środa, 20 kwietnia 2011

Guts & Glory

Szwedzi z Bullet nie byli ani oryginalni, ani twórczy, po prostu zgrabnie reanimowali pomysły starych wyjadaczy z AC/DC i Judas Priest. W zawadiacki sposób grali te swoje zaprojektowane do stymulowania ludzkiej sensomotoryki utwory, oparte na znajomo brzmiących riffach, przez które płynął prąd zmienny bądź stały. Ich wokalistę, Daga Hell Hotera, podejrzewano o skonsumowanie dusz, trzewi i szpiku Bona Scotta, Briana Johnsona i Udo Dirkschneidera. Wszystko przez ten jego skrzecząco-świdrujący śpiew, po najwyższe dźwięki zanurzony w typowej dla takiej muzyki tematyce. Najbardziej lubiłam ich debiutancki ‘Heading For The Top’ (2006). Późniejsze dwa – ‘Bite The Bullet’ (2008) i ‘Highway Pirates’ (2011) – już mniej, a kolejne przegapiłam. Mogłabym zapytać o nie Rossie, ale – unoszę się z krzesła i rozglądam po zadymionej sali – jeszcze nie przyszła. Cierpliwości, Bon.


Airbourne? Marszczę brwi, uśmiecham się, a on już wie, że jestem zaskoczona tym, iż o nich słyszał. Z nimi było podobnie, odpowiadam, zamówiwszy następną kolejkę. Zespół założyli bracia O’Keeffe, Joel (wokal, gitara) i Ryan (perkusja), Australijczycy. Lemmy - tak, Lemmy z Motorhead, na którego wpadliśmy wczoraj, zanim pobił się z Nietzschem - zagrał kierowcę ciężarówki w teledysku nakręconym do utworu ‘Runnin’ Wild’, którym chłopaki promowali swój debiutancki krążek (2007). Łoili ostro, po australijsku, według najlepszych wzorców, wśród których było niewątpliwie AC/DC. Nakręcili jeszcze dwa teledyski – do ‘Too Much, Too Young, Too Fast’ i ‘Diamond In The Rough’. Sporo koncertowali. Ich utwory trafiały do gier komputerowych. Drugi album – ‘No Guts, No Glory’ – wydali w 2010. Zaraz zobaczysz klip do ‘Blonde, Bad and Beautiful’.

Przywołuję jedną z tańczących na stołach istot. To duszyca. Dzisiaj jest oliwkowa. Czarnowłosa. Wąska. Przypomina człowieka. Bardziej mężczyznę niż kobietę. Może wyglądać, jak tylko zechce. Wyjaśniam, co chcemy obejrzeć. Na jej/jego brzuchu rozkwita obraz w DD (Divine Definition): samolot, zespół, blondynki, dużo blondynek o ciałach gwiazd i gwiazdeczek porno. Bon kiwa głową. Nadrabia zaległości z dziejów popkultury. „Deja vu, kochanie, deja vu” – stwierdza z szelmowskim uśmiechem na całuśnych ustach. Uroboros, kwituję i odsyłam duszycę.

Do Baru Wszystkich Barów wchodzi Rosie. Niegdyś było jej dużo. Bardzo dużo. Bon mógłby zaświadczyć, jak bardzo. Przysiada się i zanim zdążę coś powiedzieć błyska bielutkimi zębami, jej oddech pachnie miętą, ona zaś, jej szyja, ramiona, piersi, odsłonięte, bielutkie, cynamonem. Jest drobna. „Od ostatniej imprezy wszystko w niej jest takie” – przypominają mi się słowa Bona. Studzę wyobraźnię i wyjaśniam Rosie, o czym rozmawialiśmy. Dziewczyna spogląda na zegarek (jakby tutaj, w miejscu spoczynku i rozkwitu wszelkiego sortu historiozoficznych wyrzutków, ten dawny zwyczaj, i sam czas, nadal miał tę samą wartość, co przed naszą śmiercią) i stwierdza z miną znawczyni, rozsmakowanej w przedmiocie swej rozległej wiedzy:

Z muzyką zespołów takich jak Bullet, Airbourne, i im podobnych, jest trochę tak jak w tej powieści, sami wiecie której, z wojownikami, których ciała wyhodowano w kultywarach, a ściślej z ich kutasami. Można twierdzić, i wielu tak robi, że każdy z nich jest inny, jednak różnice między nimi mieszczą się w wąskim zakresie powtarzalności, więc jeśli widziałaś jednego monstrualnego kutasa, to właściwie widziałaś je wszystkie”*.

Trochę jej zazdroszczę.

M. John Harrison, Nova Swing, tłum. Michał Jakuszewski, Wydawnictwo MAG¸ Warszawa 2011, s. 208.

Brak komentarzy: