wtorek, 30 sierpnia 2011

Sinister Realm

To tylko krótka historyjka zainspirowana muzyką (w mniejszym stopniu tekstami) heavy/doom metalowej kapeli Sinister Realm.


Into The Depths Of Hell

Jest dokładnie tak, jak w tej piosence, kiedy Halford śpiewa: „I have been to hell and back and beat the devil down”. Dotarli do piekła i skopali dupsko diabłu. Wielkie, zielone dupsko, bulgoczące na obszarze trzech mil kwadratowych, upstrzone cuchnącymi gejzerami, w których czatują demony. Było dramatycznie. Wszędzie strzelały bicze, stukały łańcuchy i rozbrzmiewały monumentalne riffy gitarowe. Piekło powitało ich ogniolubnymi hordami zdeformowanych humanoidów, z których górnych kończyn wyrastały szerokie ostrza bułatów. Kiedy wrócili, bogatsi w DOŚWIADCZENIE i KOSZTOWNOŚCI, znaleźli odpowiednich kupców. Sprzedali różdżki, pierścienie, wisiorki, kolczyki, bransolety i pasy, wszystkie w różnym stopniu magiczne, najlepsze zostawili dla siebie. Dusze zabrane z piekła oddali demonom z konkurencyjnej mitologii w zamian za Pigułki Transformacji.

Pigułki są dobre, pozwalają zaoszczędzić czas, nie mają istotnych skutków ubocznych, ułatwiają planowanie przyszłości. Oren i Wegna pigułformują swoje ciała i dusze. Bez tego już dawno wypadliby z gry. Zdobyte DOŚWIADCZENIE i Pigułki Transformacji inwestują w siebie. Dosłownie. Tym razem robią to w Centrum Kupieckim wzniesionym na ruinach starożytnego Bal-Sagoth, odwiedzając sklepy i instytucje specjalizujące się w ucieleśnianiu różnych, także egzotycznych, umiejętności. Kupcy i ucieleśniarze są zadowoleni, nawet jeśli ich klienci pachną piekłem i bebechami demonów.

Machine God

Smagani promieniami słabnącego słońca, maszerują w stronę horyzontu. Przez pustkowie, które kiedyś było miastem. Może nawet Miastem Wszystkich Miast. Czymś w rodzaju platońskiego wzorca, który wdarł się w czas i przestrzeń, i na tysiąc lat – bo tak długo rozkwitało miasto, którego ruinami wędrują Oren i Wegna – uczynił ten skrawek świata doskonalszym. Omijają przewrócone wieżowce, wdrapują się po zakopanych w piachu autostradach. Niektóre przeskakują bądź po prostu niszczą, wypróbowując nabyte niedawno umiejętności. Orenowi urosły mięśnie, wyostrzyły się zmysły. I dowcip. Wegna zyskała dostęp do minionych dni zalegających w zaskórzu rzeczywistości. Poprawiła sobie biust i tyłek. Bardziej umięśniła łydki i uda. Zwiększyła swą wytrzymałość i siłę. W końcu każde kolejne zadanie jest trudniejsze.

Dni są ciepłe, ciche i spokojne. Tchną samotnością. Nocami na gwiaździstym niebie toczy się wojna. Widać fioletowe i czerwone rozbłyski świateł, dział i silników. Oren i Wegna nie wiedzą, kto ani dlaczego walczy. Ale podziwiają nocne zmagania anonimowych stron. Kochają się w blasku eksplozji rozrywających niebiosa. Potem śpią. Na zmianę. Nie dlatego, że okolicę zamieszkują jakieś niebezpieczne stworzenia. Wyspa jest wyludniona. Pełnią wartę z przyzwyczajenia. Myśląc o mechanicznym bóstwie, które czeka na nich w swoim leżu, rozłożone na stercie skarbów i kości. To ono wyśniło śmierć słońca. I śni o niej nadal.

The Demon Seed

Daleko od słońca, w czeluściach wód płodowych, rośnie zamczysko, siedziba zła; korzenie zaplotło w bebechach śniącego koszmary płodu, chropowatą łodygą przebiło się przez brzuch, tuż obok pępowiny, i zaczęło wzrastać ku światu, gdzie tytania mama jest obserwowana przez ojca dziecka i dwunastu, bliźniaczo do siebie podobnych, sposępniałych w ten sam sposób czarowników. Wszyscy myślą o dwójce śmiałków, których o świcie przeteleportowano przed najeżone ćwiekami wrota zamczyska. Oren i Wegna biegną w dół korytarzem o szklanych ścianach, wijącym się spiralnie wzdłuż łodygi, od której co rusz odrywają się jakieś kształty i cienie. To one błyskają w ciemnościach wód płodowych złolubnymi ślepiami, to one szczerzą zębiska spragnione smaku dobra. Oren i Wegna klną, ciskają zaklęcia, śmieją się, wywijają ze śmiertelną precyzją zrunionymi ostrzami, od których tutejsze demony eksplodują flakami. Wraz z rodzicami i czarownikami oddech wstrzymuje całe miasto. Życie powszednie tytanów zamarło. Eter wypełniają modlitwy do nowych i starych bóstw. Nawet niedowiarki obgryzają paznokcie. Zaciskają usta. Z troski o zdrowie królewskiego potomka. Aborcja nie wchodzi w grę. Dlatego Oren i Wegna zmierzają do miejsca, w którym bije serce zamczyska. Nasionko piekłorodne. Skutek międzyświatowej klątwy.

Mają je spalić.

Winds Of Vengeance

Czterej jeźdźcy mkną przez surowy krajobraz. Poszarzałe niebo, ośnieżone góry i step rozległy jak nieskończoność. Oto świadkowie ich szalonej galopady. Nie są Jeźdźcami Apokalipsy. Pożyczyli od nich tylko wierzchowce. Jadą już trzy dni. Pokonali dwa kontynenty. Dojeżdżają do kresu następnego. Do celu zostały im jeszcze dwa dni drogi. Pod warunkiem, że nie zwolnią. I raczej tego nie zrobią. Zbyt wielką żądzą zemsty pałają.

Tymczasem na jednym z tarasów widokowych strzelistej wieży, lśniącej w blasku słońca bielą kości słoniowej, Oren i Wegna relaksują się w towarzystwie półnagich służebnic zaprzyjaźnionego maga Wergonta. Widok mają zaiste zapierający dech w piersiach. Dachy, wieżyczki i wieżyce miasta Alkmahar, leżącego po przeciwnej stronie jeziora, iskrzą się złotawo. Oren mruczy, gdy rudowłosy chowaniec, przypominający z wyglądu ludzką samicę o karykaturalnie dużych oczach, drobnych ustach i szpiczastych uszach, zaczyna masować jego ramiona. Wegna, leżąca na sąsiednim leżaku, wpatruje się w ekran czarnego tabletu, zaznacza stosowne pliki, wydaje odpowiednie komendy i cmoka. Zdjęcia wyświetlają się na głównej stronie jej społecznościowego profilu. Fotki z piekła i macicy tytanki, przedstawiające szydzące z ludzkiej wyobraźni istoty. Zwiększają klikalność. Przyciągają uwagę znajomych, wrogów i potencjalnych zleceniodawców.

Wergont przygląda się w milczeniu parze kochanków. Przyszłość jawi mu się jako niepewna. Za dwa dni dotrą tutaj jego wrogowie, czterej mężczyźni, których życia zniszczył, aby swoje własne uczynić zwycięskim. Sam nie da im rady. Potrzebuje umiejętności Orena i Wegny. Wątpi jednak, czy dobrze zrobił, sprowadzając legendarną parę do swojej wieży.

With Swords Held High

Dolina jest zielona. Rozkwita. Tętni. Pachnie. Aż wywołuje zawroty głowy. Biegnie z północy na południe, po obu stronach otoczona górami. Za wioską, której nazwy Oren nie potrafi wymówić, kończy się kanionem, którego korytarze – szczęśliwie dla mieszkańców wioski – od wieków pozostają uśpione.  Tubylcy mają jednak inny problem. Drży od niego ziemia. W serca wieśniaków wkrada się strach. Zbliża się Armia Alkmaharu. Władcy Złotego Miasta chcą zagarnąć spoczywające w kanionie artefakty – pozostałości po jakiejś prastarej cywilizacji, uwiecznione w legendach i baśniach. Starszyzna wioski wie, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Dlatego wójt ściągnął Orena i Wegnę. To będzie klasyczna robota, powiedział. Robótka w stylu Siedmiu wspaniałych samurajów. Czy jakoś tak. Oren i Wegna wymienili spojrzenia. Tak, zaiste robótka. Ale przyjęli zlecenie.

Umagicznieni i spigułformowani, nasmarowali się oliwką, aby ich muskularne ciała lśniły w słońcu wczesnego poranka. Wegna wydepilowała pachy, nogi i okolice bikini. Ubrana w fikuśną, więcej odsłaniającą niż zasłaniającą zbroję, skojarzyła się jednemu z internautów, którzy oglądają transmisję z doliny, z dziewczynami Luisa Royo. Chwilę później odebrała wiadomość tekstową. „To chyba ty, słonko”. Do wiadomości było załączone zdjęcie pewnego obrazu namalowanego przez hiszpańskiego artystę. Tak, pomyślała Wegna, a Oren to facet z albumów Borisa Valleyo. Prychnęła i pokazała zdjęcie partnerowi. Ten, wyraźnie zdegustowany, pokręcił głową i powiedział: "Pieprzyć ich".

Potem nadeszła armia. A wraz z nią śmierć.

Rzeź dobiega końca. Słońce już zachodzi. Krew z pięciu tysięcy ciał wsiąkła głęboko w ziemię, w jej sekretne głębiny, i przebudziła coś, co spało od wieków. W kanionie narasta hałas. Coś jakby ryk. Wezwanie. Oren i Wegna, cuchnący śmiercią, potem i oliwką, idą środkiem wioski, obserwowani przez struchlałych ze strachu mieszkańców. Zatrzymują się przed wejściem do kanionu. Nasłuchują. Ryk przybiera na sile. Dochodzi z samego serca plątaniny kamiennych korytarzy. Oren i Wegna nie są zaskoczeni. Dokładnie czegoś takiego się spodziewali.

Klikalność wzrasta.

Battle For The Sinister Realm

Wiele lat później, kiedy przeminęły królestwa, które Oren i Wegna przemierzali w czasach swojej młodości, z północy, południa, wschodu i zachodu przybyli zakapturzeni wędrowcy. Przypominali mnichów. I ze względów, które miały wiele wspólnego z zaciągnięciem długów u zaiste paskudnych zawodników, woleli zachować swoją tożsamość w tajemnicy. Mieli wspólny cel. Była nim usytuowana na wzgórzu posiadłość. Ogromny dom z mnóstwem sypialni, łazienek, gabinetów, kuchni, wszelkiego rodzaju schowków i tajemnych przejść, istniejący w wielu światach, systemach prawnych i etycznych, zamieszkany przez parę awanturników i ich wielopłciowych chowańców.

Zakapturzeni wędrowcy zostali okradzeni. Diabła okradziono z godności. Złodzieje zamknęli ją w pudełku i sprzedali jego wrogom. W rezultacie piekło upadło. Ku uciesze innych piekieł i diabłów. Mechaniczne bóstwo utraciło zdolność śnienia i swoje ukochane sny. Chociażby ten o umierającym słońcu i wymarłym Mieście Wszystkich Miast. Słońce ozdrowiało, a Miasto Wszystkich Miast powstało z martwych. Dziecko królowej tytanów zostało uwolnione od nasienia zła i wyrosłego z niego zamczyska, utraciło jednak skrawek duszy, łatkę o wymiarach 5 na 5 centymetrów, wskutek czego nigdy nie zdołało spełnić pokładanych w nim oczekiwań. Wrogowie Wergonta zostali pozbawieni swojej zemsty. Ktoś inny zabił maga, a jego wieżę zrównał z ziemią. Mieszkańców wioski, której nazwy Oren nie potrafił wymówić, okradzono z życia. Coś złego i głodnego wyszło z kanionu i ich pożarło.

Wędrowcy – wśród nich przemieniony w człowieka młody król tytanów – zbliżają się do posiadłości zdradzieckich awanturników. Oren pływa w basenie, Wegna moczy nogi i sączy przez słomkę drinka – oboje sprawiają wrażenie beztroskich. Kamerki, którymi naszpikowano mury otaczające posiadłość, namierzyły obcych. Wojowniczka odstawia drinka, przeciąga się i wstaje. Mówi coś do Orena, ten kiwa głową i wychodzi z basenu. Przekomarzają się przez dłuższą chwilę, potem znikają w domu.

Ślady mokrych stóp prowadzą do zbrojowni. W Meksyku.

Brak komentarzy: