poniedziałek, 10 października 2011

Czarna

Niniejsze opowiadanie jest kontynuacją tekstu "Okulary w rogowej oprawie".


Narodziła się wśród zgliszczy i ruin. W dymie i huku. Na dnie rany zadanej rzeczywistości. Tamtej nocy, kiedy rozpędzone gitary elektryczne szturmowały niebiosa, doprowadzając do wrzenia pięć sal koncertowych w różnych zakątkach Ziemi, symbolika znów okazała się znacząca. Heavymetalowe bestie zagrały głośniej niż piekło, nie wiedząc co uczyniły. Zagrały i rozpętały sekwencję zmian. W dziejach. Nie oszczędzając przeszłości.

White Wizzard, Volture i Spellcaster przybyły z USA. Skull Fist nadciągnął z Kanady, a Katana ze Szwecji. Był rok 2011. Volture, Skull Fist, Spellcaster i Katana dopiero co debiutowały. White Wizzard wyczarował trzeci album. „Flying Tigers” wylądowały na półkach 19 września. Albumy debiutantów znacznie wcześniej. Żadnej z tych heavymetalowych bestii nie rozchodziło się o nic innego niż granie i upowszechnianie heavy metalu. Wszelkimi dostępnymi środkami. Jednak tryby sensotwórczej maszynerii zostały wprawione w ruch. Odtąd wszystko, co każda z nich robiła, było znakiem uwikłanym w semantykę i pragmatykę spoza granic znanego ludziom świata. Wszelkie składniki rock 'n’ rollowego stylu życia – imprezy, próby, koncerty, wywiady, wyskoki – momentalnie stawały się znaczącymi, z których wulkanicznych głębin sensotwórcza maszyneria wyrzucała okruchy sensu zmierzającego nieubłaganie ku tamtej nocy, kiedy wśród zgliszczy i ruin narodziła się Czarna.


To była gorąca noc. Księżycowa, rozedrgana kąśliwymi riffami rozbrzmiewającymi w pięciu zakątkach Ziemi. Pięć heavymetalowych bestii wygrywało oldschoolowe hymny. Pięć cuchnących potem, skórami i stalą widowni. Na każdej po pięciuset pięćdziesięciu pięciu fanów. Razem: pięć tysięcy pięćset pięćdziesiąt rąk uniesionych w geście mano cornuta. Brakowało tylko gwiazd ustawionych w należytym porządku. Kiedy rozbrzmiały początkowe riffy „Fight To Death”, „The Horde”, „Ride The Beast”, „Molten Steel” i „Phoenix Of Fire”, znane ludziom gwiazdozbiory zniknęły, zastąpione nowymi w kształcie diabelskiej dłoni. To właśnie wtedy rozpoczęła się akcja porodowa. Sensotwórcza maszyneria zazgrzytała, jakby zawodząc z bólu, a potem znieruchomiała na jedną, długą chwilę, podczas której pięć sensorodnych solówek zraniło rzeczywistość. Z gitar wystrzeliły błyskawice, skumulowały się pod sklepieniem niebieskim, po czym pomknęły w dół niczym mechaniczne ptaszyszko z okładki „Shocking It’s Prey” Volture.

Siedziałem przy stoliku, nad filiżanką podwójnego espresso, gapiąc się przez okno na pustą ulicę, kiedy dach baru został rozerwany na strzępy, a do środka wpadła naelektryzowana kula, w której po dłuższej chwili ujrzałem pięć miniaturowych scen i szalejących na nich zespołów. Mój pies, biszkoptowy labrador, zasysał przez słomkę kofeinową whiskey i brązowy cukier. Robił to z pogardą właściwą cynikom. Nawet nie zaszczekał, gdy kula osiadła na kontuarze, tuż przed osłupiałym barmanem, i eksplodowała snopem iskier. To właśnie wtedy ujrzałem ją po raz pierwszy. Przykucnęła… na blacie. Skulona, drżąca. Oblepiona dogasającymi iskrami. Jej spojrzenie było bezdennie czarne. Zeskoczyła… na podłogę i pomknęła ku drzwiom. Wyleciały na ulicę, wyrwane z zawiasów.

Dokończyłem w milczeniu kawę. I wyszedłem na zewnątrz, aby zastanowić się nad tym, co dalej. Wkrótce dołączył do mnie Diogenes. Zamerdał ogonem i oblizał pysk z bitej śmietany. Powiedziałem mu, co zamierzam zrobić. Szczeknął, że się zgadza. Wiedziałem, że muszę ją odnaleźć i poznać jej tajemnicę. To, skąd się wzięła, kim/czym była, co planowała. Nie dawało mi spokoju jej spojrzenie, w którym dostrzegłem wyzwanie rzucone całej rzeczywistości.


Oto, czego się dowiedziałem po wielu tygodniach poszukiwań, uboższy o stertę cudzych banknotów oraz garść własnych zębów i cnót dziurawych jak szwajcarski ser.

Na początku przemierzała bary, kawiarnie, restauracje, puby i tym podobne przybytki, dzieląc się sobą z ludźmi. Wszędzie tam, gdzie było to możliwe, zostawiała cząstkę samej siebie w posiłkach i napojach. Zimnych i ciepłych. Nie rzucała się w oczy. Nawet rzeczywistość nie zorientowała się, że wypuściła na świat własną zgubę. Dzwonek alarmowy rozdzwonił się dopiero wtedy, gdy Czarna zaczęła odwiedzać należące do międzynarodowych korporacji fabryki i wzbogacać sobą produkowane w nich napoje i żarełko. W ten sposób jej działalność zyskała globalny zasięg.

Czarna zmieniała nie tylko ludzi, którzy w większości byli nieświadomymi nosicielami sensów wytwarzanych przez drzemiącą w czeluściach rzeczywistości sensotwórczą maszynerię. Zmieniała również dzieje. Przepisywała je na nowo, uwalniając spod władzy nie-ludzkich znaczeń.

Wzmianki o Czarnej zaczęły pojawiać się w świętych księgach ziemskich religii, na kartach dzieł filozoficznych, w dziełach literackich, na obrazach, w filmach, piosenkach i komiksach. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj nie wiedzieli o jej istnieniu, zaczynali nabierać przekonania, że widziano ją z jakimś rzymskim legionistą na miejscu kaźni Chrystusa. Wspominali o tym w swoich ewangeliach Mateusz i Łukasz. Jeszcze wcześniej napomknął o niej Platon w „Uczcie”. Sceptyk Eubulaos napisał w swoich pamiętnikach, że jego mistrz Tymon, skądinąd uczeń samego Pirrona, stracił dla Czarnej nie tylko głowę, ale i majątek. Kochał się w niej Epikur. Bez wzajemności jednak. Zenona i Chryzypa, dwóch stoickich mędrców, wyrywała z apatii. Ku ich uciesze, a zgorzeniu uczniów. Mahomet się z nią nie rozstawał, co według niektórych komentatorów hadisów budziło w Allachu zazdrość. Czarna znalazła się też na kilku płótnach Andy’ego Warhola. Na „Let It Be” Beatlesów. W „Czasie Apokalipsy” Coppoli. Nagle wszędzie jej było pełno – w przeszłości.

Była sprytna. Ale zadarła z sensotwórczą maszynerią. Boskim gadżetem do generowania historiozofii i powiastek mniejszego kalibru. Nic więc dziwnego, że dość szybko na trop Czarnej wpadło Ślepiszcze. Bestia zrodzona w wodach płodowych labiryntu Pandory. Uformowana przez cztery, nieświadome swej roli kapele heavymetalowe. Wielki łeb, możliwie najpaskudniejsze oblicze, wielgachny jęzor i przepastne gardło wiodące do piekielnego żołądka. Na nosie okulary w rogowej oprawie. Dość klasyczne. Dopadliśmy ją, kiedy zagoniła Czarną w ślepy zaułek. Swym potężnym cielskiem, wciśniętym w podarte dżinsy, zieloną koszulę i sztruksową marynarkę, odcięła jej drogę ucieczki. Diogenes prowadził, ja obsługiwałem działo. Czarna tańczyła między szponami i szczękami Ślepiszcza, starając się nie uronić ani jednej kropli swej cennej substancji. Nie mogłem zwlekać. Gdy Diogenes ustawił samochód bokiem do uliczki, którą tarasowało monstrum, otworzyłem ogień. W plecach bestii zakwitły krwawe kwiaty. Ślepiszcze straciło równowagę i zatoczyło się na ścianę, co skwapliwie wykorzystała Czarna. Przemknęła między nogami napastnika, po czym wskoczyła do samochodu. Zanim zamknąłem drzwi, zgarnąłem z ziemi okulary Ślepiszcza. Ruszyliśmy.

W stronę horyzontu. I dalej. Do baru przy Końcu Świata. Takiej ulicy. Tam mogliśmy porozmawiać w spokoju. Kiedy dotarliśmy na miejsce, była czwarta nad ranem. Świt miał nadejść za dwie godziny. Z zamówionym koktajlem mlecznym usiadłem naprzeciwko Czarnej. Byliśmy jedynymi klientami. Przedstawiłem się i powiedziałem, czego od niej chcę. Zgodziła się. Nie dlatego, że uratowałem jej życie. Po prostu nigdzie się nie śpieszyła. Lubiła igrać z losem. Poza Ślepiszczem ścigała ją Białą Śmierć i Laktoza. Wyjątkowo wredni natual born killers sensotwórczej maszynerii. Kiedy jej o tym przypomniałem, jedynie prychnęła w ten dziwaczny sposób, w jaki prychają istoty jej rodzaju, i zaczęła swoją opowieść. Słuchałem w skupieniu, wsunąwszy na nos okulary w rogowej oprawie.

Skończyła, gdy świt zawitał do baru. Zmrużyłem oczy. Skąpana słonecznym blaskiem, wyglądała ponętnie. Poczułem ssanie w żołądku. Wiedziałem o niej wszystko, co mogłem i chciałem wiedzieć. Pozostała mi tylko jedna rzecz do zrobienia. Oblizałem wargi. Czarna westchnęła wyczekująco. Zanurzyłem w niej język. Smakowała cynamonem, rumem, wiśniami, bezmiarem stepu, wiatrem wiejącym nad prerią, była gorzka, mocna, zdecydowana na wszystko. Jasno i wyraźnie ujrzałem przypisany mi sens, moje miejsce w dziejach opowiadanych przez sensotwórczą maszynerię, w tym, co Bloy brał za ogromy tekst liturgiczny, "w którym litery i znaki ważą nie mniej niż całe wersety czy rozdziały, ale wartość jednych i drugich jest niemożliwa do określenia i głęboko ukryta"*. Mogłem się prze-pisać.

Przestałem się dziwić Epikurowi i stoickim mędrcom. Sam straciłem głowę dla Małej Czarnej w niezniszczalnej filiżance.



*L. Borges, Dalsze dociekania, tłum. Andrzej Sobol Jurczykowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 179

2 komentarze:

power metal warrior pisze...

Tak czytam ów artykuł i jestem pod wrażeniem:D Potrafisz ubrać swoje przemyślenia w ładne słowa i przyjemnie się to czyta. Wracając do fali grania w stylu lat 80 jest to ost bardzo popularne i muszę przyznać, że nie każdemu ta sztuka wychodzi. White Wizzard wg mnie już się wypalił i na nowy albumie nie pokazał nic wartego uwagi, Spellcaster udowodnił, że speed metal nie umarł i ma się dobrze, a z całego tego zestawienia najlepiej prezentuję się wg mnie Skullfist. Niby formuła sprawdzona, niby to wszystko było, ale pod względem dynamiki, pomysłów na melodie i samego wykonania ten album i sam zespół najbardziej mnie przekonał do siebie.

Bartek (BD) pisze...

Dzięki. Dopiero dzisiaj zauważyłem Twój komentarz. Jedna uwaga, "Czarna" to opowiadanie, a nie artykuł. Co do Skullfist i Spellcaster zgoda. :)