środa, 23 lutego 2011

The World Is Yours

Zamierzałem napisać recenzję najnowszej płyty Motorhead‘The World Is Yours’. Recenzję niezwykłą. Wybuchową wręcz. Po krańce wersów naszpikowaną akcją godną hollywoodzkiego blockbustera. Byłoby w niej miejsce na Hitchcockowskie trzęsienie ziemi, napięcie rosnące w tempie wykładniczym, pościgi, strzelaniny, eksplozje, błyskotliwe one-linery, a nawet na monologii realistycznie portretujące duchowe głębiny głównych bohaterów.

Nie, nie zabiję cię” – powiedziałby samiec alfa mojej recenzji, za tło swych słów i groźnej miny mając Londyn z przełomu minionych wieków. „Nie płacz” – dodałby grobowym głosem, a potem rzekłby z naciskiem: „Przestań wierzgać. Uspokój się, głupcze. Do cholery! Spójrz mi w oczy”. I trzymany za gardło samiec beta spojrzałby mu w oczy. Nie, nie zobaczyłby w nich otchłani, jedynie kosmos, królestwo harmonii, zwiastun nowego wspaniałego świata. Samiec alfa kontynuowałby monolog mniej więcej w ten sposób: „Dziwi cię mój strój? Akcent? Colty spoczywające w olstrach? Dostrzegasz plamy świeżej krwi na moim ponczo? Mdli cię mój przesiąknięty tytoniem oddech? Nie bój się. Tak miało być. I jest. Nie jestem zły, chociaż przed chwilą zastrzeliłem człowieka”. Miałby rację – nie był zły. W swoim życiu kierował się tylko jednym – cnotą. O tym jednak ubrany w zakurzony melonik i wyświechtany garnitur samiec beta przekonałby się dopiero wiele lat później, u schyłku swojego długiego życia. Gdybym tylko, rzecz jasna, napisał tę recenzję. Wtedy, przyciśnięty przez protagonistę do ściany, samiec beta usłyszałby:

Uspokajasz się, głupcze. Więc posłuchaj mnie, bo mam ci do powiedzenia coś, co w subtelny sposób zaważy na przebiegu dziejów, a nawet, choć nigdy nie pojmiesz jak, zmieni metafizykę twojego świata. Uniosłeś brwi. Metafizyka, co? To słowo i moje usta – przechowujące wspomnienia smaku tysięcy kobiecych sutków – nie pasują do siebie, prawda? Ale nie w tym rzecz, chłopcze. Urodziłeś w się w 1880 roku, teraz masz 24 lata, więc scjentyzm minionej epoki wyssałeś z mlekiem matki. Stąd twoje zdziwienie. I kiełkująca na dnie twoich niebieskich oczu pewność, że bredzę. Zgaś ją z łaski swojej, grzecznie proszę. I uprzytomnij sobie, że jestem starszy niż wiek XIX, niż jego oświecony poprzednik, niż barok i renesans razem wzięte i wychędożone. Widziałem Olimp w czasach jego świetności. Z-dmuchnąłem Kratosowi sprzed nosa i lędźwi Afrodytę. Słuchałem wykładów Zenona i Chryzypa. Byłem przy umierającym Sokratesie i szlochającym z tego powodu Platonie. Nie mogę zaprzeczyć: też płakałem, mimo że nie powinienem. Bo przecież nic złego nie spotkało Sokratesa. Jedynie śmierć. Pocieszałem Platona przez tydzień. Ten samolubny drań przez te kilka dni i nocy bardziej kochał moje ciało niźli duszę. Zrozum, przybywam z przeszłości dla ciebie będącej raptem historią, dla mnie plątaniną wciąż żywych wspomnień. Jestem posłańcem, prorokiem, narzędziem Opatrzności. Kontynuuję dzieło Zenona i Chryzypa. Gdziekolwiek się pojawiam, tam pneuma, logos, Zeus, nazywaj to jak chcesz, bierze się za bary z aktualną metafizyką waszego amorficznego w gruncie rzeczy świata. I zmienia ją na swój obraz i podobieństwo. Widzisz, znam przyszłość. Tak z grubsza, nie wchodząc w szczegóły. Mówię jej językami, myślę jej kategoriami. Wiem, że co ma być, to będzie, a będzie, bo miało być, gdyż taka jest wola Zeusa czy też, co na jedno wychodzi, taki jest sam Zeus. Moja wiedza o przyszłości jest jednak ograniczona do tych światów, w których zwyciężył Zeus. Wszędzie tam, gdzie zwyciężyli epikurejczycy, przyszłość pozostaje niezdeterminowana przez fatum. Tutaj, w twojej ojczyźnie, szala zwycięstwa przechyla się na naszą korzyść. Południowy Londyn jest nasz, ale północny, do którego udasz się jutro, pozostaje pod kontrolą naszych odwiecznych wrogów. Dlatego musisz mnie wysłuchać. I wysłuchasz – to pewne”.

Później akcja mojej recenzji przeniosłaby się do XXI wieku, jej miejscem nadal byłby Londyn, samiec alfa, ulubiony fighter Zeusa, wciąż byłby na scenie, bogatszy o kolejne dekady odwiecznej wojny między stoikami a epikurejczykami. Kilka wersów poświęciłbym na wyjaśnienie jej przyczyn, opisanie przebiegu i głównych person, naszkicowanie metafizycznego rusztowania – zasad, praw i prawideł kształtujących warunki udziału i zwycięstwa w tej wojnie metafizyk, tych fundamentalistycznych suk, których jedynym celem jest zdefiniowanie rzeczywistości na swoją modłę. Pisałbym żywiołowo, szpikując wersy i akapity semantycznymi erupcjami i błyskotliwymi nawiązaniami, wskazującymi niedwuznacznie na moją erudycję, zasilaną internetowymi encyklopediami i bardziej tradycyjnymi nośnikami informacji. Byłaby to recenzja ‘The World Is Yours’, więc w snutą w szaleńczym tempie opowieść wplatałbym opisy poszczególnych utworów, dbając o to, aby ich tytuły i treść korespondowała w jakiś sposób z losami stoickiego samca alfa i Kleopatry, głównej antagonistki Zeusowego pupilka – znanej przede wszystkim jako ambitna królowa Egiptu oraz przebiegła kochanka Gajusza Juliusza Cezara i Marka Antoniusza. Czerwienią ust, ruchem bioder, drżeniem sutków i gromowładnym głosem tej epikurejskiej tajnej agentki, w każdej ze swych wcześniejszych i późniejszych dziejotwórczych ról działającej na rzecz świata wolnego od lęku przed bogami i fatum, chwaliłbym rock n’ rollowe, tu i ówdzie nasączone ciężkimi pierwiastkami – ‘Born To Loose’, ‘I Know How To Die’, ‘Devils In My Hand’ i ‘Outlaw’. Pozwoliłbym jej nucić ‘Get Back In Line’ podczas walki z hordami drugorzędnych pomocników stoickiego protagonisty. Na koniec, przed finałem, wyjaśniłbym rolę wspomnianego wcześniej samca beta, którym okazałby się pradziadek Lemmy’ego Kilmistera oraz pokazałbym, jak jego spotkanie z agentem Zeusa wpłynęło na ostateczną zawartość The World Is Yours’, a tym samym przechyliło, pod nosem niczego się nie spodziewającej Kleopatry, szalę zwycięstwa na rzecz stoików.

W finałowej scenie recenzji stoicki protagonista – szybkostrzelny mędrzec, beznamiętny agent fatum, animujący czterometrowego mecha w kowbojskim kapeluszu i pomarańczowym ponczo ukrywającym dziesiątki zagładonośnych spluw strzelających amunicją dezintegrującą epikurejskie atomy – i gromowładna piękność pamiętająca świt gatunku homo sapiens sapiens – surfująca w powietrzu na chrapliwych dźwiękach Rickenbackera Lemmy’ego, dobywających się z głośników jej bojowego kombinezonu, uzbrojona w najnowszy model Pochłaniacza Konieczności opracowany w tajnym epikurejskim laboratorium zlokalizowanym na Marsie – stoczyliby zażarty pojedynek w centrum Londynu. Byłoby to starcie stoickiej apatii z epikurejską ataraksją. Brutalne, destrukcyjne. Zmieniające Londyn w metafizyczną czarną dziurę.

Byłoby. Właśnie. Bo przecież nie napisałem tej recenzji. Więc nie dowiecie się, czy Kleopatra pomściła śmierć Filodemosa, Metrodorosa i Lukrecjusza. Tych dinozaurzych duchów wcielonych w śmiertelników z naszego gatunku.

Brak komentarzy: