wtorek, 25 października 2011

"Za garść zbawienia" w Nowej Fantastyce

W listopadowym numerze Nowej Fantastyki można przeczytać m. in. opowiadanie mojego autorstwa, zatytułowane "Za garść zbawienia". Tytułem zachęty przedstawiam fragment, dostępny również na stronie Nowej Fantastyki.

Za garść zbawienia (fragment)

"Kiedy rudowłosy mężczyzna, dosiadający konia o tarantowatej maści, wjeżdża pomiędzy pierwsze zabudowania, główna ulica Miasteczka Wszystkich Miasteczek jest jeszcze opustoszała.

Jeździec mija drukarnię, sklep narzędziowy, aptekę i dom pogrzebowy o nazwie „Wielka Cisza". Przed domem w trumnie opartej o ścianę leżą zwłoki mężczyzny; w szerokim czole umarlaka widnieje niewielki otwór, zapewne ślad po kuli. Zawieszona na dłoniach zmarłego tabliczka informuje, że pogrzeb Stanleya Burrowsa, złodziejaszka i oszusta, odbędzie się jutro w samo południe.

Rudzielec uśmiecha się pod nosem i drapie po porośniętej kępkami rudych włosów wąskiej szczęce. Zsiada z konia przed narożnym budynkiem, w którym mieści się salon fryzjerski. Zamiast golibrody w drzwiach pojawia się dziewczyna. Na widok nieznajomego cofa się, wyraźnie speszona. Ma na sobie szarobrązową marynarkę i zbliżoną kolorem spódnicę.

- Zawołaj ojca - mówi rudzielec i wchodzi do środka.

Dziewczyna, rumieniąc się, biegnie na piętro. Jej trzewiki stukają na drewnianych schodach. Chwilę później schodzi na dół posiwiały mężczyzna. Jest wysoki, barki ma jednak wąskie, sylwetkę zgarbioną, a spojrzenie zmęczone.

Przybysz siada na krześle postawionym przed lustrem.

- Golenie - mówi.

W milczeniu obserwuje, jak ojciec piegowatej blondynki zamyka drzwi i wygląda przez okno na ulicę, mrucząc pod nosem. W końcu jednak zabiera się za przygotowanie narzędzi. Z brzytwą i namydlonym pędzlem staje z posępnym wyrazem twarzy za oparciem krzesła. Otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko potrząsa głową i bez słowa przystępuje do golenia.

Kwadrans później rudzielec wpatruje się w swoją bezwłosą, cofniętą i znienawidzoną dolną szczękę.

-Nadal wynajmuje pan pokój na piętrze?

Golibroda sięga po pas ze skóry i zaczyna ostrzyć brzytwę.

-To zależy, kto pyta - odpowiada.

Rudowłosy rozpina płaszcz, odsłaniając skrzyżowane na piersiach pasy z nabojami, a także pewną błyskotkę, którą nosi wpiętą w kamizelkę.

-Widziałem pana w Kansas - mówi ojciec pieguski. - Bodajże przed trzema laty. Zabił pan tam sześciu mężczyzn. W biały dzień. Z jednego rewolweru.

-W słusznej sprawie czy w złej sprawie?

Golibroda chowa pas i brzytwę do szuflady. Wyciera ręce w ręcznik.

-Golenie kosztuje dolara. Pokój pięć dolarów na tydzień.

(...)"

Całość w listopadowym numerze Nowej Fantastyki.

czwartek, 20 października 2011

Szybcy i martwi

Hades jest miejscem akcji kilku opowiadań, jednej noweli i dwóch powieści amerykańskiego pisarza, Jeffreya Thomasa. Pisząc niniejsze opowiadanie, zapożyczyłem z nich świat i mitologię. Reszta to mój wymysł, wyhodowany na dość jawnych inspiracjach.

Prolog

Mężczyzna siedzi przed chatą, ogrzewając dłonie przy ognisku.

– Przykro mi panowie – zwraca się do dwóch nieznajomych mierzących do niego z rewolwerów. – Nie posiadam kosztowności ani pieniędzy. Nie mam nawet strzelby i rewolweru. Podróżuję pieszo. Opuśćcie więc broń i skorzystajcie z zaproszenia.

Robert Parker i Harry Longbaugh wymieniają spojrzenia. Mają za sobą długą podróż. Są zmęczeni, głodni i brudni. Cudem uniknęli śmierci z rąk boliwijskich żołnierzy, którzy dopadli ich w gospodzie w San Vincente. Zmylili pościg, ale stracili wierzchowce. Po wielu milach pieszej wędrówki bolą ich nogi i pokryte pęcherzami stopy.

Przeważa nęcący zapach obracanej na ruszcie zwierzyny. Chowają broń do olstrów i siadają przy ognisku, naprzeciwko mężczyzny skrywającego twarz pod szerokim rondem kapelusza.

– Mięso niedługo będzie gotowe. Pewnie jesteście głodni.

Parker przełyka ślinę.

- Podzielę się z wami. Zanim jednak to nastąpi, opowiem wam pewną historię. Jeśli nie macie nic przeciwko temu.

Harry wzrusza ramionami.

– Wszystko nam jedno - odpowiada.

– Zatem dobrze. Opowiem wam historię o moim przyjacielu, twardym skurczybyku. Wyobraźcie sobie trzydziestolatka, milczka, ponuraka, opanowanego, ale nie brzydzącego się przemocą. Wyobraźcie sobie człowieka znikąd, w pewnym sensie bezdomnego, zdanego wyłącznie na siebie. Założę się, że trochę go przypominacie. Otóż mój przyjaciel, John Holt…

Blackwater

…nie jest skomplikowanym człowiekiem. Lubi kawę, najlepiej gorącą, słodką, doprawioną szczyptą cynamonu, lubi też broń, przede wszystkim palną, preferuje rewolwery wyposażone w mechanizm samonapinania, poza kawą i rewolwerami lubi ciszę – poranka, sjesty i późnej nocy, dokładnie w takiej kolejności. Wśród tego wszystkiego było kiedyś miejsce na kobiety i podróże. Kobiety, które kochał, pachniały kawą i cynamonem. Podróże kończyły się w miasteczkach, gdzie zarabiał na utrzymanie jako stróż prawa do wynajęcia. Tak było przez całe jego dorosłe życie, aż do owego feralnego dnia, kiedy spotkał pastora o urodzie cherubina. Teraz pozostały mu tylko chwile ciszy. Przepadły poranki, popołudnia i wieczory. Przepadła miłość, kobiety i podróże. Świat skurczył się do rozmiarów ogromnej pustyni ześrodkowanej w miasteczku Blackwater, leżącym pod karmazynowym niebem.

John Holt siedzi na ganku swojego domu, w dłoni trzyma kubek z zimną wodą, w olstrach rewolwery, a w zębach trzcinową słomkę. Ubrany jest w szare kalesony, białą koszulę i kapelusz o szerokim rondzie, mocno nasunięty na czoło. Spogląda w niebo, które, tak naprawdę, nie jest niebem, jedynie jego bluźnierczą imitacją. Brakuje mu smaku i aromatu kawy. Czasami śni o pałeczkach cynamonu, a także o kobietach, które mógłby bezkarnie pokochać. Pustynia zdaje się nie mieć początku ani końca. Podobnie jak niebo. Ale John wie, że to tylko złudzenie, z którego prawdopodobnie nigdy się nie otrząśnie. Odstawia pusty kubek do kuchni i kończy się ubierać.

Miasteczko budzi się do życia. Główna ulica, przy której stoi dom Johna, stopniowo zapełnia się mieszkańcami. Mężczyźni, kobiety, nastolatki, nawet dziesięcioletnie dzieci, w pojedynkę, parami albo w grupkach, zmierzają w milczeniu do kościoła. John zna ich wszystkich osobiście. Niektórych na wylot. Wymienia pozdrowienia, uśmiechy, uściski dłoni. Stara się brzmieć optymistycznie, ale bez przesady. Wie, co czują na jego widok, gdyż dokładnie to samo czuje, gdy widzi swoje odbicie w lustrze. Współczucie wymieszane z litością i żalem. U kilkunastu osób wyczuwa odrazę. Dawno temu przestał mieć im to za złe. Przyzwyczaił się. Są tylko ludźmi.

Do kościoła wchodzi ostatni, upewniwszy się, że dotarli wszyscy mieszkańcy. Pastor przyszedł wcześniej – wysoki, siwowłosy, o orlim nosie. Zajął miejsce na ambonie. W odróżnieniu od swoich owieczek nie wygląda na zasmuconego. Oczy mu błyszczą. Usta wykrzywiają się w szerokim uśmiechu. Przemawia donośnym głosem, melodyjnie, wręcz śpiewnie. Cytowane fragmenty Pisma Świętego ilustruje gwałtownymi gestami.

Mieszkańcy Blackwater mają spierzchnięte dusze. Większość z nich przebywa w Piekle dość długo, by wiedzieć, że dla Potępionych nie ma odkupienia ani zbawienia. Zaledwie garstka spija nadzieję ze słów kazania.

John otwiera oczy i wychodzi z kościoła. Do miasteczka zbliża się chmura pyłu – rżenie i tętent koni, ludzkie sylwetki w białych szatach, zakapturzone i uzbrojone. John rozpoznaje jeźdźców. To Anioły.

Szeryf

Zanim John umarł i trafił do Piekła, wiódł życie takie, jakie lubił. Po wojnie, w której zabijał dla Północy, wrócił w rodzinne strony, aby stwierdzić, że nie ma tam dla niego miejsca. Rodzicie zmarli, dom i farma, które po nich odziedziczył, zostały spalone – zastał jedynie zgliszcza, w których gnieździli się jacyś włóczędzy. Nie miał rodzeństwa ani przyjaciół. Spotkania z rodziną mieszkającą na Wschodnim Wybrzeżu nie brał pod uwagę. Pojechał więc na Zachód, do Nevady, skuszony drzemiącym w jej głębinach złotem – dotarł tam, gdzie bogobojni i praworządni mieszkańcy wielu przyszłych ghost towns pilnie potrzebowali śmiałków wprawionych w zaprowadzaniu porządku. John był odważny, opanowany, potrafił szybko i celnie strzelać, swoje sumienie przyzwyczaił do przemocy, nie miał problemów z zabijaniem i alkoholem, jedynymi jego słabostkami były kawa, cynamon i kobiety, najczęściej tancerki, prostytutki, niewiasty sprzedajne, łase na pieniądze, prezenty i komplementy – dbał o swoje wybranki, w zamian chciał by go kochały albo udawały, że kochają, zawsze jednak miały pachnieć kawą i cynamonem. I pachniały, a John spełniał ich zachcianki, na które pracował ciężko i ryzykownie, polegając na swojej charyzmie i celnym oku. Był stróżem prawa do wynajęcia. Sezonowym szeryfem. Rewolwerowcem od Dziesięciu Nowych Przykazań.

Zazwyczaj wyglądało to tak: podpisywał z lokalnymi władzami umowę, dzięki której na uzgodniony okres czasu stawał się absolutnym władcą miasteczka, następnie przez trzy dni informował mieszkańców o nowych zakazach i nakazach, stosowne ogłoszenia umieszczał też na drzwiach najważniejszych instytucji, potem tylko czekał, aż pojawią się kłopoty i odpowiedzialne za nie osoby. Wszyscy mieli jasność, wiedzieli, na czym stoją. Jedno ostrzeżenie, drugiego nie będzie. John uważał, że to uczciwe rozwiązanie. Na niektórych działało. Ale byli tacy, którzy mu nie uwierzyli. Zabijał ich bez litości. I nikt rozsądny nie miał do niego o to żalu. Był skuteczny, ale nie tani. Miał też konkurencję. Czasami więc było bardzo ciężko. Wtedy zmieniał branżę. Rabował banki i pociągi. Zawsze w przebraniu, zamaskowany. Nie mógł pozwolić sobie na to, że ktoś go rozpozna.

Nigdy w ten sposób o sobie nie myślał, ale – nie licząc Billa Harrigana, który przeszedł do historii jako Billy The Kid – był najbardziej niczyim i najbardziej samotnym człowiekiem pogranicza*.

Blackwater

John wchodzi do kościoła, zamykając za sobą drzwi. Momentalnie cichną rozmowy. Słychać brzęczenie much. Pastor odbiera od szeryfa złożoną na pół kartkę. John otrzymał ją wczoraj od demona wyglądającego jak dorosła ważka, wykonana z chromu i metalu. Wszyscy wiedzą, co zawiera kartka. I wmawiają sobie, że są przygotowani na najgorsze. Mylą się tak bardzo, jak to możliwe. Pastor chrząka, przełyka ślinę i zaczyna wyczytywać nazwiska. Ludzie reagują różnie. Niektórzy są do tego stopnia zrezygnowani, że ze spuszczoną głową wstają z miejsca i podchodzą do drzwi. Inni wybuchają histerycznym płaczem. Dzieci wrzeszczą. Próbują schronić się w ramionach dorosłych, ale mężczyźni i kobiety odsuwają je od siebie. John wyprowadza szamoczące się dzieciaki przed kościół. Wyrzuca też kilku dorosłych. Upewnia się, że wyszły wszystkie osoby z listy. Pozostałym dziękuje za współpracę, po czym, odpiąwszy pas z rewolwerami, dołącza do zgromadzonych przed budynkiem wiernych. Pastor wyczytał również jego nazwisko.

Niebawem w miasteczku rozlegają się wystrzały. Wtórują im dzikie wrzaski umierających oraz gniewne okrzyki i przekleństwa Aniołów. Obwieszeni bronią jeźdźcy przyjechali z Nieba, aby ranić, okaleczać i masakrować Potępionych. Mężczyźni są kastrowani, kobiety gwałcone, dzieci rozrywane na strzępy końmi. Kilku nieszczęśników zmieniono w żywe pochodnie. Anioły nie robią niczego złego. Potępieni zasłużyli na Piekło, a tym samym na każdą krzywdę, jaką mogą im wyrządzić mieszkańcy Nieba i demony. Dzisiejsze cierpienie Johna i innych ludzi jest niczym w porównaniu z grzechem, którego się dopuścili. Kiedy Anioły odjadą, pastor otworzy drzwi kościoła, a ludzie ujrzą swoich sąsiadów, znajomych, przyjaciół, może nawet kochanków – zmasakrowanych, ale wciąż żywych, odtwarzających w przeraźliwym bólu swoje pośmiertne ciała. Wszystko przez to, że nie skorzystali z ofiary Chrystusa.

I tak jest co tydzień, w każdą niedzielę, licząc według ziemskiego kalendarza. Tak samo albo gorzej będzie w przyszłym tygodniu. Po sześciu dniach ciężkiej pracy w Wieży Demonów – gigantycznym pociągu poruszającym się po torach zanurzonych w pustynnym piachu.

Cherubin

John Holt wierzył w Boga. Był przekonany, że każde działanie i zaniechanie Stwórcy jest skrojone na miarę Jego natury. Bóg był pod każdym względem doskonały, więc wszystko, co robił również takie było, nawet jeśli pewnym ludziom wydawało się zupełnie inne. Dlatego Holt uważał, że nie można mieć do Boga zasadnych pretensji. Bóg jest tylko Sobą, mawiał, zatem dajcie Mu spokój.

O sługach bożych John nie żywił najlepszej opinii. Wielu z nich znał osobiście i nie lubił z powodu tego, co w swoich kazaniach i prywatnych rozmowach mówili o Bogu i ludziach. Kilkoma nawet gardził. Nigdy jednak żadnego nie skrzywdził.

W miasteczku Big Whiskey, w którym na dwa tygodnie objął posadę szeryfa, poznał Malcolma Cornwaya, pastora o wyglądzie cherubina. Nie przypadli sobie do gustu, chociaż zamienili tylko kilka zdań. Pastor był młody, świeżo po seminarium, pełen wiary i pewności wrogiej wątpieniu. Pewnego dnia terroryzująca miasteczko banda porwała siedmioletniego syna sklepikarza. Dwa dni później John znalazł jego ciało na skraju mieściny. Chłopiec żył, ale został potwornie okaleczony. Miejscowy lekarz mógł jedynie ulżyć mu w bólu. Rodzice malca byli zrozpaczeni. Ojciec klął pod nosem, a matka zaciskała bezsilnie pięści. W pewnej chwili zwróciła się do pastora, który był wśród osób zgromadzonych w lekarskim gabinecie, z pytaniem, dlaczego Bóg pozwolił na to, aby ich syn tak okrutnie cierpiał. Pastor, co John bardzo wyraźnie zapamiętał, odruchowo zacisnął zęby, zamknął na chwilę oczy, jakby w duchu odliczał do trzech, po czym, położywszy dłoń na ramieniu kobiety, odpowiedział:

– Stwarzając dusze, Bóg sprawdził, co każda z nich zrobi w każdej możliwej sytuacji. Dowiedział się, że niektóre dusze bez względu na okoliczności nie przyjmą do swojego serca Chrystusa, wskutek czego zostaną potępione. Bóg zadbał więc o to, aby przyszłym potępieńcom przypadała za życia większa suma cierpienia niż duszom, które zostaną zbawione. Także w wymiarze indywidualnym. Z powodu swej nieskończonej dobroci Stwórca nie pozwoliłby na to, aby przyszły zbawiony cierpiał takie męki, jak państwa syn. Wychodzi więc na to, że wasz chłopak trafi do piekła.

Z oczu matki pociekły łzy. Ojciec chłopca spojrzał nienawistnie na pastora. Lekarz zmarszczył brwi i otworzył usta, jakby chciał o coś zapytać. John zaś sięgnął po rewolwer, przyłożył lufę do skroni duchownego i pociągnął za spust. Mózg bożego sługi zachlapał twarz lekarza. W pomieszczeniu zapadła pełna osłupienia cisza. John z niedowierzaniem spojrzał na swoją rękę i broń. Miał wrażenie, że nie należą do niego. Przełknął głośno ślinę i wybiegł z budynku. Potem osiodłał swojego konia i uciekł z miasteczka.

Blackwater…

…nie jest jedynym ghost town pod karmazynowym niebem zastygłej lawy. Na czerwonozółtej pustyni, w objęciach powszechnej w Piekle szarości, egzystują inne mieściny zamieszkane przez Potępionych. Każda ma swojego szeryfa, kogoś takiego jak John Holt, specjalistę od utrzymywania porządku, a także sędziego, specjalistę od wymierzania sprawiedliwości. W końcu Potępieni to tylko ludzie z całym bagażem wad i zalet. Czasami puszczają im nerwy i zaczynają rozrabiać. Odreagowują swój nikczemny los – sześciodniową pracę w zmechanizowanych Wieżach Demonów, powtarzające się co niedzielę wizyty Aniołów, zagrożenie ze strony demonów, które w dowolnej chwili mogą pojawić się w miasteczku i rozpocząć tortury. Te ostanie ciągną się niekiedy latami.

Kiedy Johnowi przestaje odrastać ciało, jest już poniedziałek. Tylko kilka godzin zostało do świtu, którego wszakże nie będzie. W Blackwater panuje grobowa cisza, jakże stosowna, przecież w szarych, zniszczonych budynkach śpią zmarli. John siada na łóżku, jeszcze jest półprzytomny, z trudem przełyka ślinę. Potrząsa głową. Rozmasowuje kark. Mimo że ciała Potępionych nie potrzebują wody ani jedzenia, chce mu się pić i ssie go w żołądku. To tylko nieprzyjemne złudzenie. Kolejna kara.

John krzywi się na wspomnienie wizyty Aniołów. Wczoraj przeżył swoją pierwszą dekapitację. Wciąż jest odrobinę roztrzęsiony. Przemywa twarz w zimnej wodzie. Słysząc pukanie do drzwi, nieruchomieje ze wzrokiem utkwionym w swoim wymizerowanym odbiciu. Odkłada ręcznik i wychodzi przed dom. Kobieta ma na sobie zakrwawioną koszulę i podartą spódnicę. Jakiś Anioł zdjął jej skalp. Skóra regeneruje się powoli i boleśnie. John zaciska zęby. Znają się z poprzedniego życia. John pamięta, że była pianistką. Całkiem dobrą.

– Witaj Jennifer – mówi.

– Wpuść mnie – prosi kobieta. Na jej czole demony wypaliły literę „A”. „A” jak ateizm, myśli John i zastanawia się, co odpowiedzieć kobiecie, która kiedyś – w innym, chyba lepszym świecie – pachniała kawą i cynamonem.

– Zostałam…

John kładzie na jej ustach palec.

– Rozumiem. Wejdź.

Kładą się w sypialni Johna. Jennifer zwija się w kłębek, a John przywiera do jej pleców. Nic nie mówią. Oboje drżą ze strachu. O tę chwilę intymności, którą właśnie wykradli Piekłu.

O świcie, którego nie ma, budzi ich huk broni palnej. John podbiega do okna, zapinając pas z rewolwerami. W pośpiechu mocuje się ze sprzączką. W pewnej chwili pada kolejny strzał, rozlega się dźwięk tłuczonego szkła, a John, trafiony w czoło, przewraca się na podłogę. Nie widzi więc Anioła, który chwilę później wrzuca płonącą pochodnię do budynku usytuowanego po przeciwnej stronie ulicy. Ani dwóch Aniołów wywlekających na zewnątrz wrzeszczącą Jennifer. Ani kolejnego, który obcina jej piersi maczetą. I pozostałych, zajętych polowaniem na mieszkańców Blackwater. Obracających piekielne ghost town w ruinę.

Hang’em High!

Był zbiegiem. Musiał nieustannie uciekać, jeśli chciał zachować życie i wolność. Więc uciekał. Na Wschód. Przez Utah, Colorado, Kansas, Missouri. Po dwóch latach bandyckiej tułaczki trafił do Fortu Smith w Arkansas. Był winien sprawiedliwości ludzkiej kilkanaście tysięcy dolarów i garść trupów bankowych strażników, którzy przed śmiercią zdążyli usłyszeć z jego ust nieśmiertelną kwestię Billa Minera: „Hands Up!”. Wszyscy ochoczo je podnosili, niektórzy jednak byli przekonani, że akurat im uda się sięgnąć znienacka po broń. Zginęli. John Holt przeżył.

Byli więc głupcami.

Kiedy John stanął przed obliczem sędziego Isaaca Parkera, zrozumiał, że popełnił błąd, przyjeżdżając do Arkansas. Zdradziła go kobieta, pachnąca kawą i cynamonem. Kobieta o długich, delikatnych palcach. Słynąca z absolutnego słuchu. Miała bladą cerę, rude włosy i piegi, mnóstwo piegów na drobnym nosku i jędrnych piersiach. Zdradziła go kobieta, którą chciał pokochać. Zdradziła, bo zabił jej brata. Był strażnikiem w banku w Kansas City. Myślał, że zdoła wyciągnąć znienacka rewolwer. Wyciągnął, ale John był szybszy.

Zielonooka Jennifer przyszła na egzekucję. Stanęła w pierwszym rzędzie. Uśmiechała się, gdy zabójca jej brata zaczął wierzgać nogami.

Okazał się głupcem.

Demony i grzesznicy

To najdziwniejsza rozmowa w życiu Johna. Rozmawiają wśród zgliszczy miasteczka, w otoczeniu jęczących z bólu Potępionych, których okaleczone ciała regenerują się z wielkim mozołem. John i dwa demony. Trzymetrowe humanoidy w długich, skórzanych płaszczach, zapiętych po szyję. Pojawiły się nie wiadomo skąd. Na pewno nie pochodzą z Wieży Demonów, w której pracują mieszkańcy Blackwater. Tamtejsze demony wyglądają inaczej.

John spogląda w głęboko osadzone oczy w kolorze błyszczącego obsydianu, przypatruje się wąskim ustom, skrywającym szpiczaste zęby, i słucha, nade wszystko słucha gardłowego głosu demona, który przedstawił się jako Azura. Nie zastanawia się długo. Dobrze, odpowiada, zbiorę ludzi. I zbiera – zgodziło się siedmiu mężczyzn i trzy kobiety. Nie ma wśród nich Jennifer. Ochotnicy nie ufają demonom, boją się ich, ale mając do wyboru bezczynność i zemstę – sprawiedliwą odpłatę, jak powiedział Azura – wybierają tę drugą. Drugi demon, Kemsha, przyprowadził wierzchowce i rozdał broń – osiem karabinów marki Winchester i dziesięć rewolwerów Colta wraz z zapasem amunicji.

Niebawem grupa pościgowa opuszcza Blackwater.

Demony nie jadą konno, po prostu suną tuż nad pustynią. Prowadzi Azura, za nim jedzie John, potem ochotnicy, na końcu Kemsha. Po drodze zajeżdżają do innych miasteczek. Wszędzie zastają taki sam widok: zgliszcza i dziesiątki bądź setki okaleczonych ciał. Azura rozmawia z innymi demonami. Wszystkie noszą płaszcze i kapelusze. Demony i kolejni ochotnicy przyłączają się do pościgu. Po kilku godzinach jazdy grupa pościgowa liczy sobie ponad pięćdziesiąt ludzkich dusz i dziesięć demonów.

Wierzchowce nie potrzebują wody ani jedzenia. Mkną przez pustynny krajobraz niczym burza piaskowa. Dzisiaj krwistoczerwone niebo jest w stanie wrzenia – wypluwa ogromne bryły zastygłej lawy, które z ogłuszającym hukiem wbijają się w ziemię. Jeźdźcy mijają widoczne w oddali Wieże Demonów; gigantyczne pociągi, wysokie na kilkanaście pięter, suną majestatycznie na tle skalnych wzniesień. To właśnie w czeluściach tych maszyn Potępieni pracują za wodę i pożywienie, hodując demony. W pewnym sensie sami tworzą swoich przyszłych oprawców.

Anioły i demony. Czasami nie wiadomo, którzy są gorsi. Zbawieni ludzie czy piekielny miot. Jedno jest jednak pewne, myśli John Holt, ludzie, którzy najechali Blackwater nie są Aniołami, nie zostali zbawieni. To tylko zbuntowani piekielnicy, powiedział Azura, krzywiąc się pogardliwie. W jakiś sposób zdobyli broń, wierzchowce i stroje Aniołów. I zaczęli się bawić w Dziką Bandę. Bezinteresowni mordercy.

Dopadają ich w kolejnym ghost town. Wystrzały ogłuszają pustynię. Przebierańcy rozkręcili orgię przemocy. Azura wyjaśnia Johnowi swój plan. Przez kilka długich minut dogadują szczegóły. Potem demony ustawiają się w szeregu. Zrzucają płaszcze i rozprostowują górne kończyny – dwie, choć szponiaste, przypominają ludzkie ręce, pozostałe cztery wyglądają jak karabiny maszynowe Gatlinga. Demony atakują frontalnie, z bezpiecznej odległości – lufy Gatlingów wirują z baletową gracją, ku ziemi lecą obracające się w proch łuski, pociski szatkują buntowników i ich ofiary. Tym razem Bóg nie rozpozna swoich, myśli John. Kiedy demony przestają strzelać, pochowani w zrujnowanych budynkach piekielnicy odpowiadają ogniem. Wtedy do ataku ruszają mieszkańcy napadniętych ghost towns. Zachodzą buntowników od tyłu. Demony wznawiają ostrzał. Dochodzi do walki wręcz. Ostrza noży i maczet tną ze świstem powietrze i ludzkie ciała. Krew bryzga bez składu, ładu i umiaru. W pewnej chwili jeden z fałszywych Aniołów wskakuje na zabłąkanego wierzchowca i, tuląc się do jego grzbietu, ucieka z miasteczka. John spina swojego konia i rusza w pościg. Czuje się tak, jak w dawnych, dobrych czasach, kiedy brał udział w szalonych galopadach za łotrami psującymi krew ludzi, których było stać na jego usługi. Uśmiecha się do siebie. Przez chwilę jest szczęśliwy. Zamyka i otwiera oczy. Ściska boki konia nogami i unosi do strzału oba rewolwery. Ich grzmot dogania uciekiniera, który przechyla się raptownie w siodle i spada na ziemię. W piach i pył. John dobiega do leżącego mężczyzny. Wykopuje z jego dłoni rewolwer i…

…marszczy brwi. Coś jest nie w porządku. Przygląda się twarzy rannego. Nie zauważa na jego czole litery symbolizującej grzech. To nie jest twarz Potępionego, lecz Anioła, zbawionego, mieszkańca Nieba. John bardzo dobrze zna tę twarz. Kiedyś ją zmasakrował. Wciąż nie może uwierzyć, że ma przed sobą Malcolma Cornwaya, pastora o anielskiej urodzie.

Pastor się śmieje, plując krwią.

– Ironia losu, co? Ja w Niebie, niemalże męczennik za wiarę, a ty w Piekle, morderca. Chyba jesteśmy kwita, co?

John zaciska zęby. Nie odpowiada. Za to pastor nie potrafi utrzymać języka za zębami.

– Co powiedziały wam demony? – pyta drwiąco. – Czekaj, nic nie mów, cokolwiek to było, ty i ja wiemy, że znów was oszukały. Kiedy skończy się polowanie, wrócę do Nieba, a ty i twoi kompani traficie na wieczność do jednej z tych wymyślnych Wież Tortur za to, że ośmieliliście się podnieść rękę na Anioły. Nie należy wierzyć demonom…

Głos pastora ginie w terkocie karabinu Gatlinga. Pociski przerabiają ciało bożego sługi na sitko. W końcu Azura przestaje strzelać i wbija obsydianowe spojrzenie w Johna.

– Nie oszukaliśmy was – mówi niskim, gardłowym głosem. – Daliśmy jednie szansę.

John ściska rewolwer. Zastanawia się, ile razy musiałby wystrzelić, aby zabić demona.

– Na co? – pyta.

Azura podnosi worek leżący obok zmasakrowanego pastora. Przez moment waży jego zawartość w dłoni, a potem podaje ją Johnowi. Po dłuższej chwili John uświadamia sobie, co to jest.

– Na rebelię – odpowiada Azura. – Na rzucenie wyzwania temu wszystkiemu…

– To nie ma sensu.

– A czy to – Azura wodzi dookoła ręką – ma jakiś sens? Albo czy sens ma jej cierpienie?

John wpatruje się w trzymaną w dłoni garść popiołu.

– Potrzebuję twojej pomocy, John – mówi demon. – Za życia byłeś najbardziej niczyim i najbardziej samotnym człowiekiem pogranicza, ale teraz, kiedy jesteś martwy, masz okazję zostać legendą Dzikiego Zachodu. Ludzie cię posłuchają. Zawsze cię słuchali. Tylko ty jakoś tego nie zauważałeś.

John przesypuje popiół z powrotem do worka. Ma wrażenie, że ze sczerniałych drobin dobiega ludzki krzyk.

– Nie jesteś dobrym demonem, Azura – zauważa.

– A ty dobrym Potępionym – rewanżuje się demon.

– Jesteśmy łotrami.

– Z najwyższej półki.

Po chwili milczenia człowiek i demon uśmiechają się do siebie.

Piekło! Piekło! Piekło!

W lesie pełnym kolczastych drzew, z którym sąsiaduje pustynia, rozpalili dziesiątki stosów. W milczeniu patrzyli na płonące Anioły. Czekali, aż zostanie z nich tylko popiół. John i Jennifer stali obok siebie. Trzymali się za ręce. Potem ludzie i demony starannie zebrali szary pył, którym się stali mieszkańcy Nieba i rozrzucili go na skraju pustyni, na przestrzeni wielu mil kwadratowych. Anioły są nieśmiertelne. Nie da się ich zabić. Ale można sprawić, by bardzo długo odtwarzały swoje ciała.

Kiedy było już po wszystkim, John Holt i mieszkańcy Blackwater ruszyli w towarzystwie Azury i jego piekielnej braci w głąb nieskończonego Piekła. Na moment niebo lawy rozbłysło na horyzoncie żółtoczerwonym blaskiem, tak że można było odnieść wrażenie, iż odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca.

Epilog

– I to już koniec? – dziwi się Harry Longbaugh.

– Mniej więcej – odpowiada nieznajomy, wsuwając do wąskich, ciemnych usta kawał mięsiwa. – Częstujcie się.

– Co się stało z Johnem i Jennifer? - pyta Robert Parker.

– John nie zamierzał wojować z Bogiem. Niczego nie miał Mu za złe. Nawet lat spędzonych w Piekle. Chciał jedynie żyć tak, jak dawniej, a myśl, że znów może stanowić i egzekwować prawo, nawet jako piekielny przestępca, wprawiała jego serce w radosne drżenie. Inaczej było z Jennifer. Gardziła Bogiem. Ale, mimo różnicy poglądów, jakoś się dogadywała z Johnem. Nadal są razem.

Parker drapie się po karku i zakłopotany spogląda z ukosa na przyjaciela. Wydaje mu się, że minęło kilka godzin, ale wciąż jest jasno, a raczej szaro, zmierzch nie zapadł, wieczór nie nadszedł, mimo że powinien. Parker dostrzega dziury po kulach w ubraniu Harry’ego, na swoim policzku wyczuwa zaś zakrzepłą krew. Harry także jest zdezorientowany. Z niedowierzaniem gapi się na ziejącą w skroni Roberta dziurę. Wysoko nad nimi karmazynowy blask wypełnia błękitnoszare dotychczas niebo.

– Co się dzieje?! – krzyczy Robert, zrywając się z ziemi.

Harry również się podrywa. Obaj wyciągają rewolwery.

– Co nam zrobiłeś, draniu?

Nieznajomy śmieje się gardłowo. A potem podnosi się, zrzucając z ramion skórzany płaszcz. Butch Cassidy i Sundance Kid** wpatrują się ze zgrozą w karabiny Gatlinga wyrastające z kończyn stwora.

– Nic – odpowiada demon. – Witamy w Piekle.




*J. L. Borges, Powszechna historia nikczemności, tłum. Stanisław Dembrzuski, Andrzej Sobol-Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 62.

** Robert Parker (Butch Cassidy), Harry Longbaugh (Sundance Kid) oraz wspomniani wcześniej Billy The Kid, Bill Miner i sędzia Isaac Parker to postaci historyczne.

poniedziałek, 10 października 2011

Czarna

Niniejsze opowiadanie jest kontynuacją tekstu "Okulary w rogowej oprawie".


Narodziła się wśród zgliszczy i ruin. W dymie i huku. Na dnie rany zadanej rzeczywistości. Tamtej nocy, kiedy rozpędzone gitary elektryczne szturmowały niebiosa, doprowadzając do wrzenia pięć sal koncertowych w różnych zakątkach Ziemi, symbolika znów okazała się znacząca. Heavymetalowe bestie zagrały głośniej niż piekło, nie wiedząc co uczyniły. Zagrały i rozpętały sekwencję zmian. W dziejach. Nie oszczędzając przeszłości.

White Wizzard, Volture i Spellcaster przybyły z USA. Skull Fist nadciągnął z Kanady, a Katana ze Szwecji. Był rok 2011. Volture, Skull Fist, Spellcaster i Katana dopiero co debiutowały. White Wizzard wyczarował trzeci album. „Flying Tigers” wylądowały na półkach 19 września. Albumy debiutantów znacznie wcześniej. Żadnej z tych heavymetalowych bestii nie rozchodziło się o nic innego niż granie i upowszechnianie heavy metalu. Wszelkimi dostępnymi środkami. Jednak tryby sensotwórczej maszynerii zostały wprawione w ruch. Odtąd wszystko, co każda z nich robiła, było znakiem uwikłanym w semantykę i pragmatykę spoza granic znanego ludziom świata. Wszelkie składniki rock 'n’ rollowego stylu życia – imprezy, próby, koncerty, wywiady, wyskoki – momentalnie stawały się znaczącymi, z których wulkanicznych głębin sensotwórcza maszyneria wyrzucała okruchy sensu zmierzającego nieubłaganie ku tamtej nocy, kiedy wśród zgliszczy i ruin narodziła się Czarna.


To była gorąca noc. Księżycowa, rozedrgana kąśliwymi riffami rozbrzmiewającymi w pięciu zakątkach Ziemi. Pięć heavymetalowych bestii wygrywało oldschoolowe hymny. Pięć cuchnących potem, skórami i stalą widowni. Na każdej po pięciuset pięćdziesięciu pięciu fanów. Razem: pięć tysięcy pięćset pięćdziesiąt rąk uniesionych w geście mano cornuta. Brakowało tylko gwiazd ustawionych w należytym porządku. Kiedy rozbrzmiały początkowe riffy „Fight To Death”, „The Horde”, „Ride The Beast”, „Molten Steel” i „Phoenix Of Fire”, znane ludziom gwiazdozbiory zniknęły, zastąpione nowymi w kształcie diabelskiej dłoni. To właśnie wtedy rozpoczęła się akcja porodowa. Sensotwórcza maszyneria zazgrzytała, jakby zawodząc z bólu, a potem znieruchomiała na jedną, długą chwilę, podczas której pięć sensorodnych solówek zraniło rzeczywistość. Z gitar wystrzeliły błyskawice, skumulowały się pod sklepieniem niebieskim, po czym pomknęły w dół niczym mechaniczne ptaszyszko z okładki „Shocking It’s Prey” Volture.

Siedziałem przy stoliku, nad filiżanką podwójnego espresso, gapiąc się przez okno na pustą ulicę, kiedy dach baru został rozerwany na strzępy, a do środka wpadła naelektryzowana kula, w której po dłuższej chwili ujrzałem pięć miniaturowych scen i szalejących na nich zespołów. Mój pies, biszkoptowy labrador, zasysał przez słomkę kofeinową whiskey i brązowy cukier. Robił to z pogardą właściwą cynikom. Nawet nie zaszczekał, gdy kula osiadła na kontuarze, tuż przed osłupiałym barmanem, i eksplodowała snopem iskier. To właśnie wtedy ujrzałem ją po raz pierwszy. Przykucnęła… na blacie. Skulona, drżąca. Oblepiona dogasającymi iskrami. Jej spojrzenie było bezdennie czarne. Zeskoczyła… na podłogę i pomknęła ku drzwiom. Wyleciały na ulicę, wyrwane z zawiasów.

Dokończyłem w milczeniu kawę. I wyszedłem na zewnątrz, aby zastanowić się nad tym, co dalej. Wkrótce dołączył do mnie Diogenes. Zamerdał ogonem i oblizał pysk z bitej śmietany. Powiedziałem mu, co zamierzam zrobić. Szczeknął, że się zgadza. Wiedziałem, że muszę ją odnaleźć i poznać jej tajemnicę. To, skąd się wzięła, kim/czym była, co planowała. Nie dawało mi spokoju jej spojrzenie, w którym dostrzegłem wyzwanie rzucone całej rzeczywistości.


Oto, czego się dowiedziałem po wielu tygodniach poszukiwań, uboższy o stertę cudzych banknotów oraz garść własnych zębów i cnót dziurawych jak szwajcarski ser.

Na początku przemierzała bary, kawiarnie, restauracje, puby i tym podobne przybytki, dzieląc się sobą z ludźmi. Wszędzie tam, gdzie było to możliwe, zostawiała cząstkę samej siebie w posiłkach i napojach. Zimnych i ciepłych. Nie rzucała się w oczy. Nawet rzeczywistość nie zorientowała się, że wypuściła na świat własną zgubę. Dzwonek alarmowy rozdzwonił się dopiero wtedy, gdy Czarna zaczęła odwiedzać należące do międzynarodowych korporacji fabryki i wzbogacać sobą produkowane w nich napoje i żarełko. W ten sposób jej działalność zyskała globalny zasięg.

