piątek, 3 czerwca 2011

The World, The Flesh...

W chacie było gorąco, ale nie tak bardzo, jak we wnętrznościach mężczyzny, który leżał na łóżku, całkiem nagi, oddychając tak płytko i powoli, że w pierwszej chwili, gdy wszedłem do środka, wziąłem go za zmarłego. Nie chciał zdradzić mi swojego imienia, ale poprosił, nie raz, nie dwa, abym został.

-Choćby na trochę – powiedział, a ja odniosłem wrażenie, że w tym „trochę”, o które wręcz błagał, taki wymizerowany i bezbronny, niemalże budzący litość, zaklął wieczność. Wyszedłem na zewnątrz, aby zastanowić się nad odpowiedzią. Słońce górowało nad bezkresem twardego, spękanego podłoża, wiodącego znikąd donikąd, usianego szkieletami lewiatanów. Musiałem zabłądzić, uznałem. Powinienem być gdzie indziej. Pewnie skręciłem za wcześnie. Sęk w tym, że tego pustkowia nie było na żadnej z map, które woziłem w schowku. GPS wyświetlał białą plamę. Komórka straciła zasięg. Nic pośrodku niczego. Na szczęście, samochód i zapalniczka wciąż były sprawne. Zaciągnąłem się papierosem. Smakował inaczej – podle, jakbym razem z bibułką i tytoniem spalał czyjeś grzechy.

Zanim wróciłem do mężczyzny, zabrałem z samochodu butelkę wody mineralnej. Pił łapczywie, ale bez mojej pomocy. Nie chciał jej. Mimo że gdy przełykał, próbując utrzymać głowę w dogodnej dla siebie pozycji, przez jego twarz przelatywały grymasy wyrażające wyłącznie jedno: BÓL. Był przeraźliwie chudy. Jego klatka piersiowa sprawiała wrażenie zapadniętej. Żebra sterczały pod cienką skórą pokrytą brązowymi plamami. Powiedział, że gnije od środka. Z pewnością śmierdział – potem i ekskrementami, doprawionymi słońcem, którego promienie wpadały do chaty przez dziurę w dachu, oświetlając klepisko i wirujące nad nim drobiny pyłu.

-Kiedyś, nie tak dawno temu, mój wygląd budził uwielbienie, podziw i respekt.

Wtedy go rozpoznałem. I uświadomiłem sobie, że patrzyłem na niego od zawsze. Był tam – w kształtach chmur, lasów i budynków. Miast widzianych z góry. W bazgrołach, rysunkach i obrazach. W rysach szpecących lakier bądź mur. W plątaninie drobnych włosów nad łechtaczką. W głębinach linii papilarnych. W piasku pod butami. Wszędzie tam, gdzie dawało się dojrzeć jakiś wzór. Był tam i czekał. Uśmiechnięty. Zadowolony z siebie. A ja patrzyłem na niego, miałem go tuż przed nosem, ale nie widziałem.

Powiedziałem mu o tym. Machnął tylko dłonią.

-Teraz to nie ma już żadnego znaczenia – odpowiedział. – Przynajmniej dla mnie. Poczytaj mi.

Na półce nad łóżkiem leżała tylko jedna książka.

-„Kubuś Puchatek”? – zapytałem, patrząc na okładkę.

Odparł, że od bardzo dawna chciał ją przeczytać. Tylko nie miał na to czasu. Zawsze było coś ważniejszego do zrobienia.

-Świat czekał. Musiałem być sobą. Chociażby dla was.

Rozkasłał się i zaczął pluć krwią.

-Wiesz, to ja wymyśliłem książki – powiedział, kiedy atak minął. – Rzekłem Stwórcy: jeśli chcesz kogoś stworzyć, kogoś wyjątkowego, nawet w porównaniu z tobą, stwórz istoty, które będą czytać dzieciom książki. – Zaśmiał się. – Spodobał mu się ten pomysł, ale nie fakt, że był mój.

Mężczyzna zamilkł. Przeczytałem więc pierwszy rozdział, w którym „poznaliśmy się z Kubusiem Puchatkiem i z pszczołami*” . Kiedy zamknąłem książkę, zaczął płakać.

-Tyle mnie ominęło – powtarzał przez jakiś czas.

Potem zgiął się w pół, przyciskając dłonie do brzucha. Płacz przeszedł w szloch. Miałem dość. Wyszedłem przed chatę. Wypaliłem papierosa. Sprawdziłem GPS – bez zmian. Kolejny papieros zawisł w moich ustach. Przez cały ten czas chory wył z bólu. W końcu ucichł. Zaciągnąłem się po raz ostatni i wróciłem, aby sprawdzić, czy umarł. Tak byłoby dla niego najlepiej, uznałem. Stanąłem w progu i przyjrzałem się drobnej, pomarszczonej postaci, z której niegdyś bił cudowny blask. Oddychała.

-Nuciłeś coś, gdy wszedłem tutaj za pierwszym razem – powiedziałem. – Co to było?

Powoli przekręcił się na plecy. Jego brzuch przypominał poczerniały krater. Drżącą ręką wskazał stos płyt, odtwarzacz i akumulator.

-Płyta jest w środku.

Wcisnąłem PLAY. Gdy rozbrzmiała muzyka, w oczach mężczyzny na moment zapłonął blask. Słabe echo dawnej chwały. „Serpent are rising” – zawodził złowieszczo wokalista na tle posępnie zacinających gitar. Powiało późnymi latami siedemdziesiątymi. Podczas solówki cienie na ścianach uformowały się w legion wężopodobnych istot.

-Moja armia – wyszeptał chory. – Pisane mi było Jeziora Ognia. Nie to…

-Cóż, wydaje mi się – odparłem, podchodząc bliżej – że popełniłeś błąd. Miałem kiedyś przyjaciela. Był wierzący. Przynajmniej w pewnym sensie. Tak czy inaczej, kiedy umierał, powiedział mi na ucho, że Stwórcę najbardziej krzywdzi obojętność. Mój przyjaciel taki właśnie był – obojętny… Powinieneś być taki sam. Od początku do końca. Nienawiść to ślepa uliczka.

Spojrzał na mnie nieobecnym wzrokiem. Myślami był gdzie indziej. Na ścianie, przy której stało łóżko, trzynaście cieni przypominających nagie kobiety tańczyło wokół świetlistej postaci. Drań wspominał. Tylko tyle mu zostało – wspomnienia i tanie sztuczki. W pewnej chwili zapytał:

-A ty, chłopcze, jaki jesteś?

Pochyliłem się nad nim i odpowiedziałem, a potem, z uśmiechem Jokera wymalowanym na twarzy, wyszedłem z chaty, wsiadłem do żółtego Cadillaca Fleetwood, rocznik 59, i przekręciłem kluczyk. Potężny V8 zaryczał pod wypolerowaną na błysk maską. Pomknąłem pomiędzy żebrami gigantycznego stworzenia, wierząc, że prędzej czy później wrócę na międzystanową autostradę. Wkrótce przestałem myśleć o umierającym na raka diable.


*A.A. Milne, Kubuś Puchatek, tłum. Irena Tuwim, Nasza Księgarnia, Warszawa 1984, s. 9.

Brak komentarzy: