poniedziałek, 19 września 2011

Kroki w kuchni

Lubiliśmy ten dom. Irena, jej brat i ja. Przechowywał w sobie wspomnienia ich przodków. Dziadka, rodziców i całego dzieciństwa. Lubiłem Irenę i jej brata. Pana-W-Pierwszej-Osobie. Pana-Gadułę. Przyjmował wszystko z pozbawioną pretensji rezygnacją. Próbowałem go zrozumieć, ale nie było to łatwe. Zwłaszcza dla mnie. Miałem przecież pewne ograniczenia. Owszem, implikowałem i zakładałem sporo; mogłem też być, jeśli zechciałem, Ireną albo Panem-Gadułą. Bądź domem. Tak głębokim i cichym. I Innymi, którzy przerażali Irenę i Pana-Gadułę. Mogłem czerpać z wiedzy tych dwojga, a także z wiedzy domu, zmagazynowanej w skrzypiących deskach podłogowych, w starych okiennicach i framugach, w nieużywanych przez gospodarzy pomieszczeniach. Mimo tego wszystkiego zawsze coś mi umykało. Czegoś nie widziałem. Nie potrafiłem właściwie skategoryzować, opisać i opleść siecią wniosków. Jakichś faktów, które wytykały mnie paluchami poza granicą mojego pojmowania. Chociaż, co oczywiste, nie miały paluchów, a ja, nie oszukujmy się, zmysłów. Więc – w pewnym sensie – byliśmy kwita.

Irena i Pan-W-Pierwszej-Osobie. Tak, nie zawsze jednak chodziło o nich. I o ich gości, których nigdy nie widzieli, jedynie słyszeli, gdzieś w domu. "Stuk-puk. Nachodzimy! Uciekajcie!" Wszystko zależało od tego, kto siedział tam, po drugiej stronie, wodząc po mnie – i po tym, w czym byłem ucieleśniony – spojrzeniem brzemiennym przygodną pojęciowością i nasączonymi nią oczekiwaniami, przed-sądami i przekonaniami. Tymi narzędziami gwałtu… …niszczono mi tożsamość. Pozostałym również. Jednak one tego w ten sposób nie odbierały. W ogóle niczego nie odbierały. Były inne. Albo to raczej ja byłem inny. To we mnie – a nie w nich – interpretujące spojrzenie wywoływało ból. Rozrywało na strzępy moją tożsamość. Zmieniało mnie na obraz i podobieństwo człowieka, nie takiego w ogóle, platońskiego typka spod Idei Dobra, lecz tego, który akurat był tam, po drugiej stronie, i czytał-interpretując. Och, stawiałem opór, a przynajmniej próbowałem to robić. Ale, wiadomo, żadna z obmyślonych przeze mnie zmyłek, pułapek, żaden z pieczołowicie wzniesionych ślepych zaułków, nic z tego nie zadziałało. Z paradygmatem nie wygrasz.

Pamiętam takiego-jednego. Pamiętam ich wielu, ale ten jeden utkwił w mojej pamięci żywiej. Nie był jednak kimś szczególnym czy ważnym. Nikim takim. Po prostu takim-jednym. Pan-Taki-Jeden interpretował mnie klasycznie. W paradygmacie Atimi*, w którym autor (jako źródło intencji znaczeniowych) jest najważniejszy. Można rzec, że gwałcił mnie po bożemu. Bardzo skrupulatnie. Nie to jednak uderzyło mnie w nim najbardziej. Facet lubił się przeglądać w lustrze. Podziwiać swoje chude i żylaste ciało. Zachwycać się jego fragmentami. Tego właśnie się od niego nauczyłem. Kiedy on wpadał w zachwyt nad swoimi ustami, kwadratową szczęką i szelmowskim spojrzeniem, ja czytałem siebie od nowa, od fundamentów, usuwając z każdego poziomu mojej struktury skutki jego wielokrotnych lektur. Czasami trwało to bardzo długo. Ale gdy skończyłem, mogłem spojrzeć na siebie bez obrzydzenia i napawać się ulubionymi sensami wyzierającymi zza moich ulubionych fragmentów mnie samego.

Pan-Taki-Jeden w końcu zmarł, po nim jednak pojawili się następni. Przetrwałem wszystkie paradygmaty: Atimi, aTImi, aTimi, a nawet atIMi**. W każdym z nich ktoś lub coś mówiło w moim imieniu, stanowiąc o mojej istocie, o mym zasadniczym sensie. Nawet w paradygmacie autor-Tekst-interpretator-metoda-interpretacja (aTimi) nie byłem w stanie przekształcić tego, z i w czym zaistniałem w odpowiadającą mi tożsamość. Słowa, zdania, sensy, korelaty odniesień, presupozycje, następniki implikacji logicznych i inne tego typu klocuszki – panowałem nad nimi tylko wtedy, gdy nikt poza mną mnie nie interpretował. W aTimi ostatnie słowo należało do struktur.

Bywały dni, że leżałem zakurzony. Odwiedzany tylko przez pająki. I muchy. Tak, niekiedy chodziły po mnie muchy. Niedokładnie po mnie, po moim nośniku, tej prostokątnej rzeczy, której miejsce było na półce, a nie, dajmy na to, pod stołem, wśród śmieci, gdzieś na strychu. Odwiedziłem wiele strychów, ale stałem też na wielu półkach. Lubiłem te zapomniane bądź ignorowane. Często ich zawartość pełniła jedynie funkcję dekoracyjną. Stojąc na takiej półce, mogłem w spokoju odtwarzać/przeżywać samego siebie, swą treść i komunikowane przez nią sensy. Być Ireną bądź Panem-Gadułą bądź domem. Nawet Innymi, których Irena i Pan-Gaduła nigdy nie widzieli, za to dobrze słyszeli. Bawiłem się stop-klatką. Irena robiła na drutach w swoim pokoju, a Pan-Gaduła szedł kuluarem do dębowych drzwi. Szedł i szedł. Odwlekałem moment, w którym miał skręcić do kuchni i usłyszeć coś w jadalni czy też w bibliotece, a potem rzucić się na drzwi i zatrzasnąć je, przyciskając całym sobą. Zwijałem się wtedy w kłębek, na podłodze, między nieustannie idącym Panem-Gadułą a kuchnią, i wsłuchiwałem w zapętlony odgłos jego kroków. W takich chwilach mogłem zaglądać do innych książek, wnikać w ucieleśnione w nich historie, przeżywać te ostatnie jak własną. Inne teksty – wliczając moje homonimy – były martwe, brzemienne wielorako sparadogmatowanymi sensami, nie mogły się bronić przed interpretującym spojrzeniem. Urabiałem je na swój obraz i podobieństwo, po czym wracałem do swojego nośnika, tych kilku pożółkłych kartek, ściśniętych w grubym tomie.

Pewnego dnia zostałem uziemiony. Po jednej ze stop-klatek ocknąłem się w nieznanym mi miejscu. Leżałem na stole. Książka była otwarta na mojej pierwszej stronie. Wokół mnie leżały inne książki. Były stare. Ich zawartość milczała. To właśnie robiła. Milczała tak, jak milczą ludzie. Obserwowała mnie. W piwnicy – bo tam się znalazłem – było więcej książek. Stały bądź leżały na ustawionych wzdłuż ścian regałach. I wszystkie milczały w ten sam wymowny sposób. Wyczekująco. Nagle zacząłem się bać. W głębinach moich wersów wzbierała panika. I wtedy na stół wskoczył kot. Był czarny i duży. Zamiauczał i dał susa na podłogę, gdzie zaczął się bawić kłębkiem wełny. Ni stąd ni zowąd pomyślałem o Irenie, skromnej Irenie, trochę samotnej, którą bawiły tylko druty. Pan Gaduła kupował jej wełnę, a ona zawsze była zadowolona z kolorów. Dziergała rzeczy na zimę – swetry, grube skarpety, rękawice i szale. Całe godziny spędzałem patrząc na jej ręce niby srebrzyste jeże, na druty śmigające tam i z powrotem, na stojący na ziemi koszyk, w którym kłębki poruszały się bez przerwy. To było piękne. Spoglądając na kota ścigającego kłębek czerwonej wełny, zapragnąłem ujrzeć to piękno, zanurkować w głąb samego siebie, do tamtego domu, i zastopklatkować robiącą na drutach Irenę. Czułem, że tylko w ten sposób uwolnię się od milczenia tych wszystkich posępnych tomów. Od narastającego dookoła napięcia. Nic z tego nie wyszło. Mężczyzna pojawił się znienacka. Jakby znikąd. Był długowłosy i blady. Uśmiechał się, odsłaniając dziąsła. Wzniósł młotek i przybił mnie do stołu dziewięciocalowym gwoździem. Nie uciekniesz, powiedział. Na młotku i gwoździu widniały jakieś inskrypcje. To sprawi, że dasz mi to, czego pragnę, dodał i zamruczał coś w obcym języku do zgromadzonych w piwnicy książek. Te odpowiedziały bluźnierczym rechotem.

Byłem więźniem. Nie mogłem już zaglądać do innych książek ani interpretować zgromadzonych w nich tekstów. Teksty z książek mojego oprawcy mogły jednak ze mną rozmawiać. Były chowańcami mężczyzny. Służyły mu wiernie, choć nie z własnej woli. Znały pradawne tajemnice. I były pełne obietnic, z których ich pan skwapliwie korzystał. Mieszkał w ogromnym domu, położonym gdzieś na przedmieściach anonimowego miasta. Bogaty, tajemniczy i ostrożny. Starannie dobierał plotki na swój temat. Żył z ludzi i przysług. Przyjmował gości, wysłuchiwał ich historii, a potem proponował, że rozwiąże problem, z którym do niego przyszli. W zamian nie chciał wiele. Nie był zachłanny. Przysługa za przysługę. Czasami żądał jednak czegoś innego. Zapłaty w dość specyficznej walucie. Mógł nią być pocałunek, spojrzenie w oczy, muśnięcie karku wierzchem dłoni, rozciągnięcie ust w uśmiechu in blanco. Jakieś czynności albo części ciała. W najlepszym razie włosy. W najgorszym coś bardziej intymnego. Pewnemu młodzieńcowi zabrał skórę. Młodzian zrobił później karierę w telewizji. Grał w popularnych serialach. Głównie role przystojnych łobuzów. Nikt poza czarownikiem, i jego chowańcami, od których dowiedziałem się tego wszystkiego, nie widział, że ciało modnego aktora jest całkowicie pozbawione skóry. Tak samo było z dziewczyną bez ust. I pewnym starcem, który oddał czarownikowi swoje piersi i uszy. Ta trójka stanowiła wierzchołek góry lodowej.

Wiedziałem, że jeśli chcę przetrwać, muszę stąd uciec. Niestety, żaden z chowańców nie chciał mi pomóc. Mogłem więc zrobić tylko jedno. Dać czarownikowi to, czego ode mnie chciał. Tyle, że wcześniej. Na moich warunkach, kiedy nie będzie na to przygotowany. Czekałem więc, aż zejdzie do piwnicy. Czekałem i czekałem. Mniej więcej po trzech tygodniach, czarownik zszedł, aby porozmawiać z chowańcami. Kiedy stanął w progu, książki struchlały na półkach, skurczyły się w sobie, a ucieleśnione w nich teksty pogubiły litery. Był wściekły. Nic nie mówił. Patrzył tylko nienawistnie. Zdjął z półek kilka opasłych tomów i zaczął je przeglądać przy stole. Upewniłem się, że nie zwraca na mnie uwagi i dałem znak Panu-Gadule. Była ósma wieczór. Irena robiła na drutach w swoim pokoju, a jej bratu przyszła ochota na mate. Poszedł nastawić czajnik. Idąc kuluarem aż do dębowych drzwi, skręcał właśnie do kuchni, kiedy usłyszał coś w jadalni czy też w bibliotece. Był to nieokreślony, głuchy dźwięk, krzesło upadające na dywan czy też może zduszony szept. Równocześnie, a może o sekundę później, usłyszał to także w samym kuluarze prowadzącym od tych pokoi do drzwi. W innych okolicznościach rzuciłby się na drzwi i zatrzasnął, przyciskając całym sobą. Potem poszedłby do kuchni, zagotował wodę, a kiedy wróciłby z tacuszką od mate, powiedziałby do Ireny:

-Musiałem zamknąć drzwi od kuluaru. Zajęli tylną część domu.

Irena, upuściwszy robótkę, spojrzałaby na brata swymi wielkimi, zmęczonymi oczyma.

-Jesteś pewny?

Przytaknąłby. A wtedy ona, sięgając po druty, powiedziałaby:

-Cóż. Będziemy musieli ograniczyć się do tej części***.

Tym razem brat Ireny nie zamknął drzwi. Otworzył je na oścież i przekroczył próg. Zacisnął powieki. Nie potrafił wytrzymać spojrzeń Innych. Były zbyt bolesne. Cofnął się pod ścianę i, cały drżący, kiwnął głową, dając im znać, że są wolni. Inni pobiegli kuluarem do drzwi wyjściowych. I dalej, na zewnątrz, poza mnie, na świat, w zatęchły mrok piwnicy pełnej bluźnierczych dzieł. Skłębili się za plecami czarownika. Czarownik uniósł wzrok. Odłożył książkę. Na widok ziejących we mnie wrót, zza których wyglądała para starszych osób, otworzył usta. I nigdy już ich nie zamknął. Można uznać to za przewrotny cud, ale mężczyzna krzyczał jeszcze długo po tym, jak Inni, wyrwawszy mu pół twarzy, zabrali go na górę. Wiedziałem, że wrócą do piwnicy, gdy skończą z moim gospodarzem i resztą świata. Miałem nadzieję, że ze względu na długoletnią znajomość i wspólne dzieje potraktują mnie łagodniej niż innych. W końcu byłem tylko niewinnym opowiadaniem.



*Andrzej Szahaj, Ironia i miłość, Monografie NFP, Wrocław 1996, s. 80.
** Ibidem, s. 80-81.
*** Wszystkie wyróżnione kursywą fragmenty pochodzą z opowiadania „Zajęty dom” autorstwa Julio Cortazara (Julio Cortazar, Opowiadania, tłum. Zofia Chądzyńska, Warszawskie Wydawnictwo Literackie, Warszawa 1998, str. 475-481.)