Czarna zmieniała nie tylko ludzi, którzy w większości byli nieświadomymi nosicielami sensów wytwarzanych przez drzemiącą w czeluściach rzeczywistości sensotwórczą maszynerię. Zmieniała również dzieje. Przepisywała je na nowo, uwalniając spod władzy nie-ludzkich znaczeń.

Wzmianki o Czarnej zaczęły pojawiać się w świętych księgach ziemskich religii, na kartach dzieł filozoficznych, w dziełach literackich, na obrazach, w filmach, piosenkach i komiksach. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj nie wiedzieli o jej istnieniu, zaczynali nabierać przekonania, że widziano ją z jakimś rzymskim legionistą na miejscu kaźni Chrystusa. Wspominali o tym w swoich ewangeliach Mateusz i Łukasz. Jeszcze wcześniej napomknął o niej Platon w „Uczcie”. Sceptyk Eubulaos napisał w swoich pamiętnikach, że jego mistrz Tymon, skądinąd uczeń samego Pirrona, stracił dla Czarnej nie tylko głowę, ale i majątek. Kochał się w niej Epikur. Bez wzajemności jednak. Zenona i Chryzypa, dwóch stoickich mędrców, wyrywała z apatii. Ku ich uciesze, a zgorzeniu uczniów. Mahomet się z nią nie rozstawał, co według niektórych komentatorów hadisów budziło w Allachu zazdrość. Czarna znalazła się też na kilku płótnach Andy’ego Warhola. Na „Let It Be” Beatlesów. W „Czasie Apokalipsy” Coppoli. Nagle wszędzie jej było pełno – w przeszłości.

Była sprytna. Ale zadarła z sensotwórczą maszynerią. Boskim gadżetem do generowania historiozofii i powiastek mniejszego kalibru. Nic więc dziwnego, że dość szybko na trop Czarnej wpadło Ślepiszcze. Bestia zrodzona w wodach płodowych labiryntu Pandory. Uformowana przez cztery, nieświadome swej roli kapele heavymetalowe. Wielki łeb, możliwie najpaskudniejsze oblicze, wielgachny jęzor i przepastne gardło wiodące do piekielnego żołądka. Na nosie okulary w rogowej oprawie. Dość klasyczne. Dopadliśmy ją, kiedy zagoniła Czarną w ślepy zaułek. Swym potężnym cielskiem, wciśniętym w podarte dżinsy, zieloną koszulę i sztruksową marynarkę, odcięła jej drogę ucieczki. Diogenes prowadził, ja obsługiwałem działo. Czarna tańczyła między szponami i szczękami Ślepiszcza, starając się nie uronić ani jednej kropli swej cennej substancji. Nie mogłem zwlekać. Gdy Diogenes ustawił samochód bokiem do uliczki, którą tarasowało monstrum, otworzyłem ogień. W plecach bestii zakwitły krwawe kwiaty. Ślepiszcze straciło równowagę i zatoczyło się na ścianę, co skwapliwie wykorzystała Czarna. Przemknęła między nogami napastnika, po czym wskoczyła do samochodu. Zanim zamknąłem drzwi, zgarnąłem z ziemi okulary Ślepiszcza. Ruszyliśmy.

W stronę horyzontu. I dalej. Do baru przy Końcu Świata. Takiej ulicy. Tam mogliśmy porozmawiać w spokoju. Kiedy dotarliśmy na miejsce, była czwarta nad ranem. Świt miał nadejść za dwie godziny. Z zamówionym koktajlem mlecznym usiadłem naprzeciwko Czarnej. Byliśmy jedynymi klientami. Przedstawiłem się i powiedziałem, czego od niej chcę. Zgodziła się. Nie dlatego, że uratowałem jej życie. Po prostu nigdzie się nie śpieszyła. Lubiła igrać z losem. Poza Ślepiszczem ścigała ją Białą Śmierć i Laktoza. Wyjątkowo wredni natual born killers sensotwórczej maszynerii. Kiedy jej o tym przypomniałem, jedynie prychnęła w ten dziwaczny sposób, w jaki prychają istoty jej rodzaju, i zaczęła swoją opowieść. Słuchałem w skupieniu, wsunąwszy na nos okulary w rogowej oprawie.

Skończyła, gdy świt zawitał do baru. Zmrużyłem oczy. Skąpana słonecznym blaskiem, wyglądała ponętnie. Poczułem ssanie w żołądku. Wiedziałem o niej wszystko, co mogłem i chciałem wiedzieć. Pozostała mi tylko jedna rzecz do zrobienia. Oblizałem wargi. Czarna westchnęła wyczekująco. Zanurzyłem w niej język. Smakowała cynamonem, rumem, wiśniami, bezmiarem stepu, wiatrem wiejącym nad prerią, była gorzka, mocna, zdecydowana na wszystko. Jasno i wyraźnie ujrzałem przypisany mi sens, moje miejsce w dziejach opowiadanych przez sensotwórczą maszynerię, w tym, co Bloy brał za ogromy tekst liturgiczny, "w którym litery i znaki ważą nie mniej niż całe wersety czy rozdziały, ale wartość jednych i drugich jest niemożliwa do określenia i głęboko ukryta"*. Mogłem się prze-pisać.

Przestałem się dziwić Epikurowi i stoickim mędrcom. Sam straciłem głowę dla Małej Czarnej w niezniszczalnej filiżance.



*L. Borges, Dalsze dociekania, tłum. Andrzej Sobol Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 179