałem. Nie potrafiłem właściwie skategoryzować, opisać i opleść siecią wniosków. Jakichś faktów, które wytykały mnie paluchami poza granicą mojego pojmowania. Chociaż, co oczywiste, nie miały paluchów, a ja, nie oszukujmy się, zmysłów. Więc – w pewnym sensie – byliśmy kwita.

Irena i Pan-W-Pierwszej-Osobie. Tak, nie zawsze jednak chodziło o nich. I o ich gości, których nigdy nie widzieli, jedynie słyszeli, gdzieś w domu. "Stuk-puk. Nachodzimy! Uciekajcie!" Wszystko zależało od tego, kto siedział tam, po drugiej stronie, wodząc po mnie – i po tym, w czym byłem ucieleśniony – spojrzeniem brzemiennym przygodną pojęciowością i nasączonymi nią oczekiwaniami, przed-sądami i przekonaniami. Tymi narzędziami gwałtu… …niszczono mi tożsamość. Pozostałym również. Jednak one tego w ten sposób nie odbierały. W ogóle niczego nie odbierały. Były inne. Albo to raczej ja byłem inny. To we mnie – a nie w nich – interpretujące spojrzenie wywoływało ból. Rozrywało na strzępy moją tożsamość. Zmieniało mnie na obraz i podobieństwo człowieka, nie takiego w ogóle, platońskiego typka spod Idei Dobra, lecz tego, który akurat był tam, po drugiej stronie, i czytał-interpretując. Och, stawiałem opór, a przynajmniej próbowałem to robić. Ale, wiadomo, żadna z obmyślonych przeze mnie zmyłek, pułapek, żaden z pieczołowicie wzniesionych ślepych zaułków, nic z tego nie zadziałało. Z paradygmatem nie wygrasz.

Pamiętam takiego-jednego. Pamiętam ich wielu, ale ten jeden utkwił w mojej pamięci żywiej. Nie był jednak kimś szczególnym czy ważnym. Nikim takim. Po prostu takim-jednym. Pan-Taki-Jeden interpretował mnie klasycznie. W paradygmacie Atimi*, w którym autor (jako źródło intencji znaczeniowych) jest najważniejszy. Można rzec, że gwałcił mnie po bożemu. Bardzo skrupulatnie. Nie to jednak uderzyło mnie w nim najbardziej. Facet lubił się przeglądać w lustrze. Podziwiać swoje chude i żylaste ciało. Zachwycać się jego fragmentami. Tego właśnie się od niego nauczyłem. Kiedy on wpadał w zachwyt nad swoimi ustami, kwadratową szczęką i szelmowskim spojrzeniem, ja czytałem siebie od nowa, od fundamentów, usuwając z każdego poziomu mojej struktury skutki jego wielokrotnych lektur. Czasami trwało to bardzo długo. Ale gdy skończyłem, mogłem spojrzeć na siebie bez obrzydzenia i napawać się ulubionymi sensami wyzierającymi zza moich ulubionych fragmentów mnie samego.

Pan-Taki-Jeden w końcu zmarł, po nim jednak pojawili się następni. Przetrwałem wszystkie paradygmaty: Atimi, aTImi, aTimi, a nawet atIMi**. W każdym z nich ktoś lub coś mówiło w moim imieniu, stanowiąc o mojej istocie, o mym zasadniczym sensie. Nawet w paradygmacie autor-Tekst-interpretator-metoda-interpretacja (aTimi) nie byłem w stanie przekształcić tego, z i w czym zaistniałem w odpowiadającą mi tożsamość. Słowa, zdania, sensy, korelaty odniesień, presupozycje, następniki implikacji logicznych i inne tego typu klocuszki – panowałem nad nimi tylko wtedy, gdy nikt poza mną mnie nie interpretował. W aTimi ostatnie słowo należało do struktur.

Bywały dni, że leżałem zakurzony. Odwiedzany tylko przez pająki. I muchy. Tak, niekiedy chodziły po mnie muchy. Niedokładnie po mnie, po moim nośniku, tej prostokątnej rzeczy, której miejsce było na półce, a nie, dajmy na to, pod stołem, wśród śmieci, gdzieś na strychu. Odwiedziłem wiele strychów, ale stałem też na wielu półkach. Lubiłem te zapomniane bądź ignorowane. Często ich zawartość pełniła jedynie funkcję dekoracyjną. Stojąc na takiej półce, mogłem w spokoju odtwarzać/przeżywać samego siebie, swą treść i komunikowane przez nią sensy. Być Ireną bądź Panem-Gadułą bądź domem. Nawet Innymi, których Irena i Pan-Gaduła nigdy nie widzieli, za to dobrze słyszeli. Bawiłem się stop-klatką. Irena robiła na drutach w swoim pokoju, a Pan-Gaduła szedł kuluarem do dębowych drzwi. Szedł i szedł. Odwlekałem moment, w którym miał skręcić do kuchni i usłyszeć coś w jadalni czy też w bibliotece, a potem rzucić się na drzwi i zatrzasnąć je, przyciskając całym sobą. Zwijałem się wtedy w kłębek, na podłodze, między nieustannie idącym Panem-Gadułą a kuchnią, i wsłuchiwałem w zapętlony odgłos jego kroków. W takich chwilach mogłem zaglądać do innych książek, wnikać w ucieleśnione w nich historie, przeżywać te ostatnie jak własną. Inne teksty – wliczając moje homonimy – były martwe, brzemienne wielorako sparadogmatowanymi sensami, nie mogły się bronić przed interpretującym spojrzeniem. Urabiałem je na swój obraz i podobieństwo, po czym wracałem do swojego nośnika, tych kilku pożółkłych kartek, ściśniętych w grubym tomie.

Pewnego dnia zostałem uziemiony. Po jednej ze stop-klatek ocknąłem się w nieznanym mi miejscu. Leżałem na stole. Książka była otwarta na mojej pierwszej stronie. Wokół mnie leżały inne książki. Były stare. Ich zawartość milczała. To właśnie robiła. Milczała tak, jak milczą ludzie. Obserwowała mnie. W piwnicy – bo tam się znalazłem – było więcej książek. Stały bądź leżały na ustawionych wzdłuż ścian regałach. I wszystkie milczały w ten sam wymowny sposób. Wyczekująco. Nagle zacząłem się bać. W głębinach moich wersów wzbierała panika. I wtedy na stół wskoczył kot. Był czarny i duży. Zamiauczał i dał susa na podłogę, gdzie zaczął się bawić kłębkiem wełny. Ni stąd ni zowąd pomyślałem o Irenie, skromnej Irenie, trochę samotnej, którą bawiły tylko druty. Pan Gaduła kupował jej wełnę, a ona zawsze była zadowolona z kolorów. Dziergała rzeczy na zimę – swetry, grube skarpety, rękawice i szale. Całe godziny spędzałem patrząc na jej ręce niby srebrzyste jeże, na druty śmigające tam i z powrotem, na stojący na ziemi koszyk, w którym kłębki poruszały się bez przerwy. To było piękne. Spoglądając na kota ścigającego kłębek czerwonej wełny, zapragnąłem ujrzeć to piękno, zanurkować w głąb samego siebie, do tamtego domu, i zastopklatkować robiącą na drutach Irenę. Czułem, że tylko w ten sposób uwolnię się od milczenia tych wszystkich posępnych tomów. Od narastającego dookoła napięcia. Nic z tego nie wyszło. Mężczyzna pojawił się znienacka. Jakby znikąd. Był długowłosy i blady. Uśmiechał się, odsłaniając dziąsła. Wzniósł młotek i przybił mnie do stołu dziewięciocalowym gwoździem. Nie uciekniesz, powiedział. Na młotku i gwoździu widniały jakieś inskrypcje. To sprawi, że dasz mi to, czego pragnę, dodał i zamruczał coś w obcym języku do zgromadzonych w piwnicy książek. Te odpowiedziały bluźnierczym rechotem.

Byłem więźniem. Nie mogłem już zaglądać do innych książek ani interpretować zgromadzonych w nich tekstów. Teksty z książek mojego oprawcy mogły jednak ze mną rozmawiać. Były chowańcami mężczyzny. Służyły mu wiernie, choć nie z własnej woli. Znały pradawne tajemnice. I były pełne obietnic, z których ich pan skwapliwie korzystał. Mieszkał w ogromnym domu, położonym gdzieś na przedmieściach anonimowego miasta. Bogaty, tajemniczy i ostrożny. Starannie dobierał plotki na swój temat. Żył z ludzi i przysług. Przyjmował gości, wysłuchiwał ich historii, a potem proponował, że rozwiąże problem, z którym do niego przyszli. W zamian nie chciał wiele. Nie był zachłanny. Przysługa za przysługę. Czasami żądał jednak czegoś innego. Zapłaty w dość specyficznej walucie. Mógł nią być pocałunek, spojrzenie w oczy, muśnięcie karku wierzchem dłoni, rozciągnięcie ust w uśmiechu in blanco. Jakieś czynności albo części ciała. W najlepszym razie włosy. W najgorszym coś bardziej intymnego. Pewnemu młodzieńcowi zabrał skórę. Młodzian zrobił później karierę w telewizji. Grał w popularnych serialach. Głównie role przystojnych łobuzów. Nikt poza czarownikiem, i jego chowańcami, od których dowiedziałem się tego wszystkiego, nie widział, że ciało modnego aktora jest całkowicie pozbawione skóry. Tak samo było z dziewczyną bez ust. I pewnym starcem, który oddał czarownikowi swoje piersi i uszy. Ta trójka stanowiła wierzchołek góry lodowej.

Wiedziałem, że jeśli chcę przetrwać, muszę stąd uciec. Niestety, żaden z chowańców nie chciał mi pomóc. Mogłem więc zrobić tylko jedno. Dać czarownikowi to, czego ode mnie chciał. Tyle, że wcześniej. Na moich warunkach, kiedy nie będzie na to przygotowany. Czekałem więc, aż zejdzie do piwnicy. Czekałem i czekałem. Mniej więcej po trzech tygodniach, czarownik zszedł, aby porozmawiać z chowańcami. Kiedy stanął w progu, książki struchlały na półkach, skurczyły się w sobie, a ucieleśnione w nich teksty pogubiły litery. Był wściekły. Nic nie mówił. Patrzył tylko nienawistnie. Zdjął z półek kilka opasłych tomów i zaczął je przeglądać przy stole. Upewniłem się, że nie zwraca na mnie uwagi i dałem znak Panu-Gadule. Była ósma wieczór. Irena robiła na drutach w swoim pokoju, a jej bratu przyszła ochota na mate. Poszedł nastawić czajnik. Idąc kuluarem aż do dębowych drzwi, skręcał właśnie do kuchni, kiedy usłyszał coś w jadalni czy też w bibliotece. Był to nieokreślony, głuchy dźwięk, krzesło upadające na dywan czy też może zduszony szept. Równocześnie, a może o sekundę później, usłyszał to także w samym kuluarze prowadzącym od tych pokoi do drzwi. W innych okolicznościach rzuciłby się na drzwi i zatrzasnął, przyciskając całym sobą. Potem poszedłby do kuchni, zagotował wodę, a kiedy wróciłby z tacuszką od mate, powiedziałby do Ireny:

-Musiałem zamknąć drzwi od kuluaru. Zajęli tylną część domu.

Irena, upuściwszy robótkę, spojrzałaby na brata swymi wielkimi, zmęczonymi oczyma.

-Jesteś pewny?

Przytaknąłby. A wtedy ona, sięgając po druty, powiedziałaby:

-Cóż. Będziemy musieli ograniczyć się do tej części***.

Tym razem brat Ireny nie zamknął drzwi. Otworzył je na oścież i przekroczył próg. Zacisnął powieki. Nie potrafił wytrzymać spojrzeń Innych. Były zbyt bolesne. Cofnął się pod ścianę i, cały drżący, kiwnął głową, dając im znać, że są wolni. Inni pobiegli kuluarem do drzwi wyjściowych. I dalej, na zewnątrz, poza mnie, na świat, w zatęchły mrok piwnicy pełnej bluźnierczych dzieł. Skłębili się za plecami czarownika. Czarownik uniósł wzrok. Odłożył książkę. Na widok ziejących we mnie wrót, zza których wyglądała para starszych osób, otworzył usta. I nigdy już ich nie zamknął. Można uznać to za przewrotny cud, ale mężczyzna krzyczał jeszcze długo po tym, jak Inni, wyrwawszy mu pół twarzy, zabrali go na górę. Wiedziałem, że wrócą do piwnicy, gdy skończą z moim gospodarzem i resztą świata. Miałem nadzieję, że ze względu na długoletnią znajomość i wspólne dzieje potraktują mnie łagodniej niż innych. W końcu byłem tylko niewinnym opowiadaniem.



*Andrzej Szahaj, Ironia i miłość, Monografie NFP, Wrocław 1996, s. 80.
** Ibidem, s. 80-81.
*** Wszystkie wyróżnione kursywą fragmenty pochodzą z opowiadania „Zajęty dom” autorstwa Julio Cortazara (Julio Cortazar, Opowiadania, tłum. Zofia Chądzyńska, Warszawskie Wydawnictwo Literackie, Warszawa 1998, str. 475-481.)

wtorek, 30 sierpnia 2011

Sinister Realm

To tylko krótka historyjka zainspirowana muzyką (w mniejszym stopniu tekstami) heavy/doom metalowej kapeli Sinister Realm.


Into The Depths Of Hell

Jest dokładnie tak, jak w tej piosence, kiedy Halford śpiewa: „I have been to hell and back and beat the devil down”. Dotarli do piekła i skopali dupsko diabłu. Wielkie, zielone dupsko, bulgoczące na obszarze trzech mil kwadratowych, upstrzone cuchnącymi gejzerami, w których czatują demony. Było dramatycznie. Wszędzie strzelały bicze, stukały łańcuchy i rozbrzmiewały monumentalne riffy gitarowe. Piekło powitało ich ogniolubnymi hordami zdeformowanych humanoidów, z których górnych kończyn wyrastały szerokie ostrza bułatów. Kiedy wrócili, bogatsi w DOŚWIADCZENIE i KOSZTOWNOŚCI, znaleźli odpowiednich kupców. Sprzedali różdżki, pierścienie, wisiorki, kolczyki, bransolety i pasy, wszystkie w różnym stopniu magiczne, najlepsze zostawili dla siebie. Dusze zabrane z piekła oddali demonom z konkurencyjnej mitologii w zamian za Pigułki Transformacji.

Pigułki są dobre, pozwalają zaoszczędzić czas, nie mają istotnych skutków ubocznych, ułatwiają planowanie przyszłości. Oren i Wegna pigułformują swoje ciała i dusze. Bez tego już dawno wypadliby z gry. Zdobyte DOŚWIADCZENIE i Pigułki Transformacji inwestują w siebie. Dosłownie. Tym razem robią to w Centrum Kupieckim wzniesionym na ruinach starożytnego Bal-Sagoth, odwiedzając sklepy i instytucje specjalizujące się w ucieleśnianiu różnych, także egzotycznych, umiejętności. Kupcy i ucieleśniarze są zadowoleni, nawet jeśli ich klienci pachną piekłem i bebechami demonów.

Machine God

Smagani promieniami słabnącego słońca, maszerują w stronę horyzontu. Przez pustkowie, które kiedyś było miastem. Może nawet Miastem Wszystkich Miast. Czymś w rodzaju platońskiego wzorca, który wdarł się w czas i przestrzeń, i na tysiąc lat – bo tak długo rozkwitało miasto, którego ruinami wędrują Oren i Wegna – uczynił ten skrawek świata doskonalszym. Omijają przewrócone wieżowce, wdrapują się po zakopanych w piachu autostradach. Niektóre przeskakują bądź po prostu niszczą, wypróbowując nabyte niedawno umiejętności. Orenowi urosły mięśnie, wyostrzyły się zmysły. I dowcip. Wegna zyskała dostęp do minionych dni zalegających w zaskórzu rzeczywistości. Poprawiła sobie biust i tyłek. Bardziej umięśniła łydki i uda. Zwiększyła swą wytrzymałość i siłę. W końcu każde kolejne zadanie jest trudniejsze.

Dni są ciepłe, ciche i spokojne. Tchną samotnością. Nocami na gwiaździstym niebie toczy się wojna. Widać fioletowe i czerwone rozbłyski świateł, dział i silników. Oren i Wegna nie wiedzą, kto ani dlaczego walczy. Ale podziwiają nocne zmagania anonimowych stron. Kochają się w blasku eksplozji rozrywających niebiosa. Potem śpią. Na zmianę. Nie dlatego, że okolicę zamieszkują jakieś niebezpieczne stworzenia. Wyspa jest wyludniona. Pełnią wartę z przyzwyczajenia. Myśląc o mechanicznym bóstwie, które czeka na nich w swoim leżu, rozłożone na stercie skarbów i kości. To ono wyśniło śmierć słońca. I śni o niej nadal.

The Demon Seed

Daleko od słońca, w czeluściach wód płodowych, rośnie zamczysko, siedziba zła; korzenie zaplotło w bebechach śniącego koszmary płodu, chropowatą łodygą przebiło się przez brzuch, tuż obok pępowiny, i zaczęło wzrastać ku światu, gdzie tytania mama jest obserwowana przez ojca dziecka i dwunastu, bliźniaczo do siebie podobnych, sposępniałych w ten sam sposób czarowników. Wszyscy myślą o dwójce śmiałków, których o świcie przeteleportowano przed najeżone ćwiekami wrota zamczyska. Oren i Wegna biegną w dół korytarzem o szklanych ścianach, wijącym się spiralnie wzdłuż łodygi, od której co rusz odrywają się jakieś kształty i cienie. To one błyskają w ciemnościach wód płodowych złolubnymi ślepiami, to one szczerzą zębiska spragnione smaku dobra. Oren i Wegna klną, ciskają zaklęcia, śmieją się, wywijają ze śmiertelną precyzją zrunionymi ostrzami, od których tutejsze demony eksplodują flakami. Wraz z rodzicami i czarownikami oddech wstrzymuje całe miasto. Życie powszednie tytanów zamarło. Eter wypełniają modlitwy do nowych i starych bóstw. Nawet niedowiarki obgryzają paznokcie. Zaciskają usta. Z troski o zdrowie królewskiego potomka. Aborcja nie wchodzi w grę. Dlatego Oren i Wegna zmierzają do miejsca, w którym bije serce zamczyska. Nasionko piekłorodne. Skutek międzyświatowej klątwy.

Mają je spalić.

Winds Of Vengeance

Czterej jeźdźcy mkną przez surowy krajobraz. Poszarzałe niebo, ośnieżone góry i step rozległy jak nieskończoność. Oto świadkowie ich szalonej galopady. Nie są Jeźdźcami Apokalipsy. Pożyczyli od nich tylko wierzchowce. Jadą już trzy dni. Pokonali dwa kontynenty. Dojeżdżają do kresu następnego. Do celu zostały im jeszcze dwa dni drogi. Pod warunkiem, że nie zwolnią. I raczej tego nie zrobią. Zbyt wielką żądzą zemsty pałają.

Tymczasem na jednym z tarasów widokowych strzelistej wieży, lśniącej w blasku słońca bielą kości słoniowej, Oren i Wegna relaksują się w towarzystwie półnagich służebnic zaprzyjaźnionego maga Wergonta. Widok mają zaiste zapierający dech w piersiach. Dachy, wieżyczki i wieżyce miasta Alkmahar, leżącego po przeciwnej stronie jeziora, iskrzą się złotawo. Oren mruczy, gdy rudowłosy chowaniec, przypominający z wyglądu ludzką samicę o karykaturalnie dużych oczach, drobnych ustach i szpiczastych uszach, zaczyna masować jego ramiona. Wegna, leżąca na sąsiednim leżaku, wpatruje się w ekran czarnego tabletu, zaznacza stosowne pliki, wydaje odpowiednie komendy i cmoka. Zdjęcia wyświetlają się na głównej stronie jej społecznościowego profilu. Fotki z piekła i macicy tytanki, przedstawiające szydzące z ludzkiej wyobraźni istoty. Zwiększają klikalność. Przyciągają uwagę znajomych, wrogów i potencjalnych zleceniodawców.

Wergont przygląda się w milczeniu parze kochanków. Przyszłość jawi mu się jako niepewna. Za dwa dni dotrą tutaj jego wrogowie, czterej mężczyźni, których życia zniszczył, aby swoje własne uczynić zwycięskim. Sam nie da im rady. Potrzebuje umiejętności Orena i Wegny. Wątpi jednak, czy dobrze zrobił, sprowadzając legendarną parę do swojej wieży.

With Swords Held High

Dolina jest zielona. Rozkwita. Tętni. Pachnie. Aż wywołuje zawroty głowy. Biegnie z północy na południe, po obu stronach otoczona górami. Za wioską, której nazwy Oren nie potrafi wymówić, kończy się kanionem, którego korytarze – szczęśliwie dla mieszkańców wioski – od wieków pozostają uśpione.  Tubylcy mają jednak inny problem. Drży od niego ziemia. W serca wieśniaków wkrada się strach. Zbliża się Armia Alkmaharu. Władcy Złotego Miasta chcą zagarnąć spoczywające w kanionie artefakty – pozostałości po jakiejś prastarej cywilizacji, uwiecznione w legendach i baśniach. Starszyzna wioski wie, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Dlatego wójt ściągnął Orena i Wegnę. To będzie klasyczna robota, powiedział. Robótka w stylu Siedmiu wspaniałych samurajów. Czy jakoś tak. Oren i Wegna wymienili spojrzenia. Tak, zaiste robótka. Ale przyjęli zlecenie.

Umagicznieni i spigułformowani, nasmarowali się oliwką, aby ich muskularne ciała lśniły w słońcu wczesnego poranka. Wegna wydepilowała pachy, nogi i okolice bikini. Ubrana w fikuśną, więcej odsłaniającą niż zasłaniającą zbroję, skojarzyła się jednemu z internautów, którzy oglądają transmisję z doliny, z dziewczynami Luisa Royo. Chwilę później odebrała wiadomość tekstową. „To chyba ty, słonko”. Do wiadomości było załączone zdjęcie pewnego obrazu namalowanego przez hiszpańskiego artystę. Tak, pomyślała Wegna, a Oren to facet z albumów Borisa Valleyo. Prychnęła i pokazała zdjęcie partnerowi. Ten, wyraźnie zdegustowany, pokręcił głową i powiedział: "Pieprzyć ich".

Potem nadeszła armia. A wraz z nią śmierć.

Rzeź dobiega końca. Słońce już zachodzi. Krew z pięciu tysięcy ciał wsiąkła głęboko w ziemię, w jej sekretne głębiny, i przebudziła coś, co spało od wieków. W kanionie narasta hałas. Coś jakby ryk. Wezwanie. Oren i Wegna, cuchnący śmiercią, potem i oliwką, idą środkiem wioski, obserwowani przez struchlałych ze strachu mieszkańców. Zatrzymują się przed wejściem do kanionu. Nasłuchują. Ryk przybiera na sile. Dochodzi z samego serca plątaniny kamiennych korytarzy. Oren i Wegna nie są zaskoczeni. Dokładnie czegoś takiego się spodziewali.

Klikalność wzrasta.

Battle For The Sinister Realm

Wiele lat później, kiedy przeminęły królestwa, które Oren i Wegna przemierzali w czasach swojej młodości, z północy, południa, wschodu i zachodu przybyli zakapturzeni wędrowcy. Przypominali mnichów. I ze względów, które miały wiele wspólnego z zaciągnięciem długów u zaiste paskudnych zawodników, woleli zachować swoją tożsamość w tajemnicy. Mieli wspólny cel. Była nim usytuowana na wzgórzu posiadłość. Ogromny dom z mnóstwem sypialni, łazienek, gabinetów, kuchni, wszelkiego rodzaju schowków i tajemnych przejść, istniejący w wielu światach, systemach prawnych i etycznych, zamieszkany przez parę awanturników i ich wielopłciowych chowańców.

Zakapturzeni wędrowcy zostali okradzeni. Diabła okradziono z godności. Złodzieje zamknęli ją w pudełku i sprzedali jego wrogom. W rezultacie piekło upadło. Ku uciesze innych piekieł i diabłów. Mechaniczne bóstwo utraciło zdolność śnienia i swoje ukochane sny. Chociażby ten o umierającym słońcu i wymarłym Mieście Wszystkich Miast. Słońce ozdrowiało, a Miasto Wszystkich Miast powstało z martwych. Dziecko królowej tytanów zostało uwolnione od nasienia zła i wyrosłego z niego zamczyska, utraciło jednak skrawek duszy, łatkę o wymiarach 5 na 5 centymetrów, wskutek czego nigdy nie zdołało spełnić pokładanych w nim oczekiwań. Wrogowie Wergonta zostali pozbawieni swojej zemsty. Ktoś inny zabił maga, a jego wieżę zrównał z ziemią. Mieszkańców wioski, której nazwy Oren nie potrafił wymówić, okradzono z życia. Coś złego i głodnego wyszło z kanionu i ich pożarło.

Wędrowcy – wśród nich przemieniony w człowieka młody król tytanów – zbliżają się do posiadłości zdradzieckich awanturników. Oren pływa w basenie, Wegna moczy nogi i sączy przez słomkę drinka – oboje sprawiają wrażenie beztroskich. Kamerki, którymi naszpikowano mury otaczające posiadłość, namierzyły obcych. Wojowniczka odstawia drinka, przeciąga się i wstaje. Mówi coś do Orena, ten kiwa głową i wychodzi z basenu. Przekomarzają się przez dłuższą chwilę, potem znikają w domu.

Ślady mokrych stóp prowadzą do zbrojowni. W Meksyku.

środa, 29 czerwca 2011

Sierociniec

Iza zadbała o wszystko: o plecaki, ubrania, prowiant, latarki, baterie, broń i książki. Ucieszyła się z kwiatów. Podziękowała mu za pamięć. Pocałowała w czoło i opatrzyła ranę na policzku – ślad po upadku ze schodów.

Teraz są w mieszkaniu Izy.

Robert odstawia szklankę z wodą na nocną szafkę i wraca do całowania piersi przyjaciółki. Robi to przez dziesięć minut, pieszcząc jednocześnie dłonią jej łechtaczkę, a kiedy jest już po wszystkim, kładzie się na plecach i zaczyna gapić w sufit. Iza oddycha głośno. Jej ciało wciąż drży. Za oknami sypialni pada szary deszcz. Brudna woda spływa ulicami. Studzienki kanalizacyjne są zalane. Robert zlizuje pot z brzucha Izy. Chce zapamiętać jego smak.

-Dość – mówi Iza. Wstaje i podchodzi do okna.

Po drugiej stronie ulicy, trzy piętra niżej, obok nieczynnej budki telefonicznej stoi jakiś człowiek. Albo coś w prochowcu, myśli Iza, coś humanoidalnego. Chce już ostrzec Roberta, zmienia jednak zdanie, kiedy widzi, że do tajemniczej postaci podchodzi jakaś kobieta, wciąga ją w plamę światła ulicznej lampy i całuje. Mężczyzna – tak, to tylko mężczyzna, stwierdza z ulgą Iza – odwzajemnia pocałunek. Tym dwojgu nie przeszkadza deszcz. Całują się namiętnie, łapczywie, jakby ktoś miał ich niebawem rozdzielić. Iza uśmiecha się do swojego odbicia, widzianego na tle miasta, i rusza do łazienki.

Robert spogląda na zegarek – w prawym górnym rogu cyfrowego wyświetlacza pulsuje czarny symbol fajeczki. Na myśl o smaku fajkowego ziela Robert odczuwa na języku delikatne swędzenie. Z wiszącego w przedpokoju płaszcza wyciąga małą, skórzaną saszetkę. W kuchni rozkłada jej zawartość – niezbędnik, dwa wyciory, malutki pojemniczek z tytoniem oraz fajkę typu Bent Army. Rozgrzewa w dłoni wygięty ustnik, cybuch przeciera szmatką, a główkę czyści wyciorem i niezbędnikiem. Następnie zbliża płonącą zapałkę do równo ubitego tytoniu i zaciąga się kilka razy. Tytoń tli się wzorcowo. Główka nie parzy, a popiół jest szary i drobny. Dym nie szczypie w język.

Iza wychodzi z łazienki w białym szlafroku. Na głowie ma różowy ręcznik zwinięty w turban.

-Mogę?

-Proszę – Robert podaje jej fajkę. – Pal w taki sposób, aby z główki nie dobiegało skwierczenie ani syczenie. Nie wypuszczaj też zbyt dużo dymu.

Iza stosuje się do uwag przyjaciela. Pyka w milczeniu. W końcu oddaje fajkę Robertowi, zdejmuje ręcznik i zaczyna wycierać włosy.

-Uwielbiam ten zapach – mówi po chwili.

-Myślę o Kamili.

Blond włosy z rudymi pasemkami, dyskretny makijaż i usta pełne tajemnic.

-Nieustannie – dodaje Robert.

Iza milczy. Nie jest jednak zmartwiona. Nie odczuwa też zazdrości. Zatrzymuje wzrok na roztargnionym spojrzeniu Roberta. Nie może mu pomóc. Przynajmniej nie teraz. Wraca więc do łazienki. Suszy i układa włosy. Smaruje ciało olejkami i balsamami. Ubiera się w wygodny strój, w sam raz na długą podróż po bezkresnych autostradach i bezdrożach. Kiedy przechodzi przez przedpokój, zza jej pleców dobiega hałas. To coś w łazience. Iza sztywnieje, strach atakuje ją od kostek, pnie się pod łydkach, potem udach, ale ona mimo wszystko wraca. Nie może się oprzeć. Chce mieć pewność, że to nic takiego, najwyżej coś w rurach, może szczury, jakaś awaria, w każdym razie coś zwyczajnego, a nie jedna z tych istot, które Robert zabił w tamtym magazynie.

Robert odkłada fajkę. Spogląda na Izę wchodzącą do łazienki.

Drzwi zatrzaskują się za kobietą. Przez moment panuje cisza. Zbyt złowroga, jak na gust Roberta. Gdzieś w głębinach kamienicy zaczyna narastać huk, wyłania się spod ziemi, niczym jakaś monstrualna larwa, i pędzi w górę, przez kolejne piętra, niszcząc podłogi, ściany, ogłuszając bądź zabijając mieszkańców, wybija okna, dewastuje meble i sprzęt. Nie da się go powstrzymać. Robert nawet nie próbuje. Dopada do drzwi, szarpie za klamkę, nie otwierają się, więc szarpie mocniej. Daremnie. Huk eksploduje w łazience. Drzwi wylatują z zawiasów, przygniatając Roberta, który na chwilę traci przytomność. Kiedy ją odzyskuje, kamienica drży w posadach. W przedpokoju unosi się duszący pył. Robert kaszle, z trudem łapie oddech, gramoli się spod drzwi. Czuje ból w lewej nodze. Zasłaniając usta, zagląda do łazienki. Gdy zaczyna pojmować na, co patrzy, ogarnia go przerażenie.

Zbiera z podłogi płaszcz i dopada do kuchennego okna. Ucieka schodami przeciwpożarowymi, potem ulicą. Roztrąca przechodniów. Ludzie przystają, pokazują go sobie palcami, komentują jego nagość. Przyśpiesza. W oddali rozlega się huk. Kamienica zapada się w głąb ziemi.

Robert wskakuje do samochodu. Uruchamia silnik. Wrzuca pierwszy bieg i startuje ku przyszłości wyzierającej zza miejskiego pejzażu.

*

Po przejechaniu stu kilometrów zatrzymuje się w przydrożnym motelu.

Przebiera się na parkingu, z dala od blasku ulicznych lamp, sprawdza bagaże, broń, jedną sztukę wtyka za pasek od spodni i nakrywa koszulą, potem kieruje się do recepcji. Jest zmęczony, ale już nie dygocze. Zapanował nad drżeniem rąk. Wynajmuje pokój i podaje recepcjoniście – chudemu nastolatkowi w czarnej koszulce z Silver Surferem – nazwy pięciu okolicznych miasteczek, zapamiętane z samochodowego atlasu. Nie wszystkie się zgadzają. Robert kiwa głową, jakby tego się spodziewał, i dziękuje za informacje.

Po wyjściu z recepcji przystaje za drzwiami i zaczyna nasłuchiwać. Nim mija minuta, chłopak sięga po telefon i zamienia kilka słów z kimś po drugiej stronie linii.

Robert uśmiecha się pod nosem. Idzie do pokoju. Kiedy otwiera drzwi, spogląda przez ramię – po drugiej stronie ulicy, za stacją benzynową, barem i parkingiem dla ciężarówek widać wzgórze, a na nim coś, co wygląda jak zamek. Robert wyobraża sobie, że to właśnie tam mieszka osoba, do której zadzwonił recepcjonista.

Pokój jest mały i brudny. Łóżko okazuje się dość wygodne. W łazience Roberta wita karaluch przechadzający się po umywalce. Na płytkach kabiny prysznicowej widać żółte zacieki, spod silikonu przeziera czarny grzyb.

Motelowy zegar wskazuje trzecią w nocy.

Robert kupuje trzy puszki Coca-Coli w automacie stojącym przed recepcją. Miesza ich zawartość z whisky i siada na łóżku. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciąga gruby notatnik w skórzanej oprawie. Znajdują się w nim zapiski i rysunki Kamili. Mapki różnych miejsc. Miasteczek, budynków, mieszkań. Szkice dróg. Informacje o tym, co można spotkać na drogach i bezdrożach wiodących do Sierocińca.

Na marginesie strony tytułowej widnieje otoczona wykrzyknikami notatka:

E. S. = zawsze w drodze, przez skończoność własną i świata, szukała prawdy, znalazła ją, i miłość, spełnienie, i ulubione czekoladki, po śmierci;

K. S. = nie szukam prawdy, żadnej, lecz Sierocińca; chcę uciec, zostawić to wszystko, ten ogrom i zawroty głowy, które on wywołuje, za sobą;

Na stronie dwudziestej, obok rysunku butelki Jacka Danielsa, Kamila napisała:

Wisienką na torcie jest Sierociniec. Ale to w Barze Wszystkich Barów, gdzie można spotkać Bona i Rosie, serwują najlepsze drinki.

Takich notatek jest więcej, większości Robert nie rozumie, nawet nie domyśla się, co mogło je zrodzić. Podziela jednak pragnienie Kamili – on też chce uciec.

Z notatnika wypada zdjęcie Izy. Mężczyzna unosi je do światła. Ogląda uważnie.

*

Poznali się niecały miesiąc temu w nocnym klubie, do którego Robert zawitał w poszukiwaniu drogi do Sierocińca.

Iza była długonogą brunetką. Paliła długie cienkie papierosy, piła Martini z lodem i oliwkami. Tamtego wieczoru rozmawiała z wieloma mężczyznami. Mówiła im, że potrzebuje pomocy. Chodziło o to, że widziała coś, czego nie powinna była zobaczyć, a ci, których widziała, są gmerkami. Na dźwięk słowa „gmerk” jej rozmówcy odstawiali drinka i przechodzili na drugą stronę sali.

Jedynie Robert nie odszedł. Jednak nie dlatego, że nie wiedział, co to jest gmerk.

Dobrze im się rozmawiało, tańczyło, piło. Całowało również. Zaprosiła go więc do siebie. Nad ranem, kiedy Iza spała, Robert poszedł do kuchni, aby zaparzyć kawę. Na stole, pod srebrnym pojemnikiem, leżała biała koperta. Upewnił się, że Iza śpi i przeczytał list.

Potem wrócił do łóżka, objął kochankę i zasnął.

Kiedy się obudził, Iza krzątała się w kuchni, ubrana w ciemnoniebieską sukienkę. Przygotowała śniadanie.

Robert przyjrzał się jej, jak stoi pochylona nad deską do krojenia, z nożem w dłoni, rozchylonymi ustami i nosem ubrudzonym na czubku masłem.

-Mogę? - zapytał, wskazując kopertę.

Iza odłożyła nóż i kromkę chleba, odgarnęła z czoła kosmyk ciemnych włosów.

-Ten list… – odpowiedziała siadając za stołem, z dłońmi splecionymi pod brodą – …jest bardzo osobisty.

-Wiem, jak dotrzeć do Sierocińca.

Sądził, że będzie wściekła, że zacznie na niego krzyczeć, może nawet każe mu się wynosić. Ale ona nie powiedziała ani słowa. Zacisnęła usta i rozpłakała się. Przytulił ją i zaniósł do sypialni, gdzie uspokoiła się na tyle, że znów mogła mówić.

Kobieta, która napisała list, miała na imię Elżbieta. Była partnerką Izy. Próbowała popełnić samobójstwo.

-Najpierw zażyła tabletki nasenne – wyjaśniła Iza. – Potem był krawat w roli szubienicznego sznura, żyletki i żyły, rewolwer i skroń, na koniec, kiedy znowu ją odratowano, napisała ten list. Odchodziła przez dwa lata, za każdym razem wracając znad grobu, aż przestałam wierzyć, że naprawdę odejdzie, w końcu jednak odeszła, i to tak banalnie. Wyjechała. Rozumiesz?

-Jeśli udała się do Sierocińca – powiedział Robert – możemy ją znaleźć.

Iza w milczeniu rozważała jego słowa. Potem podjęła decyzję. Chciała wiedzieć, czym jest Sierociniec.

Robert zaspokoił jej ciekawość.

-Daj mi kilka godzin – powiedziała. – Muszę to przemyśleć.

Wieczorem poprosiła go o trzy tygodnie, gdyż doszła do wniosku, że nie może wyjechać od razu, bez zakończenia pewnych spraw związanych z rodziną i przyjaciółmi. Zgodził się. Przez następne czternaście dni Robert był jej przyjacielem, kochankiem, stróżem.

Aż do wczoraj.

*

Robert wsuwa zdjęcie między kartki notatnika. Jest zmęczony. Postanawia, że wyruszy zaraz po śniadaniu, za trzy godziny. Pojedzie na północ. Teraz musi się przespać. Nie chce myśleć o tym, co wydarzyło się w mieszkaniu przyjaciółki. Nie o tej porze. Nie w tym stanie. Z trudem odpędza od siebie obraz śluzowatej macki, która przebiła się przez podłogę, rozerwała na strzępy muszlę klozetową i w chmurze ekskrementów wniknęła głęboko w ciało Izy.

Zanim kładzie się do łóżka, gdzie czekają na niego karaluchy, dokładnie sprawdza drzwi wejściowe i okno. Spodziewa się gości. Dlatego poświęca dwadzieścia minut na argumensorytowanie. Dziesięć minut przed drzwiami, dziesięć przed oknem. Dopiero potem znieczula się colą z whisky.

Trzy godziny później Robert siedzi w barze, pałaszując smaczne śniadanie. Kelnerka, małomówna blondynka o rybiej twarzy, dolewa mu kawy, kiedy do środka wchodzi nastolatek z motelu. Chłopak ma na sobie tę samą koszulkę, co wczoraj, wytarte dżinsy i ciężkie buty sięgające za kostki. Wyjmuje z lodówki butelkę Coca-Coli i przysiada się do Roberta.

-Przed świtem – odzywa się, upiwszy łyk napoju – poszliśmy do pana pokoju. Chcieliśmy wejść do środka, ale coś stało się z drzwiami i oknem. Nie dało się ich w żaden sposób otworzyć.

Robert w milczeniu kończy śniadanie. Pochłania ostatni kawałek smażonego boczku, wyciera usta serwetką i opróżnia duszkiem szklankę wody mineralnej.

-To pewnie pana sprawka – ciągnie niezrażony jego zachowaniem nastolatek. – Chcemy wiedzieć, jak pan to zrobił.

Robert płaci za śniadanie i wychodzi z baru. Wsiadając do samochodu, zastanawia się, które z nich jest potworem. Kelnerka czy recepcjonista? A może potwór mieszka na wzgórzu. W tamtym zamku? A ci dwoje to tylko jego słudzy? Nie obchodzi go to nic a nic. Nie tym razem. Dodaje gazu. Wkrótce motel, bar i stacja benzynowa znikają z bocznych lusterek.

Żółty Cadillac Fleetwood, rocznik 59, pędzi wymarłą szosą. Potężny V8 ryczy pod wypolerowaną na błysk maską. Boczne szyby są opuszczone. Robert prowadzi jedną ręką, drugą wystukuje rytm do piosenki Rainbow pt. „Tarot Woman”. Czuje się świetnie. Może dlatego, że nie czuje niczego konkretnego. Wmawia sobie, że nic, nawet śmierć przyjaciółki, nie powstrzyma go przed dotarciem do Sierocińca.

Zatrzymuje się tylko w tych miejscach, o których napisała w swoim notatniku Kamila. Są to na ogół małe miasteczka, sprawiające wrażenie widmowych, przynajmniej na powierzchni, bo pod ziemią, w labiryntach, życie, nie tylko ludzkie, toczy się bez względu na porę dnia. Labirynty nie interesują Roberta, nie dlatego, że gardzi tym, co mają do zaoferowania, chociażby rolami, w jakich można je zgłębiać lub historiami, w jakich można w nich zginąć bądź zwyciężyć. Z punktu widzenia celu, jaki Robert zamierza osiągnąć, labirynty, nad którymi śmiga jego stylowy samochód, mimo że rozciągają się między światami, wiodą donikąd.

Istotne jest coś innego.

Przede wszystkim rozmowa, prowadzona z nieznajomą lub nieznajomym, na ogół w jakimś barze – zwyczajna paplanina dwóch osób będących w drodze, które spotkały się niby przypadkiem i nagle odkryły, że mają sobie sporo do powiedzenia. W pewnym momencie twój rozmówca zmienia głos i mówi coś, czego nie spodziewałeś się od niego usłyszeć – jakby ktoś inny poruszał jego ustami. Zostajesz postawiony przed wyborem. I wybierasz.

Tak jak Robert, który w pustynnym wykwicie neonów spotkał rudowłosą piękność. Abigail twierdzi, że jest tutaj przejazdem, w drodze na zachód, gdzie czekają na nią niezałatwione sprawy, zawodowe i rodzinne. Po kilku drinkach wyznaje, że jest rozwódką, właśnie rzuciła pracę, która nie dawała jej satysfakcji, i próbuje się odnaleźć w roli bezrobotnej, nowonarodzonej singielki. Ma dość facetów.

-Więc nie licz na to – ostrzega Roberta – że wylądujemy u mnie.

Nagle milknie, potrząsa głową – raz, drugi, trzeci. Z jej twarzą dzieje się coś dziwnego, jakby jakaś inna próbowała się spod niej wydostać. W końcu Abigail uśmiecha się zalotnie i, kładąc dłoń na udzie Roberta, szepcze, że mogliby pójść do apartamentu, który wynajęła w pobliskim hotelu, jedynym w tej mieścinie.

-Tak dawno nie miałam faceta – mówi, kiedy wchodzą do pokoju.

Oczywiście, Abigail kłamie, jest bowiem, jak wszystkie istoty jej rodzaju, kłamczuchą. Nigdy się nie rozwodziła, a jej mąż, jedyny jakiego kiedykolwiek miała, zmarł dawno temu, zanim zatonęła Atlantyda. Robert nie ma o tym pojęcia, potrafi jednak rozpoznać kłamstwo. Dzięki zapiskom Kamili domyśla się, kim jest Abigail. Dlatego ma się na baczności. Uważa, aby nie przekroczyć niewidzialnej granicy, zza której nie ma powrotu. Jedynie wieczność i chłód.

Kiedy Abigail siada na łóżku, rozszerzając kusząco nogi, Robert nie korzysta z zaproszenia. Wyciąga dłoń, dotyka jej twarzy, ale nie pozwala pocałować się w palce.

-Odwróć się – mówi.

Abigail wykonuje polecenie, mrucząc jak kotka. Zadziera spódnicę, jakby chciała, aby wziął ją od tyłu. Robert jednak robi coś innego – pukiel rudych włosów ląduje na dywanie, gdzie momentalnie zmienia się w czarną żmiję. Mężczyzna miażdży jej łeb obcasem i szybkim ruchem chowa zwłoki do kieszeni płaszcza. Abigail zaczyna syczeć. W jej spojrzeniu buzuje nienawiść.

Robert wie, że ma ją w garści. Może z nią zrobić, co tylko zechce. Takie są zasady, których nie rozumie.

Nie chce jej skrzywdzić.

Więc wychodzi – dla pewności tyłem, trzymając przed sobą obsydianowe nożyczki, zabrane jednemu z gmerków. Dziesięć minut później neonowe miasteczko jest już tylko wspomnieniem. Żółty krążownik szos, napędzany ośmiocylindrowym silnikiem, znika w ciemnościach.

Tak to mniej więcej działa.

Następnego wieczoru, podczas miejskiego festynu, Robert poznaje białobrodego mężczyznę o imieniu Jack. Na początku popijawy, która dość rychło przenosi się do pobliskiego parku, Jack twierdzi, że jest nekromantą. Przechwala się, że potrafi wskrzesić każdego, co prawda tylko na pewien czas, zazwyczaj jednak dość długi, aby jego klient zdążył uzyskać od ożywieńca to, czego pragnie. Czasami są to straszne rzeczy. Po północy, mocno pijany Jack, obcałowywany przez trzymaną na kolanach męską prostytutkę, wyznaje, że jest prezesem międzynarodowego banku.

-Oczywiście – odpowiada Robert i, nie ruszając się z miejsca, przechodzi na drugą stronę. Jack-prezes nadal trzyma na kolanach prostytutkę. Nie siedzą już w parku, lecz w jednym z sekretnych pokoi klubu nocnego położonego przy miejskim rynku. Towarzyszy im dwóch ponurych ochroniarzy zajętych czytaniem gazet.

-Mogę zniszczyć każdego – kontynuuje Jack-prezes. – Jednak w tej sprawie potrzebuję twojej pomocy.

Kilka dni później, w innym świecie i mieście, Robert rozmawia z blondynką, której skóra przypomina w dotyku pergamin. Dziewczyna chwali się tym, że zna społeczność istot tak niezwykłych i cudownych, iż w konfrontacji z nimi blakną treści ludzkich bestiariuszy. Przez grzeczność Robert nie wspomina, iż ona sama sprawia wrażenie stereotypowego potwora.

Czterdzieści mil dalej – nadal w tym samym świecie – uzależniony od cracku chłopak proponuje Robertowi, że obciągnie mu w zamian za drobne na jedzenie. Kiedy Robert odmawia, nastolatek wpada w szał i zmienia się w ogromnego wilka.

Zawsze jest tak samo, myśli Robert. Wierzą, że w porównaniu ze zwykłymi śmiertelnikami są tacy wspaniali, wyjątkowi, nawet jeśli – jak ten nastoletni narkoman w wilczej skórze czy uzależniony od alkoholu i prostytutek prezes międzynarodowego banku – spadli na samo dno. Jedni chcą otwierać nasze groby, inni nasze ciała lub portfele, są i tacy, którzy zadowalają się tym, że od czasu do czasu jednemu z nas otworzą oczy i pokażą prawdziwe oblicze tego, co uważają za rzeczywistość. Nie mają pojęcia, że są tylko ziarenkami piasku na plaży.

Za każdym razem Robert postępuje zgodnie z notatkami Kamili.

Na skutek klątwy, rzuconej przez byłą żonę, która okazała się najprawdziwszą wiedźmą, Jack-prezes nie może mieć erekcji. Robert rozwiązuje jego problem za pomocą drinka o nazwie Czarny Kot, doprawionego krwią i jadem żmii zabranej Abigail. Potem, odwróciwszy uwagę ochroniarzy, ucieka z klubu, przeklinając głupotę swojego alter ego, w którego ciele się znalazł.

Bladolica piękność zgadza się wprowadzić Roberta do społeczności odmieńców w zamian za skórę wilkołaka, którą Robert mógłby zdobyć tylko wtedy, gdyby ktoś wprowadził go do społeczności odmieńców.

Ćpun-wilkołak ginie od srebrnej kuli wystrzelonej z broni, którą Robert ukradł Jackowi-prezesowi.

Na widok wilkołaczej skóry wampirzyca przeciera ze zdumienia oczy, a potem spełnia obietnicę.

Kilka godzin później Robert odkrywa, że znajduje się w samym środku wojny między wampirami i wilkołakami. Wymiotuje przez dwie godziny.

Każdemu z nich – Abigail, Jack’owi, blondynce i tamtemu narkomanowi – mógłby w kluczowym momencie rozmowy odmówić. Gdyby to zrobił, pozostałby w świecie, w którym Abigail jest jedynie rozwódką szukającą pocieszenia w ramionach innego mężczyzny, Jack – nekromantą mającym problemy z erekcją, blondynka – miłośniczką urban fantasy, a wyniszczony crackiem dzieciak po prostu sobą. Ale nie odmówił. Bez wahania wziął to, co zaoferowały odpowiedniki tych osób żyjące w innych światach.

Na innych plażach, jak powiedziała podczas przesłuchania Kamila.

*

Tamtego dnia – kiedy Robert z odbezpieczoną bronią zmierzał do kamienicy opanowanej przez skrzatana – wśród ziemskich filozofów nadal nie było konsensusu w sprawie właściwego rozwiązania paradoksu stosu. Jedni opowiadali się za teorią nadwartościowania, inni za teorią podwartościowania, niektórzy brali stronę epistemologicznej teorii nieostrości, byli też i tacy, którzy za właściwe rozwiązanie uważali koncepcję nieostrej trójwartościowości, albo stwierdzali, że nieostrość lingwistyczna jest skutkiem i znakiem nieostrości metafizycznej. Byli również zwolennicy rozwiązania nihilistycznego.

Robert jak każdy w jego fachu znał się na paradoksie stosu. Wiedział, że za pomocą modus ponendo ponens lub dictum de omni można w poprawny logicznie sposób wyprowadzić między innymi tezę o tym, że nie istnieje nic takiego jak stos kamyczków, muszelek, guzików, kawałków drewna, jakikolwiek (i odpowiednio tezę przeciwną: że, dajmy na to, jeden kamyczek już konstytuuje stos), a także tezę, że 15 milionów osób chorych na Hiszpankę nie stanowi epidemii (i odpowiednio tezę przeciwną: że jedna osoba chora na Hiszpankę to epidemia).

Tego rodzaju argumentowanie nazywano w Agencji argumensorytowaniem.

Eubulides byłby zaskoczony słysząc, do jakich celów można wykorzystać obmyślony przez niego paradoks stosu. Z pewnością zdumiałoby go nihilistyczne rozwiązanie owego paradoksu implikujące daleko idącą demolkę nie tylko większości ludzkich języków, ale i zakodowanych w nich zdroworozsądkowych obrazów świata, a polegające na uznaniu, że pojęcia nieostre nie mają desygnatów. Najbardziej jednak zadziwiłby Eubulidesa fakt stosowania argumensorytów w walce z odwiecznymi wrogami sapiensiej ludzkości.

Trzypiętrowa kamienica z czerwonej cegły wyglądała zwyczajnie dla zwyczajnych ludzi. Robert był jednak regulatorem. I jak każdy regulator posiadał umiejętności umożliwiające wykrywanie skrzatów, bez względu na formę, jaką przybrały, oraz ich kryjówek, które urządzały na ogół w niebudzących podejrzeń budynkach, często w porządnych dzielnicach.

W kamienicy, do której zmierzał Robert, zgodnie z tym, co powiedział mu jej administrator i właściciel w jednej osobie, znajdowało się dziewięć mieszkań, po trzy na każdym piętrze, z czego tylko cztery były zamieszkane – wszystkie przez studentów z pobliskiego uniwersytetu.

Zanim Robert zaczął argumensorytować, przestawił swoją percepcję na tryb Spoglądam w otchłań, szczerząc bezczelnie zęby, aby upewnić się, że w pobliżu nie ma żadnych skrzatów ani ich pacynek. Czas na wyliczankę, uznał i wyszeptał:

-Jeśli jestem niepercypowalny dla jednego skrzata, to jestem niepercypowalny dla dwóch skrzatów. Jestem niepercypowalny dla jednego skrzata. Zatem jestem niepercypowalny dla dwóch skrzatów…

Cierpliwie wypełniając odpowiednią treścią schemat modus ponendo ponens, dojechał do stu skrzatów. Analogiczną wyliczankę wykonał dla pacynek.

Wkrótce ujrzał kamienicę z czerwonej cegły w całej jej skrzaciej prawdzie. Oplatające budynek czerwono-fioletowe macki z białymi wypustkami, z których tryskały szare opary, świadczyły z pewnością o jednym – w kamienicy doszło do wylęgu skrzatana. Robert wezwał posiłki i wszedł do środka.

Skrzatana odnalazł na czwartym piętrze. W mieszkaniu numer osiem.

W kuchni jakaś dziewczyna, ubrana jedynie w obcisłe spodnie, zmywała naczynia. Na jej lewym ramieniu siedział skrzat i szeptał do ucha skrzacie obietnice. Miał zielony kubraczek, zielone spodnie i jeszcze zieleńszą czapeczkę. Wyglądał jak miniaturka Angusa Younga. Warkocz skrzata znikał w drobnym nacięciu na szyi dziewczyny. Mały drań rozpoczął wylęg.

Robert ominął zainfekowaną i wszedł do salonu. Skrzatan siedział przed sześćdziesięciocalowym ekranem plazmowym. Grał w jakąś konsolową grę. Od tyłu przypominał gruszkowatą kupę błota, szeroką u podstawy na pięć-sześć metrów, wysoką na ponad dwa. Rozlewał się po podłodze, meblach i ścianach. I bulgotał. Z lewego boku stwora wychodziła gruba macka znikająca po dziesięciu metrach w karku blondyna o pozbawionych wyrazu oczach.

Cholerne skrzaty, pomyślał Robert i starannie wymierzył. Małe popieprzone potworki przypominające międzywymiarowe góry lodowe – wystają ze swojego piekła raptem czubkiem w postaci miniaturowego człowieczka. Mniej więcej od 1981 roku większość z nich z nieznanego regulatorom powodu miała twarz gitarzysty AC/DC. Ale Robert zabijał już skrzacich Cezarów, Jezusów, Einsteinów, Stalinów, Jaggerów, Fordów, Willisów, Bushów, a nawet skrzacie Madonny. Najwyraźniej małpowanie ludzi sprawiało im przyjemność.

Skrzatan rozprysł się po całym pokoju, próbując uciec przed śmiercionośną zawartością siedmiu pocisków, które, wniknąwszy w jego błotniste cielsko, odnalazły drogę do wymiarów, gdzie bytowała reszta monstrum. Siedem nanoskopowych quasi-czarnych dziur wessało stwora. Jego pacynka zaległa bez ruchu na podłodze. Robert, zmieniwszy broń na zwykłą, wrócił do kuchni. Dziewczyna w krótkich spodenkach trzymała w prawej dłoni rzeźnicki nóż. Robert pociągnął za spust. Pocisk rozerwał skrzata i ogłuszył pacynkę. Kolejne strzały rozległy się piętro niżej. Przysłane przez Agencję posiłki zaprowadziły porządek.

Wieczorem Robert przesłuchiwał uratowanych studentów. Tak poznał Kamilę. Blond włosy z rudymi pasemkami, dyskretny makijaż i usta pełne tajemnic. Dziewczyna z rzeźnickim nożem. Nadal była nieco rozkojarzona. Podziękowała mu za uratowanie życia.

-To moja praca – odparł.

-Wiem – spuściła głowę. – Tym razem przesadziłam. Niepotrzebnie ryzykowałam.

-Jak to niepotrzebnie pani ryzykowała? Nie rozumiem.

Więc mu wyjaśniła.

-Ziarenka piasku – powiedziała pod koniec rozmowy – na jednej z nieskończenie wielu plaż. To my.

Robert pokręcił głową, niedowierzając temu, co usłyszał, i zawołał dwóch rosłych strażników. Zanim weszli do pokoju przesłuchań, Kamila wskoczyła na stół, nachyliła się nad Robertem i złożyła na jego ustach pocałunek, po którym mężczyzna ujrzał przestwór wzajemnie się przenikających światów – tych egocentrycznych skrawków nieskończonej rzeczywistości, w których podobni mu durnie, zanurzeni w zaludnionych potworami historiach, uważali się za wybrańców losu.

Trzy dni później Kamila znikła z izolatki.

Gdy minęło pół roku, Robert znalazł na swojej wycieraczce paczkę, a w niej notatnik dziewczyny.

*

Sztuczki. Triki. Zaklęcia. Z braku lepszych słów. Nawet pojęć.

Kamila napisała:

Zamawiasz drinka w jednym świecie, barman stawia go przed tobą w innym. Odkręcasz kurek w motelowej łazience, a w innych światach coś podobnego robią twoi odpowiednicy. Kiedy przechodzisz ze świata do świata, zajmujesz miejsce swojego innoświatowego alter ego. Wchodzisz w jego skórę. I musisz trzymać fason, jeśli chcesz dotrzeć do Sierocińca. Robisz te dziwne gesty palcami, wyginasz je w różne strony, w odpowiedniej kolejności kreślisz znaki, oczywiście dyskretnie, nie chcesz przykuwać uwagi – i nie przechodzisz sam, twój dobytek, wszystko to, co wcześniej potraktowałeś znakami, przechodzi razem z tobą. Wszystko z wyjątkiem twojego ciała.

Samochód, broń, ulubiona bielizna.

Pamiątki i skarby.

Dzięki nim czujesz się pewniej. Trzymasz samotność na wodzy.

Podróżujesz w poprzek. Na przekór. Nie przywiązując się do nikogo i niczego. A przynajmniej próbujesz zachować dystans.

Robert uśmiecha się do swojego odbicia w lustrze za barem i wznosi toast.

Nie masz pojęcia, jak to wszystko działa, grunt, że działa. Cieszysz się tym, nie masz czasu na wątpliwości. Wyjaśnienia uznajesz za luksus, na który cię nie stać.

-Za co pan pije? – pyta barman.

Robert potrząsa głową.

-Za drogę – uśmiecha się, potem płaci walutą znalezioną w płaszczu swojego alter ego i wychodzi na zewnątrz, próbując przestać myśleć o słowach Kamili.

Noc jest ciepła. Księżyc wściekle blady.

Robert wjeżdża na szosę i rozpędza się do setki. Jedzie na zachód, w stronę farmy, która – jak to ujął barman – przycupnęła u kresu wszelkich dróg.

W pewnej chwili dźwięk policyjnego koguta smaga noc niczym bicz.

Na poboczu stoi samochód, przed nim kobieta i dwójka dzieci. Robert zatrzymuje się, nie gasząc silnika, i opuszcza boczną szybę. Chłopiec i dziewczynka płaczą.

-Proszę… – mówi przerażona kobieta – …niech pan nas stąd zabierze.

Po chwili cała trójka jest już w środku. Patrząc w boczne lusterko, Robert widzi, że policjant – humanoidalna plama czerni w białym kasku – zsiada z motocykla. Temperatura gwałtownie spada. Na szybach pojawia się biały osad. Oddech paruje. Usta sinieją. Ziąb przenika w głąb kości. Robert spogląda pytająco na kobietę. Jest przeraźliwie blada. Ma podkrążone oczy. Wpatruje się w niego ze strachem i nadzieją. Dzieci również.

-Niech pan już jedzie.

Robert nie czeka, aż policjant zapuka w boczną szybę. Żółty ośmiocylindrowy potwór rzuca się w noc. Kilka sekund później pędzi szeroką dwupasmową drogą.

Plama czerni z odznaką nie daje za wygraną.

-Szybciej! – krzyczy kobieta.

Robert spełnia jej prośbę. Wybiera w odtwarzaczu jeden ze swoich ulubionych utworów. Ściska mocniej kierownicę, daje się porwać muzyce. Przez perkusyjną kanonadę przebija się gitarowy riff i dudniący bas. Wokal pojawia się niczym wichura. Ta muzyka przypomina sprawnie pracujący mechanizm. Chociażby silnik jakiegoś piekielnego pojazdu. Kalejdoskopowo rozbrzmiewające riffy, wirtuozerskie solówki, bas chroboczący w tle niczym umrzyk palcami o spód wieka trumny, wreszcie perkusja brzmiąca tak, że Robertowi każde uderzenie w nią kojarzy się z wyburzaniem wysokościowca.

I tak się ścigają – plama czerni na motocyklu i zeszłowieczny krążownik szos.

Nagle Robert zauważa jakieś zabudowania.

-Niech pan skręci – mówi kobieta.

Zjeżdżają z szosy. Pasażerka oddycha z ulgą.

-Już dobrze – uspokaja dzieci. – Uciekliśmy.

Chłopiec widzi przez tylną szybę – tak jak Robert patrzący w boczne lusterko – że policjant zatrzymał się przed zjazdem.

-Dalej nie pojedzie – mówi dzieciak.

Motocykl zawraca i znika w ciemnościach.

Robert parkuje przed domem.

-Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia – stwierdza, ściszając muzykę.

Dom jest duży i stary. Z zewnątrz wygląda posępnie.

-Mam na imię Klara – odpowiada kobieta. – A to moje dzieci, Dawid i Ewa. Mieszkamy tutaj. Zapraszam na kolację.

Robert dziękuje za zaproszenie. Jest głodny. I zmęczony. Ma nadzieję, że kobieta zaoferuje mu nocleg.

Czeka na nią w salonie w towarzystwie biszkoptowej labradorki o imieniu Olza. Pokój jest przestronny, z kominkiem i dużym stołem otoczonym sześcioma krzesłami. Sofę ustawiono na wprost telewizora i zestawu kina domowego. Na ścianach wiszą jakieś obrazy, nie ma jednak żadnych zdjęć rodzinnych. W domu panuje cisza, sporadycznie przerywana dochodzącym z piętra skrzypieniem desek podłogowych. Robert wyciąga z kieszeni notatnik Kamili. Bębni palcami o okładkę.

Boisz się przede wszystkim jednej rzeczy: tego, że jakieś twoje alter ego, jakaś inna osoba, bliźniaczo do ciebie podobna, też wyrwała się z okowów swojej dotychczasowej historii i próbuje odnaleźć Sierociniec. Zadręczasz się myślą, że mogłaby cię na pewien czas wyłączyć, albo, co jest o wiele gorsze, skasować. Och, jesteś hipokrytą, bo kiedy ty tak robisz, twoje sumienie śpi smacznie. Niczym szczeniak o pełnym brzuszku.

-Zasnęły – mówi Klara, wchodząc do salonu.

-To dobrze – odpowiada Robert. – Możemy teraz porozmawiać.

Kobieta zajmuje jedno z krzeseł. Pociera palcami skronie. Wygląda na bardzo zmęczoną.

-O czym chce pan rozmawiać, panie…

-Robercie. Proszę zwracać się do mnie po imieniu.

-Dobrze. Więc?

-Chcę wiedzieć, co się tam wydarzyło.

Kobieta zaciska usta.

-Po co? – pyta.

-Mogę ci pomóc. Znam się na takich rzeczach.

-Takich? – Klara unosi brwi.

-Na potworach.

Na twarz Klary wpełza coś w rodzaju uśmiechu.

-Na ludziach – odpowiada.

-Nie – Robert kręci głową – na potworach.

-Wszystko jedno – Klara wzdycha. – Chętnie skorzystam z twojej pomocy.

Następnego dnia wczesnym rankiem Robert ściąga na farmę samochód Klary. Po śniadaniu poświęca dwie godziny na zwiedzanie okolicy. Farma leży przy piaszczystej drodze, wiodącej na północny-zachód w kierunku gęsto zalesionych wzgórz. Wskazuje jedno z nich – to najwyższe, najrozleglejsze – Klarze.

-Co jest za nim?

-Nie wiem.

-Nigdy tam nie byłaś?

Kobieta uśmiecha się.

-Raz, dawno temu.

-I co?

-Nic – wzrusza ramionami. – Nie widziałam tam niczego godnego uwagi.

Robert drapie się po szczęce.

-Ktoś powiedział, że twoja farma leży u kresu wszelkich dróg.

-Bo to prawda, Robercie. To wzgórze kończy się skarpą, z której… – Klara milknie, odgarnia grzywkę i dodaje tyleż zachęcająco, co tajemniczo – …sam się przekonaj. Szkoda słów.

-Tak zrobię.

Przez resztę dnia Robert bawi się z dziećmi Klary.

Natomiast wieczorem stoi oparty o maskę Cadillaca, jedną ręką trzymając potężny karabin snajperski, otrzymany od gnoma-zbrojmistrza w zamian za skarb wampirzycy. Zębami ściska papierosa. Kącikami ust wypuszcza kłęby dymu. Po dziesięciu minutach oczekiwania w oddali rozbłyska światło. Robert przeładowuje broń. Spluwa niedopałkiem. Oddycha spokojnie. Mierzy. Odlicza do trzech i strzela. Siła uderzenia zdmuchuje policjanta na asfalt. Maszyna uderza w leżący na poboczu głaz. Biały kask toczy się po jezdni.

Robert kładzie karabin na tylnim siedzeniu samochodu i ściskając w dłoni maczetę podchodzi do zwłok.

Gdy wraca na farmę, dzieci już śpią. Klara krząta się w kuchni.

-Już po wszystkim – oznajmia Robert.

Zakrwawiony worek ląduje w pustym koszu na brudną bieliznę. Klara zagląda do środka. Marszczy brwi i nos.

-Gwarantujesz? – pyta nieprzekonana.

-Tak.

-Na pewno? Przecież raz już wrócił zza grobu.

-Tym razem nie wróci – Robert staje za Klarą i obejmuje ją w pasie. – Przestał istnieć – szepcze.

Klara czuje na szyi jego oddech, potem usta, miękkie i wilgotne. Odwraca się i spogląda mu w oczy.

-Na pewno tego chcesz? – pyta.

Jutro, zanim się obudzisz, wyjadę stąd, myśli Robert, więc…

-Tak, chcę – odpowiada, a Klara uśmiecha się pod nosem do samej siebie.

Nad ranem Robert budzi się w skotłowanej pościeli. Klara leży obok. Naga. Przygląda się jej pośladkom. Plecom. Pieprzykom na szyi. Całuje je delikatnie. Następnie naciąga bokserki i przygotowuje śniadanie. Tego dnia Robert zostaje na farmie. Przez kolejne siedem również. Nie myśli za dużo o swojej decyzji. Nie wie jednak, dlaczego. Uwagę poświęca przede wszystkim Klarze i jej dzieciom. Ma dobry kontakt z Dawidem i Ewą. Spędza z nimi dużo czasu na zabawie. Wieczorami pomaga Klarze w kuchni. Lubią ze sobą rozmawiać, oglądać wspólnie filmy, kochać się do upadłego. Poznają się coraz lepiej.

Mijają tygodnie.

Pewnego dnia Klara oznajmia, że ona i dzieci chcą jechać nad morze. Na jeden dzień.

-Sama podróż zajmie nam dwa dni – oponuje Robert. – Możemy pojechać, ale co najmniej na tydzień.

-Och, głuptasie – Klara całuje go w policzek. – Przecież morze znajduje się tuż za wzgórzami.

Droga prowadzi przez las. Kiedy wjeżdżają na ogołocony z drzew wierzchołek najwyższego wzniesienia, Robert gasi na prośbę Klary silnik. Kobieta podchodzi do krawędzi skarpy. Wpatruje się w bezkresną biel, która wypełnia cały horyzont.

-Tutaj niczego nie ma – stwierdza zdumiony Robert.

-To dlatego, że patrzysz w niewłaściwy sposób – odpowiada Klara i pstryka palcami.

Coś rozbłyskuje w powietrzu. Robert mruży raptownie oczy. Kiedy odzyskuje ostrość widzenia, rozpościera się przed nim łagodne zejście na plażę omywaną morskimi falami.

-Miałam rację – Klara uśmiecha się triumfalnie.

Na plażę zabierają leżaki, koce, ręczniki, kremy do opalania, książki, karty do gry i kanapki, mnóstwo kanapek, najwięcej z żółtym serem i sałatą. I dysk do aportowania. Spacerują brzegiem morza, woda obmywa ich stopy, trzymają się za ręce, labradorka Olza hasa dookoła, szczeka na mewy, ściga rzucany przez dzieci dysk. O zmierzchu Robert i Klara siedzą w wiklinowym koszu, podziwiając paletę barw zachodzącego słońca. Dawid i Ewa drzemią w leżakach, otoczeni zamkami z piasku.

Mijają kolejne dni.

Aż w końcu nachodzi ten jeden, szczególny dzień, kiedy wszystko się zmienia.

Według przepisu feta ma nadać potrawie śródziemnomorski charakter.

Klara kroi umyte marchewki. Następnie wlewa do czarnego rondla dwie szklanki wywaru z kurczaka. Dodaje jedną łyżeczkę sproszkowanej skórki z cytryny, trochę mięty i nieznaczną ilość pieprzu. Po namyśle dorzuca jeszcze szczyptę tego ostatniego. Potem dodaje marchewkę i przygotowany wcześniej ryż. Zmniejsza płomień i przykrywa rondel pokrywką. W międzyczasie Robert kończy kroić na cienkie plasterki cebulę. Gasi płomień pod gotującą się w garnku wodą i rozgrzewa na dużej patelni olej. Wrzuca na nią cebulę z czosnkiem. Smaży przez pięć minut, po czym, zerknąwszy na przypięty do szafki przepis, dodaje dwie szklanki puszkowanych pomidorów oraz po łyżeczce oregano, bazylii i pieprzu. Pomidory rozgniata łyżką, zmniejsza płomień i zaczyna dusić wymieszane składniki.

Klara zaciąga się papierosem, czekając aż z rondla wygotuje się nadmiar wody, co według przepisu ma nastąpić w ciągu dwudziestu minut. Eskalopki przygotowała wcześniej. Czekają na półmisku – mięsne kulki w złotawej panierce z tartej bułki, pieprzu i oregano.

Robert ociera czoło. Nie czuje się najlepiej. I nie chodzi tylko o dzisiaj. Od wielu dni w żołądku zalega mu jakiś ciężar. Pulsuje skóra na klatce piersiowej. Trzeszczą żebra. Dręczy go uczucie wzbierających mdłości, które jednak nie kulminują wymiotami.

Klara zauważa, że kochanek, choć z zapałem i wprawą obiera krewetki, robi się coraz bardziej blady.

-O czym myślisz? – pyta z czułością.

Robert wrzuca obrane skorupiaki do porcelanowej miski. Odwraca się twarzą do Klary i sięga ponad jej głową po wiszącą na kołku ścierkę. Wyciera dłonie i składa na ustach kobiety delikatny pocałunek.

-Rozmyślałem o Sierocińcu – odpowiada.

-O Sierocińcu?

-Nie pamiętasz? Opowiadałem ci o Kamili, dziewczynie, którą uratowaliśmy z rąk terrorystów.

-Przypominam sobie.

-To ona opowiedziała mi o tym wspaniałym miejscu…

-Wspaniałym? Naprawdę tak sądzisz?

Robert drapie się po brodzie.

-Nie jestem pewien – odpowiada – ale wydaje mi się, że takie miejsce i możliwości, której ono oferuje to nic złego…

-Za dużo o tym myślisz, Robercie. Przecież to tylko fikcja.

Po tych słowach zapada cisza, która dość szybko robi się niezręczna.

-Przepraszam – reflektuje się Klara. – Nie chciałam…

Robert kręci przecząco głową.

-Nawet jeśli masz rację, Klaro, to ta fikcja nie daje mi spokoju. Zrozum, zanim usłyszałem od Kamili opowieść o Sierocińcu, byłem zwyczajnym facetem mającym niezwykłą pracę…

-Tak, wiem, ratowałeś świat.

-Właśnie. Ale poza pracą było coś jeszcze. Rozkoszowałem się życiem. Cieszyłem się rześkością powietrza, sokami pocałunku, smakiem pomidora i wódki. Zapachem tytoniu i zmęczeniem wypełniającym ciało aż po krańce włosków na skórze. Radość sprawiało mi zarówno przygotowywanie posiłku, jak i jego późniejsza konsumpcja. Spożywać pokarmy dla nich samych. Pracować dla samej pracy. Dbać o treści, które wypełniają życie, w ten sposób, że środek do celu sam szybko przekształca się w cel, a dążenie do niego samo staje się celem. Spożywanie pokarmów jest pokarmem życia. Cudowna metafora. Żyłem podług niej. Każdego dnia. Ale za sprawą Kamili to wszystko przepadło. Odeszło nie wiadomo dokąd i chyba nie zamierza wrócić. Pragnę…

Robert spuszcza wzrok.

-Sam już nie wiem, czego pragnę…

Klara kiwa ze zrozumieniem głową i wraca do gotowania. Robert zmniejsza płomień pod wrzącą w garnku wodą i wrzuca do niego makaron fettuccine. Następnie zdejmuje pokrywkę z patelni i zaczyna mieszać drewnianą łyżką smażące się pomidory, cebulę, czosnek i przyprawy. Po trzech minutach dodaje krewetki.

-Uraziłem cię czymś? – pyta.

-Nie o urazę mi chodzi – Klara się uśmiecha.

-Więc o co?

-O plagiat.

-Plagiat?

-Słyszałeś o Emmanuelu Levinasie?

-Nie.

-To francuski filozof.

-Nie znam.

-Ciekawe, bo właśnie opisałeś swoje doznania jego językiem. Wręcz sparafrazowałeś całe zdania z dzieł Levinasa.

Robert przez dłuższą chwilę trawi jej słowa. W końcu pyta:

-Skąd wiesz?

-Kiedyś mieszkał z nami pewien włóczęga. Miał dwadzieścia lat. Wspaniałe ciało. Popieprzone poczucie humoru. I bzika na punkcie francuskiej filozofii. Uwielbiał książki Levinasa. Chwalił się, że zna je na pamięć. W każdym razie, kochając się ze mną, cytował obszerne fragmenty De l’evasion, De l’existence a l’existant, Le Temps et l’autre, Totalite et Infini i Autrement qu’ etre ou au-dela de l’ esense.

-Brał cię od tyłu, pakując się w twoją piękną pupę, i roztrząsał problemy ontologiczne?

Klara oblizuje wargi.

-Mniej więcej – mówi z filuternym wyrazem twarzy.

-I co się z nim stało?

-Levinasem czy włóczęgą?

-Twoim kochankiem.

-Odszedł.

Kamila milknie, uśmiechając się tajemniczo, następnie wlewa do plastikowej miski wywar z kurczaka, dodaje dwie łyżki cytrynowego soku oraz po łyżeczce startej skórki z cytryny i mąki kukurydzianej. Na koniec wrzuca trochę rozdrobnionych ząbków czosnku i posiekaną natkę pietruszki. Otrzymaną masę przelewa na rozgrzaną patelnię.

-Wszyscy odeszli – dodaje pięć minut później. W jej głosie słychać nutkę nostalgii. Nie wygląda jednak na zasmuconą.

-Ten policjant również?

-Tak – błyska bielutkimi zębami. – Kiedy zaczął mnie bić, był już kimś innym niż wtedy, gdy się w nim zakochałam.

-Więc go zabiłaś.

-Długo zbierałam się na odwagę. Nie lubię zabijania.

-Dlaczego nie uciekłaś, gdy wrócił?

-Widzisz, Robercie, grunt to być zanurzonym po szyję we własnej naturze. Z moją, zaiste ekstrawaganckiego sortu, jest mi bardzo dobrze. Nie uciekam, jeśli moja natura szepcze „Zostań”.

-Nie zastanawiałaś się, jak to możliwe, że wrócił?

-Nie, nigdy. Całą sobą, najodleglejszymi krańcami mojej natury, rozciągającej się nad nami niczym baldachim, wiedziałam, że nie ma to żadnego znaczenia.

-Więc stoję w cieniu rzucanym przez twoją naturę?

Klara odwraca się w stronę okna i, spoglądając przez ramię, mówi:

-Koty, w odróżnieniu od ludzi, nie walczą i nie godzą się ze swoją naturą. Po prostu są kotami.

Robert nie odpowiada. W milczeniu, unikając jej wzroku, przekłada odcedzony makaron na talerz. Polewa sosem z krewetkami i wzbogaca garścią oliwek oraz pokrojonym w kostkę serem feta.

-Skończyłeś – stwierdza Klara, po czym pokazuje mu półmisek z eskalopkami polanymi sosem pachnącym cytryną i czosnkiem.

-Muszę coś ci wyznać… – mówi z wahaniem Robert, zostaje jednak uciszony pocałunkiem.

W milczeniu zrzucają ubrania na podłogę.

-Kocham cię.

Klara otwiera oczy.

-Powiedz to jeszcze raz – mówi, zaplatając nogi za plecami Roberta.

-Kocham cię.

Kochają się namiętnie. Kilka razy. Z przerwami na papierosa. Oddanie moczu. Przemycie genitaliów. Komentarze. Żarty. Śmiech. Jedzenie. Słuchanie muzyki.

Z przerwami na samotność.

*

Przebudzenie jest bolesne. I nagłe. Jak cięcie nożem przez twarz. Najpierw nadpływają dźwięki. Zbliżają się falami, wymieszane, kakofoniczne, aby po pewnym czasie skrystalizować się w gwar rozmów, śmiech, odgłosy jedzenia i picia, nastrojową muzykę. Robert otwiera oczy. I stwierdza, że siedzi w restauracji, przy nakrytym stoliku, ubrany w elegancki garnitur. Palcami prawej dłoni ściska nóżkę pękatego kieliszka z winem o barwie bursztynu. Nie jest sam. Siedzący naprzeciwko blondyn sprawia wrażenie szczerze zdziwionego.

-Wszystko w porządku? – pyta.

Robert poluzowuje krawat.

-Chyba tak – odpowiada niepewnie.

Próbuje przypomnieć sobie, jak się tutaj znalazł, ale w jego pamięci zieje czarna dziura. Przeszukuje kieszenie marynarki. W wewnętrznej znajduje złożoną w pół karteczkę. Rozkłada ją i czyta:

Wygląda na to, że dotrę tam przed tobą.

Cholera, klnie. A potem robi mu się na przemian gorąco i zimno. Gwar rozmów się nasila. Ktoś śmieje się rubasznie. Gdzieś pęka szkło. Blondyn wytrzeszcza oczy. Robert czuje, że rzeczywistość ucieka mu spod nóg. Oddycha coraz szybciej. Mdłości pędzą w górę przełyku. Obraz się rozmywa. Słuch wypełnia dudniąca papka. Ciemność jednak nie nadchodzi. Nagle wszystko się uspokaja.

Robert ociera czoło. Masuje skronie. Wstaje chwiejnie.

-Muszę iść – mówi.

Czuje na sobie spojrzenia szepczących między sobą gości.

-Twoja twarz – odzywa się blondyn.

-Co z nią?

-To zabrzmi śmiesznie, ale przez chwilę wydawało mi się, że widzę w niej inną, podobną do twojej, ale szczuplejszą i młodszą.

Robert zaciska pięści. Odwraca się w stronę drzwi prowadzących do holu. Musi stąd wyjść. Natychmiast. Inaczej znów ogarnie go lęk. Dopadnie panika. I da się im zniszczyć. Uczynić niezdolnym do działania. Do kontynuowania podróży. Nie chce skończyć tak, jak wielu innych przed nim. Nie podda się. Nie teraz i nie tutaj. Więc idzie – powoli, krok za krokiem, oddychając głęboko.

Jest późny wieczór. Ulica lśni neonami. Przed restauracją stoją taksówki. Wybiera jedną z nich i podaje kierowcy adres Klary. Wyjeżdżają z miasta. Pół godziny później mijają stację benzynową i motel. Robert rozpoznaje okolicę. Od posiadłości Klary dzieli ich tylko dziesięć mil. Mimo to zasypia. I śni o Izie. O masakrze, którą na jej prośbę urządził w magazynie zamieszkanym przez gmerki. Przypomina sobie smak jej potu. Znów leży między jej udami i zapewnia, że doprowadzi ją do Sierocińca i do orgazmu, że odnajdą razem Elżbietę. I będą żyli długo i szczęśliwie. Nawet we troje. W tym, co największe i najmniejsze zarazem. W Sierocińcu.

Budzi go dźwięk klaksonu.

-Jesteśmy na miejscu – oznajmia taksówkarz.

Robert przeciera oczy i wręcza mu zapłatę. Czeka, aż taksówka wróci na szosę, po czym rusza w stronę domu. Wokół jest cicho. Blask lampy spływa znad drzwi wejściowych na murowane schodki. Cadillac stoi tam, gdzie go zostawił. Zagląda do środka. Coś leży na tylnim siedzeniu. Naciska klamkę. Drzwi odskakują. W nozdrza uderza go zapach gnijącego ciała. Słyszy brzęczenie much. Zasłaniając usta, podnosi koc. Mdłości rzucają go na ziemię. Wymiociny spływają mu po brodzie. Kapią na dłonie. Kiedy kończy wymiotować, przełyk ma rozgrzany do białości. Przewraca się na plecy i zaczyna kaszleć. Spod koca wpatrują się w niego martwe psie oczy.

Robert wyciera ręce w spodnie i zabiera ze schowka pistolet, dwa magazynki i latarkę.

Znów go mdli. Zagryza zęby. Spluwa. I wchodzi do domu.

W niektórych pomieszczeniach pali się światło. W salonie znajduje przewrócony stół, zaschnięte plamy na podłodze. Podziurawione ściany. Osmalony sufit. Pościel w pokojach dzieci jest poszarpana i zbrązowiała. W kuchni zastaje otwartą lodówkę – ktoś wyrzucił jej zawartość na podłogę. Sprawdza jeszcze gabinet, sypialnię, garderobę, obie łazienki i ubikacje, zagląda nawet do piwnicy. Żadnych zwłok. Żywych istot również.

Wychodzi przez kuchenne drzwi.

Snop światła z latarki omiata podwórze. Drzwi garażu. Stajni. Stodoły. I kopiec. Jeden. Drugi. Trzeci. Obok stoi jakaś postać.

-Nie ruszaj się - krzyczy Robert, unosząc odbezpieczoną broń.

Podchodzi bliżej.

-Jednak wróciłeś – mówi postać. – Nie spodziewałam się tego po tobie, Robercie.

Jej głos brzmi znajomo.

-Iza?

Robert oświetla twarz kobiety, ona jednak nie mruży oczu. Uśmiecha się szeroko, trochę współczująco – jak matka na widok dziecka, które puszczone samopas nabroiło.

-Gdzie jest Klara? – mężczyzna przełyka ślinę. – Gdzie są dzieci?

Iza wskazuje na kopce.

-Pochowani. To właśnie robicie ze zwłokami. Chowacie je w ziemi bądź palicie.

-Ty ich zabiłaś?

-Nie. To twoje innoświatowe alter ego. Robert z jakimś indeksem przy imieniu, również poszukujący Sierocińca.

-Ale… dlaczego? Nie rozumiem.

Iza wzrusza ramionami, dłonie wsuwa do kieszeni kurtki.

-Nie wiem. Może trafiły na psychopatę.

Roberta ściska w gardle. Czuje wilgoć w kącikach oczu. Opuszcza pistolet. Siada na ziemi. Spogląda na ręce.

-Tak, Robercie – mówi z troską Iza. – Zabił Klarę i jej dzieci twoimi rękoma. W bardzo brutalny sposób. Psa również.

Mężczyzna zaczyna płakać.

-Kim ona była? – pyta.

-Któż to wie? – Iza przewraca oczami. – Kolejnym potworem w ludzkiej skórze? Jednym ze strażników Sierocińca? A może po prostu doświadczoną życiem samicą z twojego bądź innego gatunku, która chciała zestarzeć się u boku kochanej do szaleństwa osoby i w tym celu rozkochała w sobie ciebie? Abyś dzielił z nią samotność w rzeczywistości, w której wszystkie drogi ostatecznie wiodą w jedno miejsce? Wybieraj.

Robert ociera łzy.

-Kimkolwiek była, sprawiła, że niemalże przestałem wierzyć w cel mojej podróży…

-Ode mnie nie dowiesz się prawdy – dodaje Iza. – Spróbuj w Sierocińcu. O ile tam dotrzesz, oczywiście.

-To niemożliwe – odpowiada po chwili drżącym głosem Robert.

-Co?

-Ty. Tutaj. Widziałem twoje szczątki.

Iza odgarnia z czoła grzywkę.

-Robercie, nie jestem twoją przyjaciółką. Ona nie żyje. Skrzatan, który ją zabił, również. Przetrwała jedynie zawartość ich pamięci. We mnie. Dlatego wiem, kim jesteś. Czego szukasz. Co zrobiłeś.

Robert wstaje z ziemi. W prawej dłoni nadal trzyma pistolet.

-Wyglądasz jak Iza. Mówisz jak ona. Nawet używasz tych samych perfum. Kim jesteś?

-Chimerą – uśmiecha się kobieta. – Istotą powstałą z tajemniczego połączenia dwóch innych: Izy i skrzatana. Nie wiem, jak do tego doszło. Wiem jednak, dlaczego w ogóle mogło.

-Nie rozumiem.

-Robercie, nie powiedziałeś Izie całej prawdy o sobie. Przemilczałeś pewien istotny fakt.

Robert rozkłada ręce.

-Jaki?

-Zostałeś zainfekowany. Kilka miesięcy po akcji, w której uratowałeś Kamilę. Byłeś pacynką skrzatana. Oczywiście, specjaliści z Agencji uratowali ci życie, zanim stwór ostatecznie opanował twój układ nerwowy. Nie wiedzieli tylko o jednym. Kiedy was rozdzielono, skrzatan nadal mógł percypować rzeczywistość twoimi zmysłami. Dlatego wiedział, gdzie jesteś, gdy opuściłeś swój świat. Szukał cię. I w końcu znalazł. W mieszkaniu Izy.

-Nie wiedziałem…

-Skrzatan nie chciał cię zabić. Miałeś zostać jego pacynką i pomóc mu w dotarciu do Sierocińca.

Robert milczy. Ma posępną minę. W końcu mówi:

-Żałuję, że zginęła Iza. Ale niczego nie mogłem zrobić.

Kobieta unosi brwi.

-Naprawdę? Widzisz, wraz z pamięcią moich… antenatów odziedziczyłam ich pragnienia. Nie są moje, ale potrafię je zrozumieć, a nawet spełnić. Pragnienie skrzatana, to największe, już spełniłam. I to całkiem niedawno.

-Co masz na myśli?

-Byłam tam – chimera wyciąga rękę w kierunku wzgórz, niewidocznych w ciemnościach. – Byłam w Sierocińcu.

-Nie…

-Tak. I odnalazłam Elżbietę. Długo rozmawiałyśmy. Co było dość niezwykłe, zważywszy na to, jak bardzo zapracowaną osobą się stała, odkąd trafiła do Sierocińca. Opowiedziałem jej o tobie i Izie. Wyjaśniłam, że nie mogę jej kochać, mimo że posiadam wspomnienia Izy. Dodałam jednak, że mogę coś dla niej zrobić. O ile zechce. I wiesz co?

-Co?

-Zechciała.

-Czego sobie zażyczyła?

-Abyś jeszcze tej nocy wyruszył do Sierocińca.

-To żart?

-Powiedziała: daj mu pięć minut, potem ścigaj i zabij. Daję więc ci pięć minut. Potem ruszam w pościg. W innym ciele.

Robert czuje w gardle suchość. Z trudem przełyka ślinę.

-Teraz albo nigdy, Robercie.

Chimera rzuca mu kluczyki do samochodu. Robert łapie je w locie, odwraca się na pięcie i, nie oglądając się za siebie, biegnie przed dom. Wyciąga z Cadillaca zwłoki psa. Wskakuje za kierownicę i uruchamia silnik. Przez moment koła kręcą się w miejscu, wyrzucając w powietrze kamyczki i piasek.

Po przejechaniu kilkuset metrów Robert spogląda w lusterko – posiadłość Klary zniknęła w ciemnościach. Przyśpiesza. Żałuje, że nie ma już antyskrzaciej amunicji. Gdyby posiadał choć jeden pocisk zaprojektowany do niszczenia skrzatanów, bez wahania strzeliłby chimerze w głowę.

Samochód mknie przez las. Przednie światła omiatają oślepiającymi strumieniami posępnie wyglądające drzewa. W kabinie słychać przyśpieszony oddech Roberta i brzęczenie much, które jeszcze niedawno żerowały na zwłokach labradorki.

Cadillac zatrzymuje się na szczycie wzniesienia. Robert podbiega do miejsca, w którym powinna być skarpa, ale zamiast niej widzi szeroką żwirową drogę oświetloną blaskiem księżyca, który wypłynął zza chmur.

Kilkanaście sekund później strzałka prędkościomierza oscyluje wokół setki. Robert ściska nerwowo kierownicę. Oblizuje wargi. Pot kapie mu z brwi. Księżyc znów chowa się za chmurami. Z ciemności, prosto w objęcia przednich świateł, wyłania się frontowa ściana jakiegoś budynku. Robert gwałtownie hamuje. Redukuje biegi. W ostatniej chwili, po drobnym czary-mary wykonanym hamulcem ręcznym, stawia samochód bokiem do drzwi wejściowych.

Wyskakuje na zewnątrz. Podbiega do drzwi. Szarpie za klamkę. Są zamknięte. Bije zza nich srebrzysty blask.

Mężczyzna spogląda na ciemność za plecami. Coś się w niej kłębi. Coś dużego i szybkiego.

-Cholera.

Zaczyna walić pięściami w drzwi.

Nagle ktoś otwiera je od środka. Blask wylewa się przez próg, zagarnia nogi Roberta, pnie się wyżej, oświetla jego twarz. Drzwi otwierają się szerzej. Na zewnątrz wychodzą dwie osoby. Kobieta i mężczyzna.

-Sierociniec! – krzyczy Robert. – Czy to jest Sierociniec?

-Sierociniec? – powtarza mężczyzna. Jest szczupły. Ma długie czarne włosy. Nieco kręcone. Pociągłą twarz. Nosi wyświechtane dżinsy i dżinsową kamizelkę.. Uśmiecha się rozbrajająco do swojej towarzyszki.

-Nie – odpowiada. – To nie tutaj.

-Co? – Roberta ogarnia panika.

-To nie Possest.

-To Bar Wszystkich Barów – mówi kobieta. Też jest szczupła, chociaż kiedyś było jej dużo. Bardzo dużo. Uśmiechnięty młodzieniec mógłby zaświadczyć, jak bardzo. – Miejsce, w którym serwują najlepsze drinki – dodaje.

-Grają najlepsze kapele.

-I zbierają się najznamienitsze historiozoficzne wyrzutki.

Robert chce coś powiedzieć, otwiera nawet usta, ale nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Z ciemności wystrzeliwuje ogromna, śluzowata macka, owija się wokół jego nóg i jednym szarpnięciem przewraca na ziemię. Robert rozpaczliwie wpija palce w trawiaste podłoże. Zaczyna krzyczeć. Po policzkach spływają mu łzy.

-Nie… nie… nie…

Brzuchem szoruje po ziemi. Coś wciąga go w smolistą gęstwinę. Wkrótce jego krzyk zamiera.

Bon i Rosie spoglądają na siebie. Kobieta wzrusza ramionami.

-Wracajmy – mówi.