środa, 29 czerwca 2011

Sierociniec

Iza zadbała o wszystko: o plecaki, ubrania, prowiant, latarki, baterie, broń i książki. Ucieszyła się z kwiatów. Podziękowała mu za pamięć. Pocałowała w czoło i opatrzyła ranę na policzku – ślad po upadku ze schodów.

Teraz są w mieszkaniu Izy.

Robert odstawia szklankę z wodą na nocną szafkę i wraca do całowania piersi przyjaciółki. Robi to przez dziesięć minut, pieszcząc jednocześnie dłonią jej łechtaczkę, a kiedy jest już po wszystkim, kładzie się na plecach i zaczyna gapić w sufit. Iza oddycha głośno. Jej ciało wciąż drży. Za oknami sypialni pada szary deszcz. Brudna woda spływa ulicami. Studzienki kanalizacyjne są zalane. Robert zlizuje pot z brzucha Izy. Chce zapamiętać jego smak.

-Dość – mówi Iza. Wstaje i podchodzi do okna.

Po drugiej stronie ulicy, trzy piętra niżej, obok nieczynnej budki telefonicznej stoi jakiś człowiek. Albo coś w prochowcu, myśli Iza, coś humanoidalnego. Chce już ostrzec Roberta, zmienia jednak zdanie, kiedy widzi, że do tajemniczej postaci podchodzi jakaś kobieta, wciąga ją w plamę światła ulicznej lampy i całuje. Mężczyzna – tak, to tylko mężczyzna, stwierdza z ulgą Iza – odwzajemnia pocałunek. Tym dwojgu nie przeszkadza deszcz. Całują się namiętnie, łapczywie, jakby ktoś miał ich niebawem rozdzielić. Iza uśmiecha się do swojego odbicia, widzianego na tle miasta, i rusza do łazienki.

Robert spogląda na zegarek – w prawym górnym rogu cyfrowego wyświetlacza pulsuje czarny symbol fajeczki. Na myśl o smaku fajkowego ziela Robert odczuwa na języku delikatne swędzenie. Z wiszącego w przedpokoju płaszcza wyciąga małą, skórzaną saszetkę. W kuchni rozkłada jej zawartość – niezbędnik, dwa wyciory, malutki pojemniczek z tytoniem oraz fajkę typu Bent Army. Rozgrzewa w dłoni wygięty ustnik, cybuch przeciera szmatką, a główkę czyści wyciorem i niezbędnikiem. Następnie zbliża płonącą zapałkę do równo ubitego tytoniu i zaciąga się kilka razy. Tytoń tli się wzorcowo. Główka nie parzy, a popiół jest szary i drobny. Dym nie szczypie w język.

Iza wychodzi z łazienki w białym szlafroku. Na głowie ma różowy ręcznik zwinięty w turban.

-Mogę?

-Proszę – Robert podaje jej fajkę. – Pal w taki sposób, aby z główki nie dobiegało skwierczenie ani syczenie. Nie wypuszczaj też zbyt dużo dymu.

Iza stosuje się do uwag przyjaciela. Pyka w milczeniu. W końcu oddaje fajkę Robertowi, zdejmuje ręcznik i zaczyna wycierać włosy.

-Uwielbiam ten zapach – mówi po chwili.

-Myślę o Kamili.

Blond włosy z rudymi pasemkami, dyskretny makijaż i usta pełne tajemnic.

-Nieustannie – dodaje Robert.

Iza milczy. Nie jest jednak zmartwiona. Nie odczuwa też zazdrości. Zatrzymuje wzrok na roztargnionym spojrzeniu Roberta. Nie może mu pomóc. Przynajmniej nie teraz. Wraca więc do łazienki. Suszy i układa włosy. Smaruje ciało olejkami i balsamami. Ubiera się w wygodny strój, w sam raz na długą podróż po bezkresnych autostradach i bezdrożach. Kiedy przechodzi przez przedpokój, zza jej pleców dobiega hałas. To coś w łazience. Iza sztywnieje, strach atakuje ją od kostek, pnie się pod łydkach, potem udach, ale ona mimo wszystko wraca. Nie może się oprzeć. Chce mieć pewność, że to nic takiego, najwyżej coś w rurach, może szczury, jakaś awaria, w każdym razie coś zwyczajnego, a nie jedna z tych istot, które Robert zabił w tamtym magazynie.

Robert odkłada fajkę. Spogląda na Izę wchodzącą do łazienki.

Drzwi zatrzaskują się za kobietą. Przez moment panuje cisza. Zbyt złowroga, jak na gust Roberta. Gdzieś w głębinach kamienicy zaczyna narastać huk, wyłania się spod ziemi, niczym jakaś monstrualna larwa, i pędzi w górę, przez kolejne piętra, niszcząc podłogi, ściany, ogłuszając bądź zabijając mieszkańców, wybija okna, dewastuje meble i sprzęt. Nie da się go powstrzymać. Robert nawet nie próbuje. Dopada do drzwi, szarpie za klamkę, nie otwierają się, więc szarpie mocniej. Daremnie. Huk eksploduje w łazience. Drzwi wylatują z zawiasów, przygniatając Roberta, który na chwilę traci przytomność. Kiedy ją odzyskuje, kamienica drży w posadach. W przedpokoju unosi się duszący pył. Robert kaszle, z trudem łapie oddech, gramoli się spod drzwi. Czuje ból w lewej nodze. Zasłaniając usta, zagląda do łazienki. Gdy zaczyna pojmować na, co patrzy, ogarnia go przerażenie.

Zbiera z podłogi płaszcz i dopada do kuchennego okna. Ucieka schodami przeciwpożarowymi, potem ulicą. Roztrąca przechodniów. Ludzie przystają, pokazują go sobie palcami, komentują jego nagość. Przyśpiesza. W oddali rozlega się huk. Kamienica zapada się w głąb ziemi.

Robert wskakuje do samochodu. Uruchamia silnik. Wrzuca pierwszy bieg i startuje ku przyszłości wyzierającej zza miejskiego pejzażu.

*

Po przejechaniu stu kilometrów zatrzymuje się w przydrożnym motelu.

Przebiera się na parkingu, z dala od blasku ulicznych lamp, sprawdza bagaże, broń, jedną sztukę wtyka za pasek od spodni i nakrywa koszulą, potem kieruje się do recepcji. Jest zmęczony, ale już nie dygocze. Zapanował nad drżeniem rąk. Wynajmuje pokój i podaje recepcjoniście – chudemu nastolatkowi w czarnej koszulce z Silver Surferem – nazwy pięciu okolicznych miasteczek, zapamiętane z samochodowego atlasu. Nie wszystkie się zgadzają. Robert kiwa głową, jakby tego się spodziewał, i dziękuje za informacje.

Po wyjściu z recepcji przystaje za drzwiami i zaczyna nasłuchiwać. Nim mija minuta, chłopak sięga po telefon i zamienia kilka słów z kimś po drugiej stronie linii.

Robert uśmiecha się pod nosem. Idzie do pokoju. Kiedy otwiera drzwi, spogląda przez ramię – po drugiej stronie ulicy, za stacją benzynową, barem i parkingiem dla ciężarówek widać wzgórze, a na nim coś, co wygląda jak zamek. Robert wyobraża sobie, że to właśnie tam mieszka osoba, do której zadzwonił recepcjonista.

Pokój jest mały i brudny. Łóżko okazuje się dość wygodne. W łazience Roberta wita karaluch przechadzający się po umywalce. Na płytkach kabiny prysznicowej widać żółte zacieki, spod silikonu przeziera czarny grzyb.

Motelowy zegar wskazuje trzecią w nocy.

Robert kupuje trzy puszki Coca-Coli w automacie stojącym przed recepcją. Miesza ich zawartość z whisky i siada na łóżku. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciąga gruby notatnik w skórzanej oprawie. Znajdują się w nim zapiski i rysunki Kamili. Mapki różnych miejsc. Miasteczek, budynków, mieszkań. Szkice dróg. Informacje o tym, co można spotkać na drogach i bezdrożach wiodących do Sierocińca.

Na marginesie strony tytułowej widnieje otoczona wykrzyknikami notatka:

E. S. = zawsze w drodze, przez skończoność własną i świata, szukała prawdy, znalazła ją, i miłość, spełnienie, i ulubione czekoladki, po śmierci;

K. S. = nie szukam prawdy, żadnej, lecz Sierocińca; chcę uciec, zostawić to wszystko, ten ogrom i zawroty głowy, które on wywołuje, za sobą;

Na stronie dwudziestej, obok rysunku butelki Jacka Danielsa, Kamila napisała:

Wisienką na torcie jest Sierociniec. Ale to w Barze Wszystkich Barów, gdzie można spotkać Bona i Rosie, serwują najlepsze drinki.

Takich notatek jest więcej, większości Robert nie rozumie, nawet nie domyśla się, co mogło je zrodzić. Podziela jednak pragnienie Kamili – on też chce uciec.

Z notatnika wypada zdjęcie Izy. Mężczyzna unosi je do światła. Ogląda uważnie.

*

Poznali się niecały miesiąc temu w nocnym klubie, do którego Robert zawitał w poszukiwaniu drogi do Sierocińca.

Iza była długonogą brunetką. Paliła długie cienkie papierosy, piła Martini z lodem i oliwkami. Tamtego wieczoru rozmawiała z wieloma mężczyznami. Mówiła im, że potrzebuje pomocy. Chodziło o to, że widziała coś, czego nie powinna była zobaczyć, a ci, których widziała, są gmerkami. Na dźwięk słowa „gmerk” jej rozmówcy odstawiali drinka i przechodzili na drugą stronę sali.

Jedynie Robert nie odszedł. Jednak nie dlatego, że nie wiedział, co to jest gmerk.

Dobrze im się rozmawiało, tańczyło, piło. Całowało również. Zaprosiła go więc do siebie. Nad ranem, kiedy Iza spała, Robert poszedł do kuchni, aby zaparzyć kawę. Na stole, pod srebrnym pojemnikiem, leżała biała koperta. Upewnił się, że Iza śpi i przeczytał list.

Potem wrócił do łóżka, objął kochankę i zasnął.

Kiedy się obudził, Iza krzątała się w kuchni, ubrana w ciemnoniebieską sukienkę. Przygotowała śniadanie.

Robert przyjrzał się jej, jak stoi pochylona nad deską do krojenia, z nożem w dłoni, rozchylonymi ustami i nosem ubrudzonym na czubku masłem.

-Mogę? - zapytał, wskazując kopertę.

Iza odłożyła nóż i kromkę chleba, odgarnęła z czoła kosmyk ciemnych włosów.

-Ten list… – odpowiedziała siadając za stołem, z dłońmi splecionymi pod brodą – …jest bardzo osobisty.

-Wiem, jak dotrzeć do Sierocińca.

Sądził, że będzie wściekła, że zacznie na niego krzyczeć, może nawet każe mu się wynosić. Ale ona nie powiedziała ani słowa. Zacisnęła usta i rozpłakała się. Przytulił ją i zaniósł do sypialni, gdzie uspokoiła się na tyle, że znów mogła mówić.

Kobieta, która napisała list, miała na imię Elżbieta. Była partnerką Izy. Próbowała popełnić samobójstwo.

-Najpierw zażyła tabletki nasenne – wyjaśniła Iza. – Potem był krawat w roli szubienicznego sznura, żyletki i żyły, rewolwer i skroń, na koniec, kiedy znowu ją odratowano, napisała ten list. Odchodziła przez dwa lata, za każdym razem wracając znad grobu, aż przestałam wierzyć, że naprawdę odejdzie, w końcu jednak odeszła, i to tak banalnie. Wyjechała. Rozumiesz?

-Jeśli udała się do Sierocińca – powiedział Robert – możemy ją znaleźć.

Iza w milczeniu rozważała jego słowa. Potem podjęła decyzję. Chciała wiedzieć, czym jest Sierociniec.

Robert zaspokoił jej ciekawość.

-Daj mi kilka godzin – powiedziała. – Muszę to przemyśleć.

Wieczorem poprosiła go o trzy tygodnie, gdyż doszła do wniosku, że nie może wyjechać od razu, bez zakończenia pewnych spraw związanych z rodziną i przyjaciółmi. Zgodził się. Przez następne czternaście dni Robert był jej przyjacielem, kochankiem, stróżem.

Aż do wczoraj.

*

Robert wsuwa zdjęcie między kartki notatnika. Jest zmęczony. Postanawia, że wyruszy zaraz po śniadaniu, za trzy godziny. Pojedzie na północ. Teraz musi się przespać. Nie chce myśleć o tym, co wydarzyło się w mieszkaniu przyjaciółki. Nie o tej porze. Nie w tym stanie. Z trudem odpędza od siebie obraz śluzowatej macki, która przebiła się przez podłogę, rozerwała na strzępy muszlę klozetową i w chmurze ekskrementów wniknęła głęboko w ciało Izy.

Zanim kładzie się do łóżka, gdzie czekają na niego karaluchy, dokładnie sprawdza drzwi wejściowe i okno. Spodziewa się gości. Dlatego poświęca dwadzieścia minut na argumensorytowanie. Dziesięć minut przed drzwiami, dziesięć przed oknem. Dopiero potem znieczula się colą z whisky.

Trzy godziny później Robert siedzi w barze, pałaszując smaczne śniadanie. Kelnerka, małomówna blondynka o rybiej twarzy, dolewa mu kawy, kiedy do środka wchodzi nastolatek z motelu. Chłopak ma na sobie tę samą koszulkę, co wczoraj, wytarte dżinsy i ciężkie buty sięgające za kostki. Wyjmuje z lodówki butelkę Coca-Coli i przysiada się do Roberta.

-Przed świtem – odzywa się, upiwszy łyk napoju – poszliśmy do pana pokoju. Chcieliśmy wejść do środka, ale coś stało się z drzwiami i oknem. Nie dało się ich w żaden sposób otworzyć.

Robert w milczeniu kończy śniadanie. Pochłania ostatni kawałek smażonego boczku, wyciera usta serwetką i opróżnia duszkiem szklankę wody mineralnej.

-To pewnie pana sprawka – ciągnie niezrażony jego zachowaniem nastolatek. – Chcemy wiedzieć, jak pan to zrobił.

Robert płaci za śniadanie i wychodzi z baru. Wsiadając do samochodu, zastanawia się, które z nich jest potworem. Kelnerka czy recepcjonista? A może potwór mieszka na wzgórzu. W tamtym zamku? A ci dwoje to tylko jego słudzy? Nie obchodzi go to nic a nic. Nie tym razem. Dodaje gazu. Wkrótce motel, bar i stacja benzynowa znikają z bocznych lusterek.

Żółty Cadillac Fleetwood, rocznik 59, pędzi wymarłą szosą. Potężny V8 ryczy pod wypolerowaną na błysk maską. Boczne szyby są opuszczone. Robert prowadzi jedną ręką, drugą wystukuje rytm do piosenki Rainbow pt. „Tarot Woman”. Czuje się świetnie. Może dlatego, że nie czuje niczego konkretnego. Wmawia sobie, że nic, nawet śmierć przyjaciółki, nie powstrzyma go przed dotarciem do Sierocińca.

Zatrzymuje się tylko w tych miejscach, o których napisała w swoim notatniku Kamila. Są to na ogół małe miasteczka, sprawiające wrażenie widmowych, przynajmniej na powierzchni, bo pod ziemią, w labiryntach, życie, nie tylko ludzkie, toczy się bez względu na porę dnia. Labirynty nie interesują Roberta, nie dlatego, że gardzi tym, co mają do zaoferowania, chociażby rolami, w jakich można je zgłębiać lub historiami, w jakich można w nich zginąć bądź zwyciężyć. Z punktu widzenia celu, jaki Robert zamierza osiągnąć, labirynty, nad którymi śmiga jego stylowy samochód, mimo że rozciągają się między światami, wiodą donikąd.

Istotne jest coś innego.

Przede wszystkim rozmowa, prowadzona z nieznajomą lub nieznajomym, na ogół w jakimś barze – zwyczajna paplanina dwóch osób będących w drodze, które spotkały się niby przypadkiem i nagle odkryły, że mają sobie sporo do powiedzenia. W pewnym momencie twój rozmówca zmienia głos i mówi coś, czego nie spodziewałeś się od niego usłyszeć – jakby ktoś inny poruszał jego ustami. Zostajesz postawiony przed wyborem. I wybierasz.

Tak jak Robert, który w pustynnym wykwicie neonów spotkał rudowłosą piękność. Abigail twierdzi, że jest tutaj przejazdem, w drodze na zachód, gdzie czekają na nią niezałatwione sprawy, zawodowe i rodzinne. Po kilku drinkach wyznaje, że jest rozwódką, właśnie rzuciła pracę, która nie dawała jej satysfakcji, i próbuje się odnaleźć w roli bezrobotnej, nowonarodzonej singielki. Ma dość facetów.

-Więc nie licz na to – ostrzega Roberta – że wylądujemy u mnie.

Nagle milknie, potrząsa głową – raz, drugi, trzeci. Z jej twarzą dzieje się coś dziwnego, jakby jakaś inna próbowała się spod niej wydostać. W końcu Abigail uśmiecha się zalotnie i, kładąc dłoń na udzie Roberta, szepcze, że mogliby pójść do apartamentu, który wynajęła w pobliskim hotelu, jedynym w tej mieścinie.

-Tak dawno nie miałam faceta – mówi, kiedy wchodzą do pokoju.

Oczywiście, Abigail kłamie, jest bowiem, jak wszystkie istoty jej rodzaju, kłamczuchą. Nigdy się nie rozwodziła, a jej mąż, jedyny jakiego kiedykolwiek miała, zmarł dawno temu, zanim zatonęła Atlantyda. Robert nie ma o tym pojęcia, potrafi jednak rozpoznać kłamstwo. Dzięki zapiskom Kamili domyśla się, kim jest Abigail. Dlatego ma się na baczności. Uważa, aby nie przekroczyć niewidzialnej granicy, zza której nie ma powrotu. Jedynie wieczność i chłód.

Kiedy Abigail siada na łóżku, rozszerzając kusząco nogi, Robert nie korzysta z zaproszenia. Wyciąga dłoń, dotyka jej twarzy, ale nie pozwala pocałować się w palce.

-Odwróć się – mówi.

Abigail wykonuje polecenie, mrucząc jak kotka. Zadziera spódnicę, jakby chciała, aby wziął ją od tyłu. Robert jednak robi coś innego – pukiel rudych włosów ląduje na dywanie, gdzie momentalnie zmienia się w czarną żmiję. Mężczyzna miażdży jej łeb obcasem i szybkim ruchem chowa zwłoki do kieszeni płaszcza. Abigail zaczyna syczeć. W jej spojrzeniu buzuje nienawiść.

Robert wie, że ma ją w garści. Może z nią zrobić, co tylko zechce. Takie są zasady, których nie rozumie.

Nie chce jej skrzywdzić.

Więc wychodzi – dla pewności tyłem, trzymając przed sobą obsydianowe nożyczki, zabrane jednemu z gmerków. Dziesięć minut później neonowe miasteczko jest już tylko wspomnieniem. Żółty krążownik szos, napędzany ośmiocylindrowym silnikiem, znika w ciemnościach.

Tak to mniej więcej działa.

Następnego wieczoru, podczas miejskiego festynu, Robert poznaje białobrodego mężczyznę o imieniu Jack. Na początku popijawy, która dość rychło przenosi się do pobliskiego parku, Jack twierdzi, że jest nekromantą. Przechwala się, że potrafi wskrzesić każdego, co prawda tylko na pewien czas, zazwyczaj jednak dość długi, aby jego klient zdążył uzyskać od ożywieńca to, czego pragnie. Czasami są to straszne rzeczy. Po północy, mocno pijany Jack, obcałowywany przez trzymaną na kolanach męską prostytutkę, wyznaje, że jest prezesem międzynarodowego banku.

-Oczywiście – odpowiada Robert i, nie ruszając się z miejsca, przechodzi na drugą stronę. Jack-prezes nadal trzyma na kolanach prostytutkę. Nie siedzą już w parku, lecz w jednym z sekretnych pokoi klubu nocnego położonego przy miejskim rynku. Towarzyszy im dwóch ponurych ochroniarzy zajętych czytaniem gazet.

-Mogę zniszczyć każdego – kontynuuje Jack-prezes. – Jednak w tej sprawie potrzebuję twojej pomocy.

Kilka dni później, w innym świecie i mieście, Robert rozmawia z blondynką, której skóra przypomina w dotyku pergamin. Dziewczyna chwali się tym, że zna społeczność istot tak niezwykłych i cudownych, iż w konfrontacji z nimi blakną treści ludzkich bestiariuszy. Przez grzeczność Robert nie wspomina, iż ona sama sprawia wrażenie stereotypowego potwora.

Czterdzieści mil dalej – nadal w tym samym świecie – uzależniony od cracku chłopak proponuje Robertowi, że obciągnie mu w zamian za drobne na jedzenie. Kiedy Robert odmawia, nastolatek wpada w szał i zmienia się w ogromnego wilka.

Zawsze jest tak samo, myśli Robert. Wierzą, że w porównaniu ze zwykłymi śmiertelnikami są tacy wspaniali, wyjątkowi, nawet jeśli – jak ten nastoletni narkoman w wilczej skórze czy uzależniony od alkoholu i prostytutek prezes międzynarodowego banku – spadli na samo dno. Jedni chcą otwierać nasze groby, inni nasze ciała lub portfele, są i tacy, którzy zadowalają się tym, że od czasu do czasu jednemu z nas otworzą oczy i pokażą prawdziwe oblicze tego, co uważają za rzeczywistość. Nie mają pojęcia, że są tylko ziarenkami piasku na plaży.

Za każdym razem Robert postępuje zgodnie z notatkami Kamili.

Na skutek klątwy, rzuconej przez byłą żonę, która okazała się najprawdziwszą wiedźmą, Jack-prezes nie może mieć erekcji. Robert rozwiązuje jego problem za pomocą drinka o nazwie Czarny Kot, doprawionego krwią i jadem żmii zabranej Abigail. Potem, odwróciwszy uwagę ochroniarzy, ucieka z klubu, przeklinając głupotę swojego alter ego, w którego ciele się znalazł.

Bladolica piękność zgadza się wprowadzić Roberta do społeczności odmieńców w zamian za skórę wilkołaka, którą Robert mógłby zdobyć tylko wtedy, gdyby ktoś wprowadził go do społeczności odmieńców.

Ćpun-wilkołak ginie od srebrnej kuli wystrzelonej z broni, którą Robert ukradł Jackowi-prezesowi.

Na widok wilkołaczej skóry wampirzyca przeciera ze zdumienia oczy, a potem spełnia obietnicę.

Kilka godzin później Robert odkrywa, że znajduje się w samym środku wojny między wampirami i wilkołakami. Wymiotuje przez dwie godziny.

Każdemu z nich – Abigail, Jack’owi, blondynce i tamtemu narkomanowi – mógłby w kluczowym momencie rozmowy odmówić. Gdyby to zrobił, pozostałby w świecie, w którym Abigail jest jedynie rozwódką szukającą pocieszenia w ramionach innego mężczyzny, Jack – nekromantą mającym problemy z erekcją, blondynka – miłośniczką urban fantasy, a wyniszczony crackiem dzieciak po prostu sobą. Ale nie odmówił. Bez wahania wziął to, co zaoferowały odpowiedniki tych osób żyjące w innych światach.

Na innych plażach, jak powiedziała podczas przesłuchania Kamila.

*

Tamtego dnia – kiedy Robert z odbezpieczoną bronią zmierzał do kamienicy opanowanej przez skrzatana – wśród ziemskich filozofów nadal nie było konsensusu w sprawie właściwego rozwiązania paradoksu stosu. Jedni opowiadali się za teorią nadwartościowania, inni za teorią podwartościowania, niektórzy brali stronę epistemologicznej teorii nieostrości, byli też i tacy, którzy za właściwe rozwiązanie uważali koncepcję nieostrej trójwartościowości, albo stwierdzali, że nieostrość lingwistyczna jest skutkiem i znakiem nieostrości metafizycznej. Byli również zwolennicy rozwiązania nihilistycznego.

Robert jak każdy w jego fachu znał się na paradoksie stosu. Wiedział, że za pomocą modus ponendo ponens lub dictum de omni można w poprawny logicznie sposób wyprowadzić między innymi tezę o tym, że nie istnieje nic takiego jak stos kamyczków, muszelek, guzików, kawałków drewna, jakikolwiek (i odpowiednio tezę przeciwną: że, dajmy na to, jeden kamyczek już konstytuuje stos), a także tezę, że 15 milionów osób chorych na Hiszpankę nie stanowi epidemii (i odpowiednio tezę przeciwną: że jedna osoba chora na Hiszpankę to epidemia).

Tego rodzaju argumentowanie nazywano w Agencji argumensorytowaniem.

Eubulides byłby zaskoczony słysząc, do jakich celów można wykorzystać obmyślony przez niego paradoks stosu. Z pewnością zdumiałoby go nihilistyczne rozwiązanie owego paradoksu implikujące daleko idącą demolkę nie tylko większości ludzkich języków, ale i zakodowanych w nich zdroworozsądkowych obrazów świata, a polegające na uznaniu, że pojęcia nieostre nie mają desygnatów. Najbardziej jednak zadziwiłby Eubulidesa fakt stosowania argumensorytów w walce z odwiecznymi wrogami sapiensiej ludzkości.

Trzypiętrowa kamienica z czerwonej cegły wyglądała zwyczajnie dla zwyczajnych ludzi. Robert był jednak regulatorem. I jak każdy regulator posiadał umiejętności umożliwiające wykrywanie skrzatów, bez względu na formę, jaką przybrały, oraz ich kryjówek, które urządzały na ogół w niebudzących podejrzeń budynkach, często w porządnych dzielnicach.

W kamienicy, do której zmierzał Robert, zgodnie z tym, co powiedział mu jej administrator i właściciel w jednej osobie, znajdowało się dziewięć mieszkań, po trzy na każdym piętrze, z czego tylko cztery były zamieszkane – wszystkie przez studentów z pobliskiego uniwersytetu.

Zanim Robert zaczął argumensorytować, przestawił swoją percepcję na tryb Spoglądam w otchłań, szczerząc bezczelnie zęby, aby upewnić się, że w pobliżu nie ma żadnych skrzatów ani ich pacynek. Czas na wyliczankę, uznał i wyszeptał:

-Jeśli jestem niepercypowalny dla jednego skrzata, to jestem niepercypowalny dla dwóch skrzatów. Jestem niepercypowalny dla jednego skrzata. Zatem jestem niepercypowalny dla dwóch skrzatów…

Cierpliwie wypełniając odpowiednią treścią schemat modus ponendo ponens, dojechał do stu skrzatów. Analogiczną wyliczankę wykonał dla pacynek.

Wkrótce ujrzał kamienicę z czerwonej cegły w całej jej skrzaciej prawdzie. Oplatające budynek czerwono-fioletowe macki z białymi wypustkami, z których tryskały szare opary, świadczyły z pewnością o jednym – w kamienicy doszło do wylęgu skrzatana. Robert wezwał posiłki i wszedł do środka.

Skrzatana odnalazł na czwartym piętrze. W mieszkaniu numer osiem.

W kuchni jakaś dziewczyna, ubrana jedynie w obcisłe spodnie, zmywała naczynia. Na jej lewym ramieniu siedział skrzat i szeptał do ucha skrzacie obietnice. Miał zielony kubraczek, zielone spodnie i jeszcze zieleńszą czapeczkę. Wyglądał jak miniaturka Angusa Younga. Warkocz skrzata znikał w drobnym nacięciu na szyi dziewczyny. Mały drań rozpoczął wylęg.

Robert ominął zainfekowaną i wszedł do salonu. Skrzatan siedział przed sześćdziesięciocalowym ekranem plazmowym. Grał w jakąś konsolową grę. Od tyłu przypominał gruszkowatą kupę błota, szeroką u podstawy na pięć-sześć metrów, wysoką na ponad dwa. Rozlewał się po podłodze, meblach i ścianach. I bulgotał. Z lewego boku stwora wychodziła gruba macka znikająca po dziesięciu metrach w karku blondyna o pozbawionych wyrazu oczach.

Cholerne skrzaty, pomyślał Robert i starannie wymierzył. Małe popieprzone potworki przypominające międzywymiarowe góry lodowe – wystają ze swojego piekła raptem czubkiem w postaci miniaturowego człowieczka. Mniej więcej od 1981 roku większość z nich z nieznanego regulatorom powodu miała twarz gitarzysty AC/DC. Ale Robert zabijał już skrzacich Cezarów, Jezusów, Einsteinów, Stalinów, Jaggerów, Fordów, Willisów, Bushów, a nawet skrzacie Madonny. Najwyraźniej małpowanie ludzi sprawiało im przyjemność.

Skrzatan rozprysł się po całym pokoju, próbując uciec przed śmiercionośną zawartością siedmiu pocisków, które, wniknąwszy w jego błotniste cielsko, odnalazły drogę do wymiarów, gdzie bytowała reszta monstrum. Siedem nanoskopowych quasi-czarnych dziur wessało stwora. Jego pacynka zaległa bez ruchu na podłodze. Robert, zmieniwszy broń na zwykłą, wrócił do kuchni. Dziewczyna w krótkich spodenkach trzymała w prawej dłoni rzeźnicki nóż. Robert pociągnął za spust. Pocisk rozerwał skrzata i ogłuszył pacynkę. Kolejne strzały rozległy się piętro niżej. Przysłane przez Agencję posiłki zaprowadziły porządek.

Wieczorem Robert przesłuchiwał uratowanych studentów. Tak poznał Kamilę. Blond włosy z rudymi pasemkami, dyskretny makijaż i usta pełne tajemnic. Dziewczyna z rzeźnickim nożem. Nadal była nieco rozkojarzona. Podziękowała mu za uratowanie życia.

-To moja praca – odparł.

-Wiem – spuściła głowę. – Tym razem przesadziłam. Niepotrzebnie ryzykowałam.

-Jak to niepotrzebnie pani ryzykowała? Nie rozumiem.

Więc mu wyjaśniła.

-Ziarenka piasku – powiedziała pod koniec rozmowy – na jednej z nieskończenie wielu plaż. To my.

Robert pokręcił głową, niedowierzając temu, co usłyszał, i zawołał dwóch rosłych strażników. Zanim weszli do pokoju przesłuchań, Kamila wskoczyła na stół, nachyliła się nad Robertem i złożyła na jego ustach pocałunek, po którym mężczyzna ujrzał przestwór wzajemnie się przenikających światów – tych egocentrycznych skrawków nieskończonej rzeczywistości, w których podobni mu durnie, zanurzeni w zaludnionych potworami historiach, uważali się za wybrańców losu.

Trzy dni później Kamila znikła z izolatki.

Gdy minęło pół roku, Robert znalazł na swojej wycieraczce paczkę, a w niej notatnik dziewczyny.

*

Sztuczki. Triki. Zaklęcia. Z braku lepszych słów. Nawet pojęć.

Kamila napisała:

Zamawiasz drinka w jednym świecie, barman stawia go przed tobą w innym. Odkręcasz kurek w motelowej łazience, a w innych światach coś podobnego robią twoi odpowiednicy. Kiedy przechodzisz ze świata do świata, zajmujesz miejsce swojego innoświatowego alter ego. Wchodzisz w jego skórę. I musisz trzymać fason, jeśli chcesz dotrzeć do Sierocińca. Robisz te dziwne gesty palcami, wyginasz je w różne strony, w odpowiedniej kolejności kreślisz znaki, oczywiście dyskretnie, nie chcesz przykuwać uwagi – i nie przechodzisz sam, twój dobytek, wszystko to, co wcześniej potraktowałeś znakami, przechodzi razem z tobą. Wszystko z wyjątkiem twojego ciała.

Samochód, broń, ulubiona bielizna.

Pamiątki i skarby.

Dzięki nim czujesz się pewniej. Trzymasz samotność na wodzy.

Podróżujesz w poprzek. Na przekór. Nie przywiązując się do nikogo i niczego. A przynajmniej próbujesz zachować dystans.

Robert uśmiecha się do swojego odbicia w lustrze za barem i wznosi toast.

Nie masz pojęcia, jak to wszystko działa, grunt, że działa. Cieszysz się tym, nie masz czasu na wątpliwości. Wyjaśnienia uznajesz za luksus, na który cię nie stać.

-Za co pan pije? – pyta barman.

Robert potrząsa głową.

-Za drogę – uśmiecha się, potem płaci walutą znalezioną w płaszczu swojego alter ego i wychodzi na zewnątrz, próbując przestać myśleć o słowach Kamili.

Noc jest ciepła. Księżyc wściekle blady.

Robert wjeżdża na szosę i rozpędza się do setki. Jedzie na zachód, w stronę farmy, która – jak to ujął barman – przycupnęła u kresu wszelkich dróg.

W pewnej chwili dźwięk policyjnego koguta smaga noc niczym bicz.

Na poboczu stoi samochód, przed nim kobieta i dwójka dzieci. Robert zatrzymuje się, nie gasząc silnika, i opuszcza boczną szybę. Chłopiec i dziewczynka płaczą.

-Proszę… – mówi przerażona kobieta – …niech pan nas stąd zabierze.

Po chwili cała trójka jest już w środku. Patrząc w boczne lusterko, Robert widzi, że policjant – humanoidalna plama czerni w białym kasku – zsiada z motocykla. Temperatura gwałtownie spada. Na szybach pojawia się biały osad. Oddech paruje. Usta sinieją. Ziąb przenika w głąb kości. Robert spogląda pytająco na kobietę. Jest przeraźliwie blada. Ma podkrążone oczy. Wpatruje się w niego ze strachem i nadzieją. Dzieci również.

-Niech pan już jedzie.

Robert nie czeka, aż policjant zapuka w boczną szybę. Żółty ośmiocylindrowy potwór rzuca się w noc. Kilka sekund później pędzi szeroką dwupasmową drogą.

Plama czerni z odznaką nie daje za wygraną.

-Szybciej! – krzyczy kobieta.

Robert spełnia jej prośbę. Wybiera w odtwarzaczu jeden ze swoich ulubionych utworów. Ściska mocniej kierownicę, daje się porwać muzyce. Przez perkusyjną kanonadę przebija się gitarowy riff i dudniący bas. Wokal pojawia się niczym wichura. Ta muzyka przypomina sprawnie pracujący mechanizm. Chociażby silnik jakiegoś piekielnego pojazdu. Kalejdoskopowo rozbrzmiewające riffy, wirtuozerskie solówki, bas chroboczący w tle niczym umrzyk palcami o spód wieka trumny, wreszcie perkusja brzmiąca tak, że Robertowi każde uderzenie w nią kojarzy się z wyburzaniem wysokościowca.

I tak się ścigają – plama czerni na motocyklu i zeszłowieczny krążownik szos.

Nagle Robert zauważa jakieś zabudowania.

-Niech pan skręci – mówi kobieta.

Zjeżdżają z szosy. Pasażerka oddycha z ulgą.

-Już dobrze – uspokaja dzieci. – Uciekliśmy.

Chłopiec widzi przez tylną szybę – tak jak Robert patrzący w boczne lusterko – że policjant zatrzymał się przed zjazdem.

-Dalej nie pojedzie – mówi dzieciak.

Motocykl zawraca i znika w ciemnościach.

Robert parkuje przed domem.

-Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia – stwierdza, ściszając muzykę.

Dom jest duży i stary. Z zewnątrz wygląda posępnie.

-Mam na imię Klara – odpowiada kobieta. – A to moje dzieci, Dawid i Ewa. Mieszkamy tutaj. Zapraszam na kolację.

Robert dziękuje za zaproszenie. Jest głodny. I zmęczony. Ma nadzieję, że kobieta zaoferuje mu nocleg.

Czeka na nią w salonie w towarzystwie biszkoptowej labradorki o imieniu Olza. Pokój jest przestronny, z kominkiem i dużym stołem otoczonym sześcioma krzesłami. Sofę ustawiono na wprost telewizora i zestawu kina domowego. Na ścianach wiszą jakieś obrazy, nie ma jednak żadnych zdjęć rodzinnych. W domu panuje cisza, sporadycznie przerywana dochodzącym z piętra skrzypieniem desek podłogowych. Robert wyciąga z kieszeni notatnik Kamili. Bębni palcami o okładkę.

Boisz się przede wszystkim jednej rzeczy: tego, że jakieś twoje alter ego, jakaś inna osoba, bliźniaczo do ciebie podobna, też wyrwała się z okowów swojej dotychczasowej historii i próbuje odnaleźć Sierociniec. Zadręczasz się myślą, że mogłaby cię na pewien czas wyłączyć, albo, co jest o wiele gorsze, skasować. Och, jesteś hipokrytą, bo kiedy ty tak robisz, twoje sumienie śpi smacznie. Niczym szczeniak o pełnym brzuszku.

-Zasnęły – mówi Klara, wchodząc do salonu.

-To dobrze – odpowiada Robert. – Możemy teraz porozmawiać.

Kobieta zajmuje jedno z krzeseł. Pociera palcami skronie. Wygląda na bardzo zmęczoną.

-O czym chce pan rozmawiać, panie…

-Robercie. Proszę zwracać się do mnie po imieniu.

-Dobrze. Więc?

-Chcę wiedzieć, co się tam wydarzyło.

Kobieta zaciska usta.

-Po co? – pyta.

-Mogę ci pomóc. Znam się na takich rzeczach.

-Takich? – Klara unosi brwi.

-Na potworach.

Na twarz Klary wpełza coś w rodzaju uśmiechu.

-Na ludziach – odpowiada.

-Nie – Robert kręci głową – na potworach.

-Wszystko jedno – Klara wzdycha. – Chętnie skorzystam z twojej pomocy.

Następnego dnia wczesnym rankiem Robert ściąga na farmę samochód Klary. Po śniadaniu poświęca dwie godziny na zwiedzanie okolicy. Farma leży przy piaszczystej drodze, wiodącej na północny-zachód w kierunku gęsto zalesionych wzgórz. Wskazuje jedno z nich – to najwyższe, najrozleglejsze – Klarze.

-Co jest za nim?

-Nie wiem.

-Nigdy tam nie byłaś?

Kobieta uśmiecha się.

-Raz, dawno temu.

-I co?

-Nic – wzrusza ramionami. – Nie widziałam tam niczego godnego uwagi.

Robert drapie się po szczęce.

-Ktoś powiedział, że twoja farma leży u kresu wszelkich dróg.

-Bo to prawda, Robercie. To wzgórze kończy się skarpą, z której… – Klara milknie, odgarnia grzywkę i dodaje tyleż zachęcająco, co tajemniczo – …sam się przekonaj. Szkoda słów.

-Tak zrobię.

Przez resztę dnia Robert bawi się z dziećmi Klary.

Natomiast wieczorem stoi oparty o maskę Cadillaca, jedną ręką trzymając potężny karabin snajperski, otrzymany od gnoma-zbrojmistrza w zamian za skarb wampirzycy. Zębami ściska papierosa. Kącikami ust wypuszcza kłęby dymu. Po dziesięciu minutach oczekiwania w oddali rozbłyska światło. Robert przeładowuje broń. Spluwa niedopałkiem. Oddycha spokojnie. Mierzy. Odlicza do trzech i strzela. Siła uderzenia zdmuchuje policjanta na asfalt. Maszyna uderza w leżący na poboczu głaz. Biały kask toczy się po jezdni.

Robert kładzie karabin na tylnim siedzeniu samochodu i ściskając w dłoni maczetę podchodzi do zwłok.

Gdy wraca na farmę, dzieci już śpią. Klara krząta się w kuchni.

-Już po wszystkim – oznajmia Robert.

Zakrwawiony worek ląduje w pustym koszu na brudną bieliznę. Klara zagląda do środka. Marszczy brwi i nos.

-Gwarantujesz? – pyta nieprzekonana.

-Tak.

-Na pewno? Przecież raz już wrócił zza grobu.

-Tym razem nie wróci – Robert staje za Klarą i obejmuje ją w pasie. – Przestał istnieć – szepcze.

Klara czuje na szyi jego oddech, potem usta, miękkie i wilgotne. Odwraca się i spogląda mu w oczy.

-Na pewno tego chcesz? – pyta.

Jutro, zanim się obudzisz, wyjadę stąd, myśli Robert, więc…

-Tak, chcę – odpowiada, a Klara uśmiecha się pod nosem do samej siebie.

Nad ranem Robert budzi się w skotłowanej pościeli. Klara leży obok. Naga. Przygląda się jej pośladkom. Plecom. Pieprzykom na szyi. Całuje je delikatnie. Następnie naciąga bokserki i przygotowuje śniadanie. Tego dnia Robert zostaje na farmie. Przez kolejne siedem również. Nie myśli za dużo o swojej decyzji. Nie wie jednak, dlaczego. Uwagę poświęca przede wszystkim Klarze i jej dzieciom. Ma dobry kontakt z Dawidem i Ewą. Spędza z nimi dużo czasu na zabawie. Wieczorami pomaga Klarze w kuchni. Lubią ze sobą rozmawiać, oglądać wspólnie filmy, kochać się do upadłego. Poznają się coraz lepiej.

Mijają tygodnie.

Pewnego dnia Klara oznajmia, że ona i dzieci chcą jechać nad morze. Na jeden dzień.

-Sama podróż zajmie nam dwa dni – oponuje Robert. – Możemy pojechać, ale co najmniej na tydzień.

-Och, głuptasie – Klara całuje go w policzek. – Przecież morze znajduje się tuż za wzgórzami.

Droga prowadzi przez las. Kiedy wjeżdżają na ogołocony z drzew wierzchołek najwyższego wzniesienia, Robert gasi na prośbę Klary silnik. Kobieta podchodzi do krawędzi skarpy. Wpatruje się w bezkresną biel, która wypełnia cały horyzont.

-Tutaj niczego nie ma – stwierdza zdumiony Robert.

-To dlatego, że patrzysz w niewłaściwy sposób – odpowiada Klara i pstryka palcami.

Coś rozbłyskuje w powietrzu. Robert mruży raptownie oczy. Kiedy odzyskuje ostrość widzenia, rozpościera się przed nim łagodne zejście na plażę omywaną morskimi falami.

-Miałam rację – Klara uśmiecha się triumfalnie.

Na plażę zabierają leżaki, koce, ręczniki, kremy do opalania, książki, karty do gry i kanapki, mnóstwo kanapek, najwięcej z żółtym serem i sałatą. I dysk do aportowania. Spacerują brzegiem morza, woda obmywa ich stopy, trzymają się za ręce, labradorka Olza hasa dookoła, szczeka na mewy, ściga rzucany przez dzieci dysk. O zmierzchu Robert i Klara siedzą w wiklinowym koszu, podziwiając paletę barw zachodzącego słońca. Dawid i Ewa drzemią w leżakach, otoczeni zamkami z piasku.

Mijają kolejne dni.

Aż w końcu nachodzi ten jeden, szczególny dzień, kiedy wszystko się zmienia.

Według przepisu feta ma nadać potrawie śródziemnomorski charakter.

Klara kroi umyte marchewki. Następnie wlewa do czarnego rondla dwie szklanki wywaru z kurczaka. Dodaje jedną łyżeczkę sproszkowanej skórki z cytryny, trochę mięty i nieznaczną ilość pieprzu. Po namyśle dorzuca jeszcze szczyptę tego ostatniego. Potem dodaje marchewkę i przygotowany wcześniej ryż. Zmniejsza płomień i przykrywa rondel pokrywką. W międzyczasie Robert kończy kroić na cienkie plasterki cebulę. Gasi płomień pod gotującą się w garnku wodą i rozgrzewa na dużej patelni olej. Wrzuca na nią cebulę z czosnkiem. Smaży przez pięć minut, po czym, zerknąwszy na przypięty do szafki przepis, dodaje dwie szklanki puszkowanych pomidorów oraz po łyżeczce oregano, bazylii i pieprzu. Pomidory rozgniata łyżką, zmniejsza płomień i zaczyna dusić wymieszane składniki.

Klara zaciąga się papierosem, czekając aż z rondla wygotuje się nadmiar wody, co według przepisu ma nastąpić w ciągu dwudziestu minut. Eskalopki przygotowała wcześniej. Czekają na półmisku – mięsne kulki w złotawej panierce z tartej bułki, pieprzu i oregano.

Robert ociera czoło. Nie czuje się najlepiej. I nie chodzi tylko o dzisiaj. Od wielu dni w żołądku zalega mu jakiś ciężar. Pulsuje skóra na klatce piersiowej. Trzeszczą żebra. Dręczy go uczucie wzbierających mdłości, które jednak nie kulminują wymiotami.

Klara zauważa, że kochanek, choć z zapałem i wprawą obiera krewetki, robi się coraz bardziej blady.

-O czym myślisz? – pyta z czułością.

Robert wrzuca obrane skorupiaki do porcelanowej miski. Odwraca się twarzą do Klary i sięga ponad jej głową po wiszącą na kołku ścierkę. Wyciera dłonie i składa na ustach kobiety delikatny pocałunek.

-Rozmyślałem o Sierocińcu – odpowiada.

-O Sierocińcu?

-Nie pamiętasz? Opowiadałem ci o Kamili, dziewczynie, którą uratowaliśmy z rąk terrorystów.

-Przypominam sobie.

-To ona opowiedziała mi o tym wspaniałym miejscu…

-Wspaniałym? Naprawdę tak sądzisz?

Robert drapie się po brodzie.

-Nie jestem pewien – odpowiada – ale wydaje mi się, że takie miejsce i możliwości, której ono oferuje to nic złego…

-Za dużo o tym myślisz, Robercie. Przecież to tylko fikcja.

Po tych słowach zapada cisza, która dość szybko robi się niezręczna.

-Przepraszam – reflektuje się Klara. – Nie chciałam…

Robert kręci przecząco głową.

-Nawet jeśli masz rację, Klaro, to ta fikcja nie daje mi spokoju. Zrozum, zanim usłyszałem od Kamili opowieść o Sierocińcu, byłem zwyczajnym facetem mającym niezwykłą pracę…

-Tak, wiem, ratowałeś świat.

-Właśnie. Ale poza pracą było coś jeszcze. Rozkoszowałem się życiem. Cieszyłem się rześkością powietrza, sokami pocałunku, smakiem pomidora i wódki. Zapachem tytoniu i zmęczeniem wypełniającym ciało aż po krańce włosków na skórze. Radość sprawiało mi zarówno przygotowywanie posiłku, jak i jego późniejsza konsumpcja. Spożywać pokarmy dla nich samych. Pracować dla samej pracy. Dbać o treści, które wypełniają życie, w ten sposób, że środek do celu sam szybko przekształca się w cel, a dążenie do niego samo staje się celem. Spożywanie pokarmów jest pokarmem życia. Cudowna metafora. Żyłem podług niej. Każdego dnia. Ale za sprawą Kamili to wszystko przepadło. Odeszło nie wiadomo dokąd i chyba nie zamierza wrócić. Pragnę…

Robert spuszcza wzrok.

-Sam już nie wiem, czego pragnę…

Klara kiwa ze zrozumieniem głową i wraca do gotowania. Robert zmniejsza płomień pod wrzącą w garnku wodą i wrzuca do niego makaron fettuccine. Następnie zdejmuje pokrywkę z patelni i zaczyna mieszać drewnianą łyżką smażące się pomidory, cebulę, czosnek i przyprawy. Po trzech minutach dodaje krewetki.

-Uraziłem cię czymś? – pyta.

-Nie o urazę mi chodzi – Klara się uśmiecha.

-Więc o co?

-O plagiat.

-Plagiat?

-Słyszałeś o Emmanuelu Levinasie?

-Nie.

-To francuski filozof.

-Nie znam.

-Ciekawe, bo właśnie opisałeś swoje doznania jego językiem. Wręcz sparafrazowałeś całe zdania z dzieł Levinasa.

Robert przez dłuższą chwilę trawi jej słowa. W końcu pyta:

-Skąd wiesz?

-Kiedyś mieszkał z nami pewien włóczęga. Miał dwadzieścia lat. Wspaniałe ciało. Popieprzone poczucie humoru. I bzika na punkcie francuskiej filozofii. Uwielbiał książki Levinasa. Chwalił się, że zna je na pamięć. W każdym razie, kochając się ze mną, cytował obszerne fragmenty De l’evasion, De l’existence a l’existant, Le Temps et l’autre, Totalite et Infini i Autrement qu’ etre ou au-dela de l’ esense.

-Brał cię od tyłu, pakując się w twoją piękną pupę, i roztrząsał problemy ontologiczne?

Klara oblizuje wargi.

-Mniej więcej – mówi z filuternym wyrazem twarzy.

-I co się z nim stało?

-Levinasem czy włóczęgą?

-Twoim kochankiem.

-Odszedł.

Kamila milknie, uśmiechając się tajemniczo, następnie wlewa do plastikowej miski wywar z kurczaka, dodaje dwie łyżki cytrynowego soku oraz po łyżeczce startej skórki z cytryny i mąki kukurydzianej. Na koniec wrzuca trochę rozdrobnionych ząbków czosnku i posiekaną natkę pietruszki. Otrzymaną masę przelewa na rozgrzaną patelnię.

-Wszyscy odeszli – dodaje pięć minut później. W jej głosie słychać nutkę nostalgii. Nie wygląda jednak na zasmuconą.

-Ten policjant również?

-Tak – błyska bielutkimi zębami. – Kiedy zaczął mnie bić, był już kimś innym niż wtedy, gdy się w nim zakochałam.

-Więc go zabiłaś.

-Długo zbierałam się na odwagę. Nie lubię zabijania.

-Dlaczego nie uciekłaś, gdy wrócił?

-Widzisz, Robercie, grunt to być zanurzonym po szyję we własnej naturze. Z moją, zaiste ekstrawaganckiego sortu, jest mi bardzo dobrze. Nie uciekam, jeśli moja natura szepcze „Zostań”.

-Nie zastanawiałaś się, jak to możliwe, że wrócił?

-Nie, nigdy. Całą sobą, najodleglejszymi krańcami mojej natury, rozciągającej się nad nami niczym baldachim, wiedziałam, że nie ma to żadnego znaczenia.

-Więc stoję w cieniu rzucanym przez twoją naturę?

Klara odwraca się w stronę okna i, spoglądając przez ramię, mówi:

-Koty, w odróżnieniu od ludzi, nie walczą i nie godzą się ze swoją naturą. Po prostu są kotami.

Robert nie odpowiada. W milczeniu, unikając jej wzroku, przekłada odcedzony makaron na talerz. Polewa sosem z krewetkami i wzbogaca garścią oliwek oraz pokrojonym w kostkę serem feta.

-Skończyłeś – stwierdza Klara, po czym pokazuje mu półmisek z eskalopkami polanymi sosem pachnącym cytryną i czosnkiem.

-Muszę coś ci wyznać… – mówi z wahaniem Robert, zostaje jednak uciszony pocałunkiem.

W milczeniu zrzucają ubrania na podłogę.

-Kocham cię.

Klara otwiera oczy.

-Powiedz to jeszcze raz – mówi, zaplatając nogi za plecami Roberta.

-Kocham cię.

Kochają się namiętnie. Kilka razy. Z przerwami na papierosa. Oddanie moczu. Przemycie genitaliów. Komentarze. Żarty. Śmiech. Jedzenie. Słuchanie muzyki.

Z przerwami na samotność.

*

Przebudzenie jest bolesne. I nagłe. Jak cięcie nożem przez twarz. Najpierw nadpływają dźwięki. Zbliżają się falami, wymieszane, kakofoniczne, aby po pewnym czasie skrystalizować się w gwar rozmów, śmiech, odgłosy jedzenia i picia, nastrojową muzykę. Robert otwiera oczy. I stwierdza, że siedzi w restauracji, przy nakrytym stoliku, ubrany w elegancki garnitur. Palcami prawej dłoni ściska nóżkę pękatego kieliszka z winem o barwie bursztynu. Nie jest sam. Siedzący naprzeciwko blondyn sprawia wrażenie szczerze zdziwionego.

-Wszystko w porządku? – pyta.

Robert poluzowuje krawat.

-Chyba tak – odpowiada niepewnie.

Próbuje przypomnieć sobie, jak się tutaj znalazł, ale w jego pamięci zieje czarna dziura. Przeszukuje kieszenie marynarki. W wewnętrznej znajduje złożoną w pół karteczkę. Rozkłada ją i czyta:

Wygląda na to, że dotrę tam przed tobą.

Cholera, klnie. A potem robi mu się na przemian gorąco i zimno. Gwar rozmów się nasila. Ktoś śmieje się rubasznie. Gdzieś pęka szkło. Blondyn wytrzeszcza oczy. Robert czuje, że rzeczywistość ucieka mu spod nóg. Oddycha coraz szybciej. Mdłości pędzą w górę przełyku. Obraz się rozmywa. Słuch wypełnia dudniąca papka. Ciemność jednak nie nadchodzi. Nagle wszystko się uspokaja.

Robert ociera czoło. Masuje skronie. Wstaje chwiejnie.

-Muszę iść – mówi.

Czuje na sobie spojrzenia szepczących między sobą gości.

-Twoja twarz – odzywa się blondyn.

-Co z nią?

-To zabrzmi śmiesznie, ale przez chwilę wydawało mi się, że widzę w niej inną, podobną do twojej, ale szczuplejszą i młodszą.

Robert zaciska pięści. Odwraca się w stronę drzwi prowadzących do holu. Musi stąd wyjść. Natychmiast. Inaczej znów ogarnie go lęk. Dopadnie panika. I da się im zniszczyć. Uczynić niezdolnym do działania. Do kontynuowania podróży. Nie chce skończyć tak, jak wielu innych przed nim. Nie podda się. Nie teraz i nie tutaj. Więc idzie – powoli, krok za krokiem, oddychając głęboko.

Jest późny wieczór. Ulica lśni neonami. Przed restauracją stoją taksówki. Wybiera jedną z nich i podaje kierowcy adres Klary. Wyjeżdżają z miasta. Pół godziny później mijają stację benzynową i motel. Robert rozpoznaje okolicę. Od posiadłości Klary dzieli ich tylko dziesięć mil. Mimo to zasypia. I śni o Izie. O masakrze, którą na jej prośbę urządził w magazynie zamieszkanym przez gmerki. Przypomina sobie smak jej potu. Znów leży między jej udami i zapewnia, że doprowadzi ją do Sierocińca i do orgazmu, że odnajdą razem Elżbietę. I będą żyli długo i szczęśliwie. Nawet we troje. W tym, co największe i najmniejsze zarazem. W Sierocińcu.

Budzi go dźwięk klaksonu.

-Jesteśmy na miejscu – oznajmia taksówkarz.

Robert przeciera oczy i wręcza mu zapłatę. Czeka, aż taksówka wróci na szosę, po czym rusza w stronę domu. Wokół jest cicho. Blask lampy spływa znad drzwi wejściowych na murowane schodki. Cadillac stoi tam, gdzie go zostawił. Zagląda do środka. Coś leży na tylnim siedzeniu. Naciska klamkę. Drzwi odskakują. W nozdrza uderza go zapach gnijącego ciała. Słyszy brzęczenie much. Zasłaniając usta, podnosi koc. Mdłości rzucają go na ziemię. Wymiociny spływają mu po brodzie. Kapią na dłonie. Kiedy kończy wymiotować, przełyk ma rozgrzany do białości. Przewraca się na plecy i zaczyna kaszleć. Spod koca wpatrują się w niego martwe psie oczy.

Robert wyciera ręce w spodnie i zabiera ze schowka pistolet, dwa magazynki i latarkę.

Znów go mdli. Zagryza zęby. Spluwa. I wchodzi do domu.

W niektórych pomieszczeniach pali się światło. W salonie znajduje przewrócony stół, zaschnięte plamy na podłodze. Podziurawione ściany. Osmalony sufit. Pościel w pokojach dzieci jest poszarpana i zbrązowiała. W kuchni zastaje otwartą lodówkę – ktoś wyrzucił jej zawartość na podłogę. Sprawdza jeszcze gabinet, sypialnię, garderobę, obie łazienki i ubikacje, zagląda nawet do piwnicy. Żadnych zwłok. Żywych istot również.

Wychodzi przez kuchenne drzwi.

Snop światła z latarki omiata podwórze. Drzwi garażu. Stajni. Stodoły. I kopiec. Jeden. Drugi. Trzeci. Obok stoi jakaś postać.

-Nie ruszaj się - krzyczy Robert, unosząc odbezpieczoną broń.

Podchodzi bliżej.

-Jednak wróciłeś – mówi postać. – Nie spodziewałam się tego po tobie, Robercie.

Jej głos brzmi znajomo.

-Iza?

Robert oświetla twarz kobiety, ona jednak nie mruży oczu. Uśmiecha się szeroko, trochę współczująco – jak matka na widok dziecka, które puszczone samopas nabroiło.

-Gdzie jest Klara? – mężczyzna przełyka ślinę. – Gdzie są dzieci?

Iza wskazuje na kopce.

-Pochowani. To właśnie robicie ze zwłokami. Chowacie je w ziemi bądź palicie.

-Ty ich zabiłaś?

-Nie. To twoje innoświatowe alter ego. Robert z jakimś indeksem przy imieniu, również poszukujący Sierocińca.

-Ale… dlaczego? Nie rozumiem.

Iza wzrusza ramionami, dłonie wsuwa do kieszeni kurtki.

-Nie wiem. Może trafiły na psychopatę.

Roberta ściska w gardle. Czuje wilgoć w kącikach oczu. Opuszcza pistolet. Siada na ziemi. Spogląda na ręce.

-Tak, Robercie – mówi z troską Iza. – Zabił Klarę i jej dzieci twoimi rękoma. W bardzo brutalny sposób. Psa również.

Mężczyzna zaczyna płakać.

-Kim ona była? – pyta.

-Któż to wie? – Iza przewraca oczami. – Kolejnym potworem w ludzkiej skórze? Jednym ze strażników Sierocińca? A może po prostu doświadczoną życiem samicą z twojego bądź innego gatunku, która chciała zestarzeć się u boku kochanej do szaleństwa osoby i w tym celu rozkochała w sobie ciebie? Abyś dzielił z nią samotność w rzeczywistości, w której wszystkie drogi ostatecznie wiodą w jedno miejsce? Wybieraj.

Robert ociera łzy.

-Kimkolwiek była, sprawiła, że niemalże przestałem wierzyć w cel mojej podróży…

-Ode mnie nie dowiesz się prawdy – dodaje Iza. – Spróbuj w Sierocińcu. O ile tam dotrzesz, oczywiście.

-To niemożliwe – odpowiada po chwili drżącym głosem Robert.

-Co?

-Ty. Tutaj. Widziałem twoje szczątki.

Iza odgarnia z czoła grzywkę.

-Robercie, nie jestem twoją przyjaciółką. Ona nie żyje. Skrzatan, który ją zabił, również. Przetrwała jedynie zawartość ich pamięci. We mnie. Dlatego wiem, kim jesteś. Czego szukasz. Co zrobiłeś.

Robert wstaje z ziemi. W prawej dłoni nadal trzyma pistolet.

-Wyglądasz jak Iza. Mówisz jak ona. Nawet używasz tych samych perfum. Kim jesteś?

-Chimerą – uśmiecha się kobieta. – Istotą powstałą z tajemniczego połączenia dwóch innych: Izy i skrzatana. Nie wiem, jak do tego doszło. Wiem jednak, dlaczego w ogóle mogło.

-Nie rozumiem.

-Robercie, nie powiedziałeś Izie całej prawdy o sobie. Przemilczałeś pewien istotny fakt.

Robert rozkłada ręce.

-Jaki?

-Zostałeś zainfekowany. Kilka miesięcy po akcji, w której uratowałeś Kamilę. Byłeś pacynką skrzatana. Oczywiście, specjaliści z Agencji uratowali ci życie, zanim stwór ostatecznie opanował twój układ nerwowy. Nie wiedzieli tylko o jednym. Kiedy was rozdzielono, skrzatan nadal mógł percypować rzeczywistość twoimi zmysłami. Dlatego wiedział, gdzie jesteś, gdy opuściłeś swój świat. Szukał cię. I w końcu znalazł. W mieszkaniu Izy.

-Nie wiedziałem…

-Skrzatan nie chciał cię zabić. Miałeś zostać jego pacynką i pomóc mu w dotarciu do Sierocińca.

Robert milczy. Ma posępną minę. W końcu mówi:

-Żałuję, że zginęła Iza. Ale niczego nie mogłem zrobić.

Kobieta unosi brwi.

-Naprawdę? Widzisz, wraz z pamięcią moich… antenatów odziedziczyłam ich pragnienia. Nie są moje, ale potrafię je zrozumieć, a nawet spełnić. Pragnienie skrzatana, to największe, już spełniłam. I to całkiem niedawno.

-Co masz na myśli?

-Byłam tam – chimera wyciąga rękę w kierunku wzgórz, niewidocznych w ciemnościach. – Byłam w Sierocińcu.

-Nie…

-Tak. I odnalazłam Elżbietę. Długo rozmawiałyśmy. Co było dość niezwykłe, zważywszy na to, jak bardzo zapracowaną osobą się stała, odkąd trafiła do Sierocińca. Opowiedziałem jej o tobie i Izie. Wyjaśniłam, że nie mogę jej kochać, mimo że posiadam wspomnienia Izy. Dodałam jednak, że mogę coś dla niej zrobić. O ile zechce. I wiesz co?

-Co?

-Zechciała.

-Czego sobie zażyczyła?

-Abyś jeszcze tej nocy wyruszył do Sierocińca.

-To żart?

-Powiedziała: daj mu pięć minut, potem ścigaj i zabij. Daję więc ci pięć minut. Potem ruszam w pościg. W innym ciele.

Robert czuje w gardle suchość. Z trudem przełyka ślinę.

-Teraz albo nigdy, Robercie.

Chimera rzuca mu kluczyki do samochodu. Robert łapie je w locie, odwraca się na pięcie i, nie oglądając się za siebie, biegnie przed dom. Wyciąga z Cadillaca zwłoki psa. Wskakuje za kierownicę i uruchamia silnik. Przez moment koła kręcą się w miejscu, wyrzucając w powietrze kamyczki i piasek.

Po przejechaniu kilkuset metrów Robert spogląda w lusterko – posiadłość Klary zniknęła w ciemnościach. Przyśpiesza. Żałuje, że nie ma już antyskrzaciej amunicji. Gdyby posiadał choć jeden pocisk zaprojektowany do niszczenia skrzatanów, bez wahania strzeliłby chimerze w głowę.

Samochód mknie przez las. Przednie światła omiatają oślepiającymi strumieniami posępnie wyglądające drzewa. W kabinie słychać przyśpieszony oddech Roberta i brzęczenie much, które jeszcze niedawno żerowały na zwłokach labradorki.

Cadillac zatrzymuje się na szczycie wzniesienia. Robert podbiega do miejsca, w którym powinna być skarpa, ale zamiast niej widzi szeroką żwirową drogę oświetloną blaskiem księżyca, który wypłynął zza chmur.

Kilkanaście sekund później strzałka prędkościomierza oscyluje wokół setki. Robert ściska nerwowo kierownicę. Oblizuje wargi. Pot kapie mu z brwi. Księżyc znów chowa się za chmurami. Z ciemności, prosto w objęcia przednich świateł, wyłania się frontowa ściana jakiegoś budynku. Robert gwałtownie hamuje. Redukuje biegi. W ostatniej chwili, po drobnym czary-mary wykonanym hamulcem ręcznym, stawia samochód bokiem do drzwi wejściowych.

Wyskakuje na zewnątrz. Podbiega do drzwi. Szarpie za klamkę. Są zamknięte. Bije zza nich srebrzysty blask.

Mężczyzna spogląda na ciemność za plecami. Coś się w niej kłębi. Coś dużego i szybkiego.

-Cholera.

Zaczyna walić pięściami w drzwi.

Nagle ktoś otwiera je od środka. Blask wylewa się przez próg, zagarnia nogi Roberta, pnie się wyżej, oświetla jego twarz. Drzwi otwierają się szerzej. Na zewnątrz wychodzą dwie osoby. Kobieta i mężczyzna.

-Sierociniec! – krzyczy Robert. – Czy to jest Sierociniec?

-Sierociniec? – powtarza mężczyzna. Jest szczupły. Ma długie czarne włosy. Nieco kręcone. Pociągłą twarz. Nosi wyświechtane dżinsy i dżinsową kamizelkę.. Uśmiecha się rozbrajająco do swojej towarzyszki.

-Nie – odpowiada. – To nie tutaj.

-Co? – Roberta ogarnia panika.

-To nie Possest.

-To Bar Wszystkich Barów – mówi kobieta. Też jest szczupła, chociaż kiedyś było jej dużo. Bardzo dużo. Uśmiechnięty młodzieniec mógłby zaświadczyć, jak bardzo. – Miejsce, w którym serwują najlepsze drinki – dodaje.

-Grają najlepsze kapele.

-I zbierają się najznamienitsze historiozoficzne wyrzutki.

Robert chce coś powiedzieć, otwiera nawet usta, ale nie wydaje z siebie żadnego dźwięku. Z ciemności wystrzeliwuje ogromna, śluzowata macka, owija się wokół jego nóg i jednym szarpnięciem przewraca na ziemię. Robert rozpaczliwie wpija palce w trawiaste podłoże. Zaczyna krzyczeć. Po policzkach spływają mu łzy.

-Nie… nie… nie…

Brzuchem szoruje po ziemi. Coś wciąga go w smolistą gęstwinę. Wkrótce jego krzyk zamiera.

Bon i Rosie spoglądają na siebie. Kobieta wzrusza ramionami.

-Wracajmy – mówi.

piątek, 3 czerwca 2011

The World, The Flesh...

W chacie było gorąco, ale nie tak bardzo, jak we wnętrznościach mężczyzny, który leżał na łóżku, całkiem nagi, oddychając tak płytko i powoli, że w pierwszej chwili, gdy wszedłem do środka, wziąłem go za zmarłego. Nie chciał zdradzić mi swojego imienia, ale poprosił, nie raz, nie dwa, abym został.

-Choćby na trochę – powiedział, a ja odniosłem wrażenie, że w tym „trochę”, o które wręcz błagał, taki wymizerowany i bezbronny, niemalże budzący litość, zaklął wieczność. Wyszedłem na zewnątrz, aby zastanowić się nad odpowiedzią. Słońce górowało nad bezkresem twardego, spękanego podłoża, wiodącego znikąd donikąd, usianego szkieletami lewiatanów. Musiałem zabłądzić, uznałem. Powinienem być gdzie indziej. Pewnie skręciłem za wcześnie. Sęk w tym, że tego pustkowia nie było na żadnej z map, które woziłem w schowku. GPS wyświetlał białą plamę. Komórka straciła zasięg. Nic pośrodku niczego. Na szczęście, samochód i zapalniczka wciąż były sprawne. Zaciągnąłem się papierosem. Smakował inaczej – podle, jakbym razem z bibułką i tytoniem spalał czyjeś grzechy.

Zanim wróciłem do mężczyzny, zabrałem z samochodu butelkę wody mineralnej. Pił łapczywie, ale bez mojej pomocy. Nie chciał jej. Mimo że gdy przełykał, próbując utrzymać głowę w dogodnej dla siebie pozycji, przez jego twarz przelatywały grymasy wyrażające wyłącznie jedno: BÓL. Był przeraźliwie chudy. Jego klatka piersiowa sprawiała wrażenie zapadniętej. Żebra sterczały pod cienką skórą pokrytą brązowymi plamami. Powiedział, że gnije od środka. Z pewnością śmierdział – potem i ekskrementami, doprawionymi słońcem, którego promienie wpadały do chaty przez dziurę w dachu, oświetlając klepisko i wirujące nad nim drobiny pyłu.

-Kiedyś, nie tak dawno temu, mój wygląd budził uwielbienie, podziw i respekt.

Wtedy go rozpoznałem. I uświadomiłem sobie, że patrzyłem na niego od zawsze. Był tam – w kształtach chmur, lasów i budynków. Miast widzianych z góry. W bazgrołach, rysunkach i obrazach. W rysach szpecących lakier bądź mur. W plątaninie drobnych włosów nad łechtaczką. W głębinach linii papilarnych. W piasku pod butami. Wszędzie tam, gdzie dawało się dojrzeć jakiś wzór. Był tam i czekał. Uśmiechnięty. Zadowolony z siebie. A ja patrzyłem na niego, miałem go tuż przed nosem, ale nie widziałem.

Powiedziałem mu o tym. Machnął tylko dłonią.

-Teraz to nie ma już żadnego znaczenia – odpowiedział. – Przynajmniej dla mnie. Poczytaj mi.

Na półce nad łóżkiem leżała tylko jedna książka.

-„Kubuś Puchatek”? – zapytałem, patrząc na okładkę.

Odparł, że od bardzo dawna chciał ją przeczytać. Tylko nie miał na to czasu. Zawsze było coś ważniejszego do zrobienia.

-Świat czekał. Musiałem być sobą. Chociażby dla was.

Rozkasłał się i zaczął pluć krwią.

-Wiesz, to ja wymyśliłem książki – powiedział, kiedy atak minął. – Rzekłem Stwórcy: jeśli chcesz kogoś stworzyć, kogoś wyjątkowego, nawet w porównaniu z tobą, stwórz istoty, które będą czytać dzieciom książki. – Zaśmiał się. – Spodobał mu się ten pomysł, ale nie fakt, że był mój.

Mężczyzna zamilkł. Przeczytałem więc pierwszy rozdział, w którym „poznaliśmy się z Kubusiem Puchatkiem i z pszczołami*” . Kiedy zamknąłem książkę, zaczął płakać.

-Tyle mnie ominęło – powtarzał przez jakiś czas.

Potem zgiął się w pół, przyciskając dłonie do brzucha. Płacz przeszedł w szloch. Miałem dość. Wyszedłem przed chatę. Wypaliłem papierosa. Sprawdziłem GPS – bez zmian. Kolejny papieros zawisł w moich ustach. Przez cały ten czas chory wył z bólu. W końcu ucichł. Zaciągnąłem się po raz ostatni i wróciłem, aby sprawdzić, czy umarł. Tak byłoby dla niego najlepiej, uznałem. Stanąłem w progu i przyjrzałem się drobnej, pomarszczonej postaci, z której niegdyś bił cudowny blask. Oddychała.

-Nuciłeś coś, gdy wszedłem tutaj za pierwszym razem – powiedziałem. – Co to było?

Powoli przekręcił się na plecy. Jego brzuch przypominał poczerniały krater. Drżącą ręką wskazał stos płyt, odtwarzacz i akumulator.

-Płyta jest w środku.

Wcisnąłem PLAY. Gdy rozbrzmiała muzyka, w oczach mężczyzny na moment zapłonął blask. Słabe echo dawnej chwały. „Serpent are rising” – zawodził złowieszczo wokalista na tle posępnie zacinających gitar. Powiało późnymi latami siedemdziesiątymi. Podczas solówki cienie na ścianach uformowały się w legion wężopodobnych istot.

-Moja armia – wyszeptał chory. – Pisane mi było Jeziora Ognia. Nie to…

-Cóż, wydaje mi się – odparłem, podchodząc bliżej – że popełniłeś błąd. Miałem kiedyś przyjaciela. Był wierzący. Przynajmniej w pewnym sensie. Tak czy inaczej, kiedy umierał, powiedział mi na ucho, że Stwórcę najbardziej krzywdzi obojętność. Mój przyjaciel taki właśnie był – obojętny… Powinieneś być taki sam. Od początku do końca. Nienawiść to ślepa uliczka.

Spojrzał na mnie nieobecnym wzrokiem. Myślami był gdzie indziej. Na ścianie, przy której stało łóżko, trzynaście cieni przypominających nagie kobiety tańczyło wokół świetlistej postaci. Drań wspominał. Tylko tyle mu zostało – wspomnienia i tanie sztuczki. W pewnej chwili zapytał:

-A ty, chłopcze, jaki jesteś?

Pochyliłem się nad nim i odpowiedziałem, a potem, z uśmiechem Jokera wymalowanym na twarzy, wyszedłem z chaty, wsiadłem do żółtego Cadillaca Fleetwood, rocznik 59, i przekręciłem kluczyk. Potężny V8 zaryczał pod wypolerowaną na błysk maską. Pomknąłem pomiędzy żebrami gigantycznego stworzenia, wierząc, że prędzej czy później wrócę na międzystanową autostradę. Wkrótce przestałem myśleć o umierającym na raka diable.


*A.A. Milne, Kubuś Puchatek, tłum. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia, Warszawa 1984, s. 9.