środa, 30 marca 2011

Artyleria Błogosławieństwa i Niecnych Plotek

Zawiedli Duńczycy. Pomimo pierwszorzędnej kuchni (chrupkie riffy, panierowane rakotwórczo solówki i wędzone nad piekielnym kotłem partie sekcji rytmicznej), nie przeskoczyli na „My Blood” (2011) wydanego w 2008 „When Death Comes” – tej orgii hiperszybkich riffów współtworzących power/thrashowe uszne rollercoastery. Czegoś zabrakło. Zespołowi. Nowym utworom. Przypraw? Chemii? Magii? Strzelam, że solówek: długich, zaskakujących pomysłami, stymulujących wydzielanie adrenaliny. Właśnie takich. I frapujących konceptów na utwory. Czegoś jeszcze? Oddechu fatum? Bożego palca? Promieniowania gamma? Składniki niby tego samego sortu, tej samej jakości nawet, tylko efekt końcowy mniej smakowity niż poprzedni. Jest gorzej, bo jedynie dobrze. W porównaniu z triumfalnym powrotem sprzed trzech lat. I płytami wydanymi przez Duńczyków, z innym wokalistą, jeszcze w latach osiemdziesiątych wieku XX, tej przeszłości niebawem zamierzchłej. Oby następnym razem Artyleria strzelała celniej.

Moje oczekiwania nie podołały najnowszemu dziełu Amerykanów z Błogosławieństwa. Oto dlaczego. Veronica Freeman – ukłony, niech będą nawet czołobitne – rozbłysła niczym supernowa. Wokalna, gwoli ścisłości. A zespół nie pozostał jej ani słuchaczom dłużny. Debiutancki „Uncreation” (2005) był kąpielą w dźwiękowej kipieli, frontalnym natarciem ciężkozbrojnej jazdy. „Seasons Of Tragedy” (2008) porzuciło metaforykę z poprzedniego zdania i przybrało nową, mechaniczną, upodabniając się do sprawnie pracującego silnika. Wziętego bodajże z jakiegoś piekielnego pojazdu. „Kalejdoskopowe riffy, gitarowe pasaże, wirtuozerskie solówki, bas chroboczący w tle niczym umrzyk palcami o spód wieka trumny, wreszcie perkusja brzmiąca tak, że każde uderzenie w nią przywołuje na myśl wyburzenie wysokościowca” – te wszystkie elementy złożyły się na dziesięć utworów, które w swojej szufladce zasłużyły na laury. Z „Dominion” (2011) historia się powtarza: tej samej jakości klocki, wykonanie zdaje się ciut lepsze, efekt? Inny. Więcej melancholii, uznałem. Zabawy z dźwiękiem (spostrzeżenie znajomego). Więcej mniej oczywistych rozwiązań. Przestrzeni. Kosmosu. W tym, mimo wszystko, mocarnym heavy metalu. Powalili mnie. A potem, dranie, pozbawili grawitacji. Coverem Rush.

Niecne Plotki. Liczyłem na więcej, wyznam. Sądziłem, że nową płytą mnie zmiażdżą, zniszczą, przyćmią dokonania konkurencji. Może nawet swoje własne. Tak się nie stało, szkoda. Ale dali radę. Z Brianem Allenem (Last Empire, Malice) nowym wokalistą, nie mniej utalentowanym niż tragicznie zmarły Carl Albert (RIP 1995) i James Rivera (Helstar), z którym rozstali się parę lat temu w niemiłych okolicznościach podczas trasy promującej płytę „Warball” (2006), udało się im wypichcić album do cna powermetalowy, którego niewątpliwym atutem jest niemalże idealne brzmienie: chrupkie, mięsiste i przejrzyste zarazem. Zawiodły natomiast niektóre kompozycje. W szczególności jedna, „All I Want Is You”, zaśpiewana przez lidera zespołu, Geoffa Thorpe’a, w wielce irytujący sposób. Pozostałe numery są zasadniczo ok., niektóre, te szybsze, nawet OK., a jeden, nie, bo aż dwa - bardziej niż OK. Piję do „Razorback Blade”, kojarzącego mi się z legendarnym Painkillerem” Judas Priest, oraz do hymnicznej celebracji metalowych festiwalów w postaci „Let The Garden Burn”. Oba jeżą włoski na karku. Sprawiają, że krew cyrkuluje szybciej. Palce same układają się w znak mano cornuta. Narowiste utwory. Czegoś jednak pozostałym zabrakło. Stąd moje marudzenie. Kręcenie nosem i chrząkanie.

Trzy zespoły – trzy albumy. Z mojej bajki, rzeźbiące w moich ulubionych konwencjach. Niezły początek roku